Fakty i mity katastrofy w Elektrowni Czarnobyl.

Czesiek181 • 2012-08-03, 22:04
178
Fakty
Liczba ofiar (oficjalnie):
1. 2 strażaków umiera w nocy 26.04.'86

2. Kolejnych 28 umiera w ciągu kilku miesięcy.

3. Oficjalna liczba zgonów wynosi 51 ofiar.


Liczba ofiar (nieoficjalnie):

1. 600 pilotów śmigłowców.
2. Co 4 z górników zmarł przed 40 rokiem życia; ok. 2,5tys.
3. ok. 20 tys. likwidatorów zmarło do 2005 roku; ok 200tys jest inwalidami.
4.łączna liczba ofiar wg. różnych źródeł jest szacowana od 60 osób nawet do kilkunastu tysięcy.

Reaktor nr4:

1. Pokrywa reaktora nr 4 ważyła 1200T.
2. 30 śmigłowców gasiło ogień w reaktorze.
3. Jeden pilot wykonywał do 33 przelotów dziennie.
4. Nad płonącym reaktorem wykonano w ciągu dwóch dni 410 przelotów, podczas których zrzucano do reaktora 80kg worki z piaskiem.
5. Zrzucono w sumie 6tys. Ton piasku i kwasu bornego, który neutralizuje promieniowanie.
6. Zdalnie starowane roboty, spychające gruz do krateru ulegały uszkodzeniu i były zastępowane ludźmi.
7. 'Bioroboty' - żołnierze [ok. 3,5tys] w wieku 20-30 lat, którzy musieli sprzątać okolice reaktora 4, oraz zgarniać radioaktywny gruz z dachu.
8. 'Bioroboty' sami musieli sobie zrobić ołowiane pancerze oraz osłony.
9. Pracowali po 2-3min za pierwszym razem a potem po 40 sek. w 8-osobowych grupach [w tym oficer].
10.Niektórzy wychodzili na dach nawet po 5 razy.
11. Oczyszczanie strefy wokół reaktora, trwało 24h/24h 7 dni w tygodniu.
12. Żołnierze biorący udział w usuwaniu skutków tragedii dostali po 100 rubli premii oraz dyplomy.




Sarkofag:
1. 170m długości, 66m wysokości.
2. Budowę sarkofagu rozpoczęto w sierpniu 1986r.
3. Demola 4tys. - dźwig pracujący przy budowie
4.Likwidatorzy na znak wygranej 'bitwy o Czarnobyl' zatknęli flagę na kominie
5.Niektórzy z likwidatorów podpisują się na ostatniej płycie zamykającej sarkofag.
6.Do dzisiaj 3tys. likwidatorów czuwa nad stanem rozpadającego się sarkofagu.
7. Koszt budowy nowego sarkofagu wynosić będzie 300mln dolarów; ma on mieć 108m wysokości i być wybudowany nad starym sarkofagiem.


Promieniowanie:

1. Promieniowanie w małych ilościach, nawet przez pewien czas nie jest szkodliwe.
2. Mutacje dotyczą głównie dzieci, które narodziły się podczas skażenia, bądź w niedługim czasie po katastrofie.


Ważne dane:

1. Elektrownia oddalona była o 15km od miejscowości Czarnobyl i o 3km o miasta Prypeć.
2. Prypeć na dzień 26.04.'86 liczył ok. 45 tys. mieszkańców.
3. Czarnobyl na dzień 26.04.'86 liczył ok. 15 tys. mieszkańców.
4. 30km strefę wokół reaktora zamieszkiwało 130 tys. osób.
5. 100tys. żołnierzy oraz 400tys cywilów pracowało w zwalczaniu skutków tragedii.
6. 10tys. górników z Rosji i górniczego zagłębia Ukrainy brało udział w przekopywaniu tunelu pod 4 reaktor.
7. Radioaktywne cząsteczki zapadają się w ziemię na 5 cm rocznie.

Mity
Mitem jest że:

1. Człowiek od promieniowania świeci.
2. U żyjących już napromieniowanych ludzi występują mutacje.


Click
Takewon • 2012-08-03, 22:24  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (16 piw)
Desertsun napisał/a:

Jeżeli wykonano 410 przelotów to dlaczego zginęło 600 pilotów?



Bo normalnie w samolocie lub helikopterze znajduje się zazwyczaj dwóch pilotów. To latać nie trzeba by wiedzieć takie rzeczy :roll:
288
Trochę historii sadole. Pełen komunikat o wybuchu II wojny światowej (dokładnie wkroczeniu do Polski wojsk niemieckich) wyemitowany przez Polskie Radio 1 września 1939r.

Pater patriae • 2012-08-03, 12:11  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (140 piw)
Już widzę komunikat TVN, gdyby nas dzisiaj zaatakowali:

"Dzisiaj o godzinie 5.00 wojska naszych dobrych sojuszników Niemców przeszły Polską granicę, nie wiemy czemu to zrobiły, ale może jest to jakaś operacja w ramach ćwiczeń bojowych, dostaliśmy także informacje, że nad Szczecinem, Wrocławiem i Poznaniem przeleciało kilka samolotów, a następnie słyszano jakieś wybuchy, nasi "eksperci' twierdzą, że mógł to być wybuch gazu. W naszym studiu o godzinie 11.00 będzie rozmowa "ekspertów" i polityków o tym incydencie, czekamy także na dalsze informację od Rzecznika Rządu. A teraz gościem w naszym studiu jest posłanka Anna Grodzka, która wypowie się na temat nietolerancji polskiego społeczeństwa dla transwestytów"

Jasenovac – bałkański Auschwitz

Czesiek181 • 2012-08-03, 01:46
109
21 kwietnia 2006 r. odbyły się w Jasenovacu uroczystości z okazji 61 rocznicy wyzwolenia obozu zagłady.Prezydent Chorwacji, katolik Mesić, przyznał, że Jasenovac był widownią ludobójstwa, holokaustu i zbrodni wojennych... Honor narodu chorwackiego ocalili w tych dniach bojownicy antyfaszystowscy, którym na zawsze powinniśmy być za to wdzięczni. Kto zatem honor narodu chorwackiego splamił? Ante Pavelić witany przez Hitlera, 9 czerwca 1941



Pavelić w klasztorze franciszkanów


W 1941 r., po ataku Hitlera na Jugosławię, Ante Pavelić proklamował Niezależne Państwo Chorwackie (NDH), satelitę faszystowskich Niemiec. Państwowym programem katolickiego NDH była eksterminacja Żydów, Cyganów i prawosławnych Serbów w celu pełnej faszyzacji i katolicyzacji kraju. Piusowi XII, „papieżowi Hitlera”, marzyła się krucjata na bolszewików, zniszczenie prawosławia i „nawrócenie Rosji”. Cel ten widział już blisko – w wyprawie Hitlera. Chorwacja to przypadek szczególny. Kler prawie zawsze dokonywał zbrodni cudzymi rękami, wykorzystując podporządkowaną sobie władzę świecką. Nawet wyroki kościelnej inkwizycji wykonywali cywile, co dzisiaj daje kościelnym fałszerzom historii okazję do umywania rąk i uchylania się od odpowiedzialności za zbrodnie. To nie my! A że z boku zawsze stał ksiądz... W NDH puściły wszelkie hamulce duchowni katoliccy mordowali ludzi własnymi rękami.


Według historyków, aż 953 duchownych katolickich brało czynny udział w rzeziach! Katoliccy księża i mnisi przewodzili wielu bandom ustaszowskich morderców.
Do prześladowań kler katolicki nawoływał Chorwatów z ambon. Minister oświaty Budak jawnie głosił: Część Serbów wybijemy, część wygnamy, a resztę, która musi przyjąć religię katolicką, włączymy do narodu chorwackiego... Wszystkie nasze poczynania wynikają z wierności wobec religii i Kościoła katolickiego.


Stepinac (pierwszy z prawej)

Wymordowali w niewielkiej Chorwacji około 600 tys. Serbów, 60 tys. Żydów i 27 tys. Cyganów. Zburzyli lub ograbili setki cerkwi i klasztorów, w wielu z nich urządzili sale tortur, używając najbardziej wymyślnych narzędzi. Nie oszczędzali nikogo: kobiet, dzieci ani starców. Furia morderców była tak wściekła, że zdarzało się, iż nawet Niemcy rozbrajali oddziały ustaszów, a przerażeni Włosi ratowali w swojej strefie cywilów, nawet Żydów. Tymczasem niezadowolony abp Stepinac żalił się, że „na chorwackich obszarach przyłączonych do Włoch postępuje ciągły upadek życia religijnego i tendencja do przechodzenia na schizmę!”.

Świadek tamtych wydarzeń – włoski reporter (a więc sojusznik faszysta, nie wróg!) Falconi – napisał, że...

„prawie nie sposób wyobrazić sobie ekspedycję karną straszliwej kadry ustaszów bez księdza,

w szczególności franciszkanina, który im przewodzi i podbechtuje ich”. Inny Włoch, prezes Włoskiego Towarzystwa Geograficznego Zoli, potwierdza to: „(...) ci jego [św. Franciszka] uczniowie i duchowi potomkowie, żyjący w NDH, zionąc nienawiścią, zabijają niewinnych ludzi, swych braci w Ojcu Niebieskim, mających ten sam język, tę samą krew, ten sam kraj rodzinny, mordują ich, grzebią ich żywcem...”.

Ale nie tylko franciszkanie brali udział w rzezi. Na przykład jezuita Kamber był szefem policji w Doboj w Bośni. Opisy jego tortur i morderstw dorównują sadyzmem mordom UPA na Polakach na Wołyniu. Gorliwi katoliccy ustasze lubili fotografować się w czasie akcji, dzięki czemu dobrze udokumentowali swoje zbrodnie. Masowe groby także pozostały.
Elementem systemu zagłady były obozy koncentracyjne. Największe z nich to Jasenovac, Stara Gradiska i Danica. Jasenovac, w którym zamordowano około 120 tys. dzieci, nazywany jest bałkańskim Oświęcimiem. Przez pewien czas jego komendantem był wspomniany franciszkanin Filipović, powszechnie zwany szatanem. Jego specjalnością było mordowanie ludzi motyką, Także kobiet i dzieci… W Jasenovacu "pracowały” dziesiątki innych katolickich duchownych. Czy wobec tego ten obóz zagłady nie zasługuje na miano katolickiego Oświęcimia? Wszak walczymy o nazwanie Oświęcimia obozem niemieckim. Jasenovac znany był z masowego ścinania głów ludziom (w ten sposób oszczędzano kule). 28 sierpnia 1942 r. załoga obozu urządziłą zawody. Zwycięzca, katolicki duchowny3 franciszkanin Brzica , w jeden dzień specjalnym nożem ściął głowy 1360 ludziom!
Srbosjek (chorw., Serbosiek - siekacz Serbów) - noż, zaprojektowany specjalnie do szybkiej masowej eksterminacji ofiar ustaszowskich obozów koncentracyjnych, głównie Serbów .


Ustaszowskie bandziory ucinają człowiekowi głowę piłą


Watykan wiedział o zbrodniach w Chorwacji; miał tam swojego nuncjusza.I ani słowa protestu, a wręcz przeciwnie, pełne poparcie. W maju 1941 r., w czasie największych rzezi, papież Pius XII przyjął na uroczystej audiencji i błogosławił Pavelicia, przywódcę ustaszowskich zbrodniarzy. Papieżowi nie przeszkadzało, że już wtedy ciążyły na Paveliciu wyroki śmierci wydane w Jugosławii za podwójne morderstwo oraz w 1936 roku we Francji i w Jugosławii za współorganizację zamachu, w którym zamordowano w Marsylii króla Jugosławii i ministra spraw zagranicznych Francji. O tym zbrodniarzu abp Stepinac pisał: „Poglawnik (führer) jest szczerym katolikiem”. Stepinac, arcybiskup Zagrzebia i prymas Chorwacji, duchowy „opiekun” ustaszów, w 1942 r. został ich duszpasterzem. Musiał wiedzieć o zbrodniach oraz wyczynach swoich duchownych, skoro w krótkim czasie pod ich przywództwem militarnym lub duchowym wymordowano prawie milion ludzi, a dwa miliony Serbów przymusowo ochrzczono. Uzgodnił nawet przejmowanie serbskich cerkwi, a przymusowe nawracanie Serbów z prawosławia nazywał dziełem bożym. W 1943 r. przedstawiał kurii zasługi ustaszów w nawracaniu na katolicyzm, dziękował duchownym, zwłaszcza franciszkanom. W tramwajach, urzędach, sklepach i restauracjach Zagrzebia nakazał rozwiesić tabliczki o treści: „Serbom, Żydom, koczownikom i psom wstęp wzbroniony”.Kiedy nad Hitlerem zawisło widmo klęski, Stepinac zaczął nagle mówić o prawach człowieka. Nawet pomagał niedobitkom. Ale obozy zagłady działały nadal – aż do końca wojny. Po wojnie żaden ze zbrodniarzy w sutannach nie poniósł kary kościelnej. Przeciwnie,

Kościół pomógł im w ucieczce i ukryciu się.
Zrabowany ofiarom olbrzymi majątek został zabezpieczony, i to nie bez pomocy Watykanu. Dzięki temu zapleczu finansowemu ustasze dokonywali dalszych terrorystycznych zamachów przeciwko Jugosławii. W nowej Jugosławii
stracono m.in. 139 franciszkańskich zbrodniarzy, a Kościół poddano represjom. Z natury rzeczy przeciwstawiał się temu Stepinac i to dało mu okazję do wskoczenia w wymarzone przez kler buty... męczennika, bo został skazany na 16 lat więzienia. Przed sądem, oczywiście, na temat zbrodni ustaszów „nic nie wiedział”. Po 5 latach przeniesiono go do aresztu domowego i tak „męczył się” w zaciszu domowym do śmierci. Reakcja Kościoła była znamienna: w 1953 r. Pius XII mianował Stepinaca kardynałem. Tamtą decyzję świetnie mogą tłumaczyć słowa prezydenta USA Trumana o dyktatorze Trujillo: Wiem, że to sk***ysyn, ale to NASZ sk***ysyn. Ale to jeszcze nic!
Jan Paweł II „kardynała męczennika” beatyfikowałChorwacja: Jan Paweł II klęczy przed mauzoleum wyniesionego przez siebie na ołtarze faszystowskiego arcybiskupa, późniejszego kardynała — Alojzije Stepinaca.Dzięki pomocy Kościoła zbiegł do katolickiej Argentyny i żył tam spokojnie do zamachu, który zorganizowały na niego służby Jugosławii. Pavelić jednak przeżył i uciekł do katolickiej Hiszpanii pod opiekę gen. Franco, wiernego sojusznika Watykanu. Zmarł w Madrycie w 1959 r.

Powstanie Warszawskie

Hauer88 • 2012-07-31, 19:49
221
68 rocznica

ScrappyCoco • 2012-07-31, 20:00  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (44 piw)
Mam nadzieje ze zadne lewackie scierwa nie zakłocą obchodów rocznicy jednej z największych polskich manifestacji miłości do ojczyzny.

Powstanie Wielkopolskie

orzeszwmorde • 2012-07-28, 23:12
98
Powstanie Wielkopolskie to jakże wyniosły epizod naszej historii.
Dzięki temu zrywowi Poznań i znaczna część Wielkopolski znalazła się w granicach Rzeczypospolitej.
Niestety jakby zapomniane,, mało się o nim mówi i pisze a szkoda...
w końcu to jeden z nielicznych zrywów niepodległościowych zakończonych zwycięstwem.


Chwała zwycięzcom.

P.S.
Niestety jest to tylko fragment naprawdę dobrze zrobionego dokumentu, ograniczenia uploadu.
Jeśli temat zostanie usunięty to tak jakby wymazać kawałek naprawdę bogatej historii naszego kraju...no ale to sadistic więc nic mnie nie zdziwi.

Bitwa pod Beresteczkiem

Patriotic • 2012-07-16, 12:22
162
" Sadol uczy Sadol bawi część Kolejna "

Dzisiaj Chciałbym wam ukazać po trochu jedną z największych bitew lądowych XVII-wiecznej Europy ;-)


Czas - 28 czerwca-10 lipca 1651
Miejsce - Beresteczko
Terytorium - Rzeczpospolita (dzisiejsza Ukraina)


Strony Konfliktu :

Rzeczpospolita Obojga Narodów - Pod dowództwem Jana Kazimierza



versus

Chanatu Krymskiego - Pod Dowództwem Islam-Girej


Kozacy - Pod Dowództwem Bohdana Chmielnickiego


Siły którymi dysponowały Strony :

Rzeczpospolita:

20 tys. jazdy
14 tys. piechoty
30-40 tys. posp. ruszenia
95 dział

Chanat i Kozacy:

40 tys. zaporożców
40-60 tys. czerni
30 tys. Tatarów
60-70 dział

Straty obu stron :

Rzeczpospolita :
ok 700

Chanat i Kozacy :
ok 30-40tysięcy.

Opis :


Na przełomie 28 czerwca-10 lipca 1651 roku pod Beresteczkiem na Wołyniu, w trakcie powstania Chmielnickiego, między wojskami polskimi pod dowództwem Jana Kazimierza, a siłami tatarsko-kozackimi. Bitwa zakończyła się zwycięstwem strony polskiej, które było zasługą dowodzącego wojskami polskimi Jana Kazimierza, który w trzecim dniu bitwy zastosował skuteczną taktykę szachownicową. Polegała ona na ustawieniu oddziałów piechoty na przemian z jazdą. W decydującej fazie bitwy ważne okazało się też wykorzystanie przez piechotę, znajdującą się w centrum ugrupowania polskiego, siły ognia muszkietów i artylerii.

28 czerwca rozpoczęły się pierwsze walki, które trwały przez dwa dni. W tej fazie niewielki sukces odnieśli powstańcy, pokonując kilkukrotnie oddziały jazdy polskiej. 30 czerwca uderzenia głównych sił dowodzonych osobiście przez Jana Kazimierza oraz jazdy prowadzonej do boju osobiście przez księcia Jeremiego Wiśniowieckiego doprowadziły do pogromu przeciwników i ucieczki chana Islama III Gireja z Bohdanem Chmielnickim. Ostateczną klęskę zadały Kozakom wojska polskie 10 lipca, na bagnach nad rzeką Płaszówką. Stamtąd resztki wojsk wyprowadził dowodzący w zastępstwie Chmielnickiego Iwan Bohun.


Przygotowania Wojsk Do Bitwy:

Rzeczpospolita

Wojska koronne zbierały się w obozie w Sokalu nad Bugiem. Król chciał starannie przygotować się do bitwy doświadczony kampanią zborowską. Rozesłano wici na pospolite ruszenie i zaciągano wojska obcego autoramentu, głównie zaciężną piechotę niemiecką, dragonów, rajtarów, a nawet arkebuzerów. Uszykowano też artylerię w sile ok. 95 dział wszelkiego kalibru. Wyjątkowo zadbano o wszystkie rodzaje broni. Całe przygotowanie armii zajęło kilka tygodni. Tuż przed starciem odesłano ok. 2 tys. jezdnych aby stłumić bunt Kostki Napierskiego na Podhalu. Dysponowano prawie 34 tys. regularnego wojska kwarcianych, suplementowych i prywatnych i ponad 30 tys. pospolitego ruszenia. W sumie zebrano niemal 75-80 tys. wojska i pokaźny tabor z czeladzią w sile ok. 10 tys. Po przybyciu pod Beresteczko przystąpiono do budowania fortyfikacjii i umacniania obozu królewskiego.

Skład armii zaciężnej – niemal 34 tys. żołnierzy:

Jazda – 19 904 =

jazda kozacka – 12 255,
husaria – 2589,
rajtaria – 2050,
arkebuzeria – 500,
jazda tatarska – 960,
ochotnicy litewscy – 1550,

Piechota – 13690 =

piechota węgierska – 2790,
piechota niemiecka – 8900,
dragoni – 2000.


Wojska Chantu oraz Kozaków

Kozacy zgromadzili ogromną armię w sile ok. 80-100 tys. Kozaków (40 tys. zaporożców i 40-60 tys. czerni) pod dowództwem Bohdana Chmielnickiego i potężny tabor ciągnący ok. 100-145 dział z zapasami żywności i sprzętem wojskowym. Tatarzy, pod dowództwem osobistym chana Islama Gireja, przybyli na wojnę w sile ok. 30 tys. świetnie wyszkolonych, odważnych lecz słabo uzbrojonych wojowników, w większości uzbrojonych w masłaki oraz łuki. Po połączeniu w okolicy Kołodna rozpoczęli pochód w stronę armii „koroniarzy” od strony Krzemieńca. Kozacką strażą przednią dowodził Bohun, a oddziały Tatarskie rozjechały się po okolicy paląc i rabując. Po dotarciu na pole bitwy (w drugim dniu bitwy 29 czerwca) hetman kozacki rozpoczął formowanie olbrzymiego, 11-rzędowego taboru wojennego i ustawianie szyków kozackich.

Przebieg Bitwy

Dzień rozpoczęła uroczysta msza święta z udziałem całego wojska. Zwiadowcy donieśli o przeprawie nieprzyjaciela przez Płaszówkę. Chwilę później orda pojawiła się na polu i tak rozpoczęła się bitwa. Armia polska rozpoczęła zajmowanie pozycji. Na naradzie wojennej obaj hetmani forsowali tzw. „staropolski szyk wojenny”, ale król zadecydował o zachodnioeuropejskim ustawieniu wojsk do bitwy, tzw. „szyku szwedzkim” lub „szyku holenderskim”, polegającym na ustawieniu wojsk w szachownicę, na przemian jazdy (rajtarów i arkebuzerów) i piechoty z dragonnami) w centrum, wysuwając do przodu artylerię, a szlachecką jazdę pospolitaków - z tyłu. Resztę jazdy narodowego autoramentu (husaria, pancerni, jazda kozacka) ustawiono na skrzydłach. W centrum dowodził Jan Kazimierz, na prawym skrzydle hetman wielki koronny Mikołaj Potocki, a na lewym – hetman polny koronny Marcin Kalinowski, któremu przydzielono do pomocy Jeremiego Wiśniowieckiego. Artyleria w większości została w obozie, aby osłonić ewentualny odwrót, a w pole wyszła połowa wojska. Po południu król pozwolił na harce, w których to lepsi okazali się Polacy. Potem zniecierpliwiona orda ruszyła do ataku, co widząc król kazał chorągwiom Koniecpolskiego i Lubomirskiego (2000 żołnierzy) wyjść im naprzeciw. Tatarzy rzucili do odparcia chorągwi polskich resztę czambułów. Polacy trzykrotnie uderzali, rozrywali szyk tatarski i zawracali, aż w końcu zapędzili się za daleko i zostali zmuszeni do odwrotu. Ponieważ kontratak Tatarów zagroził lewemu skrzydłu książę Jeremi Wiśniowiecki uderzył na ordyńców swoimi sześcioma chorągwiami kozackimi oraz 200-osobowym oddziałem husarii Stefana Czarnieckiego, za nimi poszło pospolite ruszenie szlachty krakowskiej, sandomierskiej, ruskiej i łęczyckiej. Walka była zacięta i trwała godzinę, jednak Tatarzy musieli uznać wyższość polskich wojsk. Większość ich sił zbiegła z pola, 100 zginęło, a 20 dostało się do niewoli. Polacy nie zanotowali żadnych strat i obsadzili przeprawę przez Płaszówkę chorągwię dragonów i kilkoma armatkami. Tuż po walce zapadł zmierzch i armie udały się na spoczynek. Pojawiły się pierwsze niesnaski w obozie sprzymierzeńców. Chan nie spodziewał się żadnego oporu i był nim bardzo zaskoczony, gdyż Chmielnicki namawiał go do wyprawy opisując słabość Rzeczypospolitej, za przykład podając „dezercję” 2000 żołnierzy wyprawionych na Podhale. Na naradzie uzgodniono, że następnego dnia dowodził w bitwie będzie osobiście Islam Girej, mając pod rozkazami całość konnicy tatarsko-kozackiej, łącznie 35-45 tys. jeźdźców. Głównym jej zadaniem było zającie i utrzymanie mostu, co miało umożliwić przeprawę całej piechoty kozackiej.


29 czerwca


Drugi dzień ponownie rozpoczęły uroczyste nabożeństwa. Dowództwo nad całą jazdą (gdyż tylko ją miano wyprowadzić z obozu i ustawić w tradycyjnym, staropolskim szyku) objął hetman Potocki mając pod bezpośrednimi rozkazami centrum. Prawym skrzydłem miał dowodzić Stanisław Lanckoroński, a lewym – nominalnie hetman Kalinowski, a faktycznie książę Wiśniowiecki. O 8:00 Polacy rozpoczęli wychodzenie w pole, a straż przednia Tatarów, po krótkotrwałej walce na przeprawie przez rzekę i przepędzeniu dragonów, pojawiła się przed wojskami polskimi. Najpierw jazda, a później piesze wojska kozackie, artyleria i tabory rozpoczęły przeprawę. O 10:00 rozpoczęły się godzinne harce, po których oddział polskiej jazdy "Rewery" Potockiego spędził harcowników z pola. Po południu najlepsza jazda tatarska uderzyła na oddziały polskie. Lewe skrzydło usiłowało przyjąć atak, jednak czambuły zawróciły tuż przed szykiem ostrzeliwując Polaków z łuków i usiłując ich zajść od tyłu. Oddział tatarski, który przedarł się między jazdą szarżując na szańce został jednak odrzucony ogniem muszkietów i kontratakiem jazdy Wiśniowieckiego, zdołał jednak zrobić nawrót co wywarło wielki podziw wśród Polaków i zaatakowć ponownie, wtedy kolejna szarża jazdy Stanisława Potockiego odrzuciła ich z pola. Wzmocnieni posiłkami Tatarzy z jeszcze większym impetem uderzyli w jazdę w centrum pod dowództwem Szymona Szczawińskiego. Ten wsparty jazdą Lanckorońskiego bronił się zażarcie cofając się powoli. Wkrótce Tatarom udało się przedrzeć na skrzydłach i zaatakować polskie szańce obozowe. W tym momencie król Jan Kazimierz kazał całej piechocie oddać salwy rzędowe z muszkietów i strzelać ze wszystkich dział. Zagrożenie minęło, a Tatarzy ponieśli ogromne straty. Nie mogli wznowić ataku bo zabrakło im odwodów, a na ordyńców uderzyły najpierw chorągwie Wiśniowieckiego, a potem, z dużym impetem chorągwie hetmana Potockiego, Czarnieckiego, Lubomirskiego, Sapiehy oraz rajtaria Bogusława Radziwiłła, spychając ich daleko od szańców. Kilka oddziałów posunęło się jednak za daleko i zostały okrążonych (m.in. husaria Stefana Czarnieckiego). W heroicznej obronie zginęli m.in. kasztelan halicki Adam Kazanowski, starosta lubelski Jerzy Ossoliński, miecznik przemyski Ligęza, towarzysz husarski Rzeczycki i podkomorzy sanocki Jan Stadnicki. Do chwilowej niewoli dostał się ranny starosta jaworowski Jan Sobieski, został odbity przez swoich żołnierzy, biorąc do niewoli podskarbiego chańskiego Mufrahha. Sytuację wyjaśniła szarża jazdy Wiśniowieckiego pomagając im wydostać się z okrążenia. Nowe czambuły tatarskie runęły ze wzgórz na pułk Lanckorońskiego, wtedy król pchnął do ataku chorągwie "Rewery" stojące dotąd w odwodzie. Te zepchnęły ordyńców z pola. Około godz. 16.00 walka ustała. Bilans nie był tak korzystny dla strony polskiej jak w dniu poprzednim, ale i Tatarzy nie odnieśli sukcesu ponosząc bardzo duże straty. Z polskiej strony zginęło ok. 350 żołnierzy. Tatarzy stracili ok. 1 tys. ludzi (zginął m.in. słynny Tuhaj-bej), co wywołało wściekłość chana, miał nawet zagrozić Chmielnickiemu, że go wyda związanego w ręce króla. Chmielnicki jednak kończył przeprawę wszystkich swoich wojsk, więc przynajmniej część planów sprzymierzeńców doszła do skutku. W obozie polskim król zdecydował, pomimo sprzeciwu hetmanów, o taktyce na następny dzień - miało dojść do frontalnego starcia całej armii w polu, uszykowanej do bitwy za pomocą schematów nakreślonych przez Jana Kazimierza na sposób zachodnioeuropejski, podobnie jak w pierwszym dniu walk, ale całością wojsk.

30 czerwca

Od samego poranka nad polem unosiła się gęsta mgła, toteż do przedpołudnia nie podejmowano żadnych działań oprócz ustawiania wojsk. Na prawym skrzydle polskim dowodził, w zastępstwie chorego hetmana Potockiego, wojewoda bracławski Stanisław Lanckoroński, centrum znajdowało się pod osobistym dowództwem Jana Kazimierza, na lewym skrzydle teoretycznie hetman polny Marcin Kalinowski, a faktycznie Jeremi Wiśniowiecki. Zadaniem lewego skrzydła miał być decydujący i rozstrzygający atak kawalerii, więc zostało w tym celu dodatkowo wzmocnione. Rezerwą na obu skrzydłach było pospolite ruszenie, a część chorągwi husarskich przesunięto do cetrum i ustawiono w szachownicę z innymi wojskami autoramentu cudzoziemskiego. W pierwszej linii centrum ustawiono artylerię Przyjemskiego z asekurującymi ją dragonami, w drugiej linii piechotę niemiecką Radziwiłła (1152-1600 żołnierzy z prawej) i Houwaldta (1000 żołnierzy z lewej). Trzecią linię tworzyło, stojąc na przemian, 8 chorągwi rajtarii (2500 żołnierzy) i 8 chorągwi piechoty polskiej i węgierskiej (1700 żołnierzy) oraz 3 najlepsze chorągwie husarskie z królem (500 żołnierzy). Czwartą linią była gwardia królewska (1700 żołnierzy) na przemian z rajtarami Radziwiłła i Jakuba Weyhera. W rezerwowej w piątej linii stały wojska posiłkowe elektora brandenburskiego oraz reszta pospolitego ruszenia. Zadaniem całej jazdy w centrum była ochrona piechoty. W obozie (szósta linia) pozostawiono 3 tys. piechoty polskiej, która wraz z czeladzią obsadziła wały wtykając kopie husarskie w ziemię (nie używano ich do walki z Tatarami) i sprawiając wrażenie armii rezerwowej. Na szańcach ustawiono też najcięższe działa. Dodatkowo oba skrzydła armii opierału się o rzekę z jednej i las z drugiej strony, uniemożliwiając oskrzydlenie, co było ulubioną taktyka Tatarów. Całkowita długość frontu wynosiła około 4,5 km.

Po prawej stronie kozacko-tatarskiej ustawiono wielki tabor z piechotą, który został pospiesznie, ale solidnie ufortyfikowany w 11 rzędów. Przed nim ustawiono jazdę Kozaków, a jazda tatarska zajęła lewe skrzydło oraz centrum. Chan zajął stanowisko z lewej strony, na wzgórzu pod lasem. Tatarska jazdą dowodzili bracia chana: lewym skrzydłem - Amurat, a centrum kałga Krym Girej i nurredyn.

Koło godziny 10.00 mgły opadły i obie armie mogły się już dojrzeć. Polacy przemieścili się lekko do przodu co sprowokowało czambuły tatarskie, które ruszyły do szarży i ponownie zatrzymały się obsypując szyki polskie gradem strzał i wzywając na harce. Nie odniosło to skutku, gdyż król zakazał ich pod karą gardła. Rozkazał natomiast artylerii ostrzelać harcowników i szyki tatarskie powodując u nich znaczne starty, co przestraszyło ich na tyle, żeby aż do 15.00 zwlekać z atakiem. Widząc to Kozacy zaczęli okopywać tabor i umacniać go, szykując się do obrony. Król dał rozkaz piechocie do powolnego marszu naprzód próbując zrobić wyrwę między Tatarami, a szykującymi się do ataku Kozakami. Wtedy kniaź Wiśniowiecki poprosił o zgodę na atak na Kozaków, na co król przystał. Żołnierze odśpiewali Bogurodzicę i rozpoczęła się szarża 18 chorągwi jazdy kwarcianej (ok. 2 tys. ludzi). Szarżę wsparły chorągwie Rewery Potockiego i Szymona Szczawińskiego w sile ok. 1,5 tys. ludzi rozrywając prawie tabor kozacki. Od całkowitego rozbicia Kozaków uratował kontratak czambułów nurredyna, uderzających w bok oddziałów Szczawińskiego. Polacy zasypani gradem strzał cofnęli się. Teraz Tatarzy zagrozili wojskom zdobywającym tabor. W tym momencie Jan Kazimierz rzucił do walki chorągwie jazdy łęczycko-sieradzkiej - pospolitaków stojących dotąd w odwodzie. Uderzenie wsparli rajtarzy ks. Bogusława Radziwiłła oraz rajtaria elektorska. Kontratak zajął na chwilę Tatarów, co wystarczyło, aby jazda Wiśniowieckiego zrobiła nawrót i uderzyła na nich od tyłu. Jednocześnie zintensyfikowano ostrzał polskich dział. Tatarzy poszli w rozsypkę i zostali zepchnięci ponosząc duże straty. Kozacy rozpoczęli naprawę rozerwanego taboru i spinanie go łańcuchami kiedy Wiśniowiecki znowu uderzył. Teraz król rozkazał ruszyć środkowi wojska polskiego do przodu. Kiedy nakazał uderzenie prawego skrzydła spotkał się z odmową Lanckorońskiego i jego zdemoralizowanego oddziału, obawiającego się kozackiej zasadzki w lesie. Widząc to, chan pchnął swoje najlepsze czambuły z lewego skrzydła do ataku na polskie centrum. Nawała ok. 5 tys. doborowej jazdy krymskiej i nogajskiej ruszyła do ataku. Centrum polskie tworzyło tzw. ognistego węża i po kilku salwach uderzenie tatarskie zostało powstrzymane, ale ordyńcy jeszcze kilka razy atakowali bezskutecznie polskie szyki, za każdym razem ponosząc olbrzymie straty. Tymczasem na lewym skrzydle Wiśniowiecki atakował tabor kozacki i pomiedzy nim, a dywizją króla utworzyła się luka, w którą oderzył nurredin. Zmusił tym księcia do wycofania się na wysokość powolnie maszerujacego polskiego środka. Posuwając się już nieco wolniej odciął, wspólnie z wojskami centrum, Kozaków od Tatarów. W niebezpieczeństwie znalazł się na chwilę sam król, ostrzelany z polowych armatek tatarskich. W pobliżu króla spadły cztery kule armatnie, z których jedna obtarła monarsze nogę. W rewanżu działka Przyjemskiego ostrzelały pozycję chana, zabijając jednego z dostojników. Chan, uznawszy bitwę za przegraną, uciekł z pola bitwy razem ze swoją świtą w stronę Wiśniowca. Dogonił ich Chmielnicki z Wyhowskim. Wegług jednych, usiłując nakłonić go do porwrotu, zostali uwięzieni i uprowadzeni, a według innych po prostu uciekli. Tego dnia zginęło łacznie zaledwie 350 Polaków. Strona kozacko-tatarska miała wielu zabitych w tym braci chańskich Amurata i Krym Gireja oraz około 5–15 tys. schwytanych w niewolę. W polskie ręce wpadł obóz tatarski: namiot i zbroje chana, szaty, bogate tkaniny oraz mnóstwo kosztowności. Ponadto wiele świetnych koni tatarskich, szable, buńczuki większości czambułów, łuki i siodła oraz buława Chmielnickiego.

1-10 lipca

W nocy po bitwie, korzystając z ulewnego deszczu, niemal nienaruszony tabor kozacki wycofał się na bagna na południu i wybudował solidną, półkolistą fortecę. Wozy otoczono 2-metrowymi wałami, na których ustawiono 60 dział bronionych przez około 50-60 tys. Kozaków zaporoskich. Rozpoczęli też oni budowę grobli przez bagna. Nad ranem wojska polskie zbliżyły się do fortyfikacji i otoczyły je, jednak z powodu zmęczenia po bitwie nie atakowały. Przez pierwsze 3 dni wojska królewskie odpoczywały, jedynie artyleria Przyjemskiego prowadziła bezustanny pojedynek artyleryjski, który z powodu niewielkiego wagomiaru dział polowych nie odnosił żadnego skutku, poza stałym nękaniem przeciwnika. Dowodzenie nad Kozakami przejął płk Filon Dziedziała, a w ich obozie pojawiły się dwie frakcje. Jedna starała się porozumieć z królem na gruncie ugody zborowskiej i składała sie głównie ze szlachty ruskiej i szlacheckiej części starszyzny. Drugą grupą była większość czerni i zwykłych Kozaków zaporoskich i nieszlacheckiej starszyzny, którzy nie chcieli się poddać, tylko przebijać (próbowali kilkukrotnie) lub uciekać. 4 lipca wojska koronne przystąpiły do regularnego oblężenia i budowy okopów, no co odpowiedziano im wieczorem kolejną, silną próbą przerwania okrążenia. Król nakazał przeniesienie obozu spod Beresteczka bliżej pozycji kozackich. Jenak jego druga decyzja spotkała się ze stanowczym oporem pospolitaków, którym nakazano wymieszać się z chorągwiami wojsk komputowych w celu zwiększenia morale i zdyscyplinowania szlachty. Wysłali oni nawet posłów do monarchy, ale ten im odpowiedział: „Nie trzeba mi tu buntów, tu nie izba poselska, czyńcie, co każę. Pod regimentem wojskowym jesteście i rozkazów słuchać musicie. Piesi niechaj do piechoty ruszają i do wałów”. Był to kolejny przejaw antagonizmu na linii król-szlachta. Po dociągnięciu ciężkich dział burzących (kartaun i półkartaun) z pobliskich Brodów, które jednodniowym ostrzałem spowodowały znaczne straty kozackie, 7 lipca wysłano posłów do Jana Kazimierza. Ten jednak postawił twarde warunki: oddanie wszystkich pułkowników, dział i całej broni, zerwanie stosunków z Turcją i Chanatem Krymskim i zobowiązanie do nie prowadzenia z nimi dalszych rozmów. Chłopska czerń miała wrócić na pola, pod władzę swoich panów, a o liczebności rejestru miał zadecydować najbliższy sejm walny. Następnego dnia starszyzna wysłała odpowiedź odmowną. 9 lipca część wojska wysłano na drugą stronę bagien pod dowództwem Lanckorońskiego i miało dojść do decydującego szturmu, lecz został on przesunięty na kolejny dzień z powodu przybycia kolejnych wysłanników od oblężonych. Ci ograniczyli sie tylko do kolejnych próśb o okazanie łaski i zostali odprawieni z niczym. W związku z tym w taborze obalono Dziedziałę, a na jego miejsce wybrano Iwana Bohuna. Około 10:00 nad ranem 10 lipca doszło do paniki wśród Kozaków, którzy myśląc, że starszyzna z Bohunem ucieka, sami rzucili się do ucieczki przez niedokończoną groblę lub usiłowali sie przebić w stronę mostu na Płaszówce. Lanckoroński, myśląc że jest atakowany, początkowo sam dał rozkaz do ucieczki w kierunku Kozina i dopiero widok zbliżających sie posiłków spowodował jego nawrót i uderzenie na uciekających. Rozpoczęła się rzeź. W pościgu zginęło ok. 30 tys. Kozaków, lecz części ich oddziałów, m.in. pod dowództwem Bohuna, udało sie wycofać unikając rozbicia. W zajętym taborze kozackim znaleziono ogromne ilości sprzętu wojskowego i zrabowanych dóbr, a także insygnia wojskowe hetmana zaporoskiego i jego całą korespondecję z chanem, sułtanem, carem i Rakoczym





Świetnego zwycięstwa nie zdołano wykorzystać z winy szlachty, zaniepokojonej wystąpieniami chłopskimi wewnątrz kraju.



Wszystko zostało skopiowane Do celów Edukacyjnych rzecz jasna

Moskwa pod Panowaniem Polaków

Patriotic • 2012-07-15, 13:15
153
Dziś coś z Serii " Sadol uczy Sadol Bawi "

Chciałbym wam przybliżyć owe wydarzenie które miało miejsce na przełomie 1610r - 1613r.


Człowiekiem Który Dokonał Owego czynu oprócz wielu dzielnych wojaków był hetman Stefan Żółkiewski.



Stanisław herbu ( Uwaga to nie są żarty LUBICZ !! )
Urodził się w 1547 roku pod Lwowem we wsi Turynka natomiast zmarł 7 października 1620 w Mołdawii (podczas odwrotu spod bitwy pod Cecorą ).



WYPRAWA NA MOSKWĘ


"Na Moskwę…
Te dwa słowa oddają stan ducha wielu pokoleń Polaków, żyjących na przestrzeni dziejów.
Bywało, że było to tylko marzenie, senna mara i wspomnienie dawnej chwały."




4 lipca 1610 wojska polskie ówczesnego wojewody kijowskiego (późniejszego - od 1918 roku - hetmanem i kanclerza wielkiego koronnego) Stanisława Żółkiewskiego liczące około 7 tys. żołnierzy rozbiły 35 tys. armię rosyjską wspomaganą przez armię Szwedzką.




W obręb moskiewskich murów wojska polskie wkroczyły 12 września, a 8 października Żółkiewski przybył na Kreml. Car Wasyl Szujski oraz jego bracia Dymitr Szujski i Iwan Szujski zostali więźniami hetmana.

"Bitwa (pod Kłuszynem - dop: kj) stoczona została między wojskami polskimi pod dowództwem hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego (6556 kawalerii - w tym 5556 husarii, 200 piechoty), a armią rosyjską pod dowództwem kniazia Dymitra Szujskiego (ok. 35 000 wojsk rosyjsko-szwedzkich) oraz szwedzkich posiłków dowodzonych przez Jakuba Pontussona De la Gardie. Atak wojsk Żółkiewskiego rozbił wojska moskiewskie, a następnie skłonił do zaprzestania walki cudzoziemców posiłkujących Szujskiego. Bitwa zakończyła się paniczną ucieczką Szujskiego i ocalałych Rosjan. Pociągnęło to za sobą kapitulację zablokowanej armii Grzegorza Wałujewa w Carewie Zajmiszczu (ok. 8000 ludzi). W obliczu klęski bojarzy zdetronizowali cara Wasyla Szujskiego i obwołali carem królewicza polskiego Władysława, a Żółkiewski wkroczył do Moskwy".




Ostatecznie, na prośbę propolskiego stronnictwa bojarów wojska polskie wkroczyły do Moskwy (druga obecność Polaków na Kremlu – 29 wrzesień 1610 - 7 listopad 1612). Polacy rozpoczęli służbę policyjną w stolicy Rosji. Nadrzędnym celem było „utrzymanie” miasta do przyjazdu cara Władysława. Żółkiewski opuścił miasto by udać się do króla Zygmunta III a dowódcą mianował Aleksandra Gosiewskiego. Jednakże cały czas „bruździł” Polakom patriarcha moskiewski Hermogenes. Na dodatek król Polski nie zamierzał zaprzestać oblężenia Smoleńska. Od połowy marca 1611 zaczęły zbierać się oddziały tzw. pierwszego pospolitego ruszenia pod dowództwem Lapunowa, Trubeckiego i Zarudzkiego.

29 marca zaczęły się w Moskwie zamieszki na wieść o zbliżaniu się Rosjan. Oddziały polskie zaczęły rzeź buntujących się mieszczan (uważa się, że zginęło około 7 tys. ludzi). Niestety twardy opór mas moskiewskich zmusił wojska Gosiewskiego do cofnięcia się na Kreml. 30 marca Polacy podpalili Moskwę. W płomieniach zginęło ok. 8 tys. ludzi nie licząc ludzi, którzy zmarli później z głodu. Mimo wszystko, blokada Moskwy zacieśniała się.

13 czerwca 1611 padł Smoleńsk. Co więcej, dzięki intrygom Gosiewskiego doszło do rozłamu w I pospolitym ruszeniu – Lapunow został zamordowany i część oddziałów moskiewskich rozeszła się do domów. Dodatkowo oddziały Sapiehy przedarły się na Kreml.

29 października na triumfalnym sejmie doszło do wspaniałej sceny – wśród wiwatujących tłumów ulicami Warszawy wiódł hetman Stanisław Żółkiewski przepyszny orszak i dwóch dostojnych więźniów – cara Wasyla Szujskiego i jego brata Dymitra (nieszczęśliwego wodza spod Kłuszyna).

Następnie Wasyl i jego bracia pełzali na kolanach i z wielką pokorą bili czołem przed królewskim majestatem, prosząc o miłosierdzie. Król kazał jeńcom wstać i na znak łaski podał rękę do ucałowania, a kanclerz koronny Feliks Kryski wygłosił obszerną mowę, w której podziękowano Żółkiewskimu za trudy wojenne. Niestety „limit szczęścia” Rzeczpospolitej się wyczerpał. Sapieha nagle zmarł a w Niżnym Nowogrodzie zaczęło formować się II pospolite ruszenie pod wodzą Kuźmy Minina i Dymitra Pożarskiego, które było o niebo lepiej zorganizowane od pierwszego a w dodatku zaczęła „mścić” się decyzja o podpaleniu Moskwy – garnizonowi brakowało żywności.

Wśród nieustannych szturmów moskiewskich Polacy i Litwini zostali zepchnięci do defensywy. Sytuację niewiele poprawiło kilkukrotne dostarczenie żywności przez wojska Chodkiewicza, zwycięzcy spod Kircholmu. Niestety, nie zatrzymało to części wojsk garnizonu od opuszczenia miasta 27 stycznia. Nieopłacone oddziały zawiązały konfederację i ruszyły ku polskiej granicy. Niejako „w zamian” wkroczyło na Kreml część wojsk Chodkiewicza a on sam z resztą rycerstwa wyruszył po prowiant. Następne kilka miesięcy upłynęło na rozpaczliwej obronie Kremla i Kitajgrodu , podczas której doszło do zmiany na najwyższym szczeblu dowodzenia – Gosiewskiego zastąpił Struś. W sierpniu 1612 pod Moskwę dotarło II pospolite ruszenie, przez co sytuacja stała się tragiczna. Nieudana odsiecz hetmana wielkiego litewskiego Karola Chodkiewicza w dniach 1-3 września („utknął” w masach wojsk moskiewskich – zabrakło 1800 metrów do Kremla) niejako przypieczętowała los garnizonu. Na marginesie można wspomnieć w jak skrajnie niekorzystnych warunkach przyszło nam walczyć – miasto pełne rowów, barykad i okopów, ruiny spalonej Moskwy nie sprzyjały jeździe – mimo to husaria gdzie mogła „zmiatała” Rosjan. Ale nasi „utknęli”… Zapanował nieopisany głód: najpierw zjedzono konie, ptaki, psy, koty, szczury, potem zaczęto zjadać świece i obwoluty ksiąg… Wreszcie nasi poczęli jeść trupy ludzkie oraz więźniów. Ale nie to było najgorsze - finalnie zaczęły się morderstwa na tle ludożerskim – po Kremlu i Kitajgrodzie buszowały nocami bandy ludożerców. „Piechota się sama między sobą wyjadła”, „Truszkowski, porucznik piechotny, dwu synów swoich zjadł”, „pan sługi, sługa pana nie był bezpieczen”…

1 listopada padł Kitajgród (ostatni punkt obrony poza Kremlem)– zagłodzeni obrońcy nie byli wstanie walczyć. Ostatecznie, 7 listopada 1612, polski garnizon Kremla skapitulował mając zagwarantowane przez Moskwicinów bezpieczeństwo. Oczywiście, zgodnie z wielowiekową tradycją niedotrzymywania słowa Moskale bestialsko wymordowali większość bezbronnego polskiego rycerstwa. Część jeńców została zamordowana w kilka miesięcy później. Tylko niewielu Polaków przeżyło do wymiany jeńców w 1619. Dzieje „oblężeńców” pokazały, jak wielkim poświęceniem i poczuciem obowiązku wobec ojczyzny wykazali się Polacy broniący Moskwy i praw królewicza Władysława do czapki Monomacha. Odsiecz króla Zygmunta III nie zdążyła na czas. Sobór ziemski w 1613 obrał na cara Michaiła Romanowa.



Użytkowniku.
"Zostaw ślad mądrości swej."


Wszystko Zostało Skopiowane i połączone w jedno.
Pater patriae • 2012-07-15, 13:59  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (17 piw)
gordonviet napisał/a:

No i? Polacy panowali na kacapami przez 3 lata, a kacapy nad Polakami przez 123. To tylko jakies 41 razy wiecej.



David Vetter - chłopiec z bańki

Louve • 2012-07-12, 14:13
61
David Vetter przyszedł na świat we wrześniu 1971 roku z ciężką chorobą genetyczną, która upośledziła jego układ odpornościowy. Wrodzona genetyczna wada układu odpornościowego, znana pod angielskim skrótem SCID (ciężki złożony niedobór immunologiczny) spowodowała, że jego organizm nie bronił się przed najprostszymi infekcjami.
Aby uniknąć zakażenia, został umieszczony w specjalnym kokonie, w którym spędził całe swoje życie.
Jego losy śledziła cała Ameryka, a w pomoc jemu zaangażowała się nawet NASA. Media określały go mianem "chłopca z plastikowej bańki".



Chłopiec nie był pierwszym dzieckiem w rodzinie państwa Davida Josepha Vettera i jego żony Carol, które zostało dotknięte SCID. Wcześniej tę samą chorobę zdiagnozowano u ich pierwszego syna, który zmarł. Mieli też córkę, która urodziła się całkowicie zdrowa. Zanim Vetterowie podjęli starania o kolejne dziecko, skonsultowali się z lekarzami. Eksperci ostrzegli ich, że istnieje poważne ryzyko, iż kolejne potomstwo także będzie zagrożone ciężkim upośledzeniem układu immunologicznego. David urodził się chory.



Po badaniach okazało się, że sytuacja wygląda makabrycznie – kilkumiesięczne dziecko mogło żyć wyłącznie w sterylnym środowisku, bo jego system odpornościowy właściwie nie istniał, a jednocześnie nie było widać szans na zmianę sytuacji. David Vetter nigdy nie dotykał skóry innego człowieka, a pieluchy, jedzenie, ubrania, zabawki i powietrze docierały do niego dopiero po sterylizacji.
Rodzice, których przekonywano wcześniej o możliwości szybkiej transplantacji, a która okazała się niemożliwa z powodu braku zgodności z siostrą Davida, stanęli przed wyborem – albo dziecko zostanie wyjęte z bąbla i umrze w ciągu kilku dni, albo pozostanie w nim, oczekując na znalezienie odpowiedniego dawcy szpiku lub opracowanie nowej terapii jego choroby.
Zdecydowali się oczywiście na drugie wyjście i w ten sposób rozpoczął się jeden z najbardziej niezwykłych, a zarazem makabrycznych eksperymentów medycznych.



Kokon stał się jego domem i szkołą. W sterylnym pomieszczeniu zorganizowano mu pokój do zabawy i salon, w którym mógł oglądać telewizję. Nawet jego chrzest odbył się w zamieszkiwanej przez niego, sterylnej komorze. W czasie rytuału, który odbył się w obrządku katolickim, użyta została wysterylizowana woda święcona. Pomimo doskonałej opieki i prób wypełniania chłopcu czasu na różne sposoby, sytuacja wciąż znacząco odbiegała od normalności.



Na pewnym etapie w projekt pomocy słynnemu pacjentowi zaangażowała się nawet amerykańska agencja kosmiczna NASA. W 1977 r. jej inżynierowie specjalnie dla Davida i jego bliskich wyprodukowali specjalny kombinezon, który miał zbliżyć do siebie rodzinę, a także ułatwić pracę lekarzom.
Skafander, na którego produkcję wydano 50 tysięcy dolarów, został połączony z namiotem specjalną rurką. Dzięki opracowanemu przez specjalistów z NASA patentowi, David mógł po raz pierwszy, na niewielką odległość (ok. 2,5 metra), oddalić się od komory. Chłopiec ostatecznie skorzystał z tego rozwiązania zaledwie siedem razy.



Stopniowo zaczęły się pojawiać problemy psychiczne. Pięcioletni David, który mógł wyglądać przez okno i miał dostęp do telewizji, zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że jego życie w niczym nie przypomina życia innych ludzi. Do tego doszły fobie. Lekarze chyba zbyt obrazowo przedstawili chłopcu kwestię zagrożenia, bo zaczęły go nawiedzać koszmary z „królem zarazków” w roli głównej. Davidem zaczęła się też coraz mocniej interesować prasa.



Po tym, jak leczenie Davida w specjalnych warunkach pochłonęło astronomiczną kwotę 1,3 miliona dolarów, lekarze zdecydowali się postawić wszystko na jedną kartę i przeprowadzić operację przeszczepu szpiku kostnego.
Obawiano się m.in., że kiedy David wejdzie w okres dojrzewania, jego zachowanie stanie się bardziej nieprzewidywalne, a poprzez nieodpowiedzialne kroki narazi swoje życie na niebezpieczeństwo. Na przeszczep zdecydowano się pomimo braku dawcy, którego materiał byłby odpowiednio zgodny ze szpikiem chłopca.



Zabieg odbywał się za pośrednictwem specjalnych rurek, które przechodziły przez ściany komory. Wkrótce po zakończeniu procedury lekarze ogłosili sukces. Rokowania ekspertów były znakomite. Przewidywano, że dzięki stale poprawiającemu się stanowi zdrowia Davida, w końcu, po raz pierwszy raz w życiu, będzie mógł opuścić kokon.



Kilka miesięcy po przeszczepie kondycja młodzieńca nagle gwałtownie się pogorszyła. David pierwszy raz w życiu zachorował. Niepokojące objawy, takie jak: biegunka, stan gorączkowy, wymioty i wewnętrzne krwotoki sprawiły, że lekarze zdecydowali się zacząć leczyć go intensywnie poza komorą.
Podczas badań okazało się, że w czasie transplantacji, otrzymał on szpik zainfekowany wirusem Epsteina-Barr, który rozchodząc się, przyczynił się do powstania guzów nowotworowych w całym organizmie. Okazało się, że przyczyną śmierci Davida był złośliwy nowotwór – chłoniak Burkitta, który pojawia się głównie w Afryce Równikowej. David Vetter zmarł 22 lutego 1984 r.



Nigdy nie spełniło się wielkie marzenie Davida, żeby napić się coca-coli. Chciał jej spróbować, od kiedy zaczął oglądać telewizyjne reklamy – starano się nawet dostarczyć mu napój, ale po sterylizacji jego smak stawał się obrzydliwy. Gdy 12-letni David po raz pierwszy i ostatni wydostał się z kokonu, niemal od razu poprosił o colę, ale lekarze, ze względu na jego stan nie zgodzili się.



Dziś SCID leczy się przede wszystkim bardzo wczesnymi przeszczepami szpiku kostnego, również od dawców niezgodnych tkankowo. Zabieg przeprowadza się zwykle w pierwszych trzech miesiącach życia, choć coraz częściej wybiera się metodę polegającą na transplantacji jeszcze w łonie matki.
W 80 procentach przypadków zabieg ten prowadzi do niemal całkowitego wyleczenia.

"Katastrofa Tunguska"

0statniSprawiedliwy • 2012-07-04, 02:23
322
Witam, dziś chcę państwu przedstawić jedną z największych tajemnic XX w. Proszę wygodnie się rozsiąść, zarezerwować ok 40 min i zagłębić się w lekturze, a następnie obejrzeć film :)

Dosyć dużo scrollowania, więc jak się komuś nie chce czytać, proponuję użyć klawisza "end"

Katastrofa tunguska – wydarzenie z 30 czerwca 1908 w tajdze, w środkowej Syberii (+60° 53' 8.51", +101° 53' 36.71") nad rzeką Podkamienna Tunguzka, na północ od jeziora Bajkał. Doszło tam wówczas do ogromnej eksplozji, która powaliła drzewa w promieniu 40 km, widziana była w promieniu 650 km, słyszana w promieniu 1000 km, zaś niezwykle silny wstrząs zarejestrowały wówczas sejsmografy na całej Ziemi, a wreszcie — dzięki szczególnemu położeniu Słońca w okresie przesilenia letniego, wskutek odbijania światła przez pył, będący efektem eksplozji — w wielu europejskich miastach zaobserwowano zjawisko "białej nocy". Uderzenie było tak silne, że ówczesne rosyjskie magnetometry pokazywały w jego rejonie drugi biegun północny.
Jest wiele zagadek i niejasności dotyczących tej katastrofy. Wciąż do końca nie wiadomo, co wywołało tak potężny wybuch.


https://maps.google.com/maps?f=q&hl=en&geocode=&time=&date=&ttype=&ie=UTF8&t=h&om=1&ll=60.906402,101.918793&spn=0.170275,0.760803&z=11 miejsce katastrofy w google maps, poniżej widok z samolotu



Rankiem 30 czerwca 1908 roku, na odludnych terenach tajgi syberyjskiej, w okolicach jeziora Bajkał, miała miejsce największa, zarejestrowana w historii ludzkości, katastrofa kosmiczna. Mimo upływu stulecia, ogromnego rozwoju nauki, dalej nie wyjaśniono okoliczności tego zdarzenia.
Tuż po 7:10 czasu lokalnego, osadnicy z rejonu jeziora Bajkał zaobserwowali na niebie, przelatującą w kierunku północno-zachodnim, kolumnę oślepiającego światła, prawie tak jasną jak Słońce. Po około 10 minutach, dotarł do nich przeszywający huk eksplozji. W odległej o 64km od epicentrum miejscowości Wanawara zniszczenia spowodowane falą uderzeniową były ogromne, a promieniowanie cieplne tak intensywne, że mieszkańcom wydawało się, że palą się ich ubrania. W promieniu 40 kilometrów, drzewa zostały powalone niczym zapałki, tworząc charakterystyczny wzór motyla. Efekty tego zdarzenia, pod postacią niezwykle silnych fal sejsmicznych, zostały zarejestrowane na całym globie.
Energia uwolniona w wyniku incydentu tunguskiego była ogromna – szacujemy ją obecnie na równoważnik 10-20 megaton – co jest odpowiednikiem energii wywołanej wybuchem 15 milionów ton trotylu TNT. Dla porównania, jest to moc 1000 razy większa, niż posiadała bomba Little Boy, zrzucona przez Amerykanów 6 sierpnia 1945 roku na Hiroszimę. Przy tak ogromnej sile wybuchu, wydaje się zdumiewającym, iż nie zanotowano żadnych bezpośrednich ofiar katastrofy. Spowodowane było to wyjątkowo niskim zaludnieniem rejonów katastrofy.







Wiadomo, iż około 7:17 rano lud zgromadzony na wzgórzach na północny-zachód od jeziora Bajkał ujrzał kolumnę niebieskawego światła, niemalże tak jasną jak słońce, która poruszała się po niebie. Jakieś 10 minut później nastąpił błysk i ogromny huk, przypominający artyleryjską salwę, który pojawił się w krótkich seriach. Ludzi znajdujących się bliżej centrum wybuchu fala uderzeniowa poprzewracała na ziemię, zaś w promieniu setek kilometrów z okien posypały się szyby.

Kiedy świadkowie otrząsnęli się, byli tak zdumieni, iż uważali, że rozpoczął się właśnie koniec świata. To niesamowite zdarzenie spowodowało, iż niektórzy zaczęli zgłaszać się do miejscowych władz pytaniem, co dalej robić. Jednak upływ czasu upewnił ich, że Armagedon jest jednak zarezerwowany na inny dzień. Wraz z rozwojem wydarzeń twierdzono, iż jeśli eksplozja wiązała się z meteorytem i jeśli wydarzyłaby się 4 godziny 47 minut później, kompletnie pogrążyłaby w ruinie jedno z największych miast ówczesnej carskiej Rosji, jakim był Sankt Petersburg. Jeśli rzeczywiście doszłoby do tego, historia świata wyglądałaby zupełnie inaczej. Możliwe, iż zamiast Rewolucji październikowej i późniejszej Zimnej Wojny, a nawet I i II Wojny Światowej miałaby miejsce operacja ratunkowa na masową skalę, której charakter byłby raczej jednoczący.

Wróćmy jednak do wydarzeń. Eksplozja zarejestrowana została przez stacje sejsmiczne w całej Eurazji wskazując szacunkową wartość 5 stopni w skali Richtera (ponieważ skala ta jeszcze nie istniała). Jeśli idzie o niebiosa, w czasie tygodni po wybuchu nocne niebo było tak jasne, iż można było bez przeszkód czytać (ponadto noce były wówczas krótkie).

Mimo, iż w dekady po eksplozji powstawały kolejne poświęcone jej książki, wydarzenie to wzbudziło w miarę niewielkie zainteresowanie naukowców. Systematyczne spisywanie relacji naocznych świadków rozpoczęło się dopiero w 1959 roku, czyli pół wieku po incydencie. Wtedy przeprowadzono wywiady z miejscowymi, którzy w 1908 znajdowali się w promieniu 100 km od epicentrum.




Relacje świadków:

Relacje ludzi, którzy obserwowali to zjawisko z różnych punktów tej części Syberii, nie są jednakowe. Dla przykładu we wsi Keżma nad Angarą jeden z zesłańców obserwował podłużny biały „obłok” kierujący się na północ. Był on, według jego relacji, „jaśniejszy niż dysk słoneczny, jednak niemal tak samo rażący jak promienie słońca”. W tym samym czasie mieszkaniec wsi Kondraszino leżącej na prawym brzegu Leny zauważył „ogniste ciało latające”, które przypominało kształtem samolot bez skrzydeł lub latający „liść”. Świadek mówił: „Było ono tak długie jak samolot i leciało tak samo wysoko, tyle że bardziej płynnie. Obiekt był czerwony jak ogień lub pomidor. Leciał lotem poziomym, ale nie spadał i przeleciał nad klifem Cimbały na ok. dwóch-trzecich jego wysokości. Potem przeleciał jeszcze dwa kilometry i wykonał gwałtowny zwrot na prawo, pod bardzo ostrym kątem”. W pobliżu epicentrum eksplozji znajdowali się z kolei dwaj ewenkijscy bracia, Czuczancza i Czekaren, którzy zaobserwowali kilka świetlnych błysków i eksplozji. „Widzieliśmy jeszcze jeden błysk, a nad naszymi głowami rozległ się grzmot, po którym przyszła wichura, która powaliła nas na ziemię. Czekaren krzyczał: ‘Patrz w górę!’ i wskazywał ręką na niebo. Spojrzałem i ujrzałem jeszcze więcej piorunów, którym towarzyszyły grzmoty”. Opisy te wskazują, że zjawisko tunguskie miało wbrew wszystkiemu bardzo skomplikowany przebieg…


Cytat:


20 lat temu red. Wanda Konarzewska z Telewizji Polskiej prowadziła program o katastrofie tunguskiej. Zwróciła się wówczas do telewidzów, by ci, którzy mają jakieś własne koncepcje na ten temat, skontaktowali się z redakcją. Przyszło około 6000 listów z najróżniejszymi pomysłami. Do studia zaproszono autorów sześciu listów, w tym mnie, jako twórcę jednej z najdziwniejszych teorii. Uważałem mianowicie, iż był to bezzałogowy statek kosmiczny, kierowany przez komputer, który, w obliczu nieuniknionej katastrofy specjalnie doprowadził statek nad tereny nie zamieszkane. Stąd wahania jego kursów.
Wśród osób zaproszonych wówczas do Studia TV był naoczny świadek zdarzenia, pan Józef Z. ze Zduńskiej Woli. W chwili eksplozji miał 8 lat i mieszkał wraz z ojcem, zesłańcem politycznym, około 260 km od epicentrum wybuchu. Miałem więc możność zanotować jego relację, którą tu w skrócie podaję:
"Tego dnia o godzinie siódmej rano wyszedłem do odległej o 3 km szkoły. Nagle (dokładnie o godzinie 7.27 - K.B.) zrobiło się niesamowicie cicho. Zamilkły ptaki, nie było słychać szumu gałęzi ani normalnych odgłosów tajgi. Jasny poranek przygasł i wszystko wokoło zżółkło, nawet moje ręce i ubranie. Przestraszyłem się bardzo i zawróciłem do domu. Kiedy szedłem, wszystko stawało się pomarańczowe, nawet liście na drzewach i trawa. Gdy byłem już w domu, ojciec kazał pozasłaniać okna, ale mimo to ta cisza trwała jeszcze osiem godzin, a barwa otoczenia zmieniała się poprzez czerwoną, ciemnobordową aż do czarnej. Gdy zrobiło się wokoło czarno, a była dopiero trzecia po południu, wyszliśmy przed dom zobaczyć, co się dzieje. Patrząc w kierunku północno-wschodnim (w stronę Podkamiennej Tunguskiej), widzieliśmy ścianę jakby lejącej się z góry aż po horyzont rtęci."
Dane zebrane z wielu źródeł mówią o różnym czasie trwania zjawiska: od czterech minut lotu "rury", do dwóch godzin lotu nieznanego ciała niebieskiego, które rzekomo widziało przez teleskop dwóch astronomów z zachodniej Kanady. A tu masz! Naoczny świadek twierdzi, że trwało to osiem godzin.
Kto ma rację? Być może wszyscy.
Efekt wyciszenia i zmiana barwy światła mówią fizykowi o zaburzeniach w biegu czasu.
Ufolog z kolei zauważy, że wiele razy świadkowie obserwujący UFO podczas dnia wspominali o zmianach barwy otoczenia i ściemnianiu się światła aż do zupełnej czerni, a także o tym, że podczas nocnych obserwacji najbliższa okolica wokół obiektu wydaje się oślepiająco świecić jak rtęć. Właśnie tak, jak opowiadał o tym naoczny świadek katastrofy tunguskiej. Zdaniem najwybitniejszych ufologów świata, wśród których nie brak fizyków z tytułami profesorskimi, efekty takie mogłyby wystąpić, gdyby nieznany obiekt poruszał się za pomocą antygrawitacji, uzyskiwanej poprzez wytwarzanie wokoło statku pola magnetycznego niezwykłej mocy.




"W porze śniadania siedziałem koło domu w faktorii Wanawara zwrócony na północ. Właśnie podnosiłem siekierę, żeby ścisnąć obręcz beczki, kiedy nagle niebo na północy jak gdyby rozszczepiło się na dwie części i wysoko nad lasem ukazał się ogień. Szczelina na niebie stale się powiększała i cała jego północna część była pokryta ogniem. Poczułem wtedy wielkie gorąco, jak gdyby zapaliła się na mnie koszula. To gorąco szło z północy. Chciałem koszulę zrzucić, ale w tym momencie rozległ się na niebie huk i potężny grzmot. Rzuciło mnie na ziemię około siedmiu metrów od ganka i straciłem przytomność."



Teorie naukowców:

Pierwsza ekspedycja przybyła na miejsce w 1921 roku, kiedy rosyjski mineralog Leonid Kulik odwiedzał dorzecze Podkamiennej Tunguski w ramach wyprawy Sowieckiej Akademii Nauk. Z relacji miejscowych wysnuł on teorię, iż wybuch spowodował upadek gigantycznego meteorytu. Kulik skłonił Sowietów do finansowania dalszych wypraw w ten region, których celem miało być znalezienie meteorytu. Druga ekspedycja, która wyruszyła w 1927 ku swemu zaskoczeniu nie odnalazła krateru. O wydarzeniach sprzed kilkunastu lat świadczyły jedynie poprzewracane drzewa, na które natknąć się można jeszcze dziś.

Kulik organizował także dalsze wyprawy, jednak bez rezultatów. Ekspedycjom z lat 50-tych i 60-tych ub. wieku udało się odnaleźć mikroskopijne szklane kulki w glebie. Ich analiza chemiczna wykazała, iż zawierają dużo niklu i irydu, które to pierwiastki występują w meteorytach, co stanowiło najlepszy jak na razie dowód na eksplozję tego typu obiektu nad Syberią. W czerwcu 2007 roku uczeni z Uniwersytetu Bolońskiego twierdzili, iż potencjalnym miejscem upadku meteorytu jest Jezioro Czeko. Jednakże teorie te obalono już na początku lat 60-tych. Włosi spierali się natomiast twierdząc, iż wówczas „ogłoszono, że jezioro nie jest pouderzeniowym kraterem, ale ówczesne technologie były ograniczone.”


Jedna z teorii wiąże się z postacią genialnego odkrywcy, Nikoli Tesli. Oliver Nichelson był pierwszą osobą twierdzącą, iż za tunguską eksplozję odpowiadał nieudany eksperyment Serba. Nichelson twierdził, iż do eksplozji doszło w czasie, kiedy Robert Peary starał się dotrzeć na Biegun Północny, zaś Tesla nie znajdował się w najlepszym stanie emocjonalnym. W tym okresie życia miał uświadomić sobie, że jego wynalazki wyprzedzają epokę, zaś niektóre z nich nigdy nie ziszczą się, ponieważ świat zwyczajnie nie jest na nie gotowy lub nie chciał ich. Niektóre z pomysłów, jak bezprzewodowe przesyłanie energii wyprzedzały co najmniej o wiek swe odkrycie.

Psycholog Marc J. Seifer twierdził, iż Tesla w 1906 roku cierpiał na nerwowe załamanie z powodu śmierci dwóch znanych mu osób, w tym Stanforda White’a – architekta, który stworzył Wardenclyffe Tower – maszt telekomunikacyjny stworzony m.in. dla potrzeb komercyjnej telefonii transatlantyckiej.

Jerry Smith zastanawiał się, czy depresja Tesli spowodowała, iż zaczął swe eksperymenty na ludziach. Dla przykładu, zatonięcie francuskiego statku Irene w 1907 roku spowodowała iskra elektryczna. Tesla został w to wmieszany przez amerykańskiego wynalazcę, Lee De Foresta, który twierdził, iż Serb eksperymentuje z „torpedą”, które jest w stanie niszczyć statki. Na to poważne oskarżenie Tesla wypowiedział się w „New York Timesie”, choć nie zaprzeczył tej możliwości ani swym związkom z tymi wydarzeniami oświadczając, iż rzeczywiście zbudował i testował podobne zdalnie sterowane torpedy, nie twierdząc oczywiście, że miały jakikolwiek związek z zatonięciem Irene. W kolejnym liście do gazety z 21 kwietnia 1908 roku po raz kolejny wyraził się on o destrukcyjnych możliwościach fal elektrycznych. Na dwa miesiące przed tunguskimi wydarzeniami pisał: „Nie jest to sen. Nawet teraz skonstruować można bezprzewodowe elektrownie, dzięki którym każdy region na świecie może stać się nieodpowiedni do zamieszkania bez poddawania populacji zamieszkującej inne części poważnemu zagrożeniu lub problemom.” W 1915 roku Tesla orzekł: „Przesyłanie energii elektryczne bez użycia drutów i wywoływanie niszczycielskich efektów na odległość jest niezwykle praktyczne. Skonstruowałem już bezprzewodowy przekaźnik, który to umożliwia. […] Kiedy jednak znajdzie się w niepowołanych rękach może być użyty do niszczenia mienia i życia. Metoda ta jest na tyle dobrze rozwinięta, aby powodować wielkie zniszczenia w każdej części globu z wielką skutecznością.” Za „czynnikiem Tesli” przemawia fakt, iż zbudowane przez niego urządzenie może generować energię mogącą uwolnić siłę 10 megaton trotylu (i więcej). Natura eksplozji tunguskiej zgodna jest ponadto z tym, co wydarzyć się może w czasie nagłego uwolnienia takiej energii. Eksplozja ta nie pozostawiłaby po sobie krateru, co więcej relacje o magnetycznych i atmosferycznych zaburzeniach napływające po tunguskim wybuchu z różnych części świata wskazują na duże zmiany w warunkach elektrycznych planety. Tesla twierdził, iż to zjawisko było jednym z efektów, które mógł osiągnąć dzięki swemu urządzeniu.

Jak zauważa Nichelson: „Kiedy Tesla użył swego urządzenia, drastycznie zmieniło ono naturalne elektryczne warunki panujące na Ziemi. Sprawiając, że wyładowania elektryczne na planecie wibrują zgodnie z jego przekaźnikiem, był on w stanie stworzyć pole elektryczne, które wpływało na kompasy sprawiając także, iż wyższe partie atmosfery zachowywały się jak lampy gazowe z jego laboratorium. Przekształcił on cały glob w prosty moduł elektryczny, nad którym mógł panować.” Ta teoria wydaje się nieco straszliwa i niezwykła, lecz pomimo możliwości, iż Tesla mógł być odpowiedzialny za tunguską eksplozję, teoria ta pozostaje jedynie niepotwierdzonym przypuszczeniem.









Hipoteza Korlevica


W 1990 w rejon katastrofy udała się ekspedycja naukowa składająca się z badaczy rosyjskich, bułgarskich, francuskich i szwedzkich, oraz Chorwata Korado Korlevica. Ten ostatni, po dziesięciu dniach pobierania próbek ziemi, oznajmił, że wyrobił sobie pogląd na przyczynę i przebieg katastrofy tunguskiej.
Zdaniem Korlevica wybuch spowodowany został zderzeniem Ziemi z meteorytem o wielkości porównywalnej z drapaczami chmur. Dwadzieścia sekund po eksplozji na niewielkiej wysokości powstał grzyb rozżarzonej pary wodnej o temperaturze 15 000 °C, który "ugotował" całą strefę uderzenia – popiół i piasek stopiły się, tworząc tektyty — szklane kuleczki, odnalezione przez ekspedycję Kulika. Według chorwackiego uczonego powstała fala uderzeniowa rozchodziła się równolegle do powierzchni ziemi, co wyjaśnia, dlaczego zniszczenia lasów na powierzchni 2150 km² miały nieregularny kształt, który widziany z góry przypominał motyla. Korlevic wyjaśnił również nietypowy kształt drzew, jakie rosną do dnia dzisiejszego w rejonie Podkamiennej Tunguski — miałoby to być wynikiem opaleń powstałych wskutek pożarów, jakie miały miejsce po upadku meteorytu.


Hipoteza statku pozaziemskiego


Powstało wiele teorii bazujących na tym że istoty pozaziemskie były zamieszane w katastrofę Tunguską, włączając katastrofę statku pozaziemskiego lub użycie pozaziemskiej broni w celu zniszczenia zagrożenia grożącego Ziemi. Jan Pająk wysunął teorie, że za katastrofę był odpowiedzialny obcy statek kosmiczny z napędem magnetycznym (magnokraft). Eksplozja uwolniła ogromną energię zakumulowaną w polu magnetycznym.

Gwiazda smierci, a moze antymateria?


Naukowo udowodniono istnienie gwiazd o średnicy kilku kilometrów, których masa zbliżona jest do masy Słońca. Tak wielkie "upakowanie" materii może nastąpić w wyniku pozbawienia wszystkich pierwiastków otoczki elektronowej (zostają tylko jądra). Maleńki kawałek takiej materii w kontakcie z ziemią mógłby wywołać tak wielkie spustoszenie. Innego zdania jest natomiast L. LaPaza, który twierdzi, iż sprawcą wybuchu było wtargnięcie do naszej atmosfery ziarnka antymaterii. Teoria jest o tyle prawdopodobna, że poparli ją profesorowie - nobliści: C. Cowen, W. Libby oraz sam K. Atlury. Możliwe, że wybuch nastąpił w procesie anihilacji antymaterii, podczas jej kontaktu z gazami atmosfery. Mogło to doprowadzić do wyzwolenia ogromnej ilości energii jądrowej. Dla potwierdzenia swej teorii naukowcy zbadali pierścienie przyrostu 300-letniej sosny. Badania wykazały, iż w latach: 1873, 1909 oraz 1923 pierścienie zawierały zwiększoną ilość izotopu węgla C-14. Słój z roku 1909 wykracza znacznie poza normę, co może być przyczyną silnego promieniowania jonizującego. Inną hipotezę skonstruował A. Zołotow, który twierdzi, że z energia ta została uwolniona przez wybuch jądrowy. Słój z 1908 roku wykazuje również obecność cezu-137, pierścienie z następnych 15 lat też wykazują skoki radioaktywności (można to wytłumaczyć opadami radioaktywnymi). Z teorią tą pokrywa się fakt wystąpienia efektu geomagnetycznego, zbieżnego w zaburzeniach pola magnetycznego do fal powstałych podczas sztucznych wybuchów jądrowych.






Meteoryt czy kometa?


Po II wojnie światowej uczeni skupili uwagę na opracowaniu próbek zebranych podczas wypraw Kulika. 12 lutego 1947 r. uwagę naukowców przykuło kosmiczne bombardowanie w górach Sikhote Alin, gdzie spadł prawdziwy "deszcz żelaza". Tajga została zniszczona na powierzchni 1 km2, krater meteorytowy miał średnicę 26,5 m, a głębokość 6 m. Znaleziono też tektyty: kawałki szkliwa, które towarzyszą upadkom meteorytów.
Miejsce katastrofy Analiza wydarzeń z Sikhote Alin wykazała, że katastrofa tunguska na pewno nie została spowodowana przez meteoryt żelazny. Badania symulacyjne fali balistycznej pozwoliły stwierdzić, że "ciało tunguskie" nigdy nie uderzyło o powierzchnię Ziemi. Rozpadło się wskutek wybuchu nad tajgą. W samym centrum wybuchu drzewa zostały spalone, lecz sterczą w pozycji pionowej - to dowód na to, iż uderzenie nastąpiło z góry. Fala rozchodząca się pod kątem od epicentrum powaliła drzewa, tworząc z nich promienisty "wzór".
W 1960 r. dr Fiesenkow wysunął hipotezę mówiącą, że katastrofa tunguska była rezultatem kolizji Ziemi z jądrem małej komety. Jednakze jest to malo prawdopodobne.
Więc co to było? No cóż, jak powiadał Sherlock Holmes, jeśli wykluczymy wszystkie możliwe wyjaśnienia zagadki, niemożliwe wyjaśnienie okaże się prawdziwe...




Hipoteza, która tłumaczy wszystko


W 1947 r. radziecki uczony Kazancew postawił hipotezę, że przyczyną katastrofy tunguskiej była awaria marsjańskiego statku kosmicznego z napędem nuklearnym. Teza wydawała się fantastyczna, a jednak naukowcy postanowili ją sprawdzić. Po przeprowadzeniu badań profesor Aleksiej Zołotow ogłosił, że jest absolutnie przekonany, iż obiekt eksplodujący w 1908 roku nad Syberią był pozaziemskim statkiem kosmicznym. A oto podstawy jego hipotezy:
Zamiast szczątków meteorytu znajdowano na tamtych terenach sferule - małe kuleczki (tunguskie miały ok. 1 mm średnicy). W niektórych miejscach w dorzeczu Podkamiennej Tunguskiej zagęszczenie sferul jest bardzo duże.
u Analiza słojów starego modrzewia, który przeżył tę katastrofę, wykazała, że od 1848 r. drzewo rosło normalnie przez 60 lat. Po roku 1908 modrzew walczył o życie - przyrost drewna był zaburzony, patologiczny. Po 1938 r. drzewo znów przyrastało normalnie, do czasu, gdy ścięli je naukowcy. Ten modrzew nie jest wyjątkiem. Słoje pni drzew ściętych na tym obszarze wykazują, iż w roku 1908 ich normalny rozwój został na kilka lat zahamowany, a później drzewa zaczęły rosnąć o 20-30% szybciej niż w latach "normalnych".
Mieszkańcy południowych okolic Syberii, którzy żyli tam na początku XX wieku, twierdzili, że widzieli na wysokości kilkuset metrów olbrzymią rurę, świecącą jaśniej niż słońce, która nadleciała z południa, od strony Chin, potem skręciła na zachód, by znów zawrócić ku wschodowi i dolecieć do miejsca swej zagłady.
Żadne ciało pochodzenia naturalnego w ten sposób nie lata - nie był to więc ani meteor, ani jądro komety, ani szczątek jakiegoś gruzu kosmicznego z pasa asteroid obiegających Słońce na orbicie pomiędzy Marsem a Jowiszem - bo i takie przypuszczenie wysuwano.


W kręgach akademickich zainteresowanych zdarzeniem tunguskim rozwiązała się w głównej mierze teoretyczne debata na temat, czy obiekt ten był meteorytem, kometą czy asteroidą, z których wszystkie mają potencjalną możliwość przedostania się przez naszą atmosferę. Hipotezę o komecie zdaje się potwierdzać jasne niebo, które obserwowano jeszcze kilka dni po eksplozji, czego przyczyną miał być kurz i lód rozprzestrzenione w górnej atmosferze przez ogon komety. W 1978 roku słowacki astronom Lubor Kresak sugerował, iż eksplozję spowodować mógł fragment komety Encke, która odpowiedzialna była za deszcz Beta- Tauryd, który swój szczyt osiągnął w czasie, w którym miał miejsce incydent.
Od tego czasu zorganizowano kilka wypraw, a sama katastrofa była przedmiotem dociekań wielu naukowców. Powstało wiele, czasami wyjątkowo dziwnych, teorii – jednakże do tej pory nie udaje się z całą pewnością ustalić natury tego zjawiska. Najbardziej prawdopodobnym wydaje się, że meteoroid o średnicy około 40 metrów wszedł pod niewielkim kątem w atmosferę ziemską z prędkością ponad 50,000 km/h. Kombinacja ogromnej temperatury i ciśnienia związanego z wejściem w atmosferę spowodowała eksplozję, oraz anihilację meteoru w niższych warstwach atmosfery. Wytworzona w tym procesie ogromna energia, dotarła jednak do powierzchni ziemi, powodując ogromne zniszczenia na obszarze ponad 2 tysięcy kilometrów kwadratowych.






Film dokumnetalny z lektorem: Syberyjska apokalipsa









Źródła:

http://pl.wikipedia.org
http://kodczasu.pl
http://naturalplane.blogspot.com
http://odkrywcy.pl
http://www.pcworld.pl
http://infra.org.pl
http://www.jaczewski.pl
http://strefatajemnic.onet.pl
http://www.national-geographic.pl/



Ps: Najnowsza publikacja włoskiego zespołu z maja 2012 zdaje się potwierdzać hipotezę eksplozji meteorytu. Geolodzy zbadali dno jeziora Czeko przy pomocy skanerów sejsmicznych i magnetycznych. W centrum jeziora, na głębokości 10 metrów, znaleźli anomalię w postaci dużego kamiennego elementu, który według ich przypuszczeń jest odłamkiem meteorytu tunguskiego. Aby potwierdzić te przypuszczenia pozostaje tylko wydobyć potencjalny fragment meteorytu z jeziora, zbadać go i ogłosić świat, czym jest ta „anomalia” znaleziona w jeziorze.
Nabs • 2012-07-04, 04:24  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (45 piw)
Z tych wszystkich teorii najciekawsza jest z teslą. Piwo ;)

Arizona

Nerwosolek • 2012-07-01, 14:47
15
Dla odmiany od kompilacji wszelakich i wypadków made in Росси́яz, polecam 46-minutowy obraz z życia sąsiadów z tzw. Polski "A".
Film dokumentalny Ewy Borzęckiej z 1997 roku, opowiadający historię mieszkańców pewnej popegeerowskiej wsi.

Cz.1


Cz.2


Info dla agroturystów: film nakręcono we wsi Zagórki położonej około 20 kilometrów od Słupska (woj. pomorskie).

"Powróćże Komuno do zakładów pracy
Żeby znów szczęśliwi byli rodacy
Żeby pospać mogli sobie za maszyną
Żeby nic nie robić i pić tanie wino"

:pijaki:

Jeśli nie było to dziwne.. Albo nieumiejętnie szukałem (świeżak rozumisz)
X