18+
Ta strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich.
Zapamiętaj mój wybór i zastosuj na pozostałych stronach

Constitutio Criminalis Theresiana

bachmaybach • 2013-05-03, 15:10
14
Constitutio Criminalis Theresiana - kodeks karny nadany krajom austriackim przez cesarzową Marię Teresę w 1768. Był to ostatni kodeks oparty na Carolinie z roku 1532, krótko mówiąc- archaiczny.



Theresiana między innymi zawierała instrukcje dotyczące stosowania tortur - wraz z odpowiednimi rycinami i stosownym komentarzem. Poniżej widzimy torturę wahadła. Wahadło było bolesną torturą nie powodującą uszkodzeń skóry, za to zrywającą mięśnie i więzadła. Zaczynano ją od związania rąk ofiary z tyłu, przez pęta przewiązywano linę, którą przeciągano przez przymocowany do sufitu hak. Często do stóp przymocowywano ciężary, jako dodatkowe obciążenie. Gdy kat pociągnął wolny koniec liny, ręce torturowanego zaczynały wyginać się w stronę pleców. Czynił to powoli, co potęgowało ból. Po pewnym czasie, coraz mocniejszego podciągania, kości wyskakiwały ze stawów, czasem nawet pękały i zostawały zerwane ścięgna. Wtedy ręce ofiary znajdowały się równolegle do głowy.



Kolejna rycina przedstawia rozciąganie kołem na drabinie. Podobnie jak powyższa powodowała wyskakiwanie kości ze stawów.



W ten sposób należało wiązać torturowanemu ręce:



Ciekawym przyrządem był zgniatacz kciuków. Nierówna powierzchnia płyt wbijała się w ciało i łamała kości w miarę dokręcania śrub. Prowadzący tortury miał możliwość kontrolowania siły zacisku oraz tempa dociskania, przez co mógł potęgować cierpienie u torturowanego. W celu zwiększenia bólu dodatkowo uderzano w płyty.



A tak owa maszyna wygląda w rzeczywistości:



Zgniatacz kciuków stosowano w ten sposób:



Kolejne dwie ryciny przedstawiają jak wyglądały i jak stosowano hiszpańskie buty:





Raczej nie było. Korekty i uwagi mile widziane.
11
Najlepszy dowódca Dzikich Łasic, pilot F-16, Dan Hampton przyleciał do Polski na promocję książki "Viper. Pilot F-16". Absolwent Szkoły Lotniczej Top Gun Marynarki Wojennej rozmawia o swojej pracy oraz wydarzeniach, które zostaną w jego pamięci na zawsze.


- Czy w zawodzie pilota rutyna jest możliwa?

Dan Hampton: - Latanie nigdy nie wiąże się z rutyną, ponieważ każdy lot jest inny. Życie związane ze służbą wojskową jest wszędzie podobne.Załoga sił powietrznych nie jest na tyle duża, abyśmy się nawzajem nie znali. Wręcz przeciwnie, bez względu na to gdzie się znajdujemy, nikt nie czuje się samotny.

- Kiedy zdecydował się pan zostać pilotem F-16?

D.H:- Już na studiach. Wiedziałem, że zawód pilota F-16 będzie dużo bardziej ekscytujący niż bycie architektem!

-Jak rodzina reaguje na pańskie pasje i kolejne misje?

D.H.: - Moi rodzice, jak każdy rodzic, zawsze martwią się, ale wiedzą, że robię to, co kocham. Ślub wziąłem późno, więc moja żona musiała znieść tylko jedną misję wojenną, w której wziąłem udział. Bardzo się martwiła, ale była dzielna. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz wiedziała już, że jestem pilotem, więc nie miała żadnych zarzutów dotyczących pracy, którą wykonuję.

- Książka jest wspomnieniem pana pracy. Czy łatwo jest przywoływać wydarzenia ze strefy wojny?

D.H.: - Są misje, których nigdy nie zapomnę. Nie myślę o nich zbyt często, ale potrafię odtworzyć wszystkie szczegóły. Pisanie o nich nie sprawiło mi trudności. Zamknąłem oczy i z kieliszkiem martini w ręku z powrotem znalazłem się w kokpicie.

- Jakie wydarzenia związane z lataniem w siłach powietrznych zapamięta pan na zawsze?

D.H.: - Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego samodzielnego lotu odrzutowcem, pierwszej misji wojennej, w której uczestniczyłem, ukończenia Szkoły Uzbrojenia Myśliwskiego Wojsk Lotniczych oraz opisanej w mojej książce misji Nasiriyah.

Dan Hampton - emerytowany podpułkownik Sił Powietrznych USA w ciągu 20 lat (1986-2006) uczestniczył w ponad 150 misjach bojowych jako pilot w elitarnym oddziale - Dzikie Łasice. Za swoją służbę podczas wojny w Iraku, konfliktu w Kosowie, pierwszej wojny w Zatoce i w innych operacjach otrzymał cztery Zaszczytne Krzyże Lotnicze z Odznaką Waleczności, Purpurowe Serce, osiem Medali Lotniczych z Odznaką Waleczności, pięć Medali za Chwalebną Służbę i wiele innych wyróżnień.
Ukończył Szkołę Uzbrojenia Myśliwskiego Sił Powietrznych USA, Szkołę Top Gun Marynarki Wojennej USA oraz Szkołę Operacji Specjalnych Sił Powietrznych USA. Zdobywca licznych nagród za innowacje taktyczne, był pionierem taktyki walki powietrznej, która stała się obecnie standardem.
Dokonania: 151 misji bojowych, 21 potwierdzonych zniszczeń stanowisk ziemia-powietrze, 4 Zaszczytnych Krzyży Lotniczych z Oznaką Waleczności i 1 Purpurowe Serce

Demon z Zielonej Górki

fsgsdgg • 2013-05-03, 12:49
27
Trudno uwierzyć. Trudno wytłumaczyć. 39-letni inżynier wychodzi rano z domu z nożem ukrytym w rękawie i w ciągu godziny zabija pięć osób. Matkę, brata, syna, konkubinę i sąsiadkę. Potem wraca do swego mieszkania, bierze kąpiel i zmienia ubranie. Nie zaciera śladów - nóż zostawia w samochodzie, zakrwawioną odzież w łazience . - Postaram się go wymazać z pamięci - ojciec mordercy oddycha z trudem, stojąc na schodach willi, w której doszło do masakry. Ocalał tylko on. Nie wie dlaczego.



Środa, centrum Olsztyna, godzina 12.20, ulica Dąbrowskiego, przelotówka na trasie Bartoszyce - Mrągowo, jak zwykle o tej porze zapchana samochodami. Nagle, z niebieskiego Fiata Uno wyskakuje kobieta. Robi kilka kroków i trzymając się za serce upada na chodnik. Fiat odjeżdża z piskiem opon. Zdarzenie widzi kilkunastu świadków. Jedni twierdzą, że wyskoczyła, inni, że została wypchnięta. Ranna jest w klatkę piersiową. Przez bluzkę przesiąka krew. Po pięciu minutach pojawia się pogotowie. Ratownicy wyjmują defibrylator, robią masaż serca i podają kilka razy adrenalinę. Na próżno… Dwadzieścia minut później ciało 41-letniej Haliny H. zostaje przykryte czarną folią.

O 12.40 ulica Dąbrowskiego zakorkowana jest już na amen. Ponad sześćdziesięcioletni Eryk W., wraca od syna, którego nie zastał, czeka w korku 15 minut i denerwuje się. Widzi odjeżdżającą karetkę. „Pewnie jakiś wypadek”, zastanawia się przez moment, by za chwilę wrócić do tego, co dręczy go od rana. Jego myśli znowu skupiają się na dorosłym synu, który poprzedniego wieczoru odwiedził rodzinny dom i zachowywał się dziwnie. Mówił o złych oczach i o Ojcu Pio. Pożyczył nawet książkę o charyzmatycznym zakonniku.

Około trzynastej, pogrążony w rozmyślaniach mężczyzna dociera na ulicę Morelową, zostawia auto przed swoim domem i niezadowolony, że nie spotkał syna, wchodzi do środka.

Jest dokładnie 13.00, kiedy na biurku oficera dyżurnego Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie brzęczy telefon. Męski głos mówi niewyraźnie, słychać, że jego właściciel musiał przeżyć szok. Rozmówca twierdzi, że w domu przy Morelowej są dwa trupy. Mówi, że nazywa się Eryk W.

Detektywom z dochodzeniówki, którzy natychmiast pędzą na miejsce, ukazuje się widok, jakiego się nie spodziewali. W salonie na parterze, oparta plecami o wersalkę, siedzi na podłodze 65-letnia Apolonia W. Widać ślady walki, jaką stoczyła z mordercą. Na wersalce dwuletni chłopiec. To jej wnuczek Michał, wygląda, jakby spał. Oboje są martwi. Ściany i sufit zbryzgane krwią.
To nie wszystko. Któryś z członków policyjnej ekipy woła kolegów do pokoju na pierwszym piętrze, za chwilę słychać nerwowy głos dochodzący z garażu. Trupów jest więcej.

W sypialni na piętrze dochodzeniowcy znajdują ciało 41-letniego syna zabitej, Bogumiła, a w garażu zwłoki 57-letniej Teresy G., sąsiadki, która wzięła tego dnia wolne, żeby posprzątać rano w pobliskim kościele. Potem pieliła na tyłach domu ogródek. Pod jej płotem leży kupka powyrywanych mleczy. Może usłyszała krzyk, postanowiła zobaczyć, co się dzieje i została zwabiona przez mordercę do garażu? Okoliczności śmierci starszego brata Bogumiła też trzeba się domyślać. Mógł zginać we śnie. Nie miał zresztą dużych szans na obronę, był niepełnosprawny.
Kiedy śledczy liczą trupy przy Morelowej, 39-letni Waldemar W. jest już w swoim mieszkaniu na osiedlu Radykajny i bierze prysznic. Zmywa krew z twarzy i z rąk, dokładnie myje włosy. Kiedy otworzy policjantom, będą jeszcze mokre.
xxx
- Zasada jest prosta, robimy przy sprawie, namierzamy sprawcę i napięcie zaczyna opadać. Tu było odwrotnie - naczelnik olsztyńskiej dochodzeniówki podinspektor Jerzy Sieradzan (wysoki, szczupły, szara marynarka na oparciu krzesła), na chwilę milknie. Przed oczy pchają mu się obrazy, które chciałby jak najszybciej wymazać.

Najpierw oszalały z wściekłości, skrępowany kaftanem bezpieczeństwa Waldemar W., ryczy nieludzkim głosem: - Pozabijam was! - słychać go na wszystkich piętrach komendy.
Potem ten sam człowiek w innej scenerii - mówi szybko, jest rozgorączkowany, za jego głosem podąża terkot elektrycznej maszyny do pisania. Opowiada o złych oczach, które widział u swojej matki i synka dzień przed morderstwem, o stygmatach i o szatanie. Potem mówi o głosie, który kazał mu w środę rano wziąć z kuchni nóż i schować go w rękawie. Dopytywany o szczegóły - jak zabijał, w jakiej kolejności, ile zadał ciosów, co mówiły ofiary - zacina się i milknie. Trzeba pytać od nowa. Przesłuchanie wlecze się godzinami. Przez cały czas naczelnik dochodzeniówki boi się, że Waldemar W., mimo kaftanu, rzuci się na przesłuch*jącą go policjantkę i odgryzie jej ucho. Albo policzek.

Potem wracają sceny z willi przy ulicy Morelowej. Zmasakrowane cztery ciała i wyraz dziecięcej bezradności na twarzy Ryszarda G., męża bezsensownie zabitej sąsiadki, który dowiedziawszy się o śmierci żony siada na tapczanie i mówi głosem zagubionego dziecka: ” Co ja teraz zrobię? Ona miała wszystko w swoich rękach, kto będzie pilnował rachunków?”

Prokurator Mieczysław Orzechowski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Olsztynie wolałby przemilczeć szczegóły zbrodni. Ale coś powiedzieć musi.

- Pierwsza ofiara Waldemara W., jego konkubina Halina H. została ugodzona nożem w klatkę piersiową na wysokości serca. Tylko raz. Pozostałym ofiarom sprawca zadał od sześciu do trzydziestu ciosów, tym samym kuchennym nożem o długości ostrza około dwudziestu centymetrów. Były to pchnięcia i cięcia. Uderzał z ogromną siłą, jakby był w amoku. Działał błyskawicznie.
Podinspektor Sieradzan: - Każdy pojedynczy cios był śmiertelny. To potężny mężczyzna, prawie dwa metry wzrostu, same mięśnie.
Zdaniem prokuratury, okoliczności zbrodni - liczba ofiar, ilość i siła ciosów oraz wizje, o których podejrzany mówił w czasie składania wyjaśnień - wskazują na chorobę psychiczną.

- To jest dla nas dzisiaj najistotniejszy problem. Jeśli biegli uznają jego niepoczytalność, w ogóle może on nie odpowiadać za dokonane czyny - mówi Orzechowski.
Brudny od krwi nóż znaleziono bez trudu. Leżał na dziecięcym foteliku w samochodzie Haliny H., przykryty niedbale kocykiem.

Nigdy nie leczył się psychiatrycznie. Nie było z nim problemów w szkole ani w pracy - żadnej agresji, żadnego nietypowego zachowania. Przeciwnie - zdolny chłopak o szerokich zainteresowaniach, wysportowany, inteligentny. Normalny. Tak przynajmniej wynika z relacji ojca. Wychował się w rodzinie inteligenckiej, oboje rodzice skończyli studia - ojciec techniczne, mama była farmaceutką, kierowniczką jednej z aptek w Olsztynie. Jako inżynier elektryk Waldemar W. pracował w olsztyńskich zakładach energetycznych (dwukrotnie zmieniał pracę, podobno z powodu konfliktów z przełożonymi), prowadził też własną działalność. Od półtora roku był jednak bezrobotny. Z relacji jednego ze znajomych wynika, że bardzo to przeżywał.

- Miał nadzieję, że wkrótce się to zmieni. Mówił, że przez jakąś firmę z Torunia załatwia sobie robotę w Irlandii przy zakładaniu sieci średniego napięcia - opowiada ojciec, Eryk W. W czasie całej rozmowy ojciec ani razu nie użyje słowa „syn”. Rozmowa odbywa się na schodach okazałego domu w cichej i zadbanej dzielnicy willowej. Mężczyzna ma szarą, zmęczoną twarz, ubrany jest w pognieciona koszulę i wyciągnięte spodnie od dresu, w dłoni trzyma dopalającego się papierosa. Wygląda jakby cierpiał na chroniczną bezsenność. Od kilku dni na Morelowej trwa medialny najazd. Którko po tragedii pod oknami willi, w której nie wyschły jeszcze plamy krwi, Marcin Wrona urządził telewizyjne show z cyklu „Na gorąco”. Eryk W. spoglądał na to wszystko zza firanki. Drzwi nie otworzył. Dziś z ociąganiem zaczyna opowiadać o synu, rozglądając się, czy w pobliżu n ie ma kamer telewizyjnych.
Z Haliną H. Waldemar W. związany był od kilkunastu lat. Poznali się w jej biurze, gdzie zaraz po studiach zakładał sieć komputerową. Ponad dwa lata temu urodził im się chłopczyk, któremu nadali imię Michał. Zamieszkali wówczas razem, w nowych blokach przy ulicy Rumiankowej na osiedlu Radykajny. Prawie codziennie, wczesnym rankiem odwozili małego do dziadków na Morelową. Tu chłopczyk nauczył się jeździć na rowerku. W środę Halina H. odwiozła synka sama i jak zwykle pojechała do pracy. Kiedy wychodziła z małym z domu, Waldemar W. jeszcze spał. Położył się dopiero o czwartej nad ranem.
Eryk W. wszystkiego nie wie. Wie tyle, ile rankiem zdążyła mu powiedzieć żona, zanim pojechał szukać syna . To ona rozmawiała w środę z Haliną H. Miała się od niej dowiedzieć, że Waldek zadał przez telefon dziwne pytanie: „Ile mi czasu zostało?”

Kobiety nie mogły rozszyfrować, o co mu chodzi. Było to trzy godziny przed tragicznymi zajściami.

- W środę rano widziałem, że chłopczyk jeździ przed domem na rowerku. Potem musiałem pojechać do sądu na rozprawę w procesie o zabójstwo, bo jestem ławnikiem na emeryturze. Kobieta zasztyletowała konkubenta. Niech pan patrzy, co za zbieg okoliczności. Kiedy on tu robił tę swoją robotę, to ja byłem w sądzie - opowiada sąsiad państwa W., Tadeusz Paradowski. Ma córkę w wieku mordercy. Twierdzi, że Waldemar W. nie był lubianym dzieckiem.

- Niekoleżeński, zamknięty w sobie. Nie kłaniał się.
Osiedle Zielona Górka w Olsztynie to oaza spokoju. Większość ulic wygląda jak Morelowa - zadbane domy wtulone w zieleń, na tyłach posesji wypielęgnowane ogródki.

- Nigdy nie było u nas nawet napadu. To niespodziewany cios - opowiadają zszokowani mieszkańcy. Rodzinę W. wspominają różnie. Jedni mówią, że nie utrzymywała z sąsiadami bliższych kontaktów. Inni twierdzą, że to mili i uczynni ludzie. Sąsiedzi mieszkający najbliżej opowiadają, że słyszeli czasami krzyki starszego syna państwa W. - Bogumiła, który w wyniku urazu okołoporodowego urodził się niepełnosprawny.

- Jak mu coś uderzyło do głowy, to krzyczał - mówi jeden z sąsiadów. Domyśla się, że w środę sąsiadka Teresa G. musiała odgłosy dobiegające z posesji W. wziąć za krzyki Bogumiła i poszła zobaczyć, co się dzieje.

- Z wyjaśnień podejrzanego wynika, że to on wywołał Teresę G. Ale może nigdy nie dowiemy się całej prawdy. Podał nam co prawda przebieg wydarzeń, ale w relacji są luki. Nie wszystko może sobie przypomnieć. Kiedy próbowaliśmy zadawać szczegółowe pytania, zacinał się. Momentami sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział gdzie jest i co zrobił - mówi jeden z policjantów przesłuch*jących Waldemara W. Pamięta, że w pewnym momencie mężczyzna zaczął prosić, by go nie zabijano za to, co zrobił. - Ja się muszę leczyć - tłumaczył.

Podczas aresztowania w mieszkaniu przy Rumiankowej i później, w izbie zatrzymań komendy miejskiej, Waldemar W. stoczył z policjantami zaciętą walkę. Był moment, kiedy obezwładniało go aż sześciu policjantów. Kopał i gryzł. Jeden z prokuratorów, obecny podczas osadzania Waldemara W. w policyjnej izbie zatrzymań: - Sześciu ludzi na nim leżało, a on jeszcze pełzał.
Przesłuchanie z udziałem prokuratora odbyło się wyjątkowo nie w prokuraturze lecz na terenie komendy. Waldemar W. przyznał się do wszystkiego. Powiedział, że w przeddzień wydarzeń usłyszał głos: - Wydawało mi się, że ja jestem Chrystusem, a mój syn to szatan. Chciałem skoczyć z nim do wody.

Przedstawiono mu zarzut zabicia pięciu osób, w tym czterech ze szczególnym okrucieństwem.

Apolonia W. w środę rano nagrała się na automatyczną sekretarkę jednego z olsztyńskich psychiatrów. Szukała pomocy dla syna, który dzień wcześniej zaniepokoił ją dziwnymi wypowiedziami o ojcu Pio i opętaniu. Pożyczyła mu nawet książkę o słynnym stygmatyku.

- Różne bzdury wygadywał. Ale nie cały czas. Rozmawiał normalnie i nagle coś tam wtrącał - przypomina sobie Eryk W.
Pamięta, że syn mówił o świecących się oczach.

- Wie pan, takich jakie czasami widuje się w horrorach. Żona miała podobno takie oczy i wnuk. On bał się tych oczu. Mówił, że są złe. Nie wiem skąd mu się to wszystko wzięło. Wcześniej nigdy nie wygadywał takich bzdur. Teraz dopiero dowiedziałem się od jego kolegi, że miesiąc temu poznał jakiegoś księdza i bardzo zaczął się interesować religią. Może ten ksiądz mu tak w głowie namieszał? Eryk W. pamięta, że najmocniej świeciły oczy Michasia. Z ustaleń policji wynika, że chłopiec zginął jako pierwszy. Prawdopodobnie we śnie.

maj 2003

PS. Waldemar W. nadal przebywa w odosobnieniu. Ale nie jest to więzienie. Dziewiątego grudnia 2003 roku Sąd Okręgowy w Olsztynie umorzył postępowanie przeciwko inżynierowi, uznając jego niepoczytalność. W śledztwie i w procesie długo badany był przez biegłych psychiatrów, którzy orzekli w końcu schizofrenię paranoidalną. W ramach tak zwanego środka zabezpieczającego Waldemara W. umieszczono bezterminowo na Oddziale Psychiatrii Sądowej w Starogardzie Gdańskim. Co pół roku biegli sprawdzają czy już można go wypuścić. Kiedy badali mężczyznę w czerwcu 2010 roku opinia była negatywna.


Źródło: http://exszu.blog.nowosci.com.pl/2012/04/01/pozabijam-wszystkich

Szarża husarii

Mett • 2013-05-02, 23:32
42
Szarża husarii - atak, który przełamywał szeregi wroga


I jeszcze taki mały bonusik

Słowiańskie wesele

Mett • 2013-05-02, 23:20
15
Film przedstawia scenę z filmu "Ogniem i mieczem"


Piosenka to "Ruta Miata"

Muzeum Sił Powietrznych w Dęblinie

adi_k0 • 2013-05-02, 23:16
52
Witam wszystkich.

Przedstawiam Wam mały fotoreportaż z dzisiejszej wycieczki do Muzeum Sił Powietrznych w Dęblinie. Jest trochę zdjęć, także jak się komuś nie chce oglądać to niech przewinie dalej.

A więc proszę:

Najpierw samoloty i parę helikopterów

























































Silniki











Oraz kilka innych zdjęć
















Igo Sym-egzekucja aktora-zdrajcy

en-em • 2013-05-02, 21:50
16
Warszawa, ulica Mazowiecka 10, 7 marca 1941 roku, godzina 7:00.
Dozorca kamienicy był w bardzo złym humorze. W nocy znowu padał śnieg. Westchnął i poszedł na podwórko. Z szopy wyciągnął wysłużoną miotłę, wrócił na ulicę i zaczął zamiatać biały puch z chodnika.
Trzech mężczyzn w szarych płaszczach, z czapkami nasuniętymi na oczy minęło dozorcę i weszło do bramy. Przystanęli w mroku krótkiego korytarza i zapalili papierosy wymieniając szeptem jakieś uwagi.
„Czego panowie sobie życzą?” – dozorca miał pytanie już na końcu języka, ale się powstrzymał. W tych ludziach było coś takiego, co kazało mu przestać się nimi interesować i zająć się swoimi sprawami.
Mężczyźni skończyli palić. Rzucili niedopałki na ziemię i przydepnęli. Dwaj z nich zaczęli się wspinać po schodach, a trzeci podszedł do dozorcy.
- Zapali pan? – zapytał trzymając w wyciągniętej ręce paczkę niemieckich papierosów „Juno”.
Dozorca uśmiechnął się, oparł miotłę o mur i siegnął po papierosa. Nieznajomy wyjął pudełko zapałek.
Tymczasem jego towarzysze dotarli już na czwarte piętro. Podchodzą do drugich drzwi po lewej stronie. Jeden z nich głośno puka do nich.
Drzwi się otwierają. Staje w nich młoda kobieta.
- Czy pana dyrektora Syma możemy prosić?

Karol Juliusz Sym urodził się w lipcu 1896 roku w Innsbrucku w polsko-austriackiej rodzinie. W Austrii skończył szkoły, po czym trafił do wojska. Podczas I Wojny Światowej walczył w szeregach armii austriackiej i dosłużył się stopnia porucznika. Po wojnie i po śmierci ojca przeniósł się wraz z matką i dwoma braćmi do Polski, gdzie kontynuował karierę wojskową. W 1921 roku zdjął mundur i został urzędnikiem. Był już wówczas żonaty – rok wcześniej ożenił się z Heleną Fałat, córką znanego malarza Juliana Fałata. Małżeństwo nie należało jednak do udanych. Wychowana w arystokratycznej rodzinie (matka hrabina) Helena ciągle narzekała, że marnie zarabiający mąż nigdy nie zapewni jej odpowiedniego poziomu życia. Wkrótce odeszła od niego zabierając ze sobą ich syna Juliana. Chłopiec zmarł na zapalenie opon mózgowych w wieku 9 lat. Niedługo potem Helena popełniła samobójstwo.
W 1923 roku Sym pojawił się w Warszawie. Zarabiał na życie jako tłumacz (doskonale znał przecież język niemiecki) i wykonywał drobne prace przy realizacji pierwszych polskich filmów. Szybko zauważono jego nieprzeciętną urodę i wyniesioną z wojska olbrzymią sprawność fizyczną. Pierwszą rolę otrzymał w „Wampirach z Warszawy”. Niezwykle przystojny aktor spodobał się publiczności i po krótkim czasie to nie on starał się o role, ale reżyserzy o niego.
Mając już w dorobku role w pięciu filmach został zauważony przez producentów z austriackiej wytwórni Sachsa. Wyjechał do Wiednia, gdzie zagrał w kilku tamtejszych produkcjach. W 1927 roku spotkał tam Marlenę Dietrich, z którą połączył go krótki, ale namiętny romans.
Po powrocie do Polski na początku lat 30-tych uchodził już za gwiazdora światowego formatu.
Mniej więcej w tym samym czasie kino nieme zaczęło odchodzić w niepamięć, a w filmie dźwiękowym Sym radził sobie średnio – nie mówił wystarczająco płynnie po polsku. Skupił się więc na działalności estradowej występując w najlepszych warszawskich teatrach rewiowych.
Pod koniec sierpnia 1939 roku, kiedy było już jasne, że wojna jest nieuchronna w gazetach pojawiły się zdjęcia Igo Syma kopiącego wraz z innymi artystami rowy przeciwlotnicze. Warszawiacy pokrzepiali się widząc jak ich ulubieńcy pracują z nimi ramię w ramię. Podczas hitlerowskich bombardowań Sym pomagał ratować ludzi zasypanych pod gruzami. W czasie jednego z nalotów został niegroźnie ranny.
Widząc go kilka miesięcy później znajomi artyści nie mogli uwierzyć własnym oczom – przedwojenny ulubieniec warszawiaków paradował po okupowanym mieście w nazistowskim mundurze. Otrzymał status Reichsdeutscha, czyli pełnoprawnego obywatela III Rzeszy. Stał się częstym gościem w domu hitlerowskiego gubernatora Warszawy Ludwika Fischera. Po pewnym czasie został jego doradcą do spraw kulturalnych.
Od początku okupacji naziści prowadzili agresywną walkę z polską kulturą. W kinach i teatrach dostępnych dla polskiej publiczności wolno było pokazywać jedynie głupawe komedyjki i chłam pozbawiony większej wartości. Władze Podziemia odpowiedziały bojkotem aktorskim. Przedwojenni aktorzy, nie mogąc grać w jawnych teatrach musieli się przekwalifikować. Większość z nich znalazła zatrudnienie jako kelnerzy i barmani.
Igo Sym objął kierownictwo Theater der Stadt Warschau” i zaczął prowadzić kino „Helgoland” dostępne tylko dla Niemców. Otrzymał także od okupanta koncesję na prowadzenie teatrzyku rewiowego.
Ba, ale skąd wziąć aktorów, skoro Tajna Rada Teatralna wyraźnie zabroniła im występów na scenie? Sym nie bawiąc się w ceregiele zaczął zmuszać znajomych artystów do występów grożąc wywiezieniem do Oświęcimia w przypadku odmowy. Innych kusił olbrzymimi jak na okupacyjne warunki zarobkami.
Sam jak na trudne, okupacyjne warunki był człowiekiem bardzo zamożnym. Zdawał sobie sprawę z nienawiści, jaką wzbudza w rodakach. „Biuletyn Informacyjny” nie nazywał go w artykułach inaczej, niż świnią i kanalią.

W 1940 roku niemieccy filmowcy rozpoczęli pracę nad antypolskim filmem pt. „Heimkehr” („Powrót do ojczyzny”). To prawdopodobnie najobrzydliwsze dzieło propagandy narodowosocjalistycznej, jakie kiedykolwiek powstało. W obfitującym w niezwykle brutalne sceny filmie Polacy ukazani są jako zezwierzęcone bestie znęcające się nad spokojnymi Niemcami, których przez ostatecznym pogromem chronią wojska hitlerowskie.
Igo Sym bardzo zaangażował się w jego produkcję. Był odpowiedzialny m.in. za nabór polskich aktorów. Niestety, szantażem i przekupstwem udało mu się zaangażować wielu z nich.
Władze Polski Podziemnej odpowiedziały wyrokami infamii (pozbawienia czci) i nagany dla Polaków, którzy zagrali w „Heimkehr”.
Na karę infamii został skazany m.in. Józef Kondrat, stryj Marka Kondrata.
Miarka wobec zdrajcy przebrała się. Wojskowy Sąd Specjalny Związku Walki Zbrojnej wydał wyrok śmierci na Igo Syma. Wyrok został zatwierdzony przez generała Stefana „Grota” Roweckiego, a zadanie rozpracowania celu otrzymał oficer kontrwywiadu Roman Niewiarowicz.
Narażając się na ostracyzm ze strony mieszkańców Warszawy Niewiarowicz podjął za zgodą Podziemia pracę w teatrze „Komedia” prowadzonym przez Syma. Uzyskawszy w miarę częsty dostęp do niego krok po kroku rozpracowywał zdrajcę, ustalał jego zwyczaje, rozkład dnia itp.

Przy okazji tej działalności wyszło na jaw, że polski kontrwywiad już przed wojną podejrzewał Syma o współpracę z Gestapo. Pod koniec lat 30-tych Sym podejrzanie często wyjeżdżał do Niemiec, gdzie pracował w wytwórni filmowej UFA kierowanej przez nazistów.
Widząc jakim poważaniem darzą Syma Niemcy Niewiarowicz zaproponował jego otrucie, bojąc się, że w innym wypadku zemsta okupanta będzie straszna. Generał „Grot” odmówił.
Sym ma zostać zastrzelony i to z broni wojskowej. W ten sposób ma być wysłany sygnał zarówno do okupantów, jak i mieszkańców Warszawy – Polska Podziemna istnieje i karze zdrajców.
Niewiarowicz początkowo zaplanował zamach na ulicy Oboźnej. Nie doszedł on jednak do skutku, ponieważ Sym akurat tego dnia wyjechał służbowo.
Na początku marca uzyskał informację, że renegat za kilka dni wyjedzie na stałe do Wiednia i znajdzie się poza zasięgiem karzącej ręki polskiego Podziemia. Należało maksymalnie przyspieszyć akcję likwidacji zdrajcy.
Sym miał wyjechać 8 marca, więc termin akcji likwidacyjnej ustalono na dzień wcześniej. Zespół, który miał wykonać wyrok śmierci składał się z trzech osób: podporucznik Bohdan Rogoliński „Szary” (dowódca grupy), podporucznik Roman Rozmiłowski „Zawada” (wykonawca wyroku) i kapral Wiktor Klimaszewski „Mały” (ubezpieczenie).

Ustalenie adresu zdrajcy nie było żadnym problemem. Roman Niewiarowicz już od dawna wiedział, że Sym mieszka przy ulicy Mazowieckiej 10, dokąd przeniósł się po tym, jak jego przedwojenny apartament został zniszczony wskutek bombardowań we wrześniu 1939 roku.
Grupa egzekucyjna dotarła na miejsce o godzinie 7 rano wyznaczonego dnia. Najmłodszy stopniem „Mały” został na czatach, podczas gdy „Szary” i „Zawada” weszli po schodach na czwarte piętro. „Szary” zapukał do drzwi. Gdyby padło pytanie kim są, mieli odpowiedzieć, że są pracownikami poczty i mają przesyłkę dla dyrektora Syma.
Takie pytanie jednak nie padło. Drzwi otworzyła im młoda kobieta – bratowa Igo. Grzecznie zapytali o niego.
- Zaraz go poproszę – odpowiedziała kobieta i zniknęła w głębi mieszkania.
Nie czekając na zaproszenie obydwaj egzekutorzy poszli za nią. W korytarzu natknęli się na mężczyznę w szlafroku.
- Czy pan Igo Sym? – pyta „Zawada”.
- Tak. Czym mogę służyć? – pada odpowiedź.
„Zawada” wyjmuje z kieszeni pistolet Vis i niemal z przyłożenia strzela zdrajcy prosto w serce. Igo Sym bez słowa osuwa się na ziemię. Obydwaj oficerowie Podziemia wychodzą z mieszkania i zbiegają po schodach.
Roman Niewiarowicz słusznie przewidywał zemstę okupanta. W odwecie za zamach na Igo Syma hitlerowcy ogłosili w Warszawie żałobę (było to wydarzenie nadzwyczajne – podczas całej okupacji ogłoszą ją jeszcze tylko dwa razy: po klęsce pod Stalingradem i po zamachu na Kutscherę) oraz wzięli ponad stu zakładników, z których część została rozstrzelana 11 marca w Palmirach. Aresztowano znanych polskich artystów m.in. Leona Schillera i Stefana Jaracza. Po śledztwie w siedzibie Gestapo na Alei Szucha i pobycie na Pawiaku zostali wysłani do Oświęcimia. Za innymi rozesłano listy gończe.
Mimo tych szykan sygnał został odebrany właściwie – Polacy zrozumieli, że Polska Podziemna walczy, a zdrajców czeka zasłużona kara.

Roman Niewiarowicz – oficer kontrwywiadu, który rozpracował zdrajcę został po wojnie niesłusznie oskarżony o kolaborację z Niemcami i na kilka lat pozbawiony możliwości zajmowania kierowniczych stanowisk w teatrach. Mimo szykan i nagonki pracował przy produkcji filmów – był autorem scenariuszy do takich filmów jak „Żona dla Australijczyka” i „Szatan z siódmej klasy”. Przed kamerą wystąpił tylko raz – stworzył niezapomnianą postać aktora Walickiego w „Awanturze o Basię” w 1959 roku.
Podporucznik Roman Rozmiłowski – wykonawca wyroku na Igo Symie został jednym z najskuteczniejszych egzekutorów Armii Krajowej. Do lipca 1944 roku zlikwidował kilkudziesięciu zdrajców, konfidentów i szmalcowników. W Powstaniu Warszawskim walczył jako zastępca dowódcy kompanii „Koszta”. Zmarł od ran 3 września 1944 roku w powstańczym szpitalu przy ulicy Sienkiewicza.

Polska myśl techniczna

Mett • 2013-05-02, 17:32
38
Karabin przeciwpancerny wz. 35

Karabin przeciwpancerny wzór 35 (kb ppanc wz.35), znany także jako Ur (kb Ur) (używana jest również nazwa 7,9 mm rusznica przeciwpancerna UR) — polski karabin przeciwpancerny, skonstruowany w połowie lat trzydziestych i produkowany od 1938 roku w Fabryce Karabinów w Warszawie.


Dane podstawowe:

Państwo - Polska
Rodzaj - powtarzalny karabin przeciwpancerny
Historia:
Prototypy - lata 30. XX wieku
Produkcja seryjna - od 1938 do 1939
Wyprodukowano - ok. 3500 egz.

Dane techniczne:

Kaliber - 7,92 mm
Nabój - 7,92 x 107 mm DS
Wymiary:
Długość - 1760 mm
Długość lufy - 1200 mm
Masa:
broni - 9,5 kg (bez amunicji)
wyposażenia dodatkowego - 0,5 kg (załadowany magazynek)
- 0,5 kg (dwójnóg)
Inne:
Prędkość pocz. pocisku - do 1275 m/s
Szybkostrzelność praktyczna - 8 - 10 strz./min
Przebijalność pancerza - 33 mm (z odległości 100 m)
15 mm (z odległości 300 m)

Historia

Karabin przeciwpancerny wz. 35 został opracowany w Fabryce Karabinów w Warszawie przez zespół konstruktorów pod kierunkiem Józefa Maroszka.

W przeciwieństwie do wszystkich innych karabinów przeciwpancernych, polski karabin wz. 35 nie używał pocisków rdzeniowych, które przebijały pancerz dzięki twardemu rdzeniowi, ale pełnopłaszczowych pocisków ołowianych, zbliżonych do zwykłych pocisków karabinowych, o małym "karabinowym" kalibrze 7,92 mm. Pociski te były jednak wystrzeliwane z bardzo wysoką prędkością wylotową dzięki silnemu ładunkowi prochowemu i długiej lufie. Dzięki rdzeniowi ołowianemu, pocisk karabinu wz. 35 przy uderzeniu w pancerz pod płaskim kątem nie rykoszetował, lecz "przyklejał się" bokiem do pancerza, wybijając w pancerzu "korek" o średnicy ok. 20 mm.

Na początku II wojny światowej kb wz. 35 był w stanie przebić pancerz większości używanych czołgów. Z odległości 100 m przebijał pancerz grubości 33 mm a z 300 m pancerz grubości 15 mm, przy tym instrukcja podaje nawet przebicie do 40 mm z odległości 100 m (warto zauważyć, że była to lepsza przebijalność, niż np. brytyjskiego karabinu ppanc Boys o większym kalibrze 13,95 mm). Jego wadą był mały zasięg skuteczny wynoszący 300 m, typowy jednak dla karabinów przeciwpancernych tego kalibru.

Początkowo stosowano pocisk typu SC, zwiększano jedynie ładunek prochowy i wypróbowywano różne rodzaje prochów nitrocelulozowych. Badania prowadzono na stanowisku doświadczalnym, wykorzystując standardowe lufy mauserowskie. Po zastosowaniu prochu progresywnego i nowego pocisku typu DS, na stanowisku doświadczalnym osiągnięto prędkość początkową rzędu 1300 m/s. Pocisk typu DS miał wydłużoną część cylindryczną, zlikwidowano w nim stożek tylny, zmniejszono ostrołuk. Pocisk miał rdzeń ołowiany w płaszczu stalowym melchiorowanym i ważył 14,579 g.

W trakcie badań stwierdzono bardzo szybkie zużywanie lufy i problemy z zakleszczaniem się łuski wskutek działania wysokich ciśnień. Skłoniło to do podjęcia prac nad zupełnie nowym typem naboju. Bez zmian pozostał tylko pocisk, na nowo opracowano łuskę i ładunek prochowy. Nowa łuska miała długość 107,67 mm, wykonano ją ze stopu miedzi 67% i cynku 33%. Elaborowano ją 11,15 g prochu bezdymnego. Łączna masa naboju wynosiła 64,25 g, a długość całkowita równała się 131,2 mm. Pocisk typu DS wystrzeliwany z lufy karabinu wz. 35 osiągał prędkość początkową w granicach 1250-1275 m/s.

Służba

Jego wprowadzenie na uzbrojenie polskich oddziałów objęte było ścisłą tajemnicą wojskową. Karabin ten miał być rzekomo produkowany na eksport do Urugwaju. Stąd wzięła się potoczna nazwa tej broni: Ur (skrót od Urugwaj). Broń była dostarczana w drewnianych skrzyniach z napisem "Nie wolno otwierać - sprzęt mierniczy" (według innych źródeł: "Nie otwierać - sprzęt optyczny."). Skrzynie te składowano jako ściśle tajny zapas mobilizacyjny, ich otwarcie mogło nastąpić tylko na rozkaz Ministra Spraw Wojskowych. Dopiero 15 lipca 1939 wyszedł rozkaz zapoznania wybranych żołnierzy i oficerów z obsługą broni.

Z dokumentów wynika, że do sierpnia 1939 dostarczono polskim oddziałom ponad 3500 sztuk tej broni. Znane numery fabryczne (ok. liczby 7000) zdają się sugerować, że mogło ich być nawet więcej, ale tajność powiązana z tą bronią czyni to trudnym do ustalenia.

Przez wiele lat krążyły opinie, że utajnienie broni było przesadne i z tego powodu wiele oddziałów nie użyło karabinu w walce. Jednak dokładniejsze badania sugerują, że była powszechnie używana przez wiele polskich oddziałów. Co więcej, tajność została zachowana do wybuchu wojny i broń ta była całkowitym zaskoczeniem dla Niemców. Karabin okazał się skuteczną bronią, zdolny z odległości mniejszej niż 100 m przebić pancerz każdego czołgu niemieckiego z tego okresu, włącznie z najbardziej zaawansowanym czołgiem tego okresu niemieckim Panzer IV. Po kampanii wrześniowej duża liczba egzemplarzy tej broni została przejęta przez Niemców. Nie jest znana ich dokładna liczba, broń otrzymała teraz oznaczenie Panzer Buchse 35 (polnisch) (PzB 35(p)) i trafiła do niektórych oddziałów, np. posługiwali się nią spadochroniarze z grupy szturmowej, która zdobywała Eben Emael. Niektóre źródła twierdzą, że Niemcy wymienili oryginalne pociski z rdzeniem ołowianym, na pociski z twardym rdzeniem z PzB 39. Inne iż Niemcy nie podjęli produkcji amunicji, wykorzystywano przejęte zapasy. Ponieważ posiadana liczba egzemplarzy PzB 35(p) nie mogła zaspokoić potrzeb niemieckich, a ukończono prace nad własną bronią tego typu, kb wz. 35 do końca 1940 r. wycofano z linii. W 1940 ok. 800 sztuk tej broni zostało sprzedane do Włoch (używane jako fucile controcarro 35(P)), armia włoska użyła jej na wszystkich frontach, na których walczyła. Znalazła się ona także na wyposażeniu takich jednostek jak Afrika Korps (oddziały rozpoznawcze). Niektóre rozwiązania zamka kbppanc z. 1935 stały się także inspiracją dla konstruktora radzieckiego kbppanc PTRD.

Konstrukcja

Karabin przeciwpancerny wz. 35 był karabinem powtarzalnym z zamkiem ślizgowo-obrotowym, ryglowany symetrycznie przez dwa rygle umieszczone na przedniej części trzonu zamkowego. Dodatkowy rygiel znajdował się w pobliżu rączki zamkowej. Kurek posiadał pierścień, który umożliwiał napięcie iglicy bez potrzeby otwierania zamka. W komorze zamkowej zastosowano ruchomy wyrzutnik, współdziałający z urządzeniem spustowym, a służący równocześnie jako bezpiecznik chroniący przed strzałem przy niedomkniętym zamku. Lufa wymienna, posiadała hamulec wylotowy pochłaniający około 65% energii odrzutu. Żywotność lufy wynosiła 300 strzałów.

Karabin zasilany był z jednorzędowego magazynka pudełkowego o pojemności 4 naboi. Przyrządy celownicze stałe, składały się z szczerbinki i prostokątnej muszki.

Karabin posiadał drewniane łoże stanowiące całość z kolbą oraz dwójnóg


Amunicja 7.92 DS


Widziałem na sadisticu film z tym karabinem ale postanowiłem dodać o nim cos więcej

Yamato - japońskie kolosy

SoapGG • 2013-05-02, 17:03
23
YAMATO – Japońskie Kolosy


Yamato podczas budowy

Yamato – oficjalna nazwa klasy pancerników wybudowanych oraz używanych przez Cesarską Marynarkę Wojenną podczas II Wojny Światowej.
Dane Techniczne:
Wyporność – standardowa 65 000 ton, pełna – 72 000 ton.
Długość – 256 metrów
Zanurzenie – 10,4 metra
Maksymalna prędkość – 27 węzłów (50 km/h)
Opancerzenie – od 650 mm (wieże artyleryjskie) do 200 mm (pokład)
Uzbrojenie:
9 dział kal. 460 mm
6 dział kal. 155 mm
12 dział kal 127 mm
50 działek przeciwlotniczych kal. 25mm oraz 13 mm
Robi wrażenie, prawda?
Pierwszym okrętem z planowanych 5 stał się Yamato – zwodowany 8 sierpnia 1940 roku. Powód budowy tego typu okrętów był prosty – Japonia starała się rozwinąć swoją flotę tak, aby była w stanie bez problemów mierzyć się zarówno z Royal Navy, jak i Amerykańską Flotą Pacyfiku. Wiązało się to bardzo ściśle z japońskimi planami podboju Azji Południowo – Wschodniej w celu uniezależnienia się od importu stali, węgla i ropy naftowej.
Przed atakiem na Pearl Harbor udało się zwodować siostrzaną jednostkę – Musashi. Obydwa okręty weszły do służby dopiero po ataku – Yamato 16 grudnia 1941, a Musashi dopiero 5 kwietnia 1942 roku. W stoczni pozostał jeszcze trzeci kolos – Shinano. W tym czasie oba pancerniki pozostawały zacumowane w bazach na wyspach Turk i Kure, na wypadek rajdów floty amerykańskiej. 25 grudnia 1943 Yamato został trafiony przez torpedy wystrzelone z łodzi podwodnej USS Skate. Uszkodzenia okazały się na tyle poważne, że statek musiał zostać poddany naprawom i modernizacjom, co skutecznie wyłączyło go z walki na przynajmniej 5 miesięcy. Do października 1944 żaden z okrętów nie był jeszcze wykorzystany bojowo.

Yamato i Musashi zakotwiczone na Archipelagu Truk

W październiku właśnie amerykańscy marines wylądowali na Filipinach w zatoce Leyte. Japończycy uważali, że mogą powstrzymać natarcie i zadać poważne straty Flocie Pacyfiku (pomimo tego, że od bitwy o Midway stracili inicjatywę strategiczną). Obydwa pancerniki zostały włączone do zespołu admirała Kurity, którego celem było zniszczenie floty inwazyjnej. Jednakże bitwa od samego początku nie układała się po myśli Japończyków – okręty podwodne USS Dace i USS Darter odkryły zespół 22 października. Do tego, wystrzelone przez nie torpedy zatopiły krążowniki Atago (flagowy okręt admirała Kurity), Maya oraz ciężko uszkodziły krążownik Takao. Japończycy stracili w ten sposób najważniejszy atut – zaskoczenie. Zaledwie dwa dni później do ataku ruszyły samoloty z lotniskowców: USS Intrepid, USS Cabot, USS Lexington, USS Enterprise, USS Essex i USS Franklin. Piloci skoncentrowali ogień na Musashi, największym okręcie grupy. Po kilku godzinach superpancernik zaczął przechylać się na bok, po otrzymaniu ok. 20 trafień bombami i 8 trafień torpedami. W końcu, o godzinie 19:30 przewrócił się do góry stępką i zatonął. Yamato również otrzymał kilka trafień, jednakże nie były one poważne i mógł kontynuować rejs. Trzy dni później wziął już udział w bitwie niedaleko wyspy Samar. Tam japoński zespół natknął się na zgrupowanie amerykańskie nazwane Taffy. Składało się ono głównie z niewielkich lotniskowców eskortowych oraz niszczycieli. Nie miało ono żadnych szans, jednakże dzięki determinacji załóg amerykańskich okrętów i trafnym decyzjom admirała Cliftona Sprague'a straty nie były tak poważne – stracono jedynie lotniskowiec USS Gambler Bay i niszczyciele USS Johnston, USS Hoel oraz USS Samuel. B. Roberts. Obawiając się przybycia posiłków, Kurita zawrócił. Sam Yamato uczestniczył z zatopieniu Gambler Bay'a i Hoela, lecz torpedy wystrzelone z niszczyciela Heerman zmusiły go do opuszczenia szyku. W międzyczasie Cesarska Marynarka poniosła inne straty – w bitwie pod przylądkiem Engano strcono ostatnie lotniskowce. Ostatnią nadzieją miał być Shinano, który po bitwie o Midway został przebudowany na lotniskowiec. Jednak jego kariera była bardzo krótka – już 29 listopada 1944 roku został storpedowany i zatopiony przez okręt podwodny USS Archerfish. W ten sposób japońska marynarka wojenna została w praktyce wyłączona z akcji i rozbita.

Musashi ostrzeliwany podczas Bitwy w Zatoce Leyte

Nadszedł rok 1945. Amerykańskie wojska wylądowały 1 kwietnia na Okinawie, zbliżając się coraz bliżej do wysp macierzystych. Wtedy to w sztabie Marynarki Wojennej zapadła decyzja o wysłaniu Yamato w finalny bój. Plan był prosty – Yamato miał przejść niczym walec po flocie inwazyjnej, a następnie celowo wpaść na mieliznę i walczyć do zniszczenia jako bateria artyleryjska. Na nieszczęście Japończyków, Amerykanie przechwycili meldunki i plany operacji, co pozwoliło na odpowiednie przygotowanie obrony. Pancernik, wraz z okrętami eskorty, opuścił port 6 kwietnia, kierując się w stronę wyspy.
Już następnego dnia rano zespół został odkryty przez łodzie latające PBY Catalina. O godzinie 12:30 nad zespołem pojawiło się 280 bombowców i samolotów torpedowych, które zaatakowały z całą furią. Yamato do godziny 12:47 został trafiony 5 bombami i 3 torpedami, które spowodowały poważne uszkodzenia (zniszczyły 3 stanowiska przeciwlotnicze, 1 wieżę artyleryjską 155 mm., wieżę radarową oraz spowodowały przechył). Łącznie ataki ponowiono w dwóch kolejnych falach, z których ostatnia odleciała o godzinie 14:00. Do tego czasu pancernik został trafiony 8 bombami oraz 11 torpedami. Koniec pancernika nastąpił o godzinie 14:23 – wtedy, przy przechyle wynoszącym około 120 stopni, eksplodowała dziobowa komora amunicyjna. Grzyb dymu osiągnął wysokość 6 kilometrów. Po tym pancernik zatonął w ciągu kilku minut, stając się grobem dla 2055 członków załogi...

Eksplozja magazynu dziobowego

Krótki tekst o naszej obronności.

AHAHAHA_NO • 2013-05-02, 15:30
14
Cytat:


Wiarygodność obrony.

W okresie „Polski Ludowej” system militarny miał charakter ofensywny, był zdominowany przez struktury i środki ofensywne. Tak jak chciała Moskwa w siłach zbrojnych PRL dominowały przeznaczone do ataku wojska operacyjne. Po 1989 roku i zakończeniu żywota przez PRL Polska powinna była zbudować system służący obronie kraju – defensywny. Jednak mimo niekończących się reform i zmian w wojsku nie stworzono takiego systemu obronnego. Co więcej Polska tworzy ekspedycyjny, a więc ofensywny system wojskowy, tym razem na potrzeby NATO. Wymownym faktem forsowania modelu ofensywnego armii stała się likwidacja (przez kolejnych szefów MON w latach 2003-2009) zasadniczego środka obrony państwa – wojsk Obrony Terytorialnej. Przy tym pociesza się Polaków, że należą do NATO, co gwarantuje ich krajowi bezpieczeństwo. Nie wspomina się, że podstawą mocy NATO są zdolności obronne państw członkowskich, czyli w ostateczności najważniejszy jest narodowy potencjał militarny. Nie można być liczącym się członkiem NATO, wnosząc do niego narodową bezbronność.

Preludium klęski

Wojsko Polskie zwykle cieszyło się dużym zaufaniem społecznym. W pewnym okresie badania wykazywały wysoki prestiż społeczny oficera WP (czwarta pozycja – po lekarzu, nauczycielu i adwokacie). Ale jednocześnie Polacy wykazują małą wiarę w narodowe zdolności do obrony kraju. Co gorsza nie tylko przeciętny obywatel, ale także należący do elity państwa uważają, że skoro Polska nie jest mocarstwem, to w razie wojny jest skazana na przegraną. Ten brak wiary cech…e także kadrę zawodową sił zbrojnych RP. Może to być spadek po Układzie Warszawskim. Dla dowódcy Ludowego WP rezultat wojny był wynikiem stosunku sił: liczby żołnierzy „obozu postępu” do liczby żołnierzy „imperialistów”, czołgów do liczby czołgów, samolotów do liczby samolotów itp. Dziś, gdy nie ma “wsparcia” tysięcy sowieckich czołgów, samolotów i rakiet może wydawać się, że Wojsko Polskie samotnie w razie konfliktu zbrojnego nie ma szans i musi przegrać. Ponadto w świadomości społeczeństwa kształtowanej latami przez wrogą propagandę myśl o oporze zbrojnym kojarzy się z nieszczęściami i niechybną przegraną. Już same przygotowania do obrony, jak te przed 1939 rokiem, są postrzegane niczym preludium klęski. Słyszymy: cóż z tego, że II RP wydawała dużo na wojsko skoro nie potrafiło ono obronić kraju przed napaścią niemiecko-sowiecką!

Politycy odpowiadający za bezpieczeństwo państwa, zamiast poszukiwać rozwiązań gwarantujących powodzenie obrony, poprzestają na zapewnieniach, że "Polsce nic nie zagraża". W konsekwencji pojawia się u wielu wątpliwość co do sensu i celowości służby wojskowej oraz potrzeby utrzymywania armii. Skoro nic Polsce nie grozi, to po co wydawać pieniądze na wojsko?

Kreowanie przyszłości

Polski interes narodowy polega na zabezpieczeniu niepodległości i zachowaniu suwerenności państwowej, na umacnianiu i wzbogacaniu tożsamości narodowej oraz podnoszeniu standardu życia obywateli, na utrzymaniu stabilności politycznej w kraju i jego zewnętrznym otoczeniu. Cechą charakterystyczną stosunków międzynarodowych jest dążenie państw do ochrony i promocji własnych interesów. Rywalizacja między nimi, zmienne koniunktury polityczne, zatargi, konflikty i wojny są czymś oczywistym. Z tych też powodów siła militarna jest narzędziem skutecznej polityki zagranicznej i służy do kształtowania i kreowania przyszłości państwa na światowej scenie. Z historii Polski wiemy, że brak dbałości o wojsko w ostateczności doprowadził do upadku potężnej niegdyś Rzeczypospolitej, do utraty niepodległości, do narodowych klęsk i tragedii. I nadal obowiązuje reguła, że polityka zagraniczna nie poparta siłą staje się bezsilna. Można dodać, że siła i skuteczność polityki zagranicznej w zakresie bezpieczeństwa jest wypadkową umiejętnego użycia wszelkich środków, a w ostateczności także siły zbrojnej. Dlatego obrona militarna Polski nie może być improwizowanym zrywem garstki patriotów podejmowanym dopiero w obliczu agresji. Jest ona podstawą trwałości państwowości polskiej umożliwiającą sprawowanie pozostałych funkcji przez państwo w polityce zagranicznej i wewnętrznej.

Zwielokrotnić siłę

Sojusze wojskowe określa się jako środek do zwiększania własnego bezpieczeństwa. Celem jest zwielokrotnienie, dzięki sojusznikom, własnej siły obronnej i umocnienie wspólnego poczucia bezpieczeństwa państw tworzących sojusz. Jednak aby poważnie myśleć o wsparciu sojuszników należy posiadać własny potencjał będący cennym wkładem do wspólnej siły. Ponadto państwo powinno mieć taki system obrony, aby zaatakowane przez agresora było zdolne wytrwać do nadejścia pomocy sojuszników – w przypadku Polski na pomoc można liczyć po upływie 3 miesięcy.
Podstawą strategii obronnej państwa takiego jak Polska powinno być umiejętne wykorzystanie atutów jakie daje własne terytorium. Przewaga obrony tkwi w tym, iż obrońca może przygotować i wykorzystać do walki środki, których nie może użyć napastnik, tj. wojska terytorialne, walory obronne terytorium i odpowiednia infrastruktura obronna oraz pomoc ze strony własnej ludności, a w razie potrzeby działania nieregularne w masowej skali podejmowane przez wcześniej wyszkolonych i zorganizowanych wojskowo obywateli.

Głównym problemem obrony Polski było i jest poszukiwanie takiej strategii, która gwarantowałaby skuteczność oporu w obliczu przewagi wojsk napastniczych. Jak dotąd Polacy nie potrafili wykorzystywać środki właściwe dla obrony ujęte w struktury organizacyjne i funkcjonalne tworzące siłę obronną będącą przeciwieństwem ofensywnej siły agresora. Sprowadzanie możliwości obrony do walk manewrowych własnych wojsk operacyjnych jest widomym przejawem braku zrozumienia potrzeb w zakresie możliwości obrony kraju. Posługiwanie się obcymi schematami doktrynalnymi w budowaniu sił zbrojnych RP pomniejsza nasze szanse obronne. Mamy przecież kilkusetkilometrowe odcinki graniczne i setki ważnych obiektów oraz rejonów, które trzeba bronić i nie można będzie tego zadania wykonać dysponując manewrową małą „ekspedycyjną” armią zawodową. Należy wreszcie dostrzec podstawowy atut: własne terytorium i społeczeństwo przygotowane do stawienia oporu. W tworzeniu współczesnego systemu obrony chodzi o przygotowanie sił, takich, jakie miała dawna Rzeczpospolita, kiedy była potęgą militarną w Europie, i jakie współcześnie tworzą chociażby Finlandia lub Szwajcaria.

Odstraszyć potencjalnego agresora

Siłę obronną RP powinny stanowić wojska operacyjne, komponent uderzeniowy i mobilny sił zbrojnych – ograniczony co do liczby środków i żołnierzy, ale z wysokim stopniem profesjonalizmu i z nowoczesnym uzbrojeniem. Wojska te powinny być zdolne do działań w ramach akcji sojuszniczych NATO, a także do manewru na kierunki uderzenia agresora i wykonania przeciwuderzeń (kontruderzeń) na własnym terytorium. Jednak podstawę obrony kraju powinny tworzyć wojska Obrony Terytorialnej – masowy, oparty na przeszkolonych rezerwach, komponent sił zbrojnych, mobilizowany i wykorzystywany do obrony rejonów zamieszkania żołnierzy, uzbrojony w środki do zwalczania czołgów, samolotów i śmigłowców – nowoczesne przenośnie granatniki, rakiety przeciwpancerne i przeciwlotnicze. Wojska te muszą być zawczasu przygotowane m.in. do natychmiastowego – z momentem wtargnięcia agresora – podjęcia działań nieregularnych w masowej skali.

Ważnym elementem systemu obrony powinno być przygotowanie obronne całego społeczeństwa, instytucji i przedsiębiorstw do wsparcia wysiłku wojsk oraz dla ratowania ludzi, dobytku i środowiska przed skutkami wojny, katastrof technicznych i klęsk żywiołowych. W szczególności wymaga odtworzenia lekceważona dziś Obrona Cywilna. W tym zakresie występują ogromne zaniedbania

Rozważając postulat wykorzystania i przygotowania obronnego terytorium państwa jako pilne należy wymienić:

1. odtworzenie i rozbudowę sił obrony terytorialnej (w tym terytorialnych organów dowodzenia);

2. rozwiązanie problemu przeszkolenia rezerw i stworzenie planu mobilizacji na wypadek zagrożenia konfliktem zbrojnym. MON winien promować ochotnicze szkolenie wojskowe np. za pośrednictwem takich organizacji jak chociażby „Strzelec”, „Sokół”, czy „Legia Akademicka”.

3. podjęcie produkcji przez polski przemysł uzbrojenia i wyposażenia na potrzeby wojsk OT, zwłaszcza nowoczesnych przenośnych środków przeciwpancernych, przeciwlotniczych;

4. zdecydowanie o wielkości potrzebnej infrastruktury wojskowej – szczególnie koszar w miastach – i zagospodarowanie jej przez wojska OT;

5. stosowną politykę personalną w siłach zbrojnych i strukturach funkcjonujących w sferze obronnej, zwłaszcza przy obsadzie stanowisk dowódczych oraz kierowniczych.

W Polsce mamy znaczną liczbę ludności, możliwości produkcji nowych generacji taniej i skutecznej lekkiej broni oraz możliwość przygotowania wojsk do prowadzenia działań regularnych i nieregularnych w masowej skali. Polska ma tworzywo, z którego można zbudować siłę skutecznie odstraszającą potencjalnych agresorów.



Słów kilka o autorze:

Romuald Szeremietiew
- por. rez. Wojska Polskiego, dr hab. nauk wojskowych, prof. KUL, publicysta, bloger; - dyrektor Instytutu Prawa na Wydziale Zamiejscowym Prawa i Nauk o Gospodarce KUL w Stalowej Woli; - były wiceminister i minister obrony narodowej; - ekspert w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego; - działacz niepodległościowy, więzień polityczny w PRL; - tymczasowy przewodniczący Ruchu Społecznego „Polska w Potrzebie”.
X