Teoria hologramu

Precz_z_Preczem • 2013-04-08, 18:12
35
Witam!
Natknąłem się ostatnio na bardzo ciekawą teorię wszechświata, którą postanowiłem się z Wami podzielić.

Teoria holograficzna doskonale łączy ze sobą dwie przeciwstawne teorie wszechświata.
Zapraszam do lektury i filmiku na końcu. :)

Naukowcy pracujący z hanowerskim wykrywaczem fal grawitacyjnych GEO 600 od wielu miesięcy zastanawiali się nad dziwnym szumem, rejestrowanym przez ich urządzenie. Teraz Craig Hogan, fizyk z Fermilab, zaproponował teorię, która może oznaczać, iż GEO 600 dokonał najważniejszego odkrycia w fizyce w ciągu ostatnich 50 lat.

Hogan, który niedawno został dyrektorem Centrum Astrofizyki Cząstek, uważa, że szum pochodzi z granicy czasoprzestrzeni, z miejsca w którym czas i przestrzeń przestają być kontinuum. Poza tym punktem czas i przestrzeń tworzą jakby liczne osobne ziarna, zamiast gładkiej wstęgi. Jeśli wyniki uzyskane przez GEO 600 są tym, co podejrzewam, to wszyscy żyjemy w wielkim kosmicznym hologramie - mówi Hogan.

Teoria hologramu dobrze tłumaczy niektóre paradoksy związane z czarnymi dziurami czy podstawowymi pojęciami dotyczącymi budowy Wszechświata. Jednak niektórzy naukowcy proponują jej rozszerzenie na całą rzeczywistość. Już w latach 90. ubiegłego wieku fizycy Leonard Susskind i noblista Gerard Hooft zasugerowali taką właśnie możliwość. Jednak jej przyjęcie oznaczałoby, że zgadzamy się z koncepcją, iż całe nasze codzienne doświadczenie to nic innego jak holograficzne odbicie fizycznego procesu zachodzącego w odległej dwuwymiarowej przestrzeni.

Skąd jednak Susskind i Hooft wzięli swój pomysł? Pochodził on od samego Stephena Hawkinga. W połowie lat 70. Hawking teoretycznie przewidział, że czarne dziury parują i z czasem zanikają. To parowanie to tzw. promieniowanie Hawkinga. Problem jednak w tym, że promieniowanie to nie zawiera żadnych informacji o czarnej dziurze, a więc gdy ona wyparuje, wszystkie dane dotyczące gwiazdy, z której czarna dziura powstała, są tracone. To z kolei było sprzeczne z szeroko przyjętym poglądem, że informacja nie może zostać zniszczona. Mówimy tutaj o paradoksie informacyjnym czarnej dziury.

Jacob Bekenstein z Uniwersytetu Hebrajskiego zaproponował następnie rozwiązanie paradoksu. Miało ono polegać na tym, że entropia czarnej dziury, która jest synonimem informacji, którą dziura zawiera, jest proporcjonalna do powierzchni jej horyzontu zdarzeń. Horyzont zdarzeń, to teoretyczny punkt, poza którym nie ma już powrotu i wszystko co go przekroczy, jest wchłaniane przez czarną dziurę.

Na podstawie teorii Hawkinga i Bekensteina, teoretycy stwierdzili, że mikroskopijne fale kwantowe na horyzoncie zdarzeń mogą kodować informacje pochodzące z czarnej dziury. Oznacza to, że informacja 3D o gwieździe, z której powstała czarna dziura może zostać zakodowana w dwuwymiarowym horyzoncie zdarzeń czarnej dziury. Susskind i Hooft rozszerzyli to na cały wszechświat. Stwierdzili bowiem, że ma on również swój horyzont zdarzeń - jest nim miejsce, do którego zdążył się rozszerzyć w ciągu swojego istnienia. Kilku naukowców zajmujących się teorią strun zgadza się z takim poglądem.

Teoria holograficzna jest bardzo pociągająca dla naukowców badających czas i przestrzeń. Teoretycy od dawna przewidują, że w najmniejszej skali dochodzi do zaburzeń czasoprzestrzeni i staje się ona "ziarnista", a nie ciągła. Jednak mowa tutaj o skali równej długości Plancka, czyli 10-35 metra. To setki miliardów miliardów razy mniej niż wynosi wielkość protonu. Innymi słowy, jest to wielkość, której nie jesteśmy w stanie zaobserwować. Jednak teoria holograficzna to zmienia.

Hogan zdał sobie bowiem sprawę z tego, że jeśli wszechświat jest hologramem, to mamy do czynienia z czasoprzestrzenną sferą, której powierzchnia nie jest ciągła, a ziarnista. Każde z "ziaren" ma wielkość równą długości Plancka i zawiera bit informacji. Jednak, z teorii holograficznej wynika, że ilość informacji zawartej w "ziarnach" na powierzchni musi być równa ilości informacji zawartej w samej sferze. A przecież wnętrze sfery jest znacznie bardziej pojemne, niż jej powierzchnia. Ilość informacji, która zmieści się w obu częściach nie może być więc równa. Hogan ma jednak pomysł na rozwiązanie tego problemu. Uważa on, że ilość informacji może być równa jedynie wówczas, gdy "ziarna" tworzące wszechświat są znacznie większe niż długość Plancka. Zdaniem Hogana, ta najmniejsza skala, w której dochodzi do zaburzeń czasoprzestrzeni to nie 10-35 metra, a 10-16. "Ziarna" tworzące nasz wszechświat są zatem większe, niż sądzimy i, co najważniejsze, jest to wielkość dostępna dla współczesnych instrumentów badawczych.

Amerykański uczony wiedział, że spośród pięciu istniejących wykrywaczy fal grawitacyjnych, to właśnie GEO 600 może być na tyle czuły, by potwierdzić jego teorię. Skontaktował się więc z zespołem naukowców pracujących z GEO 600 i przedstawił im swoje przewidywania. Otrzymał stamtąd odpowiedź, że urządzenie wykrywa szum o częstotliwości 300-1500 Hz. Jego pochodzenia uczeni nie potrafią wyjaśnić. Właściwości tego szumu były dokładnie takie, jak przewidywał Hogan w swojej teorii.

Na razie jednak uczeni powstrzymują się pod formułowaniem ostatecznych ocen. Sam Hogan mówi, że może przecież istnieć inne źródło szumu, niż to zgodne z jego teorią. Wykrywacze fal grawitacyjnych są tak czułe, że istnieje wiele źródeł zakłóceń - przepływające chmury, odległy ruch drogowy, ruchy sejsmiczne itp. Na razie naukowcy nie potrafią wytłumaczyć pewnego szczególnego szumu, który pojawia się w GEO 600. Uczeni planują dalsze udoskonalanie instrumentu i kolejne eksperymenty, które, jak mają nadzieję, pozwoli wyeliminować większość tajemniczego szumu. Jeśli jednak nadal będzie się on pojawiał tam, gdzie obecnie, teoria Hogana stanie się jeszcze bardziej prawdopodobna.

Co prawda szum powstający z zaburzeń czasoprzestrzeni może ostatecznie uniemożliwić wykrycie fal grawitacyjnych, ale samo jego odkrycie będzie znacznie ważniejsze niż odkrycie fal, których szuka GEO 600.


Źródło: New Scientist

Włócznia Przeznaczenia

Ptoon • 2013-04-07, 16:47
25


Gdy Chrystus został ukrzyżowany ponad dwa tysiące lat temu, rzymski żołnierz, chcąc sprawdzić czy ten jeszcze żyje wbił włócznię w jego bok. Po zmartwychwstaniu Jezusa, włócznia, która go przeszyła stała się ważną, świętą relikwią. Co stało się z nią później... jest bardzo niejasne. Pojawia się wiele sprzecznych teorii na ten temat. Aby sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana, dzisiaj istnieją trzy włócznie, o których się mówi, że są świętymi włóczniami. W programie „Legenda o włóczni świętego Maurycego" dwóch badaczy próbuje odkryć, czy któraś z nich mogła być wykorzystana przy ukrzyżowaniu. Badając każdą z nich i poddając wnikliwej analizie historie i legendy, program ujawnia zdumiewające fakty.



Chrześcijańska relikwia i okultystyczna broń nazistów

Jest 3 kwietnia 33 roku n.e., choć niektórzy badacze upierają się, że to rok zaledwie 30. Przyznajmy jednak - w kontekście tego, co wydarzyło się tego dnia, wszelkie spory dotyczące 3 zaledwie lat, jawią się jako pozbawione wszelkiego znaczenia. Przed chwilą Ziemię całą ogarnął mrok, a konający na krzyżu Jezus Chrystus zawołał donośnie: "Eli, Eli, lama sabachthani!". Kiedy wyzionął ducha, stojący pod krzyżem setnik, widząc trzęsienie ziemi i to, co się działo, wyszeptał: "Prawdziwie, Ten był Synem Bożym". Zgodnie z rzymską tradycją, ciało Jezusa przebito jeszcze włócznią, która przeszła przez prawe płuco, między piątym i szóstym żebrem, pod takim kątem, aby trafić w serce. Uczynił to rzymski setnik Gajusz Kasjusz, który nawróciwszy się później na chrześcijaństwo, przyjął imię Longinus. To jego, zanurzona w krwi Chrystusa włócznia, stać się miała później jedną z najważniejszych relikwii w dziejach chrześcijaństwa.


Longinus przebijający włócznią bok zmarłego na krzyżu Jezusa Chrystusa

Podobnie jak inne relikwie, tak i włócznia Longinusa ma wg legend cudowne właściwości. Fragmenty Krzyża miały chronić przed złem, Szata, w którą owinięty był Mesjasz, miała uzdrawiać i wskrzeszać, a Włócznia - zapewniała władzę nad światem. Dlatego ten, który posiadał legendarną broń Longinusa, stawał się osobą niepokonaną, wszechmocną i dzierżącą w dłoniach przeznaczenie świata. Wkrótce też, włócznię rzymskiego setnika, nazwano właśnie Włócznią Przeznaczenia ("The Spear of Destiny"). Dziś znajduje się ona w skarbcu (Schatzkammer) wiedeńskiego pałacu Hofburg. Myliłby się jednak ten, kto szukałby w jej obecnej nazwie imienia pierwszego właściciela. Dziś relikwia znana jest pod nazwą włóczni św. Maurycego, a na kartach jej przebogatej historii zapisały się także inne nazwy - Święta Lanca i Sancta et Crucifera Imperialis Lancae, czyli Święta i Niosąca Krzyż Lanca Cesarska. Wszystko dlatego, że droga, którą broń Longinusa przeszła od Golgoty do wiedeńskiego muzeum, była pełna zagadek, niedomówień i tajemnic.

Tajemnice zresztą, towarzyszyły włóczni od samego jej początku. Jeszcze na Golgocie, wg legend, miała ujawnić swoje cudowne właściwości. Kiedy Longinus przebił bok Jezusa, kropla krwi Chrystusowej wpadła mu do oka. Rzymski legionista, który zmagał się był rzekomo ze ślepotą, przejrzał nagle na oczy. To ten właśnie fakt zaważył na tym, iż przeszedł on później na chrześcijaństwo. Co działo się z włócznią po śmierci setnika - tego nie wiadomo. Wiemy jedynie tyle, iż około roku 290 właścicielem relikwii został niejaki Maurcy, który według tradycji był rzymskim oficerem służącym w legii tebańskiej, stacjonującej na terytorium Helwecji. Również i on został świętym, kiedy poniósł męczeńską śmierć wraz z innymi żołnierzami, odmówiwszy złożenia pogańskiej ofiary. Od tego też momentu chrześcijanie uznali Maurycego za świętego, a włócznię nazwano jego imieniem.


Św. Maurycy na obrazie M. G. Grünewalda.

W końcu włócznia trafiła do cesarza Konstantyna, który przeszedł do historii m. in. jako władca uwalniający chrześcijan od prześladowań. Po jego śmierci włócznia przeszła do rąk innych władców Imperium Rzymskiego, by już od IV wieku stać się atrybutem chrześcijańskich cesarzy, którzy razem z nią przedstawiani byli na monetach. Już na tym etapie mnóstwo było wątpliwości dotyczących autentyczności relikwii - niektórzy wspominali o tym, iż oryginał miał zaginąć około V wieku, inni mówili, że w roku 410 zabrali go z Rzymu Wizygoci, a konkretnie wizygocki król, Alaryk I Śmiały.

Relikwia okazała się cenną zdobyczą dla "barbarzyńców". Zwłaszcza w późniejszym okresie, kiedy chrześcijańscy władcy Europy potrzebowali symbolu, który pokazywałby, że ich władza jest zgodna ze słowami św. Pawła - non est potestas nisi a Deo (Wszelka władza pochodzi od Boga). Legenda głosi, iż władca państwa Franków, Karol Wielki na każdą ze swoich wojennych wypraw zabierał ze sobą włócznię św. Maurycego. Wkrótce po tym, kiedy ją na rzecz nieprzyjaciół utracił - poniósł śmierć. Święta Lanca trafiła w ręce władców germańskich i aż przez 1000 lat legitymizowała władzę kolejnych książąt, królów i cesarzy niemieckich. Dopiero po bitwie pod Austerlitz, kiedy Franciszek II zrzekł się tytułu, Sancta et Crucifera Imperialis Lancae trafiła do Austrii.

Tam odnalazł ją Adolf Hitler.

Zainteresowanie wodza III Rzeszy magią i okultyzmem od dawna już przestało być tajemnicą i jest dziś obiektem poważnych badań. Jednym z elementów tych niecodziennych zainteresowań - była właśnie włócznia św. Maurycego. Po raz pierwszy Hitler ujrzał ją we wiedeńskim muzeum w 1909 roku. To ona była jednym z powodów, dla których zainteresował się okultyzmem. Nazistowski przywódca był przekonany, że Włócznia Przeznaczenia nie tylko pozwoli mu na uzyskanie absolutnej władzy nad światem, ale także - stanie się swoistym symbolem jego władzy i pomoże mu odbudować Wielkie Cesarstwo Niemieckie.



W swojej chorej, zwyrodniałej wyobraźni, zapragnął pokazać, że podobnie jak niemieccy cesarze, tak i on dzierży władzę z "boskiego nadania". Dlatego też, kiedy tylko dokonał aneksji Austrii w roku 1938, swoje pierwsze kroki skierował do skarbca Habsburgów, w którym przetrzymywano włócznię św. Maurycego. Z rozkazu samego Hitlera - relikwię przewieziono do arcyważnej dla nazistów Norymbergii, gdzie do 1944 roku przechowywano ją w kościele pod wezwaniem św. Katarzyny. Później trafiła do specjalnego bunkra, który specjalnie dla niej wybudowano pod kościołem.

Jak chce legenda, niecałe dwie godziny przed samobójstwem Hitlera, w noc Walpurgii - 30 kwietnia 1945 roku, włócznia trafiła w ręce amerykańskiego porucznika Williama Horna, a przez niego - do generała Pattona. Miłośnicyi spisków, także i w tym wątku doszukiwali się wielu niezwykle ciekawych faktów, wskazując, że amerykański generał był znany ze swoich nietypowych zainteresowań i poglądów dotyczących reinkarnacji. Dość powszechna była wiedza o tym, iż Patton uważał się za wcielenie pochodzącego z Kartaginy żołnierza, rzymskiego legionisty. Co godne podkreślenia - Amerykanie nie pałali specjalną ochotą do przejęcia włóczni i wysłali ją do Austrii, gdzie trafiła do muzeum w pałacu Hofburg.

Współcześnie nie ma zgody wśród historyków co do tego, czy włócznia przechowywana we wiedeńskim muzeum jest tą, którą Longinus przebijał bok Chrystusa. Większość badaczy przychyla się do tezy, iż w Hofburgu przechowywana jest zupełnie inna lanca - mianowicie taka, w której grocie umieszczony jest gwóźdź uznawany za relikwię Męki Pańskiej. To właśnie ona, zdaniem części historyków - należeć miała do rzymskiego centuriona Maurycego. W 2003 roku w dokumencie wyemitowanym przez telewizję BBC, brytyjski historyk i inżynier dr Robert Feather dowodził, iż włócznia przetrzymywana we Wiedniu pochodzi z VI bądź VII wieku n.e. Do jej ostrza przytwierdzony był gwóźdź, który ma identyczny kształt i taką samą długość, jak gwoździe używane w I wieku n.e. przez Rzymian. Oznaczałoby to, że we Wiedniu znajduje się zupełnie inny artefakt niż ten, którego z tak wielką pasją poszukiwali naziści.

Znanych jest jeszcze co najmniej kilka innych relikwii, których właściciele roszczą sobie pretensje do tego, ażeby to ich włócznię nazwać oryginalną. Do dwóch najważniejszych należy ta, która znajduje się w Bazylice św. Piotra w Rzymie, i ta, która należy do majątku Habsburgów i jest wystawiona w Muzeum Hofsburg w Wiedniu. Jeszcze inne znajdują się w klasztorze dominikanów w Izmirze, w katedrze Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego w Eczmiadzynie a także w archikatedrze Świętego Stanisława i Świętego Wacława w Krakowie. Choć co do tej ostatniej, to akurat nie ma żadnych wątpliwości - "nasza", włócznia jest kopią Świętej Lancy Cesarskiej, którą Bolesławowi Chrobremu podarował Otton III.


Na obrazie Jana Matejki przedstawiającym Bitwę pod Grunwaldem, półnagi Żmudzin naciera kopią włóczni świętego Maurycego na Ulryka Von Jungingena. Jest to kopia oryginalnej Świętej Lancy, którą Otton III wręczył Bolesławowi Chrobremu (fot. PD)


Dla wytrwałych bonus, fragment z filmu Constantine


źródła:
program national geographic channel „Legenda o włóczni świętego Maurycego" z http://www.youtube.com/watch?v=TkZBKojvwsc
strona http://natgeotv.com/pl/legenda-o-wloczni/info
tekst ze strony http://niewiarygodne.pl/kat,1017181,page,3,title,Chrzescijanska-relikwia-i-okultystyczna-bron-nazistow,wid,11728048,wiadomosc.html
Francis Lawrence, Constantine, LA, Warner Bros, 2005 - fragment
wikipedia.pl - http://pl.wikipedia.org/wiki/W%C5%82%C3%B3cznia_Przeznaczenia

Początki świata- Atlantyda

WinterWolf • 2013-04-07, 14:21
29
"Była to piękna, zamieszkana przez naród żeglarski kraina, z zaawansowaną technologią, monumentalną architekturą oraz wspaniałą stolicą. Zbyt doskonała, żeby przetrwać. Kiedy ludzie rozpoczęli pogoń za pieniędzmi, stracili niewinność, a wtedy gwiazdy przesunęły się na niebie i słońce zaczęło świecić pod innym kątem. Trzęsienia ziemi wstrząsnęły krainą, a wulkany wypluwały z siebie gorące strumienie lawy. Na koniec woda zalała spaloną ziemię i na zawsze starła ją z mapy ziemi."

Tak przedstawia Atlantydę grecki filozof, Platon w 400 roku p.n.e. Po dwóch tysiącach lat małżeństwo z Kanady, Rand i Rose Flem-Ath, zebrali dowody wskazujące, że owa mityczna cywilizacja rzeczywiście mogła istnieć. Próbowali rozwikłać tę zagadkę, co zajęło im dwadzieścia lat i z rodzinnego domu w Nanaimo, koło Vancouver powędrowali aż do czytelni British Museum w Londynie.
Tam nastąpił przełom w poszukiwaniach Flem-Athsów. Porównali starożytne manuskrypty i mapy z dzisiejszymi informacjami i znaleźli dowody na poparcie swoich hipotez. Według nich cywilizacja Atlantydów została w 10000 roku p.n.e. pogrzebana przez lodowce Antarktydy.


Według Platona Atlantyda została zniszczona przez kataklizmy w 9600 roku p.n.e. Jak wiemy, historycy datują narodziny dzisiejszej cywilizacji na co najmniej 1000 lat później. Flem-Athsowie nie byli pierwszymi historykami, którzy uznawali wpływ zmian geologicznych na zróżnicowanie się kultur. Motyw potopu, który zmazuje z powierzchni ziemi różne cywilizacje i miasta obecny jest także w przekazaniach różnych ludów np. Sumerowie i amerykańscy Indianie. Również wspomina o nim judeochrześcijańska Biblia.

Małżeństwo odrzuciło teorię, która głosi, że Atlantyda znajduje się na dnie oceanu Atlantyckiego albo Morza Śródziemnego. Myśleli nad innym rozwiązaniem. Postanowili przychylić się do teorii ogłoszonej w 1953 roku przez amerykańskiego geologa Charlesa Hapgooda, teoria została uznana za interesującą przez samego Alberta Einsteina.

Według Hapgooda narastająca czapa lodowa na biegunach, stając się z czasem coraz cięższa, niejako ściąga skorupę ziemską, podobnie jak skórkę od pomarańczy. Nazwał to zjawisko przemieszczeniem się skorupy ziemskiej.
"Pańska teoria zrobiła na mnie duże wrażenie i uważam, że ma pan rację" - napisał Einstein do Hapgooda. Obecnie zjawisko, które odkrył Hapgood naukowcy nazywają dryfującymi kontynentami, albo płytami tektonicznymi. Jednak według geologów szybkość przemieszczania się mas skał nie przekracza 16 km na milion lat. Hapgood uważał, że jest ona znacznie większa. Jego zdaniem skorupa może przesunąć się nagle i bez ostrzeżenia, tak szybko, że całe kontynenty mogą zniknąć bez śladu.



Jeżeli rzeczywiście 10000 lat temu istniała już rozwinięta cywilizacja, to jest możliwe, że potrafiła ona przewidzieć nadchodzącą katastrofę i przygotować się do ewakuacji. Jeśli natomiast nie była świadoma zagrożenia to trzeba przyjąć, że część jej przedstawicieli zdołała przeżyć kataklizm, ratując się ucieczką w góry, tam, gdzie nie sięgały fale zalewające ich ziemie. Tak wysokie, zamieszkane rejony ziemi to okolice jeziora Titicaca w Andach albo góry Tajlandii i Etiopii - z tych właśnie rejonów pochodzą ślady najstarszych kultur rolniczych, datowane na okolice 9600 roku p.n.e. Przypomnę, że Platon uważał, że Atlantyda została zniszczona w 9600 roku p.n.e. Czyżby więc znajomość upraw roślin została przekazana innym rasom przez ocalonych Atlantydów?

Nie jest wykluczone, że kiedy przeżyła część Atlantów to udało im się zabrać fragmenty swojego świata. Być może część tych przedmiotów wpadła ręce Piri Reisa, tureckiego admirała, w 1513 roku. Być może korzystając właśnie z ich planów morskich sporządził on swoją własną mapę. Jej prawdziwe znaczenie stało się jasne dopiero, kiedy mapa Piri Reisa znalazła się na biurku Hapgooda w 1956 roku.
Zastanawiał się jak na mapie z 1513 roku mogło znaleźć się wschodnie wybrzeże Ameryki Południowej, nie mówiąc już o Antarktydzie, którą odkryto dopiero w 1820 roku. Wysłał więc mapę do ekspertów z Lotnictwa Stanów Zjednoczonych. Eksperci byli zszokowani. Porównali mapę Piri Reisa z geologiczną mapą Antarktydy pokazującą zarys pokrytego lodem lądu, zauważyli, że obie mapy są prawie identyczne.
"Pozwala to wysunąć wniosek, że linia brzegowa została narysowana zanim ląd pokrył się lodem" - stwierdza raport USAF.
Hapgoodowi udało się zdobyć jeszcze jedną, "niemożliwą mapę" sporządzoną przez Oronteusza Fineusza w 1531 roku. Na tej mapie możemy dostrzec całą Antarktydę, z wyraźnie zaznaczonymi szczegółami, takimi jak góry, równiny i rzeki. Wszystkie szczegóły zgadzały się z współczesnymi planami Antarktydy, jak również z opisami Platona, które zanotował 2000 lat wcześniej. Prawdziwość map nie budzi wątpliwości. Oryginalne plany, które posłużyły za wzorzec tych dwóch map, musiały zostać narysowane przez ludzi, którzy osiągnęli poziom cywilizacyjny porównywalny z obecnym. Cywilizacja jednak potrzebowała warunków klimatycznych, które sprzyjałyby wzrostowi populacji. Jeśli przesuniemy Antarktydę 3200 km na północ od kręgu polarnego, to znalazłaby się w strefie klimatycznej, gdzie możliwe jest wyżywienie i rozwój społeczeństwa.

Istnienie zaawansowanej technologicznie cywilizacji już przed 10000 rokiem p.n.e. rzucałoby nowe światło na zagadkę monumentalnych budowli w różnych miejscach świata, których pochodzenie wciąż nie jest ostatecznie wyjaśnione. Między innymi chodzi tu o zbudowane prawdopodobnie przez Majów i Azteków miasta w Ameryce Południowej. Być może Atlantydzi, którzy przeżyli nauczyli ich architektury?

Podobnie możemy rozpatrywać zagadkę egipskich piramid, których budowa wymagała ogromnej wiedzy technicznej. Najnowsze badania wykazały, że Sfinks jest znacznie starszy, niż dotychczas sądzono. Jego twarz ucierpiała bowiem najbardziej wskutek ulewnych deszczy padających ponad dziesięć tysięcy lat temu. Jak to możliwe, skoro według naszej wiedzy cywilizacja starożytnego Egiptu powstała dopiero około 4000 roku p.n.e.?

Związki między starożytnym Egiptem a Atlantydą zdaje się również potwierdzać rozmieszczenie piramid. Naukowcy odkryli, że ich układ jest jest dokładnym odzwierciedleniem fragmentu układu gwiazdozbioru Oriona. Nie takiego, jaki możemy zaobserwować dzisiaj, ale takiego, jaki był w 10450 roku p.n.e. Układ gwiazd widzianych z Ziemi zmienia się z roku na rok w związku z tym, że kąt nachylenia osi ziemskiej ulega wahaniom. Pełny cykl ruchu gwiazd na firmamencie trwa 2600 lat.

Owe wahania kuli ziemskiej powodują przesunięcie biegunów magnetycznych. Średnio co 500000 lat pola magnetyczne zmieniają się i odwracają pozycję biegunów magnetycznych. Ostatnia taka zmiana miała miejsce 780000 lat temu, i jak twierdzą naukowcy, wkrótce możemy spodziewać się kolejnej. Wydaje się, że przebiegunowanie może nastąpić nagle i może wywołać prawie wszystkie rodzaje kataklizmów, od masowej zagłady zdezorientowanych zmianą gatunków po całkowite rozchwianie warunków klimatycznych. Według niektórych zmiana biegunów odpowiada za największe przesunięcia się płyt tektonicznych (znajdziemy o tym w teorii Hapgooda).



Tak Platon wyobrażał sobie Atlantydę na podstawie opowiadań swojego przodka Solana, który z kolei słyszał o niej od egipskich kapłanów. Według opowiadań stolica Atlantydy zbudowana była z kilku koncentrycznie ułożonych kanałów oddzielających od siebie poszczególne strefy: wypoczynkowa, handlowa oraz zbudowany na samym środku pałac królewski.



Mapa Piri Reisa z 1513 roku oparta była na zaginionych, starożytnych planach, wykreślonych zapewne przez naród znakomitych żeglarzy. Przedstawia Afrykę, Amerykę Południową oraz część Antarktydy z dokładnością do pół stopnia, która, jak się wydawało do tej pory, nie była możliwa do osiągnięcia przed rokiem 1735.



Mapa Oronteusza Fineusza z 1531 roku również była kopią wcześniejszych planów. Przedstawia ona Antarktydę (z prawej strony) z zaznaczonymi górami i rzekami, co sugeruje, że kontynent był odwiedzany lub zamieszkiwany przez ludzi zanim został skuty lodem. Dryfujące góry lodowe uniemożliwiały ponowne odkrycie Antarktydy aż do 1820 roku.

]

Mieszkańcy Atlantydy mogli wykorzystywać aktywny do dziś wulkan Erebus na wyspie Rossa jako źródło energii. Odcisk kopalnej rośliny znaleziony na Antarktydzie dowodzi, że kiedyś panował tam łagodniejszy klimat.



Jeśli przed 10000 lat skorupa ziemska przesunęła się nagle o 3200 km, to zamieszkana wówczas kraina mogła zostać wepchnięta do wnętrza koła podbiegunowego. Przy takim założeniu, otoczona przez oceany Antarktyda pasowałaby do platońskiego opisu Atlantydy.



      skopiowane z TUTAJ
      33
      Witam.
      Do wrzucenia tego materiału na Sadistic, skłoniła mnie "wymiana zdań" z jednym "patriotą-góralem". Poziomu wymiany postów z jego strony, nie będę komentował.
      Jak widać, "rozmowy" z trollami, czasami mogą przynieść pozytywny skutek :)

      Uwaga, tekst zapożyczyłem ze strony- www.histmag.pl

      Goralenvolk: podhalańscy wasale III Rzeszy

      500-złotowy banknot, tzw. „góral”, jest jednym z symboli życia codziennego w czasie okupacji. Hitlerowcy bez wątpienia fascynowali się góralami i to na tyle, że próbowali przekonać ich, że bliżej im do Niemców niż Polaków.

      Dzieje Podhala w drugiej wojnie światowej pełne są elementów heroicznych – działalności kurierów tatrzańskich, grup konspiracyjnych czy też całych oddziałów partyzanckich. Codziennie też polska ludność okolic Zakopanego i Nowego Targu musiała radzić sobie z trudem życia pod okupacją. Jednak obok jasnych, były też i ciemne karty tej historii: próby germanizacji i organizowania struktur kolaboracyjnych tak zwanego Goralenvolku.

      Skiparadies

      Niemcy zajęli Podhale już 1 i 2 września 1939 roku. Istniał pomysł, by tereny te przekazać Słowacji, podobnie jak niedaleką Orawę i Spisz, ostatecznie jednak pozostały one pod kontrolą hitlerowską. W lutym 1940 roku gubernator dystryktu krakowskiego wydał rozporządzenie, na mocy którego rejon Zakopanego stał się obszarem zamkniętym. Decyzja ta miała na celu przerwanie tras kurierskich wiodących z Polski przez Słowację na Węgry, a także otwierała drogę do stworzenia z tego regionu całkowicie niemieckiego kurortu zimowego.[/code]

      Zmiana warty na posterunku granicznym w Tatrach, grudzień 1940 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-3943)

      Niemcy zajęli sanatoria, domy wypoczynkowe, najlepsze mieszkania i wille, a przestrzeń publiczną poddano germanizacji. Nowy Targ przemianowano na Neumarkt/Dunajec, w Zakopanem zaś zmieniono nazwy ulic: Krupówki przemianowano na Hauptstrasse, obok pojawiła się Giewontstrasse, Tatrastrasse, Krakauerstrasse, Sprungschanzenstrasse. Nową nazwę (Sonnenbergalpe) otrzymała Gubałówka.

      Grupa niemieckich rekonwalescentów w Zakopanem. Jeden z mężczyzn przymierza góralski strój ludowy, 1939-1945 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-9322)


      Żołnierze niemieccy z nartami, luty 1941 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-11796)


      Tatry były przez Niemców nazywane Skiparadies – rajem narciarzy. W Zakopanem i Nowym Targu powstały niemieckie związki sportowe, na trasach zjazdowych organizowano zawody. Bronisław Czech, wybitny narciarz, otrzymał propozycję trenowania niemieckich sportowców zimowych. Nie przyjął jej, w efekcie czego trafił do Auschwitz, gdzie zginął w czerwcu 1944 roku Niektóre partie gór były dla Polaków zamknięte. Okupanci nie tylko pilnowali przejść na Słowację, ale także organizowali wycieczki turystów i alpinistów na szczyty.

      Żołnierze niemieccy rozmawiają z góralskim rzeźbiarzem w Zakopanem, październik 1940 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-4243)


      Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowanie Ratunkowe przemianowano na Tatra Bergwacht, w skład którego weszło wielu przedwojennych ratowników. Na jego czele stanął wybitny alpinista Zbigniew Korosadowicz. Ochotnicy po cichu pomagali Polakom (w tym kurierom), ale oficjalnie współpracowali z władzami okupacyjnymi.
      [/b]
      Lotnicy niemieccy na nartach podczas wypoczynku w Zakopanem, grudzień 1942 r. (fot. Sawallich, obecnie w zbiorach Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-4244)

      Już w pierwszych miesiącach wojny Zakopane odwiedziło wielu hitlerowskich dygnitarzy. W listopadzie 1939 roku na Podhale przyjechał po raz pierwszy Generalny Gubernator Hans Frank, który w latach późniejszych często wizytował nowy niemiecki kurort. Miesiąc później pod Tatrami gościł przywódca młodzieży Baldur von Schirach, a w styczniu 1940 roku przybył tu Reichsführer-SS Heinrich Himmler. W miasteczku odbyła się też konferencja metodyczna zorganizowana wspólnie przez NKWD i Gestapo w marcu 1940 roku.

      Miejsce polskich turystów zajęli pod Tatrami niemieccy rekonwalescenci ranni w kolejnych kampaniach Wehrmachtu. Swoje sanatoria otrzymała kolej i poczta, chętnie zjeżdżali tu także pracownicy okupacyjnej biurokracji oraz aparatu represji wraz z rodzinami. Z czasem Zakopane stało się jednym wielkim niemieckim szpitalem. Chętnie wysyłano tu także dzieci i młodzież, szczególnie od 1943 roku, gdy alianckie bombardowania Rzeszy stały się codziennością miast na zachodzie kraju. Na Podhale ewakuowano w związku z tym około dwudziestu tysięcy młodych ludzi. Rabkę, uzdrowisko na północ od Nowego Targu, planowano przekształcić w miasteczko młodzieżowe i nazwać „Hitlerjugend Stadt”. Miało ono pomieścić około ośmiu tysięcy niemieckiej młodzieży. Obecność tak dużej liczby ludności napływowej, pozostającej pod mocnym wpływem ideologii nazistowskiej, ciążyła oczywiście mieszkańcom tych ziem.W takich właśnie warunkach, na zamkniętym terytorium w górskiej kotlinie, gdzieś na obrzeżach wielkoniemieckiego kurortu, rodził się Goralenvolk.

      Krzyżyk niespodziany czy hakenkreuz?

      Do udowodnienia pokrewieństwa górali z Niemcami zaprzęgnięto naukowców, przede wszystkim historyków, antropologów i etnografów. Instytucją kierującą tymi pracami był Instytut Niemieckich Prac na Wschodzie, który podobne badania przeprowadzał na Sądecczyźnie, w rejonie Rzeszowa i Łańcuta oraz na wsiach łemkowskich. Ich celem było wyłowienie elementów germańskich spośród ludności Generalnego Gubernatorstwa.
      Jedną z inspiracji do badań nad związkiem Podhalan z Germanami była książka polskiego naukowca. W 1928 roku prof. Włodzimierz Antoniewicz opublikował pracę pt. Metalowe spinki góralskie, w której przedstawił ich podobieństwo do spinek używanych przez barbarzyńskich Gotów. Według jego teorii, przedstawiciele tego plemienia, spychani około 375 roku przez Hunów, mieli zawędrować między innymi w rejon Beskidów oraz Kotliny Nowotarskiej i tam się osiedlić. W IX wieku ludność ta miała zostać wchłonięta przez Słowian.

      Druga fala wpływów germańskich na Podhalu miała pojawić się w późnym średniowieczu (w szczególności po najazdach tatarskich) wraz z kolonizacją niemiecką tych terenów. Naukowcy prowadzili wykopaliska na terenie zamku w Szaflarach, badali także historię lokacji tutejszych wsi – nazwy niektórych z nich (Harklowa, Grywałd, Krauszów, Szlembark, Szaflary, Waksmund) wskazywały na niemieckie pochodzenie. Dowodów poszukiwano także w sztuce ludowej, budownictwie, obrzędowości czy ornamentyce – góralski „krzyżyk niespodziany” to nic innego, jak jedna z wersji swastyki.

      Młodzież z obozu szkoleniowego dla przywódców Hitlerjugend w drodze na święto wiosny w Zakopanem, 1940-1944 r. (fot. zakład fotograficzny Otto Rosnera, obecnie w zbiorach Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-5370)

      Druga fala wpływów germańskich na Podhalu miała pojawić się w późnym średniowieczu (w szczególności po najazdach tatarskich) wraz z kolonizacją niemiecką tych terenów. Naukowcy prowadzili wykopaliska na terenie zamku w Szaflarach, badali także historię lokacji tutejszych wsi – nazwy niektórych z nich (Harklowa, Grywałd, Krauszów, Szlembark, Szaflary, Waksmund) wskazywały na niemieckie pochodzenie. Dowodów poszukiwano także w sztuce ludowej, budownictwie, obrzędowości czy ornamentyce – góralski „krzyżyk niespodziany” to nic innego, jak jedna z wersji swastyki.


      Niemieccy antropolodzy prowadzili na Podhalu badania terenowe, w czasie których dokonywali badań medycznych i pomiarów antropometrycznych zamieszkującej te tereny ludności. W 1942 roku gruntownie przebadano wszystkich mieszkańców Szaflar oraz dorosłych z Witowa. W pierwszej z tych miejscowości wykonano ponad dwa tysiące sześćset zdjęć, z których większość ilustrowała badania rasowe – każdej osobie robiono między innymi fotografie en face, z obydwu profili oraz z zadartą głową. Wśród ludności góralskiej przeważał typ dynarski (wysoki wzrost, ciemnobrunatna cera, ciemne lub jasne włosy), chociaż odnotowano także przedstawicieli rasy nordyckiej.
      Występ taneczny górali dla żołnierzy niemieckich, październik 1940 r. (fot. zakład fotograficzny Otto Rosnera, obecnie w zbiorach Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-6092)

      Ciupaga dla Generalnego Gubernatora

      Wydarzeniem, które zapoczątkowało próbę stworzenia Goralenvolku, była pielgrzymka górali na Jasną Górę zorganizowana w październiku 1939 roku. Zainicjował ją Witalis Wieder, kapitan rezerwy Wojska Polskiego, komendant Hufca Przysposobienia Wojskowego w Zakopanem i... rezydent wywiadu niemieckiego. Mieszkańcy Podhala przekonali się na własne oczy, że sanktuarium nie zostało zniszczone, co więcej, okupanci nie przeszkadzali w modlitwie przed obrazem Czarnej Madonny.
      Jednym z uczestników pielgrzymki był Wacław Krzeptowski, przedstawiciel możnego rodu góralskiego, działacz przedwojennego Związku Górali, prezes nowotarskiego oddziału Stronnictwa Ludowego. Przed wrześniem aktywnie działał na niwie publicznej – znał się zarówno z Wincentym Witosem, jak i przedstawicielami władzy (między innymi witał w Zakopanem prezydenta Mościckiego), protestował także przeciw budowie kolejki linowej na Kasprowy Wierch. Wiederowi udało się skaptować wpływowego górala do współpracy z okupantem. W jaki sposób? Bez wątpienia był on człowiekiem ambitnym, pysznym, rwącym się do zaszczytów. Wystawny tryb życia wpędził Krzeptowskiego w kłopoty finansowe – 3 września 1939 roku jego majątek miał zostać wystawiony na licytację. Niemcy wstrzymali egzekucje długów, o czym były działacz ludowy dobrze wiedział. Jego obrońcy wskazują jeszcze jeden motyw – troska o przetrwanie góralszczyzny skłaniać miała go do pragmatycznej współpracy z okupantem.
      Drugą wpływową osobą skaptowaną przez Niemców był doktor Henryk Szatkowski – doktor prawa, kierownik wydziału uzdrowiskowego w Zakopanem, propagator turystyki, wielki miłośnik narciarstwa i góralszczyzny (ożenił się z prostą dziewczyną). Z racji swoich licznych wyjazdów (był między innymi kapitanem sportowym Polskiego Związku Narciarskiego) znał dobrze wiele języków, w tym niemiecki. Przed wojną był wyraźnie zafascynowany kulturą i charakterem zachodnich sąsiadów. Co skłoniło go do współpracy? Wielu badaczy uważa, że przed wrześniem został zwerbowany przez niemiecki wywiad. Nie bez znaczenia mogła też być jego wspomniana germanofilia oraz miłość do Podhala, która pchnąć go miała do układów z okupantem.

      7 listopada 1939 roku delegacja górali uczestniczyła w ceremonii „intronizacji” Generalnego Gubernatora Hansa Franka na Zamku Królewskim na Wawelu. Wacław Krzeptowski wraz z grupą swoich ziomków ubranych w stroje ludowe złożył swoisty „hołd” hitlerowskiemu wielkorządcy, wręczając mu jednocześnie w prezencie złotą ciupagę. 12 listopada Frank odwiedził Zakopane. Krzeptowski witał go uroczyście pod świerkową bramą zbudowaną z okazji Mistrzostwa Świata w narciarstwie klasycznym, które rozegrano lutym tego samego roku. Rolę tłumacza pełnił Szatkowski, jednak to zamożny góral zwrócił się do Generalnego Gubernatora słowami: „Meine Liebe Kameraden, dwadzieścia lat jęczeliśmy pod polskim panowaniem, a teraz wracamy pod skrzydła wielkiego narodu niemieckiego”.


      Przewodniczący Komitetu Góralskiego Wacław Krzeptowski (z lewej) wita gubernatora Hansa Franka po przybyciu do Zakopanego, listopad 1939 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-3062)

      29 listopada z inicjatywy Krzeptowskiego i innego czołowego działacza Związku Górali Józefa Cukra zwołano zebranie tej głównej organizacji występującej w imieniu Podhalan. Zwolennikom kolaboracji udało się przejąć kontrolę nad Związkiem (od tej pory zwanym Goralenverein). W czasie posiedzenia podjęto też decyzję o przesłaniu do Franka pisma autorstwa Szatkowskiego, w którym górale przekazywali swoje prośby do władz okupacyjnych. W dokumencie tym zapewniano jednocześnie o chęci ścisłej współpracy oraz o góralskiej odrębności od narodu polskiego. Po niecałych dwóch miesiącach od zakończenia podboju Polski na Podhalu działalność rozpoczęła struktura kolaboracyjna.

      Dzień urodzin Hitlera, Hans Frank przyjmuje na Wawelu delegację górali z Wacławem Krzeptowskim (pierwszy z lewej), 20 kwietnia 1940 r. (fot. zakład fotograficzny Otto Rosnera, obecnie w zbiorach Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-3511)

      Góralskość na co dzień
      W czerwcu 1940 roku w powiecie nowotarskim przeprowadzono spis ludności. W rubryce „narodowość”, obok polskiej, niemieckiej, żydowskiej czy ukraińskiej, pojawiła się również opcja „góralska”. Ludzie Krzeptowskiego starali się w różny sposób wpływać na wyniki spisu, między innymi rozsiewali plotki, że osoby deklarujące się jako Polacy zostaną wywiezione do Generalnego Gubernatorstwa. Większość mieszkańców Podhala wybrała opcję polską, czasem w postaci „polski góral” bądź też „góral-Polak”. Aby wynik spisu był korzystniejszy dla działaczy Goralenvolku, dokonali oni fałszerstwa – wpisy typu „polski góral” przyporządkowywali do kategorii „narodowość góralska”.
      Pod koniec 1941 roku Niemcy podjęli decyzję o utworzeniu Komitetu Góralskiego (Goralisches Komitee), stworzyli jego regulamin i zakreślili obszary jego działalności. Miał on pełnić funkcję namiastki samorządu góralskiego odpowiedzialnego za kontakty z okupantem, sprawy socjalne, pracę, kulturę i edukację oraz zaopatrzenie. W lutym 1942 roku stworzono struktury tej instytucji, na czele której stanął Krzeptowski, a jego zastępcą został Józef Cukier. Komitet posiadał swoich przedstawicieli w terenie.

      Gubernator Hans Frank w otoczeniu niemieckich oficerów i górali w strojach ludowych w Zakopanem, listopad 1939 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-3071)

      Okazją do zaprezentowania rzekomych wpływów Goralisches Komitee była akcja wymiany dowodów osobistych na nowe karty rozpoznawcze latem 1942 roku. W jej ramach wprowadzono niebieskie kennkarty góralskie z dużą literą „G” na pierwszej stronie. Działacze Goralenvolku prowadzili szeroko zakrojoną akcję propagandową zachęcającą ludność do przyjmowania tego rodzaju kart. Obiecywano pomoc i opiekę, między innymi zwolnienie z obowiązku dostarczania Niemcom kontyngentów rolnych. Dokonywano też licznych manipulacji w czasie wydawania dokumentów (na przykład nie przywożono do wsi polskich kenkart), a opornym grożono represjami z wysiedleniem do Generalnego Gubernatorstwa bądź też wywiezieniem na roboty do Rzeszy włącznie.

      Szacuje się, że kenkarty z literą „G” przyjęło od kilkunastu do około trzydziestu procent mieszkańców Podhala. W wielu wsiach odsetek ten był bardzo niski, wyższy był natomiast w większych ośrodkach, takich jak Nowy Targ, Zakopane, Szczawnica czy Rabka. Kenkarty góralskie przyjmowano z różnych powodów, między innymi ze strachu przed represjami czy z chęci uzyskania lepszego dostępu do zaopatrzenia i pomocy materialnej. Zdarzały się również zupełnie odmienne motywacje – karty z literą „G” przyjęli niektórzy działacze konspiracyjni bądź też ludzie, którzy ukrywali u siebie Żydów.

      Działacze Goralenvolku starali się prowadzić aktywną działalność kulturalno-oświatową. Przejęli między innymi kontrolę nad przedwojenną szkołą przemysłu drzewnego w Zakopanem, którą przemianowano na Państwową Szkołę Zawodową Góralskiej Sztuki Ludowej. Przymiotnik „państwowe” otrzymało także Muzeum Tatrzańskie – w zamierzeniach kolaborantów miało to stanowić namiastkę podhalańskiej suwerenności. W Zakopanem otwarta została szkoła powszechna, w której językiem wykładowym był góralski (równolegle uczono także niemieckiego). Miała ona na celu propagowanie lokalnej kultury, a także stanowić narzędzie germanizacyjne. Uczęszczało do niej około szesnastu procent dzieci z Zakopanego.



      Działacze góralscy próbowali też zdobyć poparcie dzięki działalności społecznej. Przydzielali zasiłki, organizowali kuchnie ludowe i rozdawnictwo żywności, a w czasie epidemii tyfusu starali się we współpracy z Niemcami udzielać pomocy lekarskiej najbiedniejszym. Istnieją także relacje ustne mówiące o tym, jak Krzeptowski pomagał w wyciągnięciu konkretnych osób z aresztu czy też w uniknięciu wywózki na roboty przymusowe.

      Bezskuteczne były natomiast próby ograniczania przymusowych dostaw na rzecz okupanta – kontyngenty egzekwowano często od całej wsi, łącznie z działaczami Komitetu Góralskiego.
      Funkcjonariusze NSDAP podczas szkolenia na Gubałówce, 1939-1945 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-4839)

      Mimo wszystko Goralenvolk nie cieszył się wśród mieszkańców Podhala popularnością. Ambitny Krzeptowski chętnie stroił się w piórka góralskiego księcia – Goralenfürsta. Ludową odpowiedzią na to była szydercza przyśpiewka Wacuś, bedzies wisioł za cosik. Warto wspomnieć, że prezes Komitetu Góralskiego miał jedyny w Zakopanem sklep tytoniowy, który przynosił mu przyzwoite dochody. Podobnie dobrze wiodło się jego kuzynowi Andrzejowi Krzeptowskiemu, Henrykowi Szatkowskiemu czy Witalisowi Wiederowi.

      Żołnierze niemieccy podczas wypoczynku w Tatrach, październik 1940 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-4241)


      Ostatnią zorganizowaną akcją góralskich separatystów była próba utworzenia podhalańskiej jednostki Waffen-SS. Wysłanie żołnierzy na wojnę z bolszewizmem miało być dowodem skuteczności Komitetu Góralskiego. W styczniu 1943 roku udało się zgromadzić około trzystu ochotników, w dużej części chorych na syfilis i gruźlicę. Dość liberalne badania lekarskie przeszła połowa z nich. Kompletnie pijanych przyszłych góralskich SS-manów wysłano do obozu szkoleniowego w Trawnikach na Lubelszczyźnie. Początkowo Niemcy chcieli wykorzystać ich do pełnienia służby wartowniczej, jednak fatalny stan zdrowia tych żołnierzy zniweczył wszelkie plany w tym względzie. „Na Pańskie pytanie, w jakim stopniu ci górale potrafią porozumiewać się po niemiecku, mogę odpowiedzieć jedynie posługując się słowem „Vodka”. Tym samym można powiedzieć o tej narodowości wszystko” – pisał do Berlina Friedrich Wilhelm Krüger, Dowódca SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie. „Jestem stanowczo przekonany, iż potrafimy wojnę tę wygrać bez nich” – skomentowano sprawę w stolicy III Rzeszy. Część ochotników zdezerterowała, innych zwolniono bądź wywieziono na roboty przymusowe do Rzeszy. Ostatecznie w SS pozostało dwunastu góralskich żołnierzy.

      Gmach NSDAP w Zakopanem, październik 1941 r. (fot. zakład fotograficzny Otto Rosnera, obecnie w zbiorach Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-4837)

      Smutny koniec

      o klęsce idei Legionu Góralskiego działalność Goralenvolku załamała się. W 1944 roku nie udało się nawet zebrać delegacji góralskiej na organizowane przez rząd Generalnego Gubernatorstwa dożynki. Kilku działaczy Komitetu Góralskiego zginęło z rąk AK-owców i partyzantów Józefa Kurasia „Ognia”. Ostatniej jesieni wojny spisany przez Niemców na straty Krzeptowski postanowił uciec w góry. Czasowo przebywał na Słowacji, gdzie kontaktował się z partyzantami radzieckimi, udając przedwojennego lewicowca.

      Gubernator Hans Frank (z lewej) podczas rozmowy z Wacławem Krzeptowskim (w stroju ludowym), kwiecień 1940 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-3076)


      20 stycznia 1945 roku byłego Goralenfürsta dopadł przybyły na Podhale oddział AK „Kurniawa”. Wiele było w tym przypadku, okazji do wykonania wiszącego na zdrajcy wyroku Państwa Podziemnego nie można było jednak zmarnować. Góral sporządził przed śmiercią testament, w którym cały swój majątek przekazał Armii Krajowej „z własnej i nieprzymuszonej woli jako jedyne zadośćuczynienie dla Narodu Polskiego za błędy i winy popełnione w okresie okupacji niemieckiej”. Na Podhalu mówiło się, że swoją ostatnią wolę spisał Krzeptowski własną krwią. Następnie partyzanci powiesili go na jednym ze świerków na Krzeptówkach. Rodzina dopiero po wielu godzinach pochowała ciało kolaboranta w niewiadomym miejscu.

      Witalis Wieder i Henryk Szatkowski uciekli do Niemiec jeszcze przed wyzwoleniem Zakopanego. Słuch po nich zaginął, po wojnie skazano ich zaocznie na karę śmierci. Józef Cukier, zastępca Krzeptowskiego w Komitecie Góralskim, został w 1946 roku skazany na piętnaście lat więzienia – na jego korzyść zeznawali mieszkańcy Podhala, w tym Żydzi. Po odsiedzeniu wyroku spokojnie dożył swoich dni pod Tatrami.
      Dlaczego Niemcy podjęli się wspierania Goralenvolku? Bez wątpienia ich głównym celem było rozbicie jedności społeczeństwa polskiego, a separatyzm góralski miał być do tego środkiem. Liczyli też na skuteczną germanizację części ludności podhalańskiej. Dlaczego z kolei niektórzy górale poszli na układy z okupantem? Wielka w tym zasługa inteligentów z zewnątrz (Wiedera i Szatkowskiego), którzy pośredniczyli w kontaktach z nazistami. Ludzie tacy jak Krzeptowski, Szatkowski czy Cukier byli osobami znanymi w Zakopanem przed wojną, dzięki czemu firmowana przez nich inicjatywa mogła początkowo budzić zaufanie. Bez wątpienia dużą rolę grały też motywy osobiste: ambicja, chęć zyskania prestiżu czy też korzyści materialnych. Czy obok tych pobudek występowały też względy pragmatyczne i prospołeczne? Tego już nie wiemy.
      Odzew, z jakim spotkał się Goralenvolk wśród Podhalan miał podłoże społeczno-gospodarcze. Żyjący z turystyki, ubodzy górale stracili po wybuchu wojny znaczną część środków do życia. W układach z Niemcami widzieli sposób przetrwania ciężkich okupacyjnych lat. Działalność społeczna Komitetu Góralskiego dawała mu częściowe poparcie. Choć zakres kolaboracji był pod Tatrami największy w kraju, nie miała ona jednak dużej skali, Krzeptowski na długo przed końcem wojny stracił swoją pozycję, a Podhale oprócz współpracy z nazistami zapisało piękną kartę działalności podziemnej.


      Redakcja: Roman Sidorski
      Zredagowane dla Sadistic.pl: kustoszpan
      Pozdrawiam!

      Troszkę się napracowałem do zredagowania tego tekstu...Ale ku chwale Ojczyzny ;-)

      Lądowanie Apollo 11 na księżycu

      worldoko • 2013-04-06, 22:29
      23
      Witajcie,

      Znalazłem ciekawą rzecz w internetowej czasoprzestrzeni.

      http://www.firstmenonthemoon.com/

      Jest to prezentacja z lądowania Apollo 11 na księżycu.
      Przedstawione jest w niej owe lądowanie w ciekawy sposób.

      Zsynchronizowano dźwięk, obraz, zapisy rozmów i parę innych rzeczy, tak, że wszystko się bardzo ciekawie ogląda. Trzyma w napięciu.

      Największe bitwy pancerne

      Dz...........ak • 2013-04-06, 21:11
      7
      Cykl dokumentów.

      Bitwa pod Arracourt



      Bitwa o Belgię



      Bitwa na Łuku Kurskim Front Południowy


      Kursk. Front Północny



      Bitwa na Wzgórzach Golan


      Ofensywa w Ardenach


      Hochwald Gap


      Janusz Żurakowski - polski as lotnictwa

      Dz...........ak • 2013-04-06, 19:53
      17


      Janusz Żurakowski herbu Sas (ur. 12 września 1914 w Ryżawce na Ukrainie Naddnieprzańskiej, zm. 9 lutego 2004 w Barry's Bay, Ontario, Kanada) – podpułkownik pilot Wojska Polskiego II RP, pilot doświadczalny, brat konstruktora lotniczego i pilota, mgr inż. Bronisława Żurakowskiego.
      Jan Żurakowski siadł za sterami samolotu w wieku piętnastu lat. W 1935 ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Lotnictwa, a dwa lata później Szkołę Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie (X promocja, 12 lokata). Po promocji przydzielony został do 161 Eskadry Myśliwskiej 6 Pułku Lotniczego we Lwowie. W marcu 1939 przeniesiony został do Ułęża, na stanowisko instruktora. Był honorowym członkiem Klubu Pilotów Doświadczalnych w Polsce, z legitymacją nr 2. Brał udział w kampanii wrześniowej 1939, następnie przedostał się do Wielkiej Brytanii i służył w RAF. Od 5 czerwca do 28 grudnia 1942 dowodził 316 Dywizjonem Myśliwskim Warszawskim. W 1943 awansowany na kapitana, przydzielono mu funkcję zastępcy dowódcy skrzydła w Northolt. Otrzymał wiele odznaczeń bojowych za udział w misjach na terenie Niemiec oraz w Bitwie o Anglię, m.in. Virtuti Militari i Krzyż Walecznych (trzykrotnie).



      Końcowy okres wojny spędził w Imperialnej Szkole Pilotów Doświadczalnych w Boscombe Dawn (Anglia). Był oblatywaczem większości typów myśliwców RAF oraz samolotów brytyjskiej i amerykańskiej marynarki wojennej. Znany z umiejętności wykonywania akrobacji powietrznych, opracował i wykonał nowe figury – Zurabathic Cartwheel i Falling Leaf, wcześniej w oczach fachowców uchodzące za niemożliwe do wykonania. Jego pokazy akrobacji w Farnborough przeszły do legendy. Pobił także rekord szybkości przelotu na trasie Londyn-Kopenhaga-Londyn. Oblatał blisko sto nowych konstrukcji lotniczych.
      Wojnę zakończył mając na koncie 3 zwycięstwa pewne, 1 prawdopodobne oraz 1 samolot uszkodzony, co dało mu 75. miejsce na Liście Bajana.
      Od 1952 mieszkał w Kanadzie. Pracował jako pilot doświadczalny w zakładach Avro Canada, był pierwszym pilotem testującym pierwszy kanadyjski myśliwiec przechwytujący CF-100 Canuck, uchodzący za jeden z najnowocześniejszych w latach 50., na którym jako pierwszy lotnik w Kanadzie pokonał barierę prędkości dźwięku oraz osiągnął prędkość 1000 mil na godzinę. W marcu 1958 rozpoczął testowanie myśliwca przechwytującego CF-105 Arrow. W zgodnej opinii fachowców był to najlepszy ponaddźwiękowy samolot myśliwski tego czasu, wyposażony w najnowocześniejszą aparaturę nawigacyjną i łącznościową oraz elektroniczne kierowanie ogniem.




      W lutym 1959 roku zapadła niewyjaśniona ostatecznie do dnia dzisiejszego decyzja o wstrzymaniu programu budowy CF-105 Arrow. 13 tysięcy pracowników Avro i Orenda Engines zostało zwolnionych z pracy. Zniszczono dziesiątki tysięcy rysunków konstrukcyjnych i planów samolotu. Samolot, który miał szanse zmienić stan wyposażenia lotnictwa myśliwskiego państw NATO w okresie zimnej wojny – przestał istnieć, a Żurakowski odszedł od pracy w lotnictwie, prowadził popularny wśród Polonii ośrodek wypoczynkowy Kartuzy Lodge w Barry's Bay.


      Odznaczenia (lista niepełna)

      Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari
      Krzyż Komandorski Orderu Zasługi RP
      – 1999
      Krzyż Walecznych – trzykrotnie Wyróżnienia

      Wyróżniony m.in. członkostwem honorowym Międzynarodowego Stowarzyszenia Pilotów Doświadczalnych w Los Angeles, które umieściło jego imię na liście najwybitniejszych lotników wszech czasów.
      Wyróżniony tytułem "Pioniera lotnictwa kanadyjskiego" i członkostwem lotniczego "Hall of Fame" w Kanadzie. Za zasługi otrzymał niezwykle cenny puchar McKee Trophy.
      Odznaczony Honorową Odznaką Nr 2 Klubu Pilotów Doświadczalnych w Polsce.
      Miasto Edmonton nadało mu swoje odznaczenie Order Lotu.
      Jego imieniem nazwano jeden z budynków lotniczego ośrodka doświadczalnego w Albercie.
      Miasto Barry’s Bay otworzyło park im. Żurakowskiego wraz z jego pomnikiem i modelem samolotu CF-105 Arrow.
      W 1996 wydano srebrną monetę o nominale 20 dolarów kanadyjskich z jego wizerunkiem.
      Wiele drużyn harcerskich nosi imię Żurakowskiego.










      Na polskim rynku wydana została biografia Żurakowskiego: Janusz Żurakowski. Legenda przestworzy

      Zeitgeist

      Bazyliszek • 2013-04-06, 17:32
      10
      No witam Sadole.
      Dłuższy czas przeglądam portal, ale do tej pory jako gość.
      Z uwagi na pewien dokument postanowiłem się zarejestrować
      No i też dlatego, ze czasami mam chęć się wypowiedzieć :-)
      Dokument taki jak Zeitgeist, jest dla wielu znany w internecie miał miliony odtworzeń.
      Ale są też tacy, którzy tej serii nie widzieli.
      Nie jest to teoria spiskowa, typu..."odległość pomiędzy księżycem a słońcem pomnożona przez 5 i podzielona przez 20000 i wyciągnięty pierwiastek oraz podniesienie do 3 potegi daje rok urodzin Hitlera...przypadek, nie sądzę"
      Patrzyłem po tagach, już ten dokument był wrzucany, ale teraz kanał Planete, daje trzy części:
      Zeitgeist. Spisek rządzi światem”
      Niedziela, 7 kwietnia 2013, godz. 11.20 (powtórka)
      Bo była emisja 1 Kwietnia
      „Zeitgeist. Pieniądz rządzi światem”
      Poniedziałek, 8 kwietnia 2013, godz. 20.45
      „Zeitgeist. Świat jutra”
      Poniedziałek, 15 kwietnia 2013, godz. 20.50
      [/size]
      Dokument wart obejrzenia, pokazuje w jakim świecie żyjemy, jak jesteśmy dymani, jakimi prawami się kierują "wielcy" tego świata
      Jak ktoś kto jeszcze tego nie widział znajdzie czas, to będzie super, ważne by na świecie było jak najmniej obślinionych bezmózgich robotów a jak najwięcej ludzi świadomych
      Pozdrawiam[/size]
      X