Technologia rozpijania społeczeństwa

Hauer88 • 2013-02-11, 07:01
13
Rosyjski film o rozpijaniu społeczeństwa. Sporo niedociągnięć i przekłamań ale oglądnąć się da ;) Ogólnie rzecz biorąc film propagandowy...


Koszerne społeczeństwo III RP

Hauer88 • 2013-02-11, 06:48
12
Warto zadać pytanie, czy i kiedy uda się mieszkańcom III RP wydostać z szamba, w którym tkwią po uszy?

Zachód, jak niegdyś słynny Titanic, pogrąża się coraz szybciej w mętnej otchłani. Zdają sobie z tego sprawę coraz szersze kręgi społeczeństwa, czego przejawem jest wzrost społecznych niepokojów. Ludzie rozumieją też to, że władze wybrane przez nich w „demokratycznym” procesie nie służą im, ale oligarchii finansowej. Najnowsze badania opinii publicznej w USA[i] pokazały, że ponad połowa społeczeństwa uważa władze „przodującej demokracji świata” za zagrożenie dla swego bytu. Natomiast w oczekiwaniu na nieuchronne bunty obywatelskie, władze „zwierają szeregi” i militaryzują coraz większe segmenty swych organów[ii] , tworząc coś na podobieństwo ZOMO.

Nikt nie myśli natomiast o niezbędnej sanacji. Czemu dał wyraz nawet Sylvio Berlusconi podczas niedawnego spotkania ze swymi zwolennikami, stwierdzając miedzy innymi, że „Europa popełnia samobójstwo”.[iii]

Tak więc Imperium Euroatlantyckie (US&UE) tonie, a wraz z nim IIIRP „członkini ekskluzywnego klubu bogatych”. Jedyna różnica pomiędzy Nią a resztą członków klubu polega na tym, że o ile oni znajdują się w pierwszej klasie Titanica, o tyle Ona w trzeciej. A jak wiadomo, trzecia klasa jako pierwsza pogrążyła się w lodowatych wodach Atlantyku.

Chroniczna nędza III RP i związana z nią masowa emigracji młodego pokolenia, stymulująca katastrofę demograficzną kraju, stanowi już swoistą „normalkę’ jej dwudziestolecia. Natomiast narastające lawinowo zezwierzęcenie społeczeństwa, to zjawisko stosunkowo świeże, charakteryzujące się na dodatek ogromną dynamiką.

O dziwo, zaczynają dostrzegać to nawet niektórzy przedstawiciele „Jasnogrodu”, bo czyż nie są nimi twórcy nowego polskiego filmu po tytułem „Drogówka”?[iv] Jeden z jego sponsorów, Agora[v]reklamuje ten obraz w swym tygodniku, jako „film o polskiej policji”. Nie jest to jednak zgodne z prawdą.

Jest to film o społeczeństwie III RP; zbydlęconym i zdegenerowanym od szczytów agenturalnej władzy do nizin polskich burdeli zawiadywanych przez inteligentniejszych od tubylców emigrantów z czarnego lądu.

Nie wiem czy jego twórcy zrobili to świadomie, czy przypadkowo, ale produkcja ta nie spełniła oczekiwań jej żydowskich sponsorów. Pomijając drugorzędny antyklerykalny wątek, film dostarcza jedynie druzgocącej krytyki polskojęzycznego społeczeństwa III RP.

Warto by w tym momencie zadać pytanie, jak to się stało, że udało się doprowadzić do takiego stanu Naród o tysiącletniej rozwiniętej cywilizacji i światowej klasy kulturze?
Obok przemożnej żydowskiej dominacji w życiu Narodu, istotną rolę w tej degrengoladzie odegrały polskie elity wszelkiej proweniencji.

Kiedy przywódcy wszystkich innych sąsiadujących narodów, mniej lub bardziej udolnie, mniej lub bardziej etycznie, ale starali się o dobro swych nacji, polscy przywódcy myśleli tyko o jednym: Jak przehandlować polski interes narodowy za cokolwiek, choćby tylko protekcjonalne poklepanie po plecach. Stwierdzenie to dotyczy także obecnej „patriotycznej” opozycji z Prezesem Kaczyńskim na czele. Nie kto inny bowiem, jak oni wynegocjowali, podpisali i ratyfikowali Układ Lizboński, pozbawiający Polskę de facto i de jure suwerenności. O innych ich „osiągnięciach” już nie wspomnę.

Szczególnie groteskowy charakter przedstawiała sytuacja w tak zwanym okresie akcesyjnym do UE. „Politycy” wszystkich opcji po każdym kolejnym ustępstwie w stosunku do Brukseli (zwanym eufemistycznie kompromisem), w podskokach pędzili do Jana Pawła, by pochwalić się „chrześcijańskim uczynkiem”, polegającym na wymianie polskiego interesu niezmiennie zawsze na jedno, a mianowicie na: „obietnicę ewentualnego rozważenia przez UE umieszczenia w preambule do Traktatu Lizbońskiego odniesienia do korzeni chrześcijańskich Europy”.

„Politycy” owi uzyskawszy w oczach polskiego katolickiego elektoratu swoiste „rozgrzeszenie” za każdą kolejną zdradę narodową, radośnie wracali na łono Ojczyzny. Ojciec Święty, pokrzepiony zaś dowodami chrześcijańskiego oddania polskich przywódców, z energią koncentrował się na sterowaniu Nawy Ludzkości ku transcendentalnemu Zbawieniu, w którym to dziele polski interes narodowy mieścił się komfortowo w granicach błędu nawigacyjnego.

No i tak osiągnęliśmy to co mamy. Nawet post-sowiecka Rosja mogłaby być dla nas wzorcem do naśladowania. Tamtejsza władza we współpracy z Rosyjską Cerkwią stara się zaprowadzić ład moralny. Widać to wyraźnie choćby w produkcjach rosyjskich mediów, gdzie prawie każdy film, czy nawet „opera mydlana” stara się przekazać widzom zdrowe wartości. Pokazuje się negatywne skutki aborcji czy rozwodów, a nawet tak „delikatne” sprawy, jak negatywne rezultaty małżeństw Rosjanek z muzułmańskimi Arabami.

W III RP, posiadającej „europejskie elity” i nieskazitelny kościół katolicki, we wszystkich mediach głównego nurtu instruuje się „polskie panie”, jak najłatwiej zaakceptować związek z muzułmaninem, czy jak przyciągnąć do siebie murzyna. Ta demoralizacja i niszczenie resztek świadomości narodowej wśród (odpowiedzialnych za prokreację) Polek, jest perfidnym, świadomym programem „miękkiego ludobójstwa”, który nasilając się od lat nie powoduje żadnej reakcji nawet ze strony tych, którzy mienią się być „patriotyczną opozycją”.

Wydaje się, że dodatkowy komentarz do obecnej sytuacji nie jest potrzebny. Warto natomiast zadać pytanie, czy i kiedy uda się mieszkańcom III RP wydostać z szamba, w którym tkwią po uszy?


http://drnowopolskiblog.nowyekran.pl/post/87545,koszerne-spoleczenstwo-iii-rp

Hitlerowskie UFO

kroenen • 2013-02-10, 22:12
16
Za czasów Hitlera, gdy panowała II Wojna Światowa, lądowiska na samoloty w Niemczech były doszczętnie niszczone przez przeciwników, więc zrodził się pomysł na zrobienie obiektu szybszego od samolotów, a w szczególności mającego pionowy start. Do tego celu zebrano najlepszych naukowców, aby zrodzony plan mógł zaistnieć. Projekt nosił nazwę "Dzwon" a pierwsze obiekty były podobne do tzw. dzwonu.
Niektórzy twierdzą, że to brednie. Inni - w tym uznani autorzy, dziennikarze - utrzymują, że w czasie II wojny światowej niemieckim naukowcom udało się skonstruować latające talerze, których zamierzali użyć na polu walki. Podobno latające spodki ze swastykami wzbijały się w powietrze jeszcze przed końcem wojny, a po jej zakończeniu niezwykłe statki przejęli alianci. Czy można w to wierzyć?
Ponad wszelką wątpliwość pierwszy latający spodek pojawił się w Niemczech w 1938 roku i był dziełem... modelarza. Artur Sack z Lipska zaprezentował go podczas zorganizowanych tam Pierwszych Państwowych Zawodów Modeli Latających z Silnikiem Spalinowym. Model był inspirowany konstrukcją pierwszych pionowzlotów, tzw. autożyro (połączenie samolotu i śmigłowca), miał dyskokształtne skrzydło i przypominał wentylator. Na zawodach wzbudził sensację i ciekawość nie tylko gapiów, ale też obserwatorów z Luftwaffe i inżynierów lotniczych. Wkrótce zaczęło pojawiać się więcej latających talerzy, które zainteresowały wojskowych. Niestety mimo początkowego entuzjazmu osobliwe aparaty latające z silnikami spalinowymi nie spełniły pokładanych w nich nadziei i nie wyszły nawet poza fazę prób. O latających talerzach na parę lat zapanowała głucha cisza.

Skradające się srebrzyste kule

Bomba wybuchła 14 grudnia 1944 r. za oceanem, za sprawą dziennika ''New York Times'', który w jednym z artykułów informował, że pilot Amerykańskich Sił Powietrznych doniósł, iż podczas lotu zwiadowczego zauważył srebrne, okrągłe obiekty na niemieckim niebie. Kule znajdowały się w gromadzie lub poruszały się same. Bywały momenty, kiedy stawały się półprzezroczyste. Bliskie spotkanie, przywidzenie czy zwykła fantazja? Tę ostatnią możliwość można by przyjąć, gdyby nie fakt, że podobne zdarzenie zgłosił kilka dni później inny pilot (z 415. Nocnej Eskadry USAF), który w misji zwiadowczej przelatywał nad niemieckim miastem Hagenau.

Był 22 grudnia, szósta rano. Maszyna znajdowała się na stosunkowo niewielkiej wysokości, ok. 1000 stóp. Za ogonem samolotu pilot i operator radaru zauważyli dwa tajemnicze obiekty świecące pomarańczowym światłem i zbliżające się co chwilę do maszyny. Przez dwie minuty obiekty ''skradały się'' za samolotem, zmuszając pilota do serii gwałtownych uników. Potem zniknęły równie niespodziewanie, jak się pojawiły.

Wojskowi analitycy podeszli do obu relacji jak najbardziej poważnie, jednak do dziś nie udało się znaleźć sensownego wytłumaczenia spotkań. Udało się jedynie ustalić, że nie były to ani przypadki dostrzeżenia tzw. piorunów kulistych, jakie zdarzają się niekiedy pilotom, ani żadne z urządzeń latających znanych aliantom. Tajemnicze obiekty nazwano ''Foo Fighters'' i przez następne lata, mieszając fikcję z rzeczywistością, lansowano tezę, że ich pochodzenie jest... pozaziemskie. Dzisiaj większość zajmujących się nimi badaczy twierdzi, że w rzeczywistości były to wytwory niemieckiej tajnej technologii opartej na napędzie antygrawitacyjnym.

Zbuduję wam latający talerz

Temat niemieckiego UFO powrócił w 1950 roku za sprawą Rudolpha Schrievera, który opublikował w tygodniku "Der Spiegel" sensacyjny artykuł o doświadczalnych latających spodkach, konstruowanych w tajnych pracowniach niemieckich naukowców podczas wojny. Przedstawiona w nim relacja o osobliwych doświadczeniach miała pochodzić z pierwszej ręki. Schriever stwierdził m.in., że inżynierowie z całego świata od początku lat 40. prowadzili badania nad latającymi spodkami. Prace miały być prowadzone w tajnym ośrodku pod Pragą. 40-letni naukowiec zadeklarował na łamach tygodnika, że jest gotowy zbudować taką maszynę dla Stanów Zjednoczonych, bowiem udało mu się potajemnie sporządzić kopię jej dokumentacji jeszcze przed upadkiem Niemiec. Schriever utrzymywał, że jego latający spodek może rozpędzić się do prędkości około 2600 mil na godzinę.

Niektóre dokumenty Schrievera trafiły do mediów, budząc powszechną sensację i zrozumiałe zainteresowanie. Były wśród nich rysunki dużych latających spodków i niekompletne niestety opisy techniczne. Jednemu z badaczy Billowi Rose'owi udało się ustalić, że naukowiec rzeczywiście pracował w tajnym ośrodku pod Pragą z innymi inżynierami, m.in. Włochem Giuseppe Belluzzo i Niemcami Klausem Habermohlem i dr. Walterem Miethe, który był dyrektorem programu pojazdów grawitacyjnych w dwóch podpraskich ośrodkach badawczych. Wśród osób związanych z badaniami pojawia się też nazwisko Viktora Schaubergera, który oprócz prac nad latającym dyskiem miał prowadzić tajemnicze badania nad lewitacją obiektów materialnych.

Fabryka żywej wody

Jedna z najbardziej osobliwych głoszonych przez niego teorii mówiła, że obecną produkcję energii można zastąpić odwrotnym procesem. Krytykował np. hydroelektrownie, twierdząc, że gdy woda pod ciśnieniem przelatuje przez turbiny, rezultatem jest martwa woda, tymczasem można przeprowadzić proces jej ożywienia - naładowania energią. Schauberger opatentował nawet służące do tego urządzenie i nazwał je maszyną żywej wody. Fantastyczne teorie Schaubergera już w 1934 r. zainteresowały samego Hitlera, który miał zaprosić uczonego na spotkanie w Berlinie i zlecić mu budowę pojazdu poruszającego się na zasadzie lewitacji, bez używania efektu spalania stosowanego powszechnie w tradycyjnych silnikach lotniczych. Schauberger utrzymywał, że już wtedy odkrył możliwość lewitacji małych obiektów w odpowiednich warunkach. Podobne wyniki 70 lat później osiągnęli amerykańscy naukowcy. W laboratorium udało im się za pomocą impulsu laserowego wystrzelić niewielki dysk na wysokość kilkunastu metrów, a doświadczenia okazały się na tyle obiecujące, że grupa uczonych otzrymała państwowe dotacje na swoje eksperymenty.

Jakkolwiek fantastycznie by to nie brzmiało, poważni autorzy zajmujący się tajną historią II wojny światowej, tacy jak Carl Munich, twierdzą, że Schauberger był wynalazcą i konstruktorem nowego rodzaju napędu opartego na implozji, która używając jedynie powietrza i wody generuje światło, ciepło i energię ruchu. Wykorzystując tę technologię, uczony miał wraz ze swoimi współpracownikami stworzyć pokaźnych rozmiarów dysk zdolny do rozwinięcia prędkości 2000 km/h. Według Municha w 1945 roku naukowcy przekroczyli barierę prędkości około 2,5 tysiąca km/h, a ich latający dysk miał wznieść się 12 tysięcy metrów nad ziemię. Podobno srebrzysty obiekt świecił przy tym niebieskozielonym światłem. 19 lutego 1945 wielu mieszkańców Pragi rzeczywiście zaobserwowało na niebie tajemniczy obiekt o średnicy około 50 metrów, poruszający się w niespotykany dotąd sposób. Czy był to latający spodek ''made in Germany'', czy po prostu piorun kulisty? Do dzisiaj nie wiadomo.

Ziarno prawdy w korcu mitów

Rewelacje o latających spodkach zdaje się potwierdzać związany ze sprawą były agent CIA Virgil Armstrong, który w swoich opublikowanych po II wojnie światowej wspomnieniach wyznał, że we wczesnych latach wojny alianci nie wierzyli w tę zaawansowaną broń, dopóki informacji nie dostarczył amerykański wywiad, który po natknięciu się na szczegóły tych projektów zaczął intensywne prace w tym kierunku. Projekty zostały uznane za realne, a kilka lat później bronią grawitacyjną dysponowały już nie tylko Niemcy. Czy można mu wierzyć? Przez lata powstały setki publikacji i filmów na temat ''niemieckiego UFO'' i tajnych eksperymentów z napędem grawitacyjnym. Ich autorzy są święcie przekonani, że tajemnicze obiekty istniały.

Skoro tak, to co się z nimi stało? Według entuzjastów teorii istnienia ziemskich latających spodków w tajemnicy przejęli je alianci i dalej prowadzili doświadczenia. Rzeczywiście, tak stało się z inną ''cudowną bronią'' - rakietami V2, których kilkadziesiąt sztuk Amerykanie potajemnie załadowali na statek i wywieźli za ocean wraz z częścią ekipy inżynierów z Peenemunde. Przez wiele lat utrzymywali ten fakt w tajemnicy. W końcu jednak pokazali światu egzemplarze różnych rodzajów Wunderwaffe (m.in. rakiet i samolotów odrzutowych), a V2 można dzisiaj oglądać w londyńskim War Museum i wielu innych muzeach na świecie. Kilka lat po wojnie alianci ujawnili i inne swoje odkrycia, których dokonali w tajnych niemieckich laboratoriach i opuszczonych fabrykach. Były wśród nich takie osobliwości jak latające skrzydła czy działa dźwiękowe (!). Dlaczego zatem Amerykanie mieliby trzymać w tajemnicy do dzisiaj, ponad 60 lat po wojnie, fakt istnienia broni grawitacyjnej?

Kolejny słaby, a nawet wywołujący uśmiech punkt teorii o nazistowskich latających talerzach to ich rzekome osiągi. Miały rozpędzać się od zera do kilku tysięcy kilometrów w ułamku sekundy. Rzeczywiście możliwe jest uzyskanie takiego przyspieszenia, jednak w żadnym wypadku nie wytrzyma go człowiek, a niektóre prototypy miały być przecież pilotowane.

Następna wątpliwość: jeżeli technologia grawitacyjna była tak obiecująca, jak chcą autorzy licznych publikacji, to dlaczego przez ponad pół wieku nie rozwinięto jej i nie wprowadzono do masowego użytku, chociażby w wojsku. Przykład skonstruowanego dużo później lasera (za datę jego narodzin uważa się 1960 rok) mówi, że tak powinno się stać. Dzisiaj laser jest używany nie tylko na polu walki, ale także powszechnie w przemyśle i w medycynie.

Jest jeszcze jedna luka w historii o latających spodkach ze swastyką. Jeżeli prawdą było funkcjonowanie dwóch ośrodków badawczych i skonstruowanie kilku prototypów, to podobnie jak np. w Peenemunde musiały w nich pracować setki, jeśli nie tysiące naukowców i techników. Dlaczego zatem tylko garstka osób wspomina po latach o ich istnieniu? Dlaczego wreszcie na podstawie dokumentacji Rudolfa Schrievera, przy dzisiejszych ogromnych możliwościach technicznych, nie udało się stworzyć choćby kopii ''ognistych kul'' czy latających talerzy?

Wątpliwości wokół istnienia grawitacyjnej Wunderwaffe można mnożyć i nie podważają ich nawet publikowane dziesiątkami zdjęcia tajemniczych obiektów. Dzisiaj nawet laik może za pomocą zwykłego komputera sfabrykować ''autentyczne'' zdjęcie UFO. Dlaczego więc legenda wciąż żyje? Może dlatego, że ludzie zawsze lubili historie owiane mgłą tajemnicy, a może dlatego, że w każdej, najbardziej wątpliwej i niesamowitej historii jest ziarno prawdy...

wcielenie zła

danielkillbill • 2013-02-10, 20:00
4
Myra Hindley: wcielenie zła
25 sty, 09:39
Małgorzata Kaprys
6 października 1965 roku. Dochodziła prawie północ, kiedy Myra Hindley poprosiła szwagra, aby odprowadził ją do domu. David Smith chętnie zgodził się i liczył, że zamieni jeszcze kilka słów z chłopakiem Myry, który niezwykle mu imponował. Kiedy dotarli na miejsce, Ian Brady ucieszył się z wizyty, ale swojego gościa zostawił w kuchni i poszedł do salonu, z którego po chwili dobiegł rozdzierający krzyk. Mężczyzna pobiegł sprawdzić co się dzieje i nie dowierzał w to, co widzi. Na podłodze leżał młody człowiek cały we krwi, a Ian uderzał w niego tępą stroną siekiery. Mrożące krew w żyłach wydarzenia październikowej nocy były końcem zbrodniczej działalności Myry i Iana.


Myra Hindley, fot. AFP
Edward Evans, który zginął w salonie domu Myry Hindley i Iana Bradego, był 17-letnim chłopcem, który przyjął zaproszenie na drinka od dopiero co poznanego w bufecie na Dworcu Głównym w Manchesterze, Iana. Mężczyźni wsiedli do samochodu, który prowadziła Myra i postanowili "cieszyć się" dobrze zaczętym wieczorem. Kiedy dojechali na miejsce, kobieta powiedziała, że musi coś załatwić i udała się do szwagra – Davida Smitha. Miała go przyprowadzić do mieszkania. Był to przemyślany plan. Ian chciał wciągnąć Davida w ich zbrodniczy proceder. Myślał, że mężczyzna, który tak wyraźnie był nim zafascynowany, chętnie na to przystanie. Na szczęście się mylił. Gdyby miał rację, z rąk bezwzględnych oprawców mogłoby zginąć jeszcze nie jedno dziecko w Wielkiej Brytanii.

Po nitce do kłębka

Edward Evans otrzymał kilkanaście cisów siekierą w głowę. Kiedy przestał się ruszać, Ian zmusił Davida, aby pomógł usunąć z mieszkania ślady zbrodni. Powiedział, że to jego obowiązek, ponieważ jest zamieszany w morderstwo. Przerażony mężczyzna wykonywał polecenie. Ciało chłopca wsadzono do plastikowej torby i wyniesiono do innego pomieszczenia, a następnie zajęto się czyszczeniem zbrukanego krwią salonu. Myra zachowywała się tak, jakby to były zwykłe, ot sobotnie, porządki. Mimo że podczas samego aktu zbrodni nie było jej w salonie, doskonale musiała zdawać sobie sprawę z tego, co się tam dzieje. W tym czasie kiedy nastoletni Edward konał, ona spokojnie siedziała w kuchni.

Kiedy nad ranem David wrócił do domu, opowiedział o wszystkim siostrze Myry. Oboje postanowili poinformować policję. Byli zszokowani, bali się, ale wiedzieli, że dobrze robią. Pod dom morderców udało się dwudziestu funkcjonariuszy. Zatrzymano morderczy duet i znaleziono zwłoki Edwarda Evansa. Zeznania Smitha zainspirowały policję do wnikliwego przeszukania mieszkania. Mężczyzna powiedział, że Brady zwierzał mu się z zamordowania jeszcze innych dzieci. Ponoć swoje ofiary zakopywali z Myrą na wrzosowiskach Saddleworh. Faktycznie - para często tam jeździła.

Makabryczne odkrycia

Podczas szczegółowej rewizji domu w którym mieszkała Myra Hindley i Ian Brady, policja znalazła album z ich wspólnymi zdjęciami, wykonanymi podczas spacerów na wrzosowiskach. Śledczych zaintrygował także kwit z przechowalni bagażu na dworcu w Manchesterze. Okazało się, że w skrytce była walizka, a w niej m.in. zdjęcia i nagrania dokumentujące krzyk, tortury, gwałt i ostatnie chwile 10-letniej Lesley Ann Downey.

Dziewczynka mieszkała w jednej z dzielnic Manchesteru. 26 grudnia 1964 roku wybrała się z braćmi i koleżankami na świąteczny kiermasz. Tylko na chwilę oddaliła się od grupy, a wtedy została uprowadzona. Zwyrodnialcy przewieźli ją do domu i zmusili, aby pozowania do zdjęć pornograficznych (widać na nich, że dziecko miało związane za plecami ręce i zakneblowane usta). Na nagraniu słychać, jak bardzo dziewczynka bała się i błagała o pomoc Myrę. Ta jednak była nieugięta, kazała jej zamknąć się i groziła, że ją uderzy.

21 października 1965 roku Myra i Ian usłyszeli zarzut zamordowania Edwarda Evansa i Lesley Ann Downey. Podczas przesłuchań oboje nie przyznawali się do winy i próbowali obciążyć Davida. Na szczęście nikt tym bestiom nie uwierzył. Okazało się jednak, że mordercza para ma na swoim sumieniu jeszcze inne zabójstwa.


fot. Getty Images/FPM - poszukiwanie zwłok zamordowanych dzieci
Ich pierwszą ofiarą była 16-letnia Pauline Reade, która w lipcu 1963 roku wybierała się na tańce do Klubu Pracowników Kolei. Po drodze zaczepiła ją jadąca samochodem Myra i zapytała czy nie pomogłaby jej szukać rękawiczki, którą zgubiła na wrzosowiskach. Dziewczyna zgodziła się, prawdopodobnie dlatego, że znała Myrę z widzenia. Skusiła ją też perspektywa otrzymania w podzięce kilku płyt gramofonowych. Pauline wskoczyła do auta i pojechały w stronę wrzosowisk Saddleworth. Ian jechał za nimi na motocyklu. Nie wiadomo co dokładnie się stało i jak wyglądały ostatnie chwile dziewczynki. Na pewno została zgwałcona i poderżnięto jej gardło, a zwłoki zakopano na wrzosowiskach.

Następną ofiarą morderczego duetu był 12-letni John Kilbride. Chłopczyk mieszkał w Ashton-under- Lyne (koło Manchesteru) i zniknął w listopadzie 1963 roku. Tego dnia był z kolegą w kinie, a potem poszedł z nim na miejscowy rynek, aby pomagając kupcom przy zamykaniu straganów, zarobić parę groszy. Ostatni raz był widziany przed stoiskiem z dywanami. Myra i Ian zwabili go do samochodu i wywieźli na wrzosowiska. Tam został zgwałcony i uduszony przy pomocy sznurka. Zwłoki ukryto w płytkim grobie.

Trzecią ofiarą był 12-letni Keith Bennet. Zwyrodnialcy uprowadzili go w czerwcu 1964 roku, kiedy szedł do babci. Podobnie jak John został zgwałcony, uduszony i pogrzebany na wrzosowiskach. Jego ciała nigdy nie znaleziono.

Potem nastapiło morderstwo Lesley i Edwarda.

Zła czy zmanipulowana?

Co skłoniło Myrę Hindley do popełnienia tych okropnych zbrodni. Czy nakłonił ją do tego jej chłopak, czy spotkanie z nim uwolniło drzemiące w niej zło? Nic nie zapowiadało, że ta niepozorna dziewczyna z przeciętnego domu dopuści się w przyszłości tak okrutnych morderstw. Uważana była za inteligentną dziewczynkę. Przejawiała zdolności literackie, uprawiała lekkoatletykę i pływanie. O ironio, była też wziętą opiekunką do dzieci. Lubiła dorabiać w ten sposób, a maluchy wprost za nią przepadały.

Iana Bradego poznała w pracy, w styczniu 1961 roku, miała wtedy 19 lat a on 23. Był to dość osobliwy człowiek, trzymający się na uboczu. Uwielbiał czytać, ale jego biblioteka wzbudzała kontrowersje. Jedno z czołowych miejsc zajmowała pozycja "Mein Kampf" Adolfa Hitlera… W młodości był niepokorny, często wpadał w tarapaty i był zamieszany w liczne włamania. Myra zainteresowała się tajemniczym, wyróżniającym się wśród innych Ianem (nosił się na czarno i gładko zaczesywał włosy do tyłu). Wydawało się jej, że właśnie kogoś takiego potrzebuje. Chłopak szybko wprowadził się do domu dziadków Myry.

Ich proces rozpoczął się w kwietniu 1966 roku. Oskarżyciel i obrońca uważali, że sprawa jest tak drastyczna, że nie zgodzili się, aby na ławie przysięgłych zasiadły kobiety. Mieli odpowiadać za zabójstwo Edwarda Evansa, Lesley Ann Downey i Johna Kilbride’a. Do aktu oskarżenia nie włączono sprawy pozostałej dwójki dzieci (wtedy jeszcze nie znaleziono ich zwłok). Oboje zostali skazani na dożywocie. Właściwie o włos uniknęli stryczka – dosłownie cztery tygodnie przed ich aresztowaniem wszedł w życie akt uchylający karę śmierci.

W więzieniu, po latach, Brady przyznał się do wszystkich pięciu morderstw. Powiedział, że żałuje tego co zrobił i nie będzie się ubiegał o warunkowe zwolnienie. Natomiast Hindley cały czas utrzymywała, że nie brała czynnego udziału w zabójstwach i starała się wyjść na wolność, ale nigdy tego nie dopięła. Społeczeństwo było oburzone, jak "ta zła kobieta" może ubiegać się o przedterminowe zwolnienie. Za kratkami pisała listy w których tłumaczyła powody swego postępowania. Usprawiedliwiała swoje zachowanie, twierdziła, że była w pułapce, w sytuacji bez wyjścia i musiała robić wszystko, czego chciał Ian Brady.

W więzieniu podobno przeszła przemianę. Stała się innym człowiekiem, katoliczką z licznymi zainteresowaniami. Praktycznie nikt nie wierzył w jej metamorfozę i zwalał to na karb jej wyrachowania – po prostu chciała wyjść na wolność. W ostatnich latach życia miała poważne problemy ze zdrowiem, cierpiała na dusznicę, osteoporozę, miała tętniaka mózgu i przeszła prawdopodobnie kilka niewielkich udarów. Więzienie opuściła dopiero po śmierci, 15 listopada 2002 roku. Za kratkami spędziła 33 lata.

Konstantin Rudniew, lider sekty Ashram Shambala.

Mr.Drwalu • 2013-02-10, 19:34
7


Utrzymywał, że jest bogiem obcych. Na Ziemię miał przybyć wprost z okolic Syriusza – gwiazdy oddalonej od nas o ok. 8,6 lat świetlnych. Jego posłannictwo na naszej planecie miało zaowocować oświeceniem ludzkości. Mimo absurdalnego charakteru głoszonych tez udało mu się zgromadzić ok. 30 tysięcy wiernych. Próby werbunku nowych członków odbywały się nawet w Polsce. Dopiero teraz w sprawie szaleńca zapadł wyrok.


Konstantin Rudniew, lider sekty Ashram Shambala, która najbardziej aktywna była na terytorium Federacji Rosyjskiej, to postać bardzo kontrowersyjna. Stosowane przez niego praktyki jeżyły włos na głowach śledczych, którzy prowadzili śledztwo w sprawie działalności jego organizacji. Elementem tradycji w czasie zaordynowanych przez niego sesji okultystycznych stały się np. wielkie orgie, do udziału w których zmuszani byli członkowie kultu.
Zdaniem ekspertów, początki działalności założonej przez Rudniewa sekty sięgają czasów upadku Związku Radzieckiego. To właśnie na zgliszczach komunistycznego mocarstwa została uformowana organizacja, której macki systematycznie zaczęły sięgać coraz dalej. Jej członkowie pochodzili przede wszystkim z terytorium Syberii, ale Ashram Shambala miała też swoich wiernych wyznawców w największych rosyjskich metropoliach, m.in. w Moskwie, Petersburgu. A potem także poza granicami kraju.

Organizacja uznawana jest za bardzo niebezpieczną. Większość członków, którzy werbowani byli do jej szeregów, znajdowało się w wieku od 14 do 30 lat. Ludzie, którzy do niej trafiali, przechodzili pranie mózgu. W czasie spotkań z liderami, wyśmiewane były tradycyjne wartości, takie jak rodzina, przyjaźń, nauka i praca. Cały proces określany był mianem „drogi głupca”. Zabiegi psychomanipulacyjne sprawiały, że wielu słuchaczy Rudniewa oddawało sekcie oszczędności życia, wypierało pamięć o krewnych i przyłączało się do organizacji.
„Członkowie sekty Rudniewa często tracili swoje pieniądze, swoją własność, a potem porzucali swoich krewnych oraz przyjaciół. Wielu z nich zostało potem uznanych za zaginionych” – poinformował serwis „Siberian Times”. „Po przyłączeniu się do sekty, kobiety były zmuszane do brania udziału w ‚rytualnych gwałtach’ oraz orgiach z udziałem Rudniewa oraz innych przywódców sekty”.
Matka jednego z członków organizacji zeznała, że jej syn najpierw brał udział w kursach jogi. Miał wtedy 15 lat Jak się później okazało, w zajęciach uczestniczyli także członkowie Ashram Shambala. Po trzech latach jej potomek dołączył do innych członków sekty i słuch o nim zaginął – poinformował dziennik „Daily Mail”.
Próby skazania Konstantina Rudniewa, przywódcy sekty, który służył kiedyś w Armii Czerwonej, podejmowane były w przeszłości wielokrotnie. Zwykle kończyło się jednak na tym, że inni członkowie organizacji, w tym jego ofiary, nie chciały zeznawać przeciwko Rudniewowi. W końcu 45-letniego mężczyznę udało się jednak doprowadzić przed sąd. Za gwałty, zmuszanie członków ugrupowania do udziału w orgiach oraz handlu narkotykami, a także za praktyki okultystyczne sąd skazał go na 11 lat więzienia. Prokuratura domagała się 15 lat.
Sam Rudniew, który utrzymywał, że pochodzi z Syriusza i wymagał od swoich podwładnych bezwzględnego posłuszeństwa, dzięki swojej działalności stał się milionerem.
Warto wspomnieć, że choć Ashram Shambala działała przede wszystkim na terenie Rosji oraz byłych republik radzieckich, Rudniewowi w pewnym momencie zamarzyła się ekspansja i głoszenie swojej „nauki” w innych krajach oraz na pozostałych kontynentach. Dzięki kapitałowi ludzkiemu, zaślepionemu głoszoną przez Rosjanina ideologią, takie starania zostały poczynione. Próby krzewienia idei Rudniewa podejmowane były także w Polsce. Odbywało się to jednak w zakamuflowany sposób. Członkowie sekty przenikali po prostu do różnych placówek i próbowali werbować nowych członków podczas zajęć z jogi, sztuk walki czy sesji z uzdrowicielami – poinformował serwis k-istine.ru.
Warsztaty, podczas których starano się pozyskać nowych wyznawców, odbywały się w pewnym momencie na całym świecie. Poza Polską, nauki Rudniewa były upowszechniano również w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Danii, Grecji, Niemczech, Belgii, a nawet w Australii.

Źródło: http://edgier25.wordpress.com/2013/02/09/sekta-ashram-shambala-dzialala-tez-na-terenie-polski/

Tajemnice innych wymiarów.

Mr.Drwalu • 2013-02-10, 17:07
31


Czy jest możliwe, że człowiek jest sam we wszechświecie? Czy głosy tzw. materialistów o samotności człowieka w ciągle rozszerzającym się galaktycznym wszechświecie mogą być prawdziwe? Odpowiedz jest ciężka, lecz spróbujmy się nad tym zagadnieniem zastanowić w sposób naukowy lub mający cechy naukowości...


"...Obserwując widma bardzo odległych galaktyk stwierdzamy, że prawa fizyki odkryte na Ziemi obowiązują w całym obserwowanym kosmosie. Skoro tak, to cały wszechświat możemy badać metodami fizycznymi. Dalej okazało się, że w tym obszarze nie ma obiektów liczących sobie więcej niż kilkanaście miliardów lat. Ponieważ jesteśmy w środku galaktycznego "dysku", nie możemy prowadzić obserwacji we wszystkich kierunkach, ponieważ najbliższe gwiazdy zasłaniają nam dalsze i możemy obserwować tylko pewne wycinki nieba. W ten sposób możemy otrzymać rozkład galaktyk, które jesteśmy w stanie zaobserwować. Najbliższe otoczenie Ziemi wygląda tak, że są obszary większych lub mniejszych zagęszczeń galaktyk.

Poza tym wszechświat jest jednorodny i w każdym punkcie wygląda z grubsza tak samo. Przykładowo, gdybyśmy znaleźli się w dowolnym punkcie wszechświata i "wykroili" z niego kulę, to liczba galaktyk w tej kuli będzie zawsze taka sama (obojętnie, w którym miejscu to zrobimy). Taka jest struktura naszego wszechświata, że on jest, przynajmniej w dużej skali, jednorodny i izotropowy, (czyli ma takie same własności w każdym kierunku i w każdym miejscu). Ale to nie wszystko. Obserwacje odległych galaktyk wskazują na to, że one się od nas oddalają. Wszystkie galaktyki oddalają się od nas po promieniu. Okazuje się, że prędkość oddalania się galaktyk jest dokładnie wprost proporcjonalna do odległości. Jeżeli mamy galaktykę w odległości jednego miliona lat świetlnych od nas, to ona się oddala z prędkością 20 kilometrów na sekundę. Jeżeli w odległości miliarda lat - to z prędkością 20 tysięcy kilometrów na sekundę. Galaktyki "skrajne" osiągają prędkości bliskie prędkości światła..."



Zatrzymajmy się tu na chwile i zastanówmy się czy może być inny wszechświat, który jest poza granicą prędkości światła? Taki wszechświat mógłby być zrobiony z innej materii, ale o tym w dalszej części. Jeżeli tak to na przykład pojazdy UFO i ich załoganci po prostu zwalniają do naszej prędkości...

Idźmy dalej...:

"...Potrafimy obserwować już takie galaktyki czy kwazary, które mają prędkość równą 95 % prędkości światła. Fakt ten ogranicza nam zakres obserwacji, ponieważ wiadomo, że największą prędkością, jaką obiekt materialny może uzyskać w przyrodzie, jest prędkość światła w próżni..."

Fizycy i astronomowie "potrafią" już obserwować obiekty kosmiczne bliskie prędkości światła, ale jeżeli zastosujemy względność teorii względności, to może obserwując naszą część wszechświata z krańcowego punktu rozszerzającego się kosmosu nasza galaktyka też osiąga prędkość bliską prędkości światła? Jeżeli tak by było to świat teoretycznie nie miałby końca, co wydaje się kłócić z obliczeniami fizyków...

"... Powstaje pytanie - jakie są tego przyczyny, ze wszechświat ma taką właśnie strukturę, że galaktyki oddalają się? Co rządzi dynamiką wszechświata?

W 1920 roku przeprowadzono obserwację całkowitego zaćmienia Słońca. Obraz gwiazd wówczas sfotografowanych, różnił się od obrazu tych samych gwiazd obserwowanych nocą. Zjawisko takie było spowodowane faktem, że Słońce (obiekt o dużej masie) zakrzywia tor światła. Cały wszechświat wypełniony jest gwiazdami. Zgodnie z powyższym, każda z nich zakrzywia przestrzeń. Gwiazdy skupione są, jak wiemy, w galaktykach. Gęstość galaktyk we wszechświecie jest taka sama, zatem modyfikują one przestrzeń wszędzie tak samo. Wynika stąd fakt, że krzywizna czasoprzestrzeni wszechświata wszędzie jest identyczna. Spróbujmy sobie to wyobrazić. Najprawdopodobniej wszechświat, zgodnie z tą teorią, wygląda następująco: jego struktura jest podobna do powierzchni Ziemi, tylko o jeden wymiar większa. Analogiczną sytuację mamy we wszechświecie. Istnieje jednak pewna zasadnicza różnica: mianowicie - promień Ziemi jest ustalony, nie zmienia się w czasie. Inaczej rzecz się ma ze wszechświatem, ponieważ on się stale rozszerza. Nawet gdybyśmy poruszali się z prędkością światła, nie bylibyśmy w stanie "obejść" wszechświata z uwagi na to, że jego ekspansja następuje jeszcze szybciej. Mamy trzy rodzaje przestrzeni o stałej krzywiźnie: przestrzeń płaską, sferyczną, i tak zwaną siodłową (hiperboliczną). Jak wykryć, z jakim rodzajem przestrzeni mamy do czynienia?

Istnieje pozorna sprzeczność miedzy teorią, a obserwacjami astronomicznymi. Obserwacje astronomiczne pokazują, że nasz wszechświat jest płaski, teoria natomiast przewiduje, że raczej sferyczny. Powstaje pytanie, dlaczego tak jest? Prawdopodobnie możemy obserwować tylko bardzo mały wycinek wszechświata o objętości Hubble’a, dlatego wydaje się on nam płaski. Dlaczego tylko znikoma część wszechświata jest dostępna naszym obserwacjom?.."

Jeżeli sobie przypomnimy wiadomości starodawnych historyków, że pierwsi ludzie o nadzwyczajnie długim życiu 900-set lat, zajmowali się geometrią i obserwacją kosmosu, (jak nam donosi Józef Flawiusz) to może odkryli oni tajemnicę, że istnieje inny świat? Inny wszechświat? Może odkryli dzięki temu tajemnicę przyszłości, tajemnice nadchodzącego Potopu mającego zniszczyć tą cywilizację. Czy na ziemi mogą być pozostałości czegoś, co na to by wskazywało? Czy istniała jakaś cywilizacja ludzi geniuszy? Możliwe, że tak, ale idźmy dalej...:

"... W jaki sposób obserwowana struktura wszechświata mogła powstać? Gdy obserwujemy oddalanie się galaktyk (zgodnie z ogólną teorią względności Einsteina), nie jest to "ucieczka" galaktyk w "pustą" przestrzeń (jak w przypadku rozrywającego się granatu), ale cała przestrzeń się rozszerza - "puchnie". W związku z tym objętość wszechświata zmienia się w czasie. Gdy będziemy się cofać na osi czasu, to w końcu dojdziemy do tego, że objętość wszechświata, stopniowo się zmniejszając, stanie się równa zeru. Objętość wszechświata jest skończona, podobnie jak powierzchnia kuli ziemskiej. Jeżeli maleje promień, to oczywiście maleje też objętość. Natomiast temperatura i gęstość rośnie. Jeżeli objętość zmaleje do zera, tym samym temperatura i gęstość wzrośnie do nieskończoności. Wynika z tego wniosek, że kiedyś nie istniał ani czas, ani przestrzeń! Była nicość! Jaki mechanizm spowodował, że wszechświat został wykreowany? Zgodnie z powyższym rozważaniem, wszechświat zmniejszając swoje rozmiary, w pewnym momencie był już mniejszy od atomu. Wtedy jednak przestaje obowiązywać ogólna teoria względności. Jest ona, bowiem teorią klasyczną, która nie uwzględnia efektów kwantowych..."

Co znajduje się poza granicą widzialnego wszechświata? Może "poza" po prostu by oznaczało przeniesienie się do innego wszechświata, z innymi prawami?

"...Zajmijmy się teraz strukturą obecnego wszechświata. Mówiliśmy, że zgodnie z ogólną teorią względności, ma on geometrię sferyczną, czyli kulistą. Jesteśmy jakby na powierzchni sfery, ale nie sfery dwuwymiarowej, ale trójwymiarowej. Niestety, czegoś takiego nie potrafimy sobie wyobrazić, ale z łatwością możemy napisać równania takiej sfery. Przekonujemy się wówczas, że objętość wszechświata jest skończona i ilość materii jest ograniczona. Sprawa jednak na tym się nie kończy, bo współczesne teorie wskazują na jeszcze większą złożoność geometrii wszechświata. Mówią one, że tych wymiarów mogłoby być dziesięć i więcej. Fizyka kwantowa dopuszcza powstanie wszechświatów cztero-, pięcio-, a nawet stuwymiarowych. My jesteśmy przyzwyczajeni do trzech wymiarów: szerokości, głębokości i wysokości - w takim świecie się poruszamy. Z punktu widzenia fizyki, tak być nie musi. O takiej strukturze zadecydowała historia wszechświata, a dokładniej jego początek. Otóż według współczesnej wiedzy, jakieś 14 miliardów lat temu, powstała spontanicznie na mocy praw fizyki kwantowej - sfera dziesięciowymiarowa. Z tych dziesięciu wymiarów - tylko trzy się rozszerzyły, a reszta - siedem wymiarów - pozostały "zwinięte", przybierając bardzo złożone struktury. Te właśnie niepozorne siedem wymiarów, decyduje o materii; o ilości i właściwościach cząstek elementarnych, o siłach działających między nimi itp... Z punktu widzenia fizyki kwantowej fakt, że rozwinęły się właśnie trzy wymiary, jest czystym przypadkiem. Struktura pozostałych siedmiu, jest również przypadkowa. Zatem równie dobrze mógł powstać świat o innej ilości rozwiniętych wymiarów, o innych cząstkach elementarnych i innych siłach działających między nimi. Świat niewyobrażalnie inny! Współczesne teorie naukowe dopuszczają zresztą istnienie setek tysięcy takich różnorodnych wszechświatów!..."

Czyli przejście z tego świata do innego jest możliwe i prawdopodobnie możemy to obserwować podczas pojawień się UFO "pojazdów" oraz istot UFO jak gdyby "znikąd". Istoty te mówią często, że nie są z Ziemi, ale nie mówią, że nie są z tego wszechświata, albo nie informują nas, z jakiego świata pochodzą? Czy ze świata, w którym obowiązują normy moralne/etyczne? Normy przypisane dla świata ludzi.

"... Przez ułamek sekundy (tzn. od 0 do 10-35 sekundy), mieliśmy tylko trzy wymiary przestrzenne i próżnię. Mamy tu do czynienia z czasem - 10-35 sekundy. Jedna sekunda dla tak krótkiego czasu to wieczność! Fizyka kwantowa mówi jednak, że ta próżnia, która wtedy istniała i w której gęstość materii była równa zeru, była tak zwana "próżnią fałszywą". Stale występowały w niej fluktuacje. Powstawały i szybko znikały cząstki. Taka "fałszywa próżnia" była w stanie kwantowym, w którym jej energia była różna od zera, i to dodatnia..."

W tym momencie trzeba zacytować innego naukowca od mechaniki kwantowej informacji:

"...Czasem, kiedy takie wygenerowane przestrzenie się stykają powstają struktury zwane mostami Einsteina - Rosena i powstaje kanał łączący wszechświaty równoległe. Lecz pośrodku tego tunelu jest osobliwość - piana kwantowa (przestrzeń traci sens i ma, zaczyna zachowywać się w sposób chaotyczny) - to całkowita blokada dla materii i energii (również tej wysoko zorganizowanej w tym ludzi), ale być może nie dla informacji.
Zgodnie z obliczeniami 1 przeciętnie ważący człowiek to 3 razy 10 do potęgi 92 bitów informacji. Obrazowo można by powiedzieć, że potrzeba by było 5 razy 10 do potęgi 30 dysków HDD o pojemności 200 Gb, aby zapisać dane o jednym człowieku. Taka teleportacja byłaby możliwa..."


Chyba nie jest problemem dla nas tu na tej stronie uzmysłowić sobie taką cywilizację, która posiadła możliwości teleportacji z ich świata do naszego..? Wtedy ich "wypowiedzi" o tym, że nie pochodzą z Ziemi, albo, iż zawsze tu byli lub byli tuż obok, stają się trochę sensowniejsze.

Wróćmy do pytania postawionego na początku czy człowiek jest sam we Wszechświecie?

Jeżeli ten Kosmos został stworzony dla człowieka i musi mieć taką budowę ze względów ludzkich to jest możliwe, że nie ma nikogo poza ludźmi w tym wszechświecie, jesteśmy sami w tej przeogromnej ilości galaktyk i gwiazd...

"... Wiemy, że materia, z której wszystko jest zbudowane, może występować w dwóch rodzajach - w stanie materii zwykłej i antymaterii. Czyli mamy cząstki i antycząstki. Jeżeli one się spotykają, to z tego powstaje światło (fala elektromagnetyczna). Bardzo szybkie rozszerzanie się wczesnego i gorącego wszechświata spowodowało zakłócenie równowagi pomiędzy ilością materii i antymaterii. Proces ten nie tylko umożliwił drobną nadwyżkę materii nad antymaterią, ale był koniecznym warunkiem jej zaistnienia! Jak mała jest nadwyżka materii, (czyli np. protonów, neutronów) nad antymaterią (antyprotonów, antyneutronów itp.) świadczy fakt, że na jeden proton albo neutron, przypada trzydzieści miliardów fotonów (powstałych, jak wiemy, z połączenia cząstek materii i antymaterii). Świat cały składa się prawie wyłącznie ze światła! Znowu mamy tutaj sytuację jasno świadczącą o doskonałym "dopasowaniu się", pewnej "celowości" zmierzającej do zaistnienia człowieka! Załóżmy, że powstałoby więcej materii, wówczas życie nie mogłoby zaistnieć, ponieważ proces rozszerzania się wszechświata następowałby inaczej. Odwrotnie rzecz ujmując, gdyby liczba fotonów była jeszcze większa, nie mogłaby powstać materia, lub byłoby jej za mało, aby mogły powstać gwiazdy, planety, w końcu, na drodze ewolucji biologicznej, również życie..."


Czyli świat, ten "wymiar" został stworzony! Stworzony dla ludzi.

"... Stosunek masy protonu do elektronu (wynoszący 1836,152) jest uwarunkowany również pierwotną historią wszechświata (strukturą tych siedmiu, nierozwiniętych wymiarów). Taka właśnie a nie inna wielkość tego stosunku, warunkuje powstanie życia. Przeprowadzono szereg symulacji komputerowych (zakładając, że elektron jest cięższy lub lżejszy) i dowiodły one, że jedynie powyższy stosunek warunkuje możliwość istnienia takich związków chemicznych, dzięki którym żyjemy..."

Czy przybysze z innego wymiaru, innej rzeczywistości to "obsługa" tego wymiaru?

Jeżeli są oni wykonawcami Super Planu to musieli dobrze wybrać miejsce dla Ziemi!

"... Powyżej przedstawione zostały globalne właściwości wszechświata, determinujące życie na Ziemi. Oprócz nich istnieją także inne właściwości, które możemy nazwać warunkami "lokalnymi". Znajdujemy się na peryferiach jednej ze stu miliardów galaktyk. Wydawałoby się, że to miejsce jest zupełnie przypadkowe. Okazuje się jednak, że nie jest ono takie przypadkowe, ale jest specjalnie dobrane i musi spełniać szereg określonych warunków. Możliwość powstania życia na Ziemi zależy również od umiejscowienia naszej Ziemi w konkretnym miejscu, w jednej ze stu miliardów galaktyk, które również nie jest przypadkowe. Galaktyki mają różne kształty. Nasza galaktyka ma kształt spłaszczonego dysku (biorąc pod uwagę spojrzenie "z boku"). Jego średnica wynosi mniej więcej 100 tysięcy lat świetlnych. Słońce znajduje się około 28 tysięcy lat świetlnych od środka galaktyki. Galaktykę tworzy materia widzialna (w postaci gwiazd) oraz niewidzialna - planety (ściśle związane z galaktykami), pył międzygwiezdny (tworzący tzw. "halo galaktyczne"). Średnia odległość między gwiazdami w naszym otoczeniu wynosi 8 lat świetlnych, a w pobliżu jądra galaktyki, odległość ta wynosi zaledwie ułamek roku świetlnego! W miarę oddalania się od środka galaktyki następuje stopniowe rozrzedzenie materii. Gdyby nasz Układ Słoneczny znalazł się bliżej środka galaktyki, wówczas prawdopodobieństwo kolizji Słońca z inną gwiazdą byłoby znacznie większe. Każde bliższe przejście gwiazdy powodowałoby odkształcenie toru planet, zmieniałby się klimat, znacznie więcej komet pokazywałoby się w naszym Układzie Słonecznym, co znacznie zwiększałoby niebezpieczeństwo zderzeń z nimi. Gdybyśmy spojrzeli na naszą galaktykę "z góry", zobaczylibyśmy jej bardziej złożoną strukturę. Gwiazdy grupują się głównie w takich jakby "ramionach" (prawdopodobnie czterech). Oprócz tych ramion, istnieją obszary o mniejszym zagęszczeniu gwiazd. Nasz Układ Słoneczny nie mógłby istnieć w żadnym z tych ramion gdyż, jak wiemy, zbyt duża gęstość gwiazd narażałaby nas na niebezpieczeństwa, o których mówiliśmy wcześniej. Istniejemy w obszarze stosunkowo pustym i bliskie sąsiedztwo gwiazd nam nie zagraża. Sprawa jednak na tym się nie kończy. Jak wykazują symulacje komputerowe, w galaktyce występują dwa rodzaje ruchów obrotowych. Jednym z nich jest ruch obrotowy gwiazd skupionych w ramionach galaktyki. Możemy go przyrównać do ruchu obrotowego ramion wiatraka. Im dalej od środka jądra galaktyki, tym prędkość liniowa jest większa. Inaczej zachowują się gwiazdy z obszarów "pustych". Ich ruch przypomina wir wodny. Im dalej od środka jądra, tym prędkość gwiazd maleje. Istnieje taka odległość od środka galaktyki (nazywana promieniem korotacji), w której prędkość "bryły sztywnej" oraz "wiru" jest prawie identyczna. Gwiazda obszaru pustego, w tym Słońce, znajdująca się w tym promieniu, przez długi czas może przebywać w bezpiecznej odległości od innych gwiazd..."


... Wszystko to świadczy o celowym, dokładnym dopasowaniu bardzo wielu czynników dla powstania życia na Ziemi. Dopasowanie to w literaturze nazywamy zasadą antropiczną. Nasuwa się pytanie: Dlaczego tak jest? Możliwe są dwie odpowiedzi. Pierwsza z nich zakłada, że zarówno wszechświat, jak i powstanie życia na naszej Ziemi jest tylko kwestią przypadku. Zatem trzeba przyjąć, że istnieje ogromna ilość równoległych wszechświatów, a w każdym z nich panują nieco inne warunki. Zgodnie z tym rozumowaniem, również sprawą czystego przypadku jest pojawienie się życia w naszym wszechświecie i na Ziemi, a następnie procesu ewolucji i gatunku homo sapiens. Nauka, bowiem z założenia zakłada, że wszystko możemy wyjaśnić na podstawie naturalnych procesów. Wyklucza jakąkolwiek interwencję z zewnątrz. Przy takiej koncepcji czysto przypadkowego powstania wszechświata, każdy ateista musi założyć istnienie ogromnej ilości wszechświatów równoległych, w których życie jest niemożliwe, gdyż konieczne warunki, omówione przez nas powyżej nie są spełnione. Takie spojrzenie na problem życia jest dogłębnie pesymistyczne. Prowadzi do stwierdzenia, że życie i jego rozwój prowadzi do nikąd. Prędzej czy później naszą Ziemię spotka zagłada! Może się to zdarzyć wcześniej, a nawet znacznie wcześniej niż za parę miliardów lat. Wszechświat rozszerza się coraz szybciej, na co wskazują najnowsze obserwacje satelitarne. Taki niestabilny stan musi w końcu doprowadzić do kosmicznej katastrofy! Wszystkie dzieła ludzkości, wszystkie jej osiągnięcia muszą ulec unicestwieniu i nie pozostanie po nich już żaden ślad.

Druga odpowiedź wskazuje na celowość wszechświata, na jego zaplanowanie takie, aby w jednej małej części ogromnego wszechświata, na jednej małej planecie, mogło powstać życie, które w końcu doprowadziło do pojawienia się człowieka. Idąc dalej, musimy przyjąć do wiadomości, że istnieje Ktoś, kto jest zdolny nie tylko przewidzieć istnienie wszechświata, ale ma możliwość stałej jego kontroli. Z praw fizyki wiemy, że człowiek może jedynie określić szansę zdarzenia. Więc ta Istota rozumna musi być ponad wszechświatem, dysponować ogromną wiedzą oraz panować nad prawami fizyki, które determinują nasze zachowanie. Prawa fizyki kwantowej, jej formalizm matematyczny został tylko odgadnięty. Natomiast, jeżeli przyjmiemy, że jest Ktoś, kto nad prawami fizyki panuje, ma stałą możliwość wyboru, posiada wszechogarniającą wiedzę dotyczącą tego, co było, jest i będzie..."

Jeżeli na ziemi istniała cywilizacja, która była świadoma tego, że jest stworzona i chciała nawiązać kontakt z tą "Super Inteligentną Istotą" to mogli wymyśleć sposób! Czy na ziemi nie zostało przypadkiem coś, co by wskazywało na taki rodzaj działalności? Co musiałaby opracować taka cywilizacja? Niech wskazówką będzie kolejna wypowiedz innego naukowca:

"... Twierdzenie, że każda czarna dziura niczego nie "wypuszcza" spod horyzontu zdarzeń okazało się nieprawdziwe. Linia graniczna pomiędzy horyzontem zdarzeń (która powstaje np. podczas przekroju powierzchni sferycznej) a czasoprzestrzenią "zwyczajną" jest miejscem rozlicznych zjawisk fizycznych, które interpretujemy, jako emisję kwantów pola EB( promieni X) obdarzonych masą i energią, przez czarną dziurę (mechanizm Hawkinga wykorzystujący relacje Heisenberga)).
Od kilkunastu lat prace z zakresu termodynamiki czarnych dziur zawierają doniosłą zasadę (Beckensteina) o generowaniu przez czarną dziurę informacji, która pod postacią neg-entropii przedostaje się ,"wlewa" do czasoprzestrzeni "zwyczajnej"..."




Może cały obecny wszechświat istnieje w czarnej dziurze informacyjnej?

Jeżeli istniała super zaawansowana cywilizacja ludzka na Ziemi przed nami to musiała rozwiązać nie lada problemy związane z informacją i energią!

"... Cały problem jest w tym, że informacja w przyrodzie występuje zawsze w sposób uwikłany
jest sprzężona albo z materią (DNA, twarde dyski komputerowe) albo z energią - tu z falami elektromagnetycznymi (te najbardziej na dziś ekstremalne to właśnie fale femtosekundowe, czyli takie, które przesyłają 10^15 [b/s]) . Nie ma w przyrodzie generatorów ani odbiorników czystej informacji (chyba, że dusza lub umysł jest taką? przypis mój) Chcąc przekazać do układu lub odebrać z układu informację musimy to zrobić razem z formą jakiejś energii. Stąd, jeśli z układu wymazujemy bit informacji (obniżamy jego entropię i zasób informacyjny - schładzamy) to związane jest to z generacją energii w formie ciepła, czyli z zasadą Landauera, jeśli zaś chcemy zwiększyć jego poziom informacyjny to musimy dostarczyć ciepła do układu. Ale teraz jest taka sprawa, że jeżeli dodając informację (z energią) do układu chcemy otrzymać identyczny stan uporządkowania strukturalnego, jaki był przed odbieraniem informacji to musimy znać dokładnie historię odbierania tej informacji, aby ją teraz zastosować - a więc dostarczyć energii do układu i jednocześnie informacji, aby uporządkowanie strukturalne finalnego układu było identyczne z uporządkowaniem strukturalnym układu początkowego..."


Jeżeli UFO to podróżnicy z innych wymiarów, to mogą pochodzić nie z tego miejsca, nie z Ziemi, problem polega na określeniu gdzie znajduje się Ziemia, w którym wymiarze? Cisza wszechświat nie koniecznie musi być ciszą, po prostu nie umiemy nawiązać kontaktu z Super Istotą-Istotami, zresztą czy obecna cywilizacja ludzi jest świadoma innej Inteligencji, obecnej gdzieś tam, a jednak tuż obok? Zasadniczym pytaniem będzie pytanie, co oznacza inteligentne życie? Życie inteligentne to takie, które szuka swojego Stwórcy, szuka z nim kontaktu, a przez to kontaktu z innym wymiarem.



Chyba, że żyjemy w innym wymiarze, a szukamy naszego wymiaru, wymiaru człowieczeństwa, który jest tym, za czym ludzkość tęskni? Możliwe, że pierwsi ludzie żyli w innym wymiarze, choć fizycznie przebywali na tej planecie. Dlatego tak trudno nam odgadnąć to, o czym pisali i to, co zostawili po sobie. Możliwe, że nie wszyscy przybysze z innych wymiarów są nam przyjaźni, lub nie zdajemy sobie sprawy z tego, co się dzieje w naszym wymiarze, lub czym dla nas jest ten stworzony świat.



We wszechświecie nie ma chaosu. Musi być coś, co kontroluje zachodzące w nim procesy. Prof. Michał Heller mówił, że świat jest pełen matematyki. On jest także pełen informacji. W 1991 r. w "Annalen der Physic" ukazał się artykuł Horodeckiego zawierający hipotezę Unitarnego Pola Informacyjnego. Jest to taki informacyjny "eter", który wypełnia całą rzeczywistość. Ma ono przyrodniczy, fizyczny charakter. Takie pole pomogłoby m.in. zrozumieć tajemnice informacji biologicznej. Jeżeli chcemy rozmawiać o Unitarnym Polu Informacyjnym, musimy porzucić klasyczną koncepcję pola, która jest przybliżonym obrazem rzeczywistości - mówi Ryszard Horodecki. Unitarne Pole Informacyjne składa się z subpól cząstkowych. Ma ono twarz "potencji", ale w każdej chwili może się "zaktualizować". Nie ma tu mowy o izolowanych monadach Leibniza. To prawdziwy holizm, gdzie wszystko jest ze sobą powiązane. Czas i przestrzeń, które dla Kanta są warunkiem koniecznym zdarzeń, są generowane przez pole informacyjne, a nie odwrotnie. Holizm jest właściwym ujęciem rzeczywistości, a teoria kwantowa najbardziej holistyczną teorią nauki. Holista z góry widzi to, co na dole - ogarnia całość. Redukcjonista tę górę rozgrzebie na kilka pagórków i nigdy już nie będzie w stanie poznać całości - mówi Ryszard Horodecki. Podobnie jest z kwantową teorią informacji. Dwie cząstki, które wyszły z jednego źródła, mają bardzo interesującą właściwość: wykazują pewne niezwykłe skorelowanie, zwane splątaniem. Ich stan kwantowy można poznać jedynie poprzez to splątanie. Informacje o każdej z osobna są w tym przypadku zupełnie bezużyteczne. Czyli świat ma dwie natury, naturę materialną i naturę duchową, tego właśnie starożytni ludzie byli świadomi.

Stan kwantowy to forma. Można przenosić formę z jednego przedmiotu na drugi. Niedawno odkryto zjawisko teleportacji - dokonali tego naukowcy z różnych krajów w trakcie dyskusji prowadzonej za pomocą poczty elektronicznej, a potem w sześciu podpisali się pod artykułem. Kwantowa teleportacja została już eksperymentalnie potwierdzona, niezależnie przez dwa zespoły, z Austrii i Włoch. W tym spektakularnym doświadczeniu ma pośrednio udział dr hab. Marek Żukowski, prof. UG.







Źródło: KLIKNIJ TUTAJ

Dolina Smerti

Kurgiel • 2013-02-10, 16:53
2
Pierwsza z dziewiętnastu części opowiadających o Dolinie Smerti. Ze względu na to, że ktoś ostatnio wrzucił filmiki o remontowanych czołgach ( część o Pz V Panther była spoko - lubię niemieckie uzbrojenie ;) ) stwierdziłem, że może warto zobaczyć jak wygląda to, co dalej można wyciągnąć z ziemi. Filmik po rosyjsku więc trochę nudnawy ale niektóre eksponaty przykuwają uwagę. Z tego co mi wiadomo jest to gdzieś w okolicach smoleńska - jak wszytko co można wygrzebać z ziemi lub powiesić na drzewie.
Miłego oglądania.
Pozostałe części na YT.

Wywiad z Karen Greenlee(Kobietą nekrofilem)

Ha...........ng • 2013-02-10, 15:46
9
Karen Greenlee jest nekrofilem. Pięć lat temu trafiła na nagłówki gazet, kiedy to uprowadziła karawan i nie dawała znaku życia przez dwa dni. Zamiast dostarczyć ciało na cmentarz, postanowiła sama spędzić z nim trochę czasu. W ostateczności odnalazła ją w sąsiednim hrabstwie policja, odurzoną kodeiną. Obciążono ją nielegalnym prowadzeniem karawanu i zakłócaniem porządku pogrzebu (w Kalifornii nie ma prawa traktującego o występkach związanych z nekrofilią). W trumnie z ciałem Karen pozostawiła cztero- i pół stronicowy list, w którym przyznaje się do miłosnych epizodów, w których ogólnie uczestniczyło ok. 20-40 martwych mężczyzn. List przepełniony był wyrzutami sumienia, związanymi z seksualnymi pasjami Karen: " Dlaczego to robię? Dlaczego? Dlaczego? Strach przed miłością, związkami. Żaden romans nie przysparzał nigdy tyle bólu... Jestem szczurem z kostnicy. To moja szczurza nora, być może mój grób. "
List poświadczył o jej upadku. W ramach kary za kradzież ciała i karawanu Karen spędziła jedenaście dni w więzieniu, otrzymała 255$ grzywny, a następnie została oddana pod nadzór medyczny na okres dwóch lat z rekomendacją leczenia. W międzyczasie Karen została zaskarżona przez matkę mężczyzny, którego ciało wykradła, o spowodowanie przez owy incydent uszkodzeń w jej psychice. Matka żądała 1 mln $ odszkodowania, lecz karę pieniężną ustalono na 117 000$ za ogólne i moralne szkody.
Prasa miała swe dobre dni, prawnicy się wzbogacili, natomiast Karen straciła swoją karierę oraz źródło seksualnego zaspokojenia. Obecnie Karen znajduje się w bardziej komfortowej sytuacji seksualnej. " Gdy pisałam ten list wciąż wsłuchiwałam się w społeczeństwo. Wszyscy twierdzili, że nekrofilia jest czymś złym, a zatem musiałam robić coś złego. Większość ludzi starało się jednak mnie przekonać, że byłam szalona -większość, która była pewna moich żądz, żądz którymi się stałam. "

Poniższy wywiad miał miejsce w mieszkaniu Karen, małym studiu wypełnionym książkami, nekrofilnymi rysunkami i satanicznymi ozdobami.

Wracając do procesu, o którym czytałem w gazetach - wygląda na to, że miałaś dość małe wsparcie.

Nie, tak naprawdę to żadnego. Gazety były najgorsze. Do dzisiaj nienawidzę dziennikarzy. Jeden z nich porównał mnie nawet do Richarda Trenton'a Chase'a, " Wampira zabójcy! " Wspierało mnie wtedy coś takiego jak zobowiązania rodzinne. Jeden z moich braci odmówił posiadania ze mną czegokolwiek wpólnego. Powiedział, " chcę ją po prostu pamiętać taką jaką była " Później zjawił się u mnie i przeprosił, jednak nadal w moim towarzystwie nie czuje się zbyt komfortowo. Mój drugi brat bardziej mnie wspierał, ale nawet On musiał zapytać, " Jak mogłaś zrobić coś takiego? ".

Przed procesem miałam faceta, który odkrył to wszystko. Wkurzył się i spoliczkował mnie. Powiedział, że nie byłam nawet kobietą i że mogę sobie iść pieprzyć moje martwe ciała. Byłam zaskoczona. On wiedział! Najwyraźniej wielu ludzi o tym wiedziało, a ja nawet nie wiem skąd się dowiedzieli.

Faceci, oni zawsze czuli, że lecę na ciało ponieważ byłam spłukana i jeśli szłam z nimi do łóżka to po to, aby mogło mnie to zmienić, aby byli kimś kto może mi dać taką satysfakcję, że nie będę już więcej potrzebowała tych starych ciał. Przechodziłam przez to wiele razy. Czasami faceci przychodzili do mnie tylko z tego powodu.

Pytanie które zadawałem sobie najczęściej to, " Jak ona to robi? "

Tak, oto jest pytanie! Ludzie zadają takie pytania -- nawet ludzie, którzy zdają się być w porządku, ludzie otwarci, z szerokimi horyzontami - a kiedy im odpowiadam, a oni mowią " Bardzo interesujące " to znaczy, że nie chcą mieć ze mną nic wspólnego. Nie mam zamiaru tłumaczyć ludziom jak to robię. Ludzie tkwią w tym błedzie, że do zaspokojenia seksualnego niezbędna jest " penetracja " , co jest kompletną bzdurą. I tak najbardziej wrażliwą częścią kobiety jest jej przód i to właśnie tego potrzeba by czuła się pobudzoną.

Po za tym jest wiele aspektów seksualnej ekspresji: dotykanie, czucie, 69, nawet trzymanie dłoni. To ciało tylko leży, ale ono ma to coś co pozwala uczynić mnie szczęśliwą. Chłód, aura śmierci, zapach śmierci, klimat pogrzebu - to wszystko przyczynia się właśnie do tego.

Zapach śmierci?

Oczywiście, odór śmierci uważam za bardzo erotyczny. Jest odór śmierci i odór śmierci. Dostajesz ciało, które pływało w zatoce przez dwa tygodnie lub ciało ofiary pożaru - nie jest to dla mnie zbyt atrakcyjne, ale świeżo zabalsamowane ciało to co innego.

Jeśli mówić o krwi to tu też jest pewna atrakcja. Kiedy jesteś na ciele ma ono skłonności do wylewu krwi przez usta, podczas gdy Ty uprawiasz swą zmysłową miłość...Myślę, że musiał byś tam po prostu być.

Oczywiście z tym wszystkim wiąże się też sprawa AIDS...

To właśnie powód dla którego później niczego nie próbowałam. Jestem pewna, że znalazła bym sposób, aby dostać się dziś do jednego z tych zakładów pogrzebowych, ale grupa, którą uważam za atrakcyjną - młodzi dwudziestoparoletni mężczyźni - to grupa, która umiera przede wszystkim na AIDS.

Czy zwykłaś uczestniczyć w pogrzebach swych martwych kochanków?

Tak. Praca w zakładach pogrzebowych była korzystna. Cmentarz po pogrzebie opuszczałam wraz z rodziną. Z rodziną także opłakiwałam stratę ich ukochanego. Tylko że ja jęczałam trochę innym tonem! Ludzie nie są w stanie powiedzieć czy jesteś tym tak przejęty czy tym tak opętany. Członkowie rodzin obejmowali mnie i mówili " Tak się cieszymy, że mogłaś przyjść! " A później trzeba kręcić tą wielką starą przędzę " Tak, znałam go w szkole..." Jeśli facet w swym życiu nigdy nie miał kobiety to oni myślą, że ty nią byłaś... " Och, to ona jest tą jedyną! "

Nie było Cie w Sacramento w czasie procesu prawda?

Nie, pracowałam w zakładzie pogrzebowym w innym mieście i jednocześnie chodziłam do szkoły. To dziwne, w dniu, w którym dostałam telegram o procesie, w którym napisane było, że powinnam skontaktować się z prawnikiem, poszłam do zakładu i zostałam zwolniona za rzeczy, których dokonałam w tym zakładzie. Myślę, że ktoś to rozpracował. Wiem, że nikt mnie nie zauważył, ale wydaje mi się, że ktoś się połapał. Oczywiście oni jeszcze nie wiedzieli o Sacramento. Dowiedzieli się później! Tego samego dnia, w przeciągu pięciu godzin, dogoniły mnie dwie totalnie inne sprawy.

Pracowałam w tym zakładzie od prawie roku. To tam miała miejsce moja ponadprogramowa działalność. Miałam klucze, więc mogłam po godzinach wślizgiwać się od tyłu i spędzać tam całą noc. W zakładzie na dole w mieszkaniu mieszkał facet. Dużo pił, więc przeważnie był nieprzytomny. Pod poduszką trzymał magnum 357. Facet o którego była sprawa sądowa -

John Mercure?

Tak. Ja rozumiem, że jego ciało przeniesiono po procesie z tego cmentarza.
To się stało w czasie, gdy włamałam sie do tego zakładu pogrzebowego. Był tam boczny pokój, jedno z umownych pomieszczeń, w którym trzymali zawsze teczki ze sprawami. Przeczytałam tam, że jest nakaz ekshumacji John'a Mercure. Później przeczytałam trochę o tym w gazecie. To jego matka chciała, aby ciało ekshumowano - jak twierdziła, nie pochowała by tam nawet swego kota. W dniu, w którym ciało miało być ekshumowane przemknęłam na pole, które było po drugiej strony miejsca, gdzie był pochowany i obserwowałam jak wykopują ciało i przekazują temu drugiemu pracownikowi z zakładu. Odesłali ciało do Michigan.

Kiedy po raz pierwszy stałaś się świadoma swej nekrofilii?

To jest coś co ciągnęło mnie przez całe moje życie. Prowadziłam usługi pogrzebowe dla moich zwierzątek, gdy umierały. Miałam mały zwierzęcy cmentarzyk. Mieszkałam w małym mieście, a strażacki grill był zaraz obok drzwi do zakładu pogrzebowego. Aby pójść do łazienki trzeba było skorzystać z sanitarnych udogodnień zakładu pogrzebowego. Wymyślałam jakikolwiek powód, aby pójść do łazienki, wtedy robiłam sobie krajoznawcze wycieczki, błąkając sie po kostnicy.

Nie bałaś się, tak jak inne dzieci?

Nie, uwielbiałam to! Byłam niesamowicie ciekawa. Wędrowałam przez korytarze...

Czy tęsknisz za pracą w zakładach pogrzebowych?

Tak, okropnie! Nawet gdybym nie była nekrofilem. Lubię pracę w kostnicy. Lubię balsamowanie i to wszystko. Z wyjątkiem otyłych ludzi. Ciała nad którymi nienawidziłam pracować przeważnie należały do otyłych ludzi. 'A szczególnie jeśli' były po autopsji. Jelita ześlizgiwały się na podłogę a gówno...i ten cały topniejący tłuszcz. Yeeeech!

Wspomniałaś coś poprzednio o " Wampirze zabójcy " Richard'zie Trenton Chase. Zdaje się, że on był z Sacramento prawda?

Tak, drugi zakład pogrzebowy dla którego pracowałam - to nie tam pracowałam podczas sprawy - otrzymał ciała ofiar Chase'go, mężczyznę i kobietę oraz ich dziecka, słyszałam zatem krwawe szczegóły dotyczące ich wyglądu. Były naprawdę zmasakrowane. Były wypatroszone, usta wypchane jakimiś gównianymi rzeczami. Chase zaczął od mordowania zwierząt i picia ich krwi, a kiedy przestało go to satysfakcjonować przerzucił się na ludzi. Zabił tą parę, później porwał ich dziecko, zabił je, a następnie wrzucił je do pojemnika na śmieci. Pracownik kostnicy, który balsamował te ciała mówił, że raczej nigdy nie brały go mdłości, ale gdy zobaczył te zwłoki po prostu się rozchorował!

Najdziwniejsza sprawa z jaką się spotkałaś?

Hmmm...Był dzieciak, który wyleciał z samochodu podczas gdy jego matka wykonywała skręt i pokierowała tak, że przejechała mu przez głowę. Inny dzieciak zadławił się maszynką do skręcania papierosów. Jeden facet popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę strzelbą na kulki. Musiał strzelić sobie kilkanaście razy i zabrało mu to trochę czasu, ale w końcu udało mu się. Był jeszcze jeden facet nad którym pracowałam. Był transwestytą, który w jakiś posób udusił się swoimi nylonami (pończochami). Nie sądzę, aby było to zamierzone, wydaje mi się, że próbował osiągnąć najwyższy orgazm poprzez strangulację i skończył wieszając się. Nie był pierwszym, który popełnił ten błąd.

A jeśli chodzi o najbardziej niezwyczajny pogrzeb?

Pewnego razu banda religijnych fanatyków zleciła pogrzeb jednej z ich członkiń. Nie chcieli, aby ją balsamowano, lecz tylko ubrano i do trumny. Zazwyczaj nie postępujemy w ten sposób, lecz zdecydowaliśmy, że będziemy mili i odstawiliśmy ją do kaplicy. Staliśmy na zewnątrz kaplicy i słyszeliśmy jak ktoś mówi " W imię Jezusa zmartwychwstań! " Nękali i oklepywali ciało. Wymawiali zaklęcia. To było dziwne!

Wydaje się, że pomiędzy pracownikami zakładów pogrzebowych istnieje silna (więź). Prawie jak w tajnym stowarzyszeniu.

Jak najbardziej. Pracownicy zakładów trzymają się blisko siebie, ponieważ większość ludzi nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Odczuwam to, gdy idę na imprezę i zawsze jestem przedstawiana jako " to jest Karen, pracuje w zakładzie pogrzebowym. " Nie mówią " Oto Karen - jest sekretarką, " lub " ona jest asystentką weterynaryjną. " Wielu ludzi jest pod wpływem tej błędnej opinii, że pracownicy zakładów pogrzebowych są bardzo prości i posępni. Jeśli kiedykolwiek udali by się do przygotowalni i usłyszeli by te wszystkie żarty, które są tam rzucane to tą teorię wywiało by prościutko przez okno.

Czy którykolwiek z tych pracowników zeznawał przeciwko Tobie na procesie?

Jeden z dyrektorów zakładu pogrzebowego zeznawał odnośnie pogrzebowych praktyk. Został zapytany o to jak często zdarza się nekrofilia. Powiedział, " W tej profesji praktycznie się o tym nie słyszy. "

Przecież to totalna bzdura!

Tak, oczywiście...nekrofilia występuje częściej niż sobie to ludzie wyobrażają. Zakłady pogrzebowe po prostu tego nie odnotowują. Było miejsce do którego się włamałam i wiem, że oni wiedzieli, że coś było nie tak. Rzeczywiście złapali mnie na gorącym uczynku i pozwolili mi odejść. W innym miejscu, w którym pracowałam, facet podszedł do mnie i powiedział, " Ktoś buszował z ciałem. Wygląda na to, że próbowali wypieprzyć to ciało! " Powiedziałam, " O mój boże! Naprawdę? " Myślę, że dowiedzieli się później. Wiem, że teraz wiedzą.

Jeden facet, z którym pracowałam lubił trokar (dużą wydrążoną igłę, używaną do wysysania płynności z ciała) i wpychał ją w każdego męskiego członka. Mówił " Oh popatrz, ciało ma ku*asa " Ten facet był naprawdę dziwny. Wyglądał jak Larry of theThree Stooges. Myślę, że miał nekrofilskie skłonności. Był naprawdę zawiedziony, jeśli nie było żadnych kobiecych ciał do roboty. Zaczynał wtedy chodzić tam i z powrotem. Przyłapałam go raz w przygotowalni. Mówił, że tylko siusiał do leja na końcu stołu. Właśnie podciągał swoje spodnie gdy wchodziłam. Powiedziałam " nic nie powiem jeśli rzeczywiście tego nie robisz ".

Mówisz, że raz zostałaś przyłapana podczas aktu nekrofilii?

Tak. Próbowałam się zabić, a mieszkałam w domu o parę bloków w górę od tego domu pogrzebowego. Zdecydowałam, że pójdę do mauzoleum i jeszcze raz spróbuję się zabić. Mauzoleum miało drzwi połączone z kostnicą. Siedziałam tam, w wielkiej depresji, kiedy, mając już dosyć tego wszystkiego, postanowiłam spróbować włożyć swoje prawo jazdy w szczelinę między drzwi i klik! Drzwi kliknęły. Nie mogłam uwierzyć, więc spróbowałam jeszcze raz i drzwi znów kliknęły. Weszłam do przygotowalni i tak się złożyło, że było tam ciało. Miałam trochę zabawy, zrobiłam co trzeba i zapomniałam o sprawie swego zabójstwa. Mówiłam ludziom z domu, że spędzam noc z przyjaciółmi. Wchodziłam tam parę razy. Czasami nie było tam absolutnie żadnego ciała, więc odwracałam się i wymykałam się. Zazwyczaj korzystałam z tylnich drzwi.

Około tygodnia później z powrotem wemknęłam się do zakładu pogrzebowego. Byłam wtedy na stole w przygotowalni, dobrze się bawiąc, gdy ni stąd ni z owąd poczułam, że w pobliżu ktoś jest. Kolejna rzecz, usłyszałam ludzi schodzących korytarzem. Po cichu zeskoczyłam ze stołu i z powrotem nakryłam ciało prześcieradłem. Moje ciuchy były w kompletnym nieładzie, a miałam na sobie krew i wszystko inne - to było ciało z autopsji. Była tam trumna z otwartym wiekiem w pokoju dla trumien, więc pobiegłam i schowałam się za nią. Trumna była na kościelnym samochodzie więc nie mogli mnie zobaczyć, ale mogli widzieć moje nogi. To był mężczyzna i kobieta. Stali tam pytając " Kim jesteś? Co tutaj robisz? " Jedna z osób powiedziała do drugiej " ty idź po spluwę a ja zawiadomię policję i zaczekam tutaj na dole." Wiedziałam, że mam tylko jedną szansę, więc wymknęłam się i biegłam. Znałam układ tego miejsca, więc wybiegłam holem i na zewnątrz, po za cmentarz.

W tym czasie nadal miałam przyjaciela, który pracował w tym zakładzie pogrzebowym. Powiedział, " ktoś włamał się do zakładu. Oni wiedzą, że to byłaś ty. " Po tym zaalarmowali. Myślę, że zawiadomili policję, ale nie było żadnych skarg. Jestem pewna, że nie chcieli rozgłosu.

To był ostatni raz kiedy byłam tak blisko, po za tymi razami kiedy włamałam się do kilku grobów.

Czy zauważyłaś jakieś zmiany w postawie ludzi odnośnie nekrofilii?

Tak, kiedy tu wróciłam zanotowałam to. To prawie kaprys. Oni tak naprawdę nie są nekrofilami, ale pseudo - nekrofilami. Coś jak kult śmierci! Jednak prawdopodobnie są ludzie, którzy robiliby to, jeśli mieliby do tego sposobność.

Możliwe, że jest ta ogromna sieć nekrofilów, którzy z powodu braku forum dyskusyjnych nigdy nie będą wiedzieli o swym wzajemnym istnieniu.

Cóż, jest grupa Leil'i ( Wendell - AANRE Amerykańskie Stowarzyszenia Nekrofilnych Badań i Oświecenia ). Próbują i zdobywają informacje na ten temat.

To musi być frustrujące kiedy ludzie mówią " musimy cię wyleczyć " lub " musisz być bardziej
taka jak my ".

I jest. Przez długi okres zwykłam myśleć " Tak, to nie jest normalne. Dlaczego nie mogę być jak inni? Dlaczego ta sama para butów po prostu na mnie nie pasuje? " Przeszłam przez te wszystkie osobiste piekła i w końcu zaakceptowałam siebie i zrozumiałam, że taka właśnie jestem. Taka jest moja natura i powinnam się z tego cieszyć jak się tylko da. Jestem bardzo przygnębiona kiedy próbuję być czymś czym nie jestem. Wielu z tych ludzi, którzy mnie pogrążali, przeginali bardziej niż ja albo robili rzeczy, które mogły być rozpatrywane w wątpliwy sposób przez ich małżonków. Miałam chłopaka geja, który dowiedziawszy się, że jestem nekrofilem, powiedział " Możesz za to pójść do piekła. " Po 1979 roku, kiedy oddano mnie pod nadzór, częścią potrzeby nadzoru było to, że szukam terapii. Miałam bardzo miłą socjalną. Była super. Im więcej rozmawiałam z tymi ludźmi, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że nekrofilia ma dla mnie sens. Przyczyną, dla której miałam z tym problem było to, że nie potrafiłam siebie zaakceptować. Wciąż próbowałam żyć swoim życiem według standardów innych osób. ... Ci wszyscy ludzie, którzy zawsze próbowali mnie zmienić jedynie pomogli mi dotrzeć do moich uczuć. Z biura terapeuty szłam prosto do zakładu pogrzebowego. Ludzie, to nie działało!


Jak się spodoba, mogę jeszcze dwa wywiady z innymi nekrofilami wrzucić.

Tajemnica Doliny Jaworowej

kajtom • 2013-02-10, 09:13
12
Wawrzyniec Żuławski - Tajemnica Doliny Jaworowej

Chciałbym teraz opowiedzieć Czytelnikom o najbardziej zagadkowej tragedii, jaka kiedykolwiek wydarzyła się w Tatrach o wypadku w Dolinie Jaworowej. Dlaczego ten wypadek wydaje się tak bardzo zagadkowy? Czy dlatego, że nie ustalono jego przyczyn? Przecież wiele katastrof tatrzańskich nastąpiło w okolicznościach bliżej nie znanych, a więc nie dających możliwości dokładnego odtworzenia przebiegu i przyczyn nieszczęścia.

Otóż właśnie. Na przykład, przy wspomnianym w poprzednim rozdziale wypadku Bośniackiego i Marcinkowskiego na Zmarzłej przełęczy nie było świadków. Ciała ich znaleziono w dwa dni później. Wiemy jednak, że przyczyną zgonu był kilkudziesięciometrowy upadek. Fakt, że złączeni liną odpadli obaj, że jeden lecąc pociągnął za sobą w przepaść drugiego, świadczy, iż został popełniony jakiś poważny błąd w asekuracji: bądź prowadzący nie wbił po drodze haka, a jednocześnie zbyt się oddalił od asekurującego, bądź ten ostatni asekurował "z ręki", nie mając odpowiednio dogodnego stanowiska.

Nawet - co zdarza się niekiedy - gdy zostaną znalezione kości zaginionego przed laty, nieznanego turysty, z położenia szkieletu, jego uszkodzeń, terenu, w którym odkryto zwłoki, możemy wysnuć wnioski o przyczynach wypadku. Przyczyny te mogą być różne: zbłądzenie wskutek mgły, niepogody lub innych okoliczności, tragicznie zakończone próby wyrwania się z pułapki bądź też śmierć z głodu, wyczerpania, zimna, czy nawet po prostu na skutek jakiegoś niedomagania. Bywa, że nie jesteśmy w stanie określić, która z tych przyczyn ostatecznie spowodowała katastrofę, możemy być wszakże pewni, że jedna z nich.

Gdy tymczasem w tragedii Doliny Jaworowej... Cały przebieg i wszystkie towarzyszące okoliczności znamy dokładnie. Pozostał przecież żywy jeden z jej uczestników. Nie wiemy tylko i zapewne nigdy się nie dowiemy, dlaczego tak właśnie się stało i co spowodowało ten straszny wypadek. Zresztą, niech Czytelnicy sami osądzą.

W schronisku Tery'ego, w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich, u stóp Łomnicy, Lodowego Szczytu i Pośredniej Grani, dwie partie turystów przygotowywały się do przemarszu ścieżką wiodącą przez Lodową Przełęcz, a następnie w dół, Doliną Jaworową do Jaworzyny, na Łysą Polanę i do Zakopanego. Oba zespoły przedstawiały zupełnie odmienny skład uczestników, co do sił, kwalifikacji, doświadczenia górskiego. Prokurator Kasznica z Warszawy, 7ego żona i dwunastoletni synek stanowili grupę zwyczajnych wycieczkowiczów tatrzańskich, dla których przejście znakowanym szlakiem ze Smokowca przez Pięć Stawów i Lodową Przełęcz było dosyć poważnym wyczynem turystycznym, zwłaszcza w czasie panującej owego dnia - 3 sierpnia 1925 roku - niepogody. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w drugim zespole. Składał się on z czwórki taterników młodych, ale posiadających już kilkuletnie doświadczenie wysokogórskie i znajdujących się w pełni sił, w doskonałej formie i kondycji. Jednym z tej czwórki był Jan Alfred Szczepański, późniejszy zdobywca wielu dróg tatrzańskich i alpejskich, zdobywca szczytów Atlasu Marokańskiego, Andyjskiego Ojos del Salado (6880 m) i innych. Pozostali uczestnicy to brat Jana Alfreda, świetny wspinacz Alfred Szczepański, dalej Stanisław Zaremba, doświadczony taternik, który wtedy miał w swoim dorobku pokaźną ilość zimowych przejść tatrzańskich, i wreszcie Ryszard Wasserberger, mający z całej czwórki najkrótszą praktykę górską, ale wyjątkowo jako wspinacz utalentowany. Ten dwudziestojednoletni student Uniwersytetu Jagiellońskiego stanowił nieprzeciętną indywidualność. Wybitny młodzieżowy działacz socjalistyczny, mimo młodego wieku budził szacunek dla swych zalet umysłu i charakteru nie tylko wśród przyjaciół, ale nawet wśród najzaciętszych przeciwników. Tatry, które poznał niedługo przed rokiem 1925, stały się jego prawdziwą namiętnością życiową. Pokochał je z pasją człowieka czynu i subtelną wrażliwością intelektualisty. "Tatry stawiają mnie oko w oko z czymś, co jest najbardziej na serio, czymś, co wywołuje we mnie poczucie stania wobec wieczności - mawiał do przyjaciół. - Olbrzymy tatrzańskie są mi braćmi. Znam je, choć tyle starsze ode mnie, znam nieledwie ich życie, zwyczaje".

Ci czterej taternicy przebywali już od dłuższego czasu w górach. Mieli za sobą wiele pięknych przejść, wśród nich nowe drogi na Dziką, Skrajną Nowoleśną i Drobną Turnię. Dla nich przebycie Lodowej Przełęczy choćby w najgorszych warunkach atmosferycznych nie stanowiło żadnego problemu - było po prostu najkrótszą drogą powrotu do Zakopanego. A trzeba było już wracać. Zapasy żywności kończyły się, studenckie kieszenie nie wystarczały na zakupy w Czechosłowacji. Przede wszystkim zaś pogoda stale się pogarszała. Po ostatnich dniach przeplatanych na zmianę słońcem i burzami ustalił się uporczywy zimny deszcz.

Z rodziną Kaszniców poznali się taternicy przypadkowo, w schronisku Tery'ego. Starszy Kasznica wypytywał Wasserbergera o drogę przez Lodową Przełęcz i - widać niezbyt pewny swej samodzielności turystycznej - prosił, by przejście odbyć wspólnie. Uczynny, zawsze gotów do opiekowania się słabszymi Wasserberger zgodził się bez namysłu.

Około godziny wpół do dwunastej obie partie wspólnie wyruszyły ze schroniska. Pogoda była nadal wilgotna, zimna, wietrzna, padający z rana mokry śnieg zmienił się w regularny deszcz. Towarzysze Wasserbergera nie byli zachwyceni tym, że przypadek kazał im odbywać drogę w towarzystwie mało zaawansowanych turystów. Z Kasznicową i jej synem nie mieli na razie kłopotu. Gorzej było ze starszym Kasznicą. Deszcz zalewał mu okulary, bez których, jako krótkowidz, nie mógł się obejść. Co chwila trzeba było zatrzymać się i czekać na niego marznąc na wietrze. Nic dziwnego, że ten powolny pochód nużył taterników, którzy chcieliby jak najszybciej przebiec tę niezbyt ciekawą dla nich drogę. Tylko Wasserberger pozostawał w tyle, pomagając cierpliwie Kasznicom. Czuł się widać odpowiedzialny za połączenie tych niedobranych zespołów.

Powyżej Lodowego Stawku, tam gdzie szlak biegnie w górę wprost na przełęcz, bracia Szczepańscy i Zaremba zbuntowali się. Odwołali na bok Wasserbergera i oświadczyli, że uważają za zbędne eskortowanie Kaszniców przez całą czwórkę. Wystarczy w zupełności jeden z nich do czuwania, by nie zbłądzili. Reszta pobiegnie naprzód. Zaremba zaproponował, aby wylosować tego jednego.

Wasserberger zgodził się z rozumowaniem przyjaciół, odrzucił jednak pomysł losowania. On zostanie z Kasznicami. To on przecież jest do pewnego stopnia "sprawcą" tej wspólnej wycieczki. A zresztą, jego odporność na złe warunki atmosferyczne, na deszcz, wiatr czy śnieżycę jest towarzyszom dobrze znana. Gdyby nie zdążył dziś do Zakopanego - zanocuje na Łysej Polanie.

Szczepańscy i Zaremba poszli naprzód. Na Lodowej Przełęczy byli około godziny wpół do trzeciej. Obejrzeli się w dół. Kasznicowie szli teraz trochę prędzej. Za jakieś dziesięć minut powinni być już na przełęczy. Lodowaty, gwałtowny wicher z deszczem siekącym twarze zmusił trzech taterników do szybkiego schodzenia. Niżej w dolinie, w okolicy Żabiego Stawu Jaworowego, wiatr dokuczał nieco mniej. Zatrzymali się na parę minut, oglądali okoliczne ściany, a patem, brodząc przez wezbrane potoki, poszli w dół nie kończącym się dnem Doliny Jaworowej. Po południu byli na Łysej Polanie, wieczorem w Zakopanem.

Ten fakt oddzielenia się od reszty towarzyszy trójki doświadczonych przecież i obdarzonych poczuciem odpowiedzialności taterników, a jeszcze bardziej fakt, że nikt im później z tego powodu nie czynił zarzutów, świadczy, iż postęp w taternictwie wyraża się nie tylko rozwojem techniki wspinania, ulepszeniem sprzętu czy metod asekuracji. Postęp ten zaznacza się również w gromadzeniu z pokolenia na pokolenie najróżnorodniejszych doświadczeń w wysnuwaniu z nich wniosków i tworzeniu pewnych ogólnych zasad i prawideł, które z kolei przekazywane są następcom. Twarde i gorzkie doświadczenia lat następnych doprowadziły później do stworzenia jednej z podstawowych reguł turystyki górskiej: w tym samym zespole, w którym wyruszyłeś, musisz dojść do końca drogi, nie rozdzielając się w trakcie wycieczki ani na chwilę, mając swych towarzyszy stale w zasięgu wzroku i głosu. Jeden może być tylko wyjątek od tej reguły - konieczność zawezwania pomocy w razie wypadku.

Okoliczność, że wejście od schroniska Tery'ego na Lodową Przełęcz trwało przeszło trzy godziny, czyli prawie dwa razy dłużej niż normalnie, powinna by również zastanowić czterech taterników. Zejście bowiem w tym tempie z przełęczy do Jaworzyny groziło biwakiem w Dolinie Jaworowej, co przy złej pogodzie mogło pociągnąć za sobą katastrofalne skutki dla słabych kondycyjnie turystów, z których jeden był człowiekiem niemłodym, drugi - kobietą, trzeci zaś - dzieckiem. Taternicy mieli do wyboru, albo nie rozłączając się pod żadnym pozorem, wspólnie opiekować się Kasznicami, albo też - najlepiej - namówić ich do powrotu i odprowadzić do schroniska Tery'ego.

Wróćmy jednak do Kaszniców i Wasserbergera. Gdy osiągnęli przełęcz, uderzył ich w twarze grad i potężny wicher o huraganowym niemal nasileniu. Wasserberger nawoływał do pośpiechu, słusznie rozumując, że niżej wiatr będzie słabszy. W trakcie zejścia młody Kasznica począł się skarżyć, iż traci oddech. Matka wzięła od chłopca plecak, a Wasserberger pomagał mu iść. Tak doszli około godziny czwartej w pobliże Żabiego Stawu Jaworowego. Wydało się, że najgorsze mają już za sobą, gdy nagle starszy Kasznica usiadł na głazie ze słowami: "Jestem bardzo zmęczony... Dalej iść nie mogę..." Pierwszym odruchem Kasznicowej było zwrócić się o pomoc do Wasserbergera, jako najsilniejszego i najbardziej doświadczonego w zespole. I wówczas usłyszała przerażającą, niezrozumiałą wprost odpowiedź: "Czuję się także bardzo słaby. Z całego serca pomógłbym pani, ale doprawdy nie mogę..."

W tej straszliwej chwili dzielna kobieta nie straciła głowy. O kilkanaście kroków od ścieżki dostrzegła spory głaz, dający niejaką osłonę od wiatru. Zaprowadziła tam swego syna i Wasserbergera, napoiła odrobiną koniaku, synowi dała trochę czekolady. Podeszła teraz do męża. Był na wpół przytomny i z trudem wlała mu w usta nieco koniaku. Nie było mowy, by mogła go dociągnąć pod ów głaz, pod którym zostawiła tamtych. Wróciła do nich. Byli umierający. Wasserberger majaczył coś gorączkowo, wspominał matkę. Próbował wstać, iść. Kasznicowa prawie siłą zmusiła go do pozostania na miejscu, a następnie powróciła do męża. Był martwy... Z rozpaczą podbiegła do syna. Leżał sztywny, nieruchomy, a kilka kroków niżej - trup Wasserbergera, który widać w agonii zdołał porwać się, przejść parę metrów - potem padł nieżywy, kalecząc się w rękę i głowę...

Trzydzieści siedem godzin - półtora dnia i dwie noce przesiedziała Kasznicowa nieruchomo przy zwłokach. Nie miała już jedzenia, a zresztą i tak nie byłaby w stanie niczego przełknąć. Grzała się maszynką spirytusową i otuliła kocem znalezionym w plecaku Wasserbergera. Ta makabryczna wędrówka od umierającego męża do syna, a potem owo uparte czuwanie nad ich trupami - to jedna z największych, najbardziej wstrząsających tragedii ludzkich, jakie widziały góry.

5 sierpnia rano ostatkiem sił zeszła w dół, przez Jaworzynę na Łysą Polanę. Tam spotkała przypadkowo Mariusza Zaruskiego. Ekspedycja Pogotowia została natychmiast wysłana.

Sprawa wypadku w dolinie Jaworowej odbiła się głośnym echem w całej Polsce. Opinia publiczna domagała się wyjaśnień, wskazania przyczyn. Snuto najrozmaitsze, mniej lub więcej bezsensowne hipotezy, domysły, podejrzenia. Kasznicową pomawiano nawet o otrucie towarzyszy wycieczki.

Zarządzono sekcję zwłok, poddano analizie pozostałe w manierce krople koniaku. Prokuratura prowadziła dochodzenie, które wkrótce utknęło na martwym punkcie.

Przypuszczenia co do przyczyny zgonu tych trojga były bardzo różnorodne i właściwie żadne nie wytrzymuje krytyki. Jakieś ukryte wady serca? Wykluczone. Jednocześnie u trzech ludzi w różnym wieku i o różnej sprawności fizycznej? Ostra niewydolność krążenia na skutek zmęczenia, wyczerpania i zimna? Ależ w takim razie powinien by przeżyć Wasserberger; a nie Kasznicowa. Temperatura nie spadła poniżej zera, wiatr był wprawdzie gwałtowny, ale Wasserberger przetrzymywał już większe wichry i gorsze niepogody bez żadnej szkody dla zdrowia. Jakiś kataklizm, trąba powietrzna, wytwarzająca próżnię, która po prostu udusiła nieszczęsnych? Dlaczego więc nie zabiła ona również i Kasznicowej?

Najpoważniej brzmią wyjaśnienia, których autorem jest Roman Kordys, świetny taternik sprzed pierwszej wojny światowej i świetny znawca zagadnień górskich. Twierdził on, że na skutek gwałtownego, "zatykającego", utrudniającego oddychanie wichru nastąpiło silne, choć nie zagrażające życiu, chwilowe wyczerpanie organizmu. Po godzinnym lub nieco dłuższym działaniu takiego wichru turyści, zszedłszy już tam, gdzie był on mniej groźny, czuli się trochę tak, jak topielcy wyciągnięci z odmętów na brzeg. W takim stanie nawet niewielka ilość alkoholu, nawet te kilka łyków koniaku podziałało zabójczo.

Prawda, że tylko Kasznicowa nie piła owego koniaku w momencie katastrofy. Prawda też, powszechnie znana i stwierdzona, że w chwili wielkiego osłabienia mała dawka alkoholu wystarczy, by zaszkodzić zdrowiu, a nawet może się stać przyczyną śmierci. Prawda wreszcie i to, że silny wicher, zwłaszcza wiejący wprost w twarz, ma działanie duszące.

Pamiętam, z własnych doświadczeń, że gdy w Alpach wchodziłem na Mont Blanc granią poprzez Bionnassay, zetknęliśmy się tam z wyjątkowo gwałtownym wichrem, zapewne o wiele potężniejszym niż ten z Lodowej Przełęczy. Na stosunkowo szerokim w tym miejscu grzbiecie Mont Blanc posuwaliśmy się nieomal dosłownie na czworakach. Huragan był tak silny, że gdy wiał w twarz - wtłaczał zgęszczone powietrze z mocą mechanicznej pompy. Gdy się odwracało plecami - przy twarzy powstawała niemal próżnia, z której z trudem udawało się wciągnąć do płuc rozrzedzone powietrze. W pewnej chwili jeden z moich towarzyszy upadł na ziemię nie mogąc złapać tchu. Wyciągnęliśmy płachtę biwakową, okryliśmy go i sami pod nią wleźli. Dopiero wtedy po kilku chwilach odzyskał oddech. Długi czas jeszcze leżeliśmy tak, łapiąc powietrze jak ryby wyrzucone na piasek. Być może gdybym wtedy dał towarzyszowi choćby trochę alkoholu (którego nigdy w górach nosić nie należy), mógłbym istotnie spowodować jego śmierć.

Mimo wszystko wywody Kordysa również nie są w zupełności przekonywające. Przecież z opowiadania Kasznicowej wynika, że nieszczęśliwi byli umierający, z a n i m otrzymali ów fatalny koniak. I że nie mieli objawów duszenia się - jedynie młody Kasznica dużo wcześniej skarżył się na trudności w oddychaniu, później jednak szedł jeszcze dłuższy czas. Zresztą fakt, że w ogóle mogli mówić cokolwiek, przeczy podobieństwu do naszej sytuacji na Mont Blanc.

Tak czy inaczej, zagadka nie została dotąd wyjaśniona, mimo licznych prób i usiłowań. Minęło już trzydzieści lat, a nie jesteśmy ani trochę bliżsi prawdy niż wówczas. Tragedia Doliny Jaworowej zapewne na zawsze pozostanie posępną tajemnicą gór.

źródło
Opowiadanie pochodzi z książki Wawrzyńca Żuławskiego "Tragedie tatrzańskie"
© Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia", Warszawa 1958
http://lew.wsinf.edu.pl/~ftomek/noframes/g_tajemn.html

Ciekaw jestem czy ktoś z was pokusi się o próbę wytłumaczenia tej historii

DMT Molekuła Duszy

ObZen • 2013-02-09, 01:25
13
DMT
X