I have no mouth and i must scream

JACUKOZAK • 2014-07-18, 16:06
Fragment jednej z najbardziej sadystycznych książek "I have no mouth and i must scream". Rzecz opowiada o bandytach któzy zostają wynajęci aby sprzątnąć innych bandytów i zabrać im pewien bardzo pechowy obraz...

Kiedy już wszyscy zgromadziliśmy się obok niego wysypał zawartość aktówki na pogiętą maskę samochodu. Rozglądnąłem się wokoło. Powoli zaczynało do mnie docierać to co się stało. Wszędzie leżały trupy. Ciało jednego z ludzi Barbary wciąż raz po raz przeszywały konwulsje jak gdyby jego właściciel ciągle jeszcze żył. To był surrealizm godny godny Salvadora Dali gdyż ciało praktycznie nie miało głowy. Obok niego leżało zawiniątko w którym prawdopodobnie znajdował się obraz. Spojrzałem na maskę samochodu. Leżało na niej pięć milionów dolarów. Eastwood trzymał kilka z nich i sprawdzał pod ultrafioletem autentyczność.
- Jesteśmy bogaci. - Uśmiechnął się po chwili.
Poczułem mdłości patrząc na te pieniądze. Często mówiłem że dla pieniędzy zrobiłbym wszystko ale to była bzdura. Właśnie w tej chwili zrozumiałem jak bardzo nimi gardzę. Być może właśnie to był mój największy problem. Stąd brały się wszystkie moje kłopoty. Nie miałem szacunku do pieniędzy.
Nienawidziłem ich. Nienawidziłem siebie że muszę się poniżać i zdobywać je. Żądza władzy i pieniędzy. To dla nich upodliliśmy do granic możliwości nasz gatunek. Teraz ja sam stałem się potworem. Zabiłem człowieka dla tych pieprzonych skrawków papieru. Było miliony powodów dla których można było kogoś zabić i tyle samo powodów aby umrzeć. Jednak na pewno nie dla pieniędzy czy władzy. Nie mogłem sam sobie wytłumaczyć w jaki sposób się tutaj znalazłem. Czułem się tak jek gdyby przez ostatnie kilka godzin jakaś obca siła przejęła nade mną kontrolę. Teraz właśnie ją odzyskałem. Poczułem skrajne obrzydzenie do samego siebie.
- Co z tobą? - zapytał Eastwood trącając mnie w ramie.
- Nic. Po prostu... - szukałem jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia. Nie mogłem mu powiedzieć prawdy.
- Po prostu nigdy jeszcze nie widziałeś takiej kupy szmalu? -
- Właśnie. -
Kalibra pakował pieniądze do turystycznej torby a Belmondo podszedł do bezgłowego, wciąż drgającego ciała i podniósł pakunek z obrazem. Podszedł do mnie i rozpakował go.
- Znasz się na tym gównie? - zapytał pokazując mi niewielki kawałek deski pomalowany farbami olejnymi.
- Mam problemy z rozpoznaniem Rembranta. -
Popatrzyłem na obraz i poczułem sie dziwnie nieswojo. Zupełnie tak jak gdybym już kiedyś widział to co na nim się znajdowało. Nie mogłem sobie przypomnieć tylko gdzie widziałem jego treść. Najśmieszniejsze było to że malunek był jakimś bohomazem. Mogło to być absolutnie wszystko. Na ciemnym tle namalowano coś co mogło by przypominać złoty cylinder z czerwonymi znakami pośrodku. Nie mogłem widzieć tego obrazu wcześniej a jednak wyglądał znajomo. Poczułem ciarki przechodzące po moich plecach.
Wtedy rozległ się strzał. Instynktownie padłem na ziemię celując jednocześnie w stronę z której dotarł do mnie dźwięk. Kalibra nie czekał. Oddał serię z MP5 w...martwe, bezgłowe ciało. W drgawkach pośmiertnych martwa ręka musiała zacisnąć martwy palec na spuście rewolweru który trzymała. Powoli wstałem. Razem z Eastwoodem podeszliśmy do trupa a raczej do tego co z niego zostało. Był nieruchomy.
- pie**olony trup - parsknął Eastwood.
Odwróciłem się w stronę Belmonda. Był dziwnie blady. Patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, sekundę później opuścił wzrok na swój brzuch. Zobaczyłem powiększającą się plamę krwi na jego koszuli. Obraz wypadł mu z dłoni...

41:20:55

- Nie mdlej! k***a, nie mdlej! -
Kalibra uciskał ranę w brzuchu Belmonda jak umiał najlepiej, jednak nie wiele to pomagało. Krew była wszędzie. Nawet tapicerka na suficie lepiła się od niej. Eastwood jechał do magazynu raz patrząc na drogę a raz na krwawiącego Belmonda. Mario przeszukiwał apteczkę choć chyba sam nie wiedział czego w niej szuka. Już na pierwszy rzut oka wiedziałem że z Belmondem jest bardzo źle. Krew lejąca się z rany była niemal bordowa. Biorąc pod uwagę fakt że dostał mniej więcej na wysokości żeber z prawej strony, byłem niemal pewien że kula uszkodziła wątrobę. Kalibra był w szoku nie mniejszym niż Belmondo który z trudem łapał teraz powietrze.
- To boli...k***a...boli... -
- To dobrze! To dobrze! A wiesz dlaczego? - Kalibra próbował podtrzymać go na duchu. - Bo to znaczy że żyjesz. Postrzał w brzuch jest h*jowy ale tego się nie ginie! Rozumiesz?
Patrząc na ilość krwi jaka wydobywała się z ciała Belmonda trudno było mi w to uwierzyć.
- Kiedy byłem w legii, jeden taki koleś dostał odłamkiem w brzuch - kontynuował Kalibra tamując jednocześnie szkarłatnymi dłońmi krwotok. - k***a! Człowieku! Flaki wychodziły mu partiami na zewnąrz. Nie mogliśmy nadążyć z wkładaniem ich do środka. W końcu obwiązaliśmy go sznurkiem...nie było k***a pie**olonych sanitariuszy a te j***ne murzyny waliły do nas jak do kaczek...ale to nie ważne...widzisz ten koleś...on to przeżył. Rozumiesz?! Przeżył to. Wiesz dlaczego?
Prawdę mówiąc sam byłem tego ciekaw. Mario tymczasem znalazł niewielką gazę i zaczął otwierać opakowanie w którym się znajdowała.
- Przeżył bo to był pie**olony twardziel! Był tak samo twardy jak ty! Takie wredne sk***ysyny nie giną od takich ran? Rozumiesz? Przeżyjesz to i ...będziemy się jeszcze z tego śmiać!
Teraz byłem już pewien że Kalibra nie wierzy własnym słowom. Mario podał mu niewielki gazik.
- Co to k***a jest? Tampon? - z każdą chwilą tracił nad sobą panowanie. - Po co mi go dajesz? Mam ci go wsadzić do c**y?
Mario nie czekając chwycił Kalibrę za gardło. Zaczęli się szarpać niemal na krwawiącym Belmondzie. Chwyciłem za rękaw Eastwooda.
- Uspokójcie się idioci! Mamy przed sobą psiarnię! -
Kilkaset metrów przed nami na poboczu stał radiowóz. Na jego widok Kalibra i Belmondo zastygli w swoich pozach niczym kamienne posągi. Czułem jak ciśnienie rozsadza moją czaszkę. Na tylnich szybach była krew. Wiedziałem że jeśli nas zatrzymają będziemy ich musieli zabić.

41:00:56

Wnieśliśmy rannego Belmonda do magazynu i ułożyliśmy na drewnianej skrzyni. Był nieprzytomny. Sprawdziłem mu puls. Ledwo wyczuwalny. Za nami wszedł Eastwood z pieniędzmi. Mario zabrał samochód aby się go pozbyć. Stanęliśmy w trójkę nad Belmondem który wyglądał jak żywy trup.
- Macie jakieś pomysły? - zapytał Eastwood.
- Potrzebujemy lekarza. - to było oczywiste jednak wcale nie byłem pewien czy oni na to wpadną. - Takiego lekarza, który nie zadaje zbyt wiele pytań.
- Super. Znasz kogoś takiego? - Po minie Kalibry wywnioskowałem że nie zna nikogo kto znałby się na medycynie.
- Niestety nie. Kuzynka żony jest ginekologiem. -
- Można jej ufać? -
- Tak samo jak mojej żonie. -
- Więc wypada z gry. A ty Kalibra? Może znasz jakąś pielęgniarkę? -
- Nie było mnie w tym kraju kilka lat. Nawet jak kogoś znałem to on nie żyje albo siedzi. -
Rozpiąłem koszulę Belmonda. Dziura po kuli wyglądała paskudnie i ciągle wylewała się z niej krew. Mieściła się tuż pod żebrami.
- Musimy coś zrobić żeby zatamować krwawienie i musimy to zrobić zanim przyjedzie jakikolwiek lekarz bo w przeciwnym wypadku nie będzie miał po co przyjeżdżać - stwierdziłem spokojnie i trzeźwo.
- Co proponujesz? - Eastwood spojrzał na mnie jakby wiedział do czego zmierzam.
- Trzeba tą ranę zasklepić. Jest tylko jeden szybki sposób. Trzeba ją przypalić. -
Kalibra zaczął chodzić tam i z powrotem. Wiedziałem że to ja będę się musiał wcielić w chirurga amatora. Eastwood się na tym kompletnie nie znał a Kalibra był zbyt pobudzony i roztrzęsiony aby zrobić cokolwiek.
- Zrób to. My go przytrzymamy na wypadek gdyby się ocknął. - powiedział Kalibra ocierając pot z czoła.
Zacząłem się zastanawiać czym mam dokonać tego zabiegu. Mógłbym otworzyć jeden z naboi i zasypać ranę prochem. Jednakże takie scenariusze sprawdzały się tylko na filmach. Na pewno powstałoby zakażenie i tysiąc innych komplikacji choć w stanie w jakim był Belmondo to i tak nie miało już żadnego znaczenia. Musiałem znaleźć jednak szybko jakieś inne rozwiązanie. Na drewnianym stole znajdującym się pod jedynym oknem w tym magazynie leżała wielka kolba lutownicza. Spojrzałem najpierw na nią a potem na Eastwooda. To była wielka lutownica, służąca do naprawiania rynien. Miałem nadzieję że któryś z nich wyperswaduje mi ten pomysł ale nic takiego nie nastąpiło. Włączyłem lutownicę do prądu. Zauważyłem że trzęsą mi się ręce. Kalibra co chwilę sprawdzał puls Belmonda który robił się z każdą chwilą coraz bardziej biały. Wszyscy nerwowo wyczekiwaliśmy aż kolba nagrzeje się do odpowiedniej temperatury.

40:32:15

Stałem nad Belmondem z rozgrzaną niemal do czerwoności kolbą. Eastwood z Kalibrą przytrzymywali go. Powoli zerwałem kawałek szmaty którym tamowaliśmy krwawienie. Był nasiąknięty krwią niczym gąbka. Kiedy go zerwałem rana otworzyła się i na nowo rozpoczął się krwotok. Belmondo westchnął i poruszył się.
- Dobra. Rób co musisz. - powiedział Eastwood.
Wetknąłem kolbę w krwawy otwór. W tym samym momencie Belmondo zawył niczym zarzynane zwierze. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz tak gwałtowny i silny jak gdyby uderzył w nie piorun. Lewą ręką odepchnął Kalibre na ściane i wyrwał kolbę z mojej ręki. Przez cały czas wrzeszczał. Chciałem pomóc Eastwoodowi go przytrzymać ale kopnął mnie w klatkę piersiową z taką siłą że upadłem na podłogę i straciłem dech. W międzyczasie Kalibra wstał z ziemi i na powrót złapał lewą rękę Belmonda który wydzierał się jak oszalały i wierzgał nogami na wszystkie strony. Ktoś przebiegł obok mnie i złapał Belmonda za nogi. To był Mario.
- Przytkaj go bo ściągnie na głowę wszystkich w okolicy! - wrzasnął do mnie Eastwood.
To wyrwało mnie z chwilowego odrętwienia i już sekundę później zatykałem ręką usta Belmonda. Mieliśmy poważne problemy z tym żeby utrzymać go w miejscu. Nie mam pojęcia skąd miał tyle siły. Nagle Belmondo zamarł w bezruchu. Natychmiast sprawdziłem puls. Dłuższą chwilę musiałem trzymać dłoń przy jego szyi by móc stwierdzić że jednak jeszcze żyje. Przez chwilę jeszcze nie zwalnialiśmy uścisku na jego ciele obawiając się że w każdej chwili może odzyskać przytomność.
- Już nie krwawi... - zauważył ponuro Kalibra kiedy przestaliśmy już przytrzymywać Belmonda.
Zapaliłem papierosa. Miałem wrażenie że ziemia zapada się pode mną.
- Mario, znasz jakiegoś lekarza? k***a, kogokolwiek kto zna się na pieprzonej medycynie? - zapytał Eastwood częstując go papierosem.
Kalibra stał przez cały czas nad Belmondem patrząc na niego. Wyglądał jakby był w transie. W pewien sposób było to zrozumiałe. Byli przyjaciółmi. Jednak takie zachowanie nie pasowało do Kalibry. Nigdy wcześniej nie widziałem żeby puszczały mu nerwy.
- Znam takiego...weterynarza. - odpowiedział po dłuższej chwili namysłu Mario. - Zajebisty specjalista od gadów. Leczył mojego warana jak wyskoczyły mu takie różowe kurestwa na skórze...
- Czy belmondo wygląda jak j***na jaszczurka?! - wycedził Kalibra przez zęby. - Czy ma pie**olony ogon i wpie**ala muchy?
- Ty, k***a, nie mówiłem do ciebie. - Odparł natychmiast Mario wyprężając instynktownie klatkę piersiową.
- Uspokójcie się! To że się pozabijacie nie pomoże mu! Powiem więcej, to zajebiście skomplikuje tą i tak przej***ną sytuację! - wrzasnąłem stając jednocześnie między nimi.
Do tej pory byłem spokojny, więc mój nagły wybuch ostudził ich zapędy.
- Czy ten twój gadolog poradziłby sobie z raną postrzałową? - zapytał Eastwood tak spokojnie że samego mnie zaskoczył ton jego głosu.
- Nie mam pojęcia -
- To niedobrze bo czasu jest coraz mniej. - nagle Eastwood zmarszczył brwi. - Zaraz znam kogoś kto...
Wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy i wybrał jakiś numer.
- Siemanko! Słuchaj czy ty dalej studiujesz medycynę?
Nastąpiła chwila ciszy.
- To zajebiście...bo potrzebuję twojej pomocy...kiedy? Natychmiast.


39:20:43

Siedziałem z Mariem przy stole oglądając obraz który zabraliśmy. Eastwood pojechał po swojego znajomego. Studenta medycyny. Powiedział że to "zajebisty koleś". Nie sprecyzował tylko w czym. Kalibra siedział cały czas przy Belmondzie który dzięki bogu przez cały czas był nieprzytomny i trzymał jego dłoń. Krwawienie ustało ale nie poprawiło to wcale sytuacji. Im dłużej wpatrywałem się w obraz tym większy odczuwałem niepokój.
- Myślisz że to gówno jest cokolwiek warte? - zapytał Mario.
- Musi być skoro Barbara chciała wyłożyć za nie pięć baniek. -
- Racja. - po czym dodał po cichu. - Myślisz że przeżyje? -
- Czy ja wyglądam na myśliciela? - chciałem jak najszybciej przerwać tą dyskusję.
Kalibra był teraz jak wulkan a ja nie chciałem żeby wybuchnął. Widziałem go juz nie raz w akcji więc zdawałem sobie sprawę na co go stać.
Siedzieliśmy tak w absolutnej ciszy aż usłyszałem zbliżający się samochód. Kalibra poderwał się natychmiast z miejsca i podbiegł do drzwi zabierając po drodze Mp-5. Po chwili drzwi otworzyły się i stanął w nich Eastwood z jakimś facetem który w żadnym wypadku nie przypominał lekarza. Miał na głowie dredy i kolczyki niemal wszędzie począwszy od uszu a skończywszy na brwiach. Kiedy zobaczył Kalibrę z pistoletem stanął jak wryty.
- Spoko! Przychodzę w pokoju. -
Kalibra zmierzył go wzrokiem po czym wrócił do skrzyni na której leżał Belmondo.
- Słyszałem że macie jakiegoś rannego. - uśmiechnął się do mnie.
Wskazałem palcem na skrzynie. Podszedł tam i zaraz wrócił do Eastwooda.
- Możemy chwilę porozmawiać na osobności?
- Nie ma k***a na to czasu. -
- Nalegam.
Eastwood popatrzył na mnie i razem z facetem poszliśmy do niewielkiego pomieszczenia na tyłach.
- Powiedziałeś że ten koleś ma powierzchowną ranę...
- Ta rana znajduje się na powierzchni ciała więc cię nie okłamałem.
- k***a, to jest rana postrzałowa. On dostał w wątrobę i ch*j wie w co jeszcze.
- Właśnie po to cię tu przywiozłem żebyś się tego dowiedział.
- Człowieku, ja trzeci raz powtarzam drugi rok! Do tej pory uczestniczyłem tylko w autopsjach! Jakby nie mój pie**olnięty stary to bym studiował filmoznawstwo ale ten pie**olec się uparł że musi mieć syna lekarza...
- Na twoim miejscu zacząłbym się spieszyć z działaniami bo możesz uczestniczyć w następnej autopsji a zaraz później sam możesz stać się jej obiektem.
- Ty mi grozisz?
- Ja nie. Widziałeś tego kolesia z karabinem. Jak nie zaczniesz czegoś robić to on cię po prostu zastrzeli. Rozumiesz? -
Eastwood nie kłamał . Koleś popatrzył na mnie jakby chciał żebym zaprzeczył słowom które usłyszał.
W drzwiach stanął Kalibra. Wyglądał na zniecierpliwionego.
- Co wy robicie?
- Nic. Nasz przyjaciel musi zdezynfekować dłonie przed zabiegiem, prawda?
- Tak...muszę je...zdezynfekować... - odpowiedział niepewnie właściciel dredów.

39:12:44

Nieszczęsny student medycyny stał w prowizorycznej masce obok leżącego na skrzyni Belmonda przygotowując się do otworzenia jamy brzusznej. W trzęsącej się dłoni trzymał skalpel. Wcześniej podał Belmondowi środki znieczulające. Byłem pewien że patrzę na dwa trupy. Eastwood szepnął mi że bez względu na wynik zabiegu musimy się pozbyć tego chirurga-amatora.
- No to...otwieram. - powiedział niepewnie i niemal w tym samym momencie z brzucha belmonda wystrzeliła niewielka fontanna krwi.
Mario odszedł na bok i zapalił papierosa. Ja także starałem się nie patrzeć na otwartą jamę brzuszną. Student przez chwilę grzebał w niej palcami z każdą chwilą marszcząc coraz bardziej czoło.
- Pocisk rozj***ł mu wątrobe... -
- Zrób coś. - wycedził przez zęby Kalibra który do tej pory chodził od ściany do ściany niczym dzikie zwierze w klatce.
- On ma w brzuchu mix jogurtowy. Poza tym wątroby nie da się poskładać. Chyba można ją przeszczepić... -
- Powtórzę po raz ostatni. Zrób coś. -
Student wyciągnął ze swojego plecaka nici chirurgiczne i zaczął coś zszywać. Odwróciłem się bo zrozumiałem że wie o chirurgii tyle samo co inni zgromadzeni tutaj. Kula nadal tkwiła w ciele Belmonda ale on pewnie o tym zapomniał. Coraz więcej krwi wypływało z rany którą zrobił.
- Skończ. - usłyszałem za sobą szept Eastwooda.
Kiedy się odwróciłem, stał tuż przy głowie Belmonda trzymając dłoń na jego szyi.
- Dlaczego? - spytał oszołomiony student.
- On nie żyje. -
Spojrzałem na Kalibrę. Jego twarz stała się kamienną maską. Już wiedziałem z czyjej ręki zginie niedoszły lekarz.
- Słuchaj to nie moja wina. Powinniście zabić gościa który do niego strzelał. -
- Już to zrobiliśmy. - powiedział cicho Kalibra i przykrył zwłoki Belmonda kocem.


38:46:22

Zapakowaliśmy ciało Belmonda w brudne koce. Po szybkiej wymianie zdań doszliśmy do wniosku że należy mu się pogrzeb. Cmentarz nie był brany pod uwagę więc wybraliśmy malownicze miejsce nad pewnym zalewem które było bardzo słabo uczęszczane. W czasie kiedy ja z Eastwoodem mieliśmy zająć się pogrzebem, Kalibra miał pozbyć się studenta. Wszystko było proste.
- Zajebista reprodukcja. - powiedział Student patrząc na obraz leżący na stole.
- Wiesz co to jest? - zapytał Eastwood.
- Proste. To "Przeznaczenie" takiego Holenderskiego malarza...Christophera van Lucy. Namalował jeden obraz w całym swoim życiu.
- Jeden obraz? -
- Tak. Potem spalili go na stosie. Podejrzewali go o czary. To jedyny taki obraz na świecie. Popatrz... - wziął do ręki malunek. - To kubizm albo surrealizm.
- I co z tego? -
- Jak to co? Ten obraz został namalowany w XV wieku. Te style powstały kilkaset lat później. Z tym obrazem wiąże się zresztą cała legenda.
- Jaka legenda? -
- On przynosi niefart. Zajebisty niefart. Koleś który go namalował spłonął na stosie razem z obrazem...
- Jak to razem z obrazem? -
- Rzekomo spalono ich razem, jednak po jakichś stu latach obraz znowu pojawił się w rękach jakichś francuskich arystokratów. Nie na długo. Cały ród został wybity do nogi. Dokładnie nie wiadomo dlaczego. Potem jego właścicielem został król Francji i zaraz potem zapoznał się z wynalazkiem pana Gilotenna. Przekazywano sobie go z rąk do rąk. W tym czasie ponoć każdy kto miał z nim kontakt żegnał się dosyć szybko z tym światem. Słuch zaginął o nim aż do początku XX wieku aż przywiózł go z ogarniętej wojną europy jakiś kupiec i sprzedał go amerykańskiemu przedsiębiorcy z San Francisco. Wszystko to miało miejsce w 1908 roku. Nadążacie? -
- Nie bardzo.
- W 1908 roku San Francisco doszczętnie spłonęło. Nie ocalał kamień na kamieniu. I ponownie nasz obraz wypłynął w Anglii w 1911 gdzie znowu zakupił go jakiś amerykański przemysłowiec. Zraz potem umarła w niewyjaśnionych okolicznościach jego żona. On sam miał wypadek na początku 1912 roku i zdecydował się na powrót do stanów. Wiecie na pokładzie jakiego statku?
- Titanica? - zapytałem odczuwając coraz większy niepokój.
- Tak. Zgadza się. Nikt nie wie w jaki sposób ocalał i ponownie słuch o nim zaginął aż nagle rok temu jakiś biznesmen ofiarował go muzeum w Sztokholmie. Za friko. Kustosz który go odbierał zginął w wypadku. Winda ucięła mu głowę.
Student zaczął dokładnie oglądać obraz z każdej strony. Popatrzyliśmy na siebie z Eastwoodem. Nie wierzyliśmy w magię, diabły i inne gówna. Jednak ta opowieść była dziwnie przekonująca.
- Eastwood...to nie jest reprodukcja? Tak. Przypominam sobie że kilka miesięcy temu ktoś zadupcył ten obraz.
Tajenie prawdy przed tym kolesiem nie miało już sensu.
- Tak. To oryginał.
Student natychmiast odłożył obraz i cofnął się gwałtownie kilka kroków.
- k***a. Dotykałem tego gówna.
- Chyba nie wierzysz w zabobony.
- To nie są zabobony. Podobno ten obraz szuka swojego właściciela. Jeśli trafi w jego ręce to...nastąpi koniec świata.
Twarz studenta w tym momencie eksplodowała. Pojedyncze krople krwi zrosiły moją twarz. Kiedy student upadł na ziemie zobaczyłem Kalibre z rewolwerem w dłoni. Z jego lufy wydobywał się jeszcze dym.
- k***a! Czemu go zabiłeś? - wycedził przez zęby Eastwood.
- Przecież miałem go zabić.
- Ale nie teraz. Jak pojedziemy.
- Ty słyszałeś jak on pie**olił. Działał mi na system.
- Ten kawałek drewna może być warty dziesięć razy więcej niż to co mamy. Rozumiesz? A ty zabiłeś jedynego kolesia który coś o nim wiedział.
- To były jakieś pierdoły. - Kalibra popatrzył na mnie i Maria jak gdyby liczył na to że przyznamy mu rację.
Wtedy uświadomiłem sobie jak nikłe było prawdopodobieństwo aby zostać zastrzelonym przez trupa.

BTW. Książka to klasyczny i bardzo pokręcony mindfuck. Kiedy przeczytacie ją pierwszy raz wrócicie wielokrotnie do pierwszych rozdziałów gdyż jest tam wiele zagadek :D

JaggedAlliance

2017-04-19, 11:30
Przepraszam za odkopanie tematu, chciałbym dowiedzieć się z jakiej książki pochodzi powyższy fragment, gdyż książka I have no mouth and i must scream zawiera zupełnie inną treść niż jest w poście