Wywiad z Karen Greenlee(Kobietą nekrofilem)

Ha...........ng • 2013-02-10, 15:46
9
Karen Greenlee jest nekrofilem. Pięć lat temu trafiła na nagłówki gazet, kiedy to uprowadziła karawan i nie dawała znaku życia przez dwa dni. Zamiast dostarczyć ciało na cmentarz, postanowiła sama spędzić z nim trochę czasu. W ostateczności odnalazła ją w sąsiednim hrabstwie policja, odurzoną kodeiną. Obciążono ją nielegalnym prowadzeniem karawanu i zakłócaniem porządku pogrzebu (w Kalifornii nie ma prawa traktującego o występkach związanych z nekrofilią). W trumnie z ciałem Karen pozostawiła cztero- i pół stronicowy list, w którym przyznaje się do miłosnych epizodów, w których ogólnie uczestniczyło ok. 20-40 martwych mężczyzn. List przepełniony był wyrzutami sumienia, związanymi z seksualnymi pasjami Karen: " Dlaczego to robię? Dlaczego? Dlaczego? Strach przed miłością, związkami. Żaden romans nie przysparzał nigdy tyle bólu... Jestem szczurem z kostnicy. To moja szczurza nora, być może mój grób. "
List poświadczył o jej upadku. W ramach kary za kradzież ciała i karawanu Karen spędziła jedenaście dni w więzieniu, otrzymała 255$ grzywny, a następnie została oddana pod nadzór medyczny na okres dwóch lat z rekomendacją leczenia. W międzyczasie Karen została zaskarżona przez matkę mężczyzny, którego ciało wykradła, o spowodowanie przez owy incydent uszkodzeń w jej psychice. Matka żądała 1 mln $ odszkodowania, lecz karę pieniężną ustalono na 117 000$ za ogólne i moralne szkody.
Prasa miała swe dobre dni, prawnicy się wzbogacili, natomiast Karen straciła swoją karierę oraz źródło seksualnego zaspokojenia. Obecnie Karen znajduje się w bardziej komfortowej sytuacji seksualnej. " Gdy pisałam ten list wciąż wsłuchiwałam się w społeczeństwo. Wszyscy twierdzili, że nekrofilia jest czymś złym, a zatem musiałam robić coś złego. Większość ludzi starało się jednak mnie przekonać, że byłam szalona -większość, która była pewna moich żądz, żądz którymi się stałam. "

Poniższy wywiad miał miejsce w mieszkaniu Karen, małym studiu wypełnionym książkami, nekrofilnymi rysunkami i satanicznymi ozdobami.

Wracając do procesu, o którym czytałem w gazetach - wygląda na to, że miałaś dość małe wsparcie.

Nie, tak naprawdę to żadnego. Gazety były najgorsze. Do dzisiaj nienawidzę dziennikarzy. Jeden z nich porównał mnie nawet do Richarda Trenton'a Chase'a, " Wampira zabójcy! " Wspierało mnie wtedy coś takiego jak zobowiązania rodzinne. Jeden z moich braci odmówił posiadania ze mną czegokolwiek wpólnego. Powiedział, " chcę ją po prostu pamiętać taką jaką była " Później zjawił się u mnie i przeprosił, jednak nadal w moim towarzystwie nie czuje się zbyt komfortowo. Mój drugi brat bardziej mnie wspierał, ale nawet On musiał zapytać, " Jak mogłaś zrobić coś takiego? ".

Przed procesem miałam faceta, który odkrył to wszystko. Wkurzył się i spoliczkował mnie. Powiedział, że nie byłam nawet kobietą i że mogę sobie iść pieprzyć moje martwe ciała. Byłam zaskoczona. On wiedział! Najwyraźniej wielu ludzi o tym wiedziało, a ja nawet nie wiem skąd się dowiedzieli.

Faceci, oni zawsze czuli, że lecę na ciało ponieważ byłam spłukana i jeśli szłam z nimi do łóżka to po to, aby mogło mnie to zmienić, aby byli kimś kto może mi dać taką satysfakcję, że nie będę już więcej potrzebowała tych starych ciał. Przechodziłam przez to wiele razy. Czasami faceci przychodzili do mnie tylko z tego powodu.

Pytanie które zadawałem sobie najczęściej to, " Jak ona to robi? "

Tak, oto jest pytanie! Ludzie zadają takie pytania -- nawet ludzie, którzy zdają się być w porządku, ludzie otwarci, z szerokimi horyzontami - a kiedy im odpowiadam, a oni mowią " Bardzo interesujące " to znaczy, że nie chcą mieć ze mną nic wspólnego. Nie mam zamiaru tłumaczyć ludziom jak to robię. Ludzie tkwią w tym błedzie, że do zaspokojenia seksualnego niezbędna jest " penetracja " , co jest kompletną bzdurą. I tak najbardziej wrażliwą częścią kobiety jest jej przód i to właśnie tego potrzeba by czuła się pobudzoną.

Po za tym jest wiele aspektów seksualnej ekspresji: dotykanie, czucie, 69, nawet trzymanie dłoni. To ciało tylko leży, ale ono ma to coś co pozwala uczynić mnie szczęśliwą. Chłód, aura śmierci, zapach śmierci, klimat pogrzebu - to wszystko przyczynia się właśnie do tego.

Zapach śmierci?

Oczywiście, odór śmierci uważam za bardzo erotyczny. Jest odór śmierci i odór śmierci. Dostajesz ciało, które pływało w zatoce przez dwa tygodnie lub ciało ofiary pożaru - nie jest to dla mnie zbyt atrakcyjne, ale świeżo zabalsamowane ciało to co innego.

Jeśli mówić o krwi to tu też jest pewna atrakcja. Kiedy jesteś na ciele ma ono skłonności do wylewu krwi przez usta, podczas gdy Ty uprawiasz swą zmysłową miłość...Myślę, że musiał byś tam po prostu być.

Oczywiście z tym wszystkim wiąże się też sprawa AIDS...

To właśnie powód dla którego później niczego nie próbowałam. Jestem pewna, że znalazła bym sposób, aby dostać się dziś do jednego z tych zakładów pogrzebowych, ale grupa, którą uważam za atrakcyjną - młodzi dwudziestoparoletni mężczyźni - to grupa, która umiera przede wszystkim na AIDS.

Czy zwykłaś uczestniczyć w pogrzebach swych martwych kochanków?

Tak. Praca w zakładach pogrzebowych była korzystna. Cmentarz po pogrzebie opuszczałam wraz z rodziną. Z rodziną także opłakiwałam stratę ich ukochanego. Tylko że ja jęczałam trochę innym tonem! Ludzie nie są w stanie powiedzieć czy jesteś tym tak przejęty czy tym tak opętany. Członkowie rodzin obejmowali mnie i mówili " Tak się cieszymy, że mogłaś przyjść! " A później trzeba kręcić tą wielką starą przędzę " Tak, znałam go w szkole..." Jeśli facet w swym życiu nigdy nie miał kobiety to oni myślą, że ty nią byłaś... " Och, to ona jest tą jedyną! "

Nie było Cie w Sacramento w czasie procesu prawda?

Nie, pracowałam w zakładzie pogrzebowym w innym mieście i jednocześnie chodziłam do szkoły. To dziwne, w dniu, w którym dostałam telegram o procesie, w którym napisane było, że powinnam skontaktować się z prawnikiem, poszłam do zakładu i zostałam zwolniona za rzeczy, których dokonałam w tym zakładzie. Myślę, że ktoś to rozpracował. Wiem, że nikt mnie nie zauważył, ale wydaje mi się, że ktoś się połapał. Oczywiście oni jeszcze nie wiedzieli o Sacramento. Dowiedzieli się później! Tego samego dnia, w przeciągu pięciu godzin, dogoniły mnie dwie totalnie inne sprawy.

Pracowałam w tym zakładzie od prawie roku. To tam miała miejsce moja ponadprogramowa działalność. Miałam klucze, więc mogłam po godzinach wślizgiwać się od tyłu i spędzać tam całą noc. W zakładzie na dole w mieszkaniu mieszkał facet. Dużo pił, więc przeważnie był nieprzytomny. Pod poduszką trzymał magnum 357. Facet o którego była sprawa sądowa -

John Mercure?

Tak. Ja rozumiem, że jego ciało przeniesiono po procesie z tego cmentarza.
To się stało w czasie, gdy włamałam sie do tego zakładu pogrzebowego. Był tam boczny pokój, jedno z umownych pomieszczeń, w którym trzymali zawsze teczki ze sprawami. Przeczytałam tam, że jest nakaz ekshumacji John'a Mercure. Później przeczytałam trochę o tym w gazecie. To jego matka chciała, aby ciało ekshumowano - jak twierdziła, nie pochowała by tam nawet swego kota. W dniu, w którym ciało miało być ekshumowane przemknęłam na pole, które było po drugiej strony miejsca, gdzie był pochowany i obserwowałam jak wykopują ciało i przekazują temu drugiemu pracownikowi z zakładu. Odesłali ciało do Michigan.

Kiedy po raz pierwszy stałaś się świadoma swej nekrofilii?

To jest coś co ciągnęło mnie przez całe moje życie. Prowadziłam usługi pogrzebowe dla moich zwierzątek, gdy umierały. Miałam mały zwierzęcy cmentarzyk. Mieszkałam w małym mieście, a strażacki grill był zaraz obok drzwi do zakładu pogrzebowego. Aby pójść do łazienki trzeba było skorzystać z sanitarnych udogodnień zakładu pogrzebowego. Wymyślałam jakikolwiek powód, aby pójść do łazienki, wtedy robiłam sobie krajoznawcze wycieczki, błąkając sie po kostnicy.

Nie bałaś się, tak jak inne dzieci?

Nie, uwielbiałam to! Byłam niesamowicie ciekawa. Wędrowałam przez korytarze...

Czy tęsknisz za pracą w zakładach pogrzebowych?

Tak, okropnie! Nawet gdybym nie była nekrofilem. Lubię pracę w kostnicy. Lubię balsamowanie i to wszystko. Z wyjątkiem otyłych ludzi. Ciała nad którymi nienawidziłam pracować przeważnie należały do otyłych ludzi. 'A szczególnie jeśli' były po autopsji. Jelita ześlizgiwały się na podłogę a gówno...i ten cały topniejący tłuszcz. Yeeeech!

Wspomniałaś coś poprzednio o " Wampirze zabójcy " Richard'zie Trenton Chase. Zdaje się, że on był z Sacramento prawda?

Tak, drugi zakład pogrzebowy dla którego pracowałam - to nie tam pracowałam podczas sprawy - otrzymał ciała ofiar Chase'go, mężczyznę i kobietę oraz ich dziecka, słyszałam zatem krwawe szczegóły dotyczące ich wyglądu. Były naprawdę zmasakrowane. Były wypatroszone, usta wypchane jakimiś gównianymi rzeczami. Chase zaczął od mordowania zwierząt i picia ich krwi, a kiedy przestało go to satysfakcjonować przerzucił się na ludzi. Zabił tą parę, później porwał ich dziecko, zabił je, a następnie wrzucił je do pojemnika na śmieci. Pracownik kostnicy, który balsamował te ciała mówił, że raczej nigdy nie brały go mdłości, ale gdy zobaczył te zwłoki po prostu się rozchorował!

Najdziwniejsza sprawa z jaką się spotkałaś?

Hmmm...Był dzieciak, który wyleciał z samochodu podczas gdy jego matka wykonywała skręt i pokierowała tak, że przejechała mu przez głowę. Inny dzieciak zadławił się maszynką do skręcania papierosów. Jeden facet popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę strzelbą na kulki. Musiał strzelić sobie kilkanaście razy i zabrało mu to trochę czasu, ale w końcu udało mu się. Był jeszcze jeden facet nad którym pracowałam. Był transwestytą, który w jakiś posób udusił się swoimi nylonami (pończochami). Nie sądzę, aby było to zamierzone, wydaje mi się, że próbował osiągnąć najwyższy orgazm poprzez strangulację i skończył wieszając się. Nie był pierwszym, który popełnił ten błąd.

A jeśli chodzi o najbardziej niezwyczajny pogrzeb?

Pewnego razu banda religijnych fanatyków zleciła pogrzeb jednej z ich członkiń. Nie chcieli, aby ją balsamowano, lecz tylko ubrano i do trumny. Zazwyczaj nie postępujemy w ten sposób, lecz zdecydowaliśmy, że będziemy mili i odstawiliśmy ją do kaplicy. Staliśmy na zewnątrz kaplicy i słyszeliśmy jak ktoś mówi " W imię Jezusa zmartwychwstań! " Nękali i oklepywali ciało. Wymawiali zaklęcia. To było dziwne!

Wydaje się, że pomiędzy pracownikami zakładów pogrzebowych istnieje silna (więź). Prawie jak w tajnym stowarzyszeniu.

Jak najbardziej. Pracownicy zakładów trzymają się blisko siebie, ponieważ większość ludzi nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Odczuwam to, gdy idę na imprezę i zawsze jestem przedstawiana jako " to jest Karen, pracuje w zakładzie pogrzebowym. " Nie mówią " Oto Karen - jest sekretarką, " lub " ona jest asystentką weterynaryjną. " Wielu ludzi jest pod wpływem tej błędnej opinii, że pracownicy zakładów pogrzebowych są bardzo prości i posępni. Jeśli kiedykolwiek udali by się do przygotowalni i usłyszeli by te wszystkie żarty, które są tam rzucane to tą teorię wywiało by prościutko przez okno.

Czy którykolwiek z tych pracowników zeznawał przeciwko Tobie na procesie?

Jeden z dyrektorów zakładu pogrzebowego zeznawał odnośnie pogrzebowych praktyk. Został zapytany o to jak często zdarza się nekrofilia. Powiedział, " W tej profesji praktycznie się o tym nie słyszy. "

Przecież to totalna bzdura!

Tak, oczywiście...nekrofilia występuje częściej niż sobie to ludzie wyobrażają. Zakłady pogrzebowe po prostu tego nie odnotowują. Było miejsce do którego się włamałam i wiem, że oni wiedzieli, że coś było nie tak. Rzeczywiście złapali mnie na gorącym uczynku i pozwolili mi odejść. W innym miejscu, w którym pracowałam, facet podszedł do mnie i powiedział, " Ktoś buszował z ciałem. Wygląda na to, że próbowali wypieprzyć to ciało! " Powiedziałam, " O mój boże! Naprawdę? " Myślę, że dowiedzieli się później. Wiem, że teraz wiedzą.

Jeden facet, z którym pracowałam lubił trokar (dużą wydrążoną igłę, używaną do wysysania płynności z ciała) i wpychał ją w każdego męskiego członka. Mówił " Oh popatrz, ciało ma ku*asa " Ten facet był naprawdę dziwny. Wyglądał jak Larry of theThree Stooges. Myślę, że miał nekrofilskie skłonności. Był naprawdę zawiedziony, jeśli nie było żadnych kobiecych ciał do roboty. Zaczynał wtedy chodzić tam i z powrotem. Przyłapałam go raz w przygotowalni. Mówił, że tylko siusiał do leja na końcu stołu. Właśnie podciągał swoje spodnie gdy wchodziłam. Powiedziałam " nic nie powiem jeśli rzeczywiście tego nie robisz ".

Mówisz, że raz zostałaś przyłapana podczas aktu nekrofilii?

Tak. Próbowałam się zabić, a mieszkałam w domu o parę bloków w górę od tego domu pogrzebowego. Zdecydowałam, że pójdę do mauzoleum i jeszcze raz spróbuję się zabić. Mauzoleum miało drzwi połączone z kostnicą. Siedziałam tam, w wielkiej depresji, kiedy, mając już dosyć tego wszystkiego, postanowiłam spróbować włożyć swoje prawo jazdy w szczelinę między drzwi i klik! Drzwi kliknęły. Nie mogłam uwierzyć, więc spróbowałam jeszcze raz i drzwi znów kliknęły. Weszłam do przygotowalni i tak się złożyło, że było tam ciało. Miałam trochę zabawy, zrobiłam co trzeba i zapomniałam o sprawie swego zabójstwa. Mówiłam ludziom z domu, że spędzam noc z przyjaciółmi. Wchodziłam tam parę razy. Czasami nie było tam absolutnie żadnego ciała, więc odwracałam się i wymykałam się. Zazwyczaj korzystałam z tylnich drzwi.

Około tygodnia później z powrotem wemknęłam się do zakładu pogrzebowego. Byłam wtedy na stole w przygotowalni, dobrze się bawiąc, gdy ni stąd ni z owąd poczułam, że w pobliżu ktoś jest. Kolejna rzecz, usłyszałam ludzi schodzących korytarzem. Po cichu zeskoczyłam ze stołu i z powrotem nakryłam ciało prześcieradłem. Moje ciuchy były w kompletnym nieładzie, a miałam na sobie krew i wszystko inne - to było ciało z autopsji. Była tam trumna z otwartym wiekiem w pokoju dla trumien, więc pobiegłam i schowałam się za nią. Trumna była na kościelnym samochodzie więc nie mogli mnie zobaczyć, ale mogli widzieć moje nogi. To był mężczyzna i kobieta. Stali tam pytając " Kim jesteś? Co tutaj robisz? " Jedna z osób powiedziała do drugiej " ty idź po spluwę a ja zawiadomię policję i zaczekam tutaj na dole." Wiedziałam, że mam tylko jedną szansę, więc wymknęłam się i biegłam. Znałam układ tego miejsca, więc wybiegłam holem i na zewnątrz, po za cmentarz.

W tym czasie nadal miałam przyjaciela, który pracował w tym zakładzie pogrzebowym. Powiedział, " ktoś włamał się do zakładu. Oni wiedzą, że to byłaś ty. " Po tym zaalarmowali. Myślę, że zawiadomili policję, ale nie było żadnych skarg. Jestem pewna, że nie chcieli rozgłosu.

To był ostatni raz kiedy byłam tak blisko, po za tymi razami kiedy włamałam się do kilku grobów.

Czy zauważyłaś jakieś zmiany w postawie ludzi odnośnie nekrofilii?

Tak, kiedy tu wróciłam zanotowałam to. To prawie kaprys. Oni tak naprawdę nie są nekrofilami, ale pseudo - nekrofilami. Coś jak kult śmierci! Jednak prawdopodobnie są ludzie, którzy robiliby to, jeśli mieliby do tego sposobność.

Możliwe, że jest ta ogromna sieć nekrofilów, którzy z powodu braku forum dyskusyjnych nigdy nie będą wiedzieli o swym wzajemnym istnieniu.

Cóż, jest grupa Leil'i ( Wendell - AANRE Amerykańskie Stowarzyszenia Nekrofilnych Badań i Oświecenia ). Próbują i zdobywają informacje na ten temat.

To musi być frustrujące kiedy ludzie mówią " musimy cię wyleczyć " lub " musisz być bardziej
taka jak my ".

I jest. Przez długi okres zwykłam myśleć " Tak, to nie jest normalne. Dlaczego nie mogę być jak inni? Dlaczego ta sama para butów po prostu na mnie nie pasuje? " Przeszłam przez te wszystkie osobiste piekła i w końcu zaakceptowałam siebie i zrozumiałam, że taka właśnie jestem. Taka jest moja natura i powinnam się z tego cieszyć jak się tylko da. Jestem bardzo przygnębiona kiedy próbuję być czymś czym nie jestem. Wielu z tych ludzi, którzy mnie pogrążali, przeginali bardziej niż ja albo robili rzeczy, które mogły być rozpatrywane w wątpliwy sposób przez ich małżonków. Miałam chłopaka geja, który dowiedziawszy się, że jestem nekrofilem, powiedział " Możesz za to pójść do piekła. " Po 1979 roku, kiedy oddano mnie pod nadzór, częścią potrzeby nadzoru było to, że szukam terapii. Miałam bardzo miłą socjalną. Była super. Im więcej rozmawiałam z tymi ludźmi, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że nekrofilia ma dla mnie sens. Przyczyną, dla której miałam z tym problem było to, że nie potrafiłam siebie zaakceptować. Wciąż próbowałam żyć swoim życiem według standardów innych osób. ... Ci wszyscy ludzie, którzy zawsze próbowali mnie zmienić jedynie pomogli mi dotrzeć do moich uczuć. Z biura terapeuty szłam prosto do zakładu pogrzebowego. Ludzie, to nie działało!


Jak się spodoba, mogę jeszcze dwa wywiady z innymi nekrofilami wrzucić.

Tajemnica Doliny Jaworowej

kajtom • 2013-02-10, 09:13
12
Wawrzyniec Żuławski - Tajemnica Doliny Jaworowej

Chciałbym teraz opowiedzieć Czytelnikom o najbardziej zagadkowej tragedii, jaka kiedykolwiek wydarzyła się w Tatrach o wypadku w Dolinie Jaworowej. Dlaczego ten wypadek wydaje się tak bardzo zagadkowy? Czy dlatego, że nie ustalono jego przyczyn? Przecież wiele katastrof tatrzańskich nastąpiło w okolicznościach bliżej nie znanych, a więc nie dających możliwości dokładnego odtworzenia przebiegu i przyczyn nieszczęścia.

Otóż właśnie. Na przykład, przy wspomnianym w poprzednim rozdziale wypadku Bośniackiego i Marcinkowskiego na Zmarzłej przełęczy nie było świadków. Ciała ich znaleziono w dwa dni później. Wiemy jednak, że przyczyną zgonu był kilkudziesięciometrowy upadek. Fakt, że złączeni liną odpadli obaj, że jeden lecąc pociągnął za sobą w przepaść drugiego, świadczy, iż został popełniony jakiś poważny błąd w asekuracji: bądź prowadzący nie wbił po drodze haka, a jednocześnie zbyt się oddalił od asekurującego, bądź ten ostatni asekurował "z ręki", nie mając odpowiednio dogodnego stanowiska.

Nawet - co zdarza się niekiedy - gdy zostaną znalezione kości zaginionego przed laty, nieznanego turysty, z położenia szkieletu, jego uszkodzeń, terenu, w którym odkryto zwłoki, możemy wysnuć wnioski o przyczynach wypadku. Przyczyny te mogą być różne: zbłądzenie wskutek mgły, niepogody lub innych okoliczności, tragicznie zakończone próby wyrwania się z pułapki bądź też śmierć z głodu, wyczerpania, zimna, czy nawet po prostu na skutek jakiegoś niedomagania. Bywa, że nie jesteśmy w stanie określić, która z tych przyczyn ostatecznie spowodowała katastrofę, możemy być wszakże pewni, że jedna z nich.

Gdy tymczasem w tragedii Doliny Jaworowej... Cały przebieg i wszystkie towarzyszące okoliczności znamy dokładnie. Pozostał przecież żywy jeden z jej uczestników. Nie wiemy tylko i zapewne nigdy się nie dowiemy, dlaczego tak właśnie się stało i co spowodowało ten straszny wypadek. Zresztą, niech Czytelnicy sami osądzą.

W schronisku Tery'ego, w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich, u stóp Łomnicy, Lodowego Szczytu i Pośredniej Grani, dwie partie turystów przygotowywały się do przemarszu ścieżką wiodącą przez Lodową Przełęcz, a następnie w dół, Doliną Jaworową do Jaworzyny, na Łysą Polanę i do Zakopanego. Oba zespoły przedstawiały zupełnie odmienny skład uczestników, co do sił, kwalifikacji, doświadczenia górskiego. Prokurator Kasznica z Warszawy, 7ego żona i dwunastoletni synek stanowili grupę zwyczajnych wycieczkowiczów tatrzańskich, dla których przejście znakowanym szlakiem ze Smokowca przez Pięć Stawów i Lodową Przełęcz było dosyć poważnym wyczynem turystycznym, zwłaszcza w czasie panującej owego dnia - 3 sierpnia 1925 roku - niepogody. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w drugim zespole. Składał się on z czwórki taterników młodych, ale posiadających już kilkuletnie doświadczenie wysokogórskie i znajdujących się w pełni sił, w doskonałej formie i kondycji. Jednym z tej czwórki był Jan Alfred Szczepański, późniejszy zdobywca wielu dróg tatrzańskich i alpejskich, zdobywca szczytów Atlasu Marokańskiego, Andyjskiego Ojos del Salado (6880 m) i innych. Pozostali uczestnicy to brat Jana Alfreda, świetny wspinacz Alfred Szczepański, dalej Stanisław Zaremba, doświadczony taternik, który wtedy miał w swoim dorobku pokaźną ilość zimowych przejść tatrzańskich, i wreszcie Ryszard Wasserberger, mający z całej czwórki najkrótszą praktykę górską, ale wyjątkowo jako wspinacz utalentowany. Ten dwudziestojednoletni student Uniwersytetu Jagiellońskiego stanowił nieprzeciętną indywidualność. Wybitny młodzieżowy działacz socjalistyczny, mimo młodego wieku budził szacunek dla swych zalet umysłu i charakteru nie tylko wśród przyjaciół, ale nawet wśród najzaciętszych przeciwników. Tatry, które poznał niedługo przed rokiem 1925, stały się jego prawdziwą namiętnością życiową. Pokochał je z pasją człowieka czynu i subtelną wrażliwością intelektualisty. "Tatry stawiają mnie oko w oko z czymś, co jest najbardziej na serio, czymś, co wywołuje we mnie poczucie stania wobec wieczności - mawiał do przyjaciół. - Olbrzymy tatrzańskie są mi braćmi. Znam je, choć tyle starsze ode mnie, znam nieledwie ich życie, zwyczaje".

Ci czterej taternicy przebywali już od dłuższego czasu w górach. Mieli za sobą wiele pięknych przejść, wśród nich nowe drogi na Dziką, Skrajną Nowoleśną i Drobną Turnię. Dla nich przebycie Lodowej Przełęczy choćby w najgorszych warunkach atmosferycznych nie stanowiło żadnego problemu - było po prostu najkrótszą drogą powrotu do Zakopanego. A trzeba było już wracać. Zapasy żywności kończyły się, studenckie kieszenie nie wystarczały na zakupy w Czechosłowacji. Przede wszystkim zaś pogoda stale się pogarszała. Po ostatnich dniach przeplatanych na zmianę słońcem i burzami ustalił się uporczywy zimny deszcz.

Z rodziną Kaszniców poznali się taternicy przypadkowo, w schronisku Tery'ego. Starszy Kasznica wypytywał Wasserbergera o drogę przez Lodową Przełęcz i - widać niezbyt pewny swej samodzielności turystycznej - prosił, by przejście odbyć wspólnie. Uczynny, zawsze gotów do opiekowania się słabszymi Wasserberger zgodził się bez namysłu.

Około godziny wpół do dwunastej obie partie wspólnie wyruszyły ze schroniska. Pogoda była nadal wilgotna, zimna, wietrzna, padający z rana mokry śnieg zmienił się w regularny deszcz. Towarzysze Wasserbergera nie byli zachwyceni tym, że przypadek kazał im odbywać drogę w towarzystwie mało zaawansowanych turystów. Z Kasznicową i jej synem nie mieli na razie kłopotu. Gorzej było ze starszym Kasznicą. Deszcz zalewał mu okulary, bez których, jako krótkowidz, nie mógł się obejść. Co chwila trzeba było zatrzymać się i czekać na niego marznąc na wietrze. Nic dziwnego, że ten powolny pochód nużył taterników, którzy chcieliby jak najszybciej przebiec tę niezbyt ciekawą dla nich drogę. Tylko Wasserberger pozostawał w tyle, pomagając cierpliwie Kasznicom. Czuł się widać odpowiedzialny za połączenie tych niedobranych zespołów.

Powyżej Lodowego Stawku, tam gdzie szlak biegnie w górę wprost na przełęcz, bracia Szczepańscy i Zaremba zbuntowali się. Odwołali na bok Wasserbergera i oświadczyli, że uważają za zbędne eskortowanie Kaszniców przez całą czwórkę. Wystarczy w zupełności jeden z nich do czuwania, by nie zbłądzili. Reszta pobiegnie naprzód. Zaremba zaproponował, aby wylosować tego jednego.

Wasserberger zgodził się z rozumowaniem przyjaciół, odrzucił jednak pomysł losowania. On zostanie z Kasznicami. To on przecież jest do pewnego stopnia "sprawcą" tej wspólnej wycieczki. A zresztą, jego odporność na złe warunki atmosferyczne, na deszcz, wiatr czy śnieżycę jest towarzyszom dobrze znana. Gdyby nie zdążył dziś do Zakopanego - zanocuje na Łysej Polanie.

Szczepańscy i Zaremba poszli naprzód. Na Lodowej Przełęczy byli około godziny wpół do trzeciej. Obejrzeli się w dół. Kasznicowie szli teraz trochę prędzej. Za jakieś dziesięć minut powinni być już na przełęczy. Lodowaty, gwałtowny wicher z deszczem siekącym twarze zmusił trzech taterników do szybkiego schodzenia. Niżej w dolinie, w okolicy Żabiego Stawu Jaworowego, wiatr dokuczał nieco mniej. Zatrzymali się na parę minut, oglądali okoliczne ściany, a patem, brodząc przez wezbrane potoki, poszli w dół nie kończącym się dnem Doliny Jaworowej. Po południu byli na Łysej Polanie, wieczorem w Zakopanem.

Ten fakt oddzielenia się od reszty towarzyszy trójki doświadczonych przecież i obdarzonych poczuciem odpowiedzialności taterników, a jeszcze bardziej fakt, że nikt im później z tego powodu nie czynił zarzutów, świadczy, iż postęp w taternictwie wyraża się nie tylko rozwojem techniki wspinania, ulepszeniem sprzętu czy metod asekuracji. Postęp ten zaznacza się również w gromadzeniu z pokolenia na pokolenie najróżnorodniejszych doświadczeń w wysnuwaniu z nich wniosków i tworzeniu pewnych ogólnych zasad i prawideł, które z kolei przekazywane są następcom. Twarde i gorzkie doświadczenia lat następnych doprowadziły później do stworzenia jednej z podstawowych reguł turystyki górskiej: w tym samym zespole, w którym wyruszyłeś, musisz dojść do końca drogi, nie rozdzielając się w trakcie wycieczki ani na chwilę, mając swych towarzyszy stale w zasięgu wzroku i głosu. Jeden może być tylko wyjątek od tej reguły - konieczność zawezwania pomocy w razie wypadku.

Okoliczność, że wejście od schroniska Tery'ego na Lodową Przełęcz trwało przeszło trzy godziny, czyli prawie dwa razy dłużej niż normalnie, powinna by również zastanowić czterech taterników. Zejście bowiem w tym tempie z przełęczy do Jaworzyny groziło biwakiem w Dolinie Jaworowej, co przy złej pogodzie mogło pociągnąć za sobą katastrofalne skutki dla słabych kondycyjnie turystów, z których jeden był człowiekiem niemłodym, drugi - kobietą, trzeci zaś - dzieckiem. Taternicy mieli do wyboru, albo nie rozłączając się pod żadnym pozorem, wspólnie opiekować się Kasznicami, albo też - najlepiej - namówić ich do powrotu i odprowadzić do schroniska Tery'ego.

Wróćmy jednak do Kaszniców i Wasserbergera. Gdy osiągnęli przełęcz, uderzył ich w twarze grad i potężny wicher o huraganowym niemal nasileniu. Wasserberger nawoływał do pośpiechu, słusznie rozumując, że niżej wiatr będzie słabszy. W trakcie zejścia młody Kasznica począł się skarżyć, iż traci oddech. Matka wzięła od chłopca plecak, a Wasserberger pomagał mu iść. Tak doszli około godziny czwartej w pobliże Żabiego Stawu Jaworowego. Wydało się, że najgorsze mają już za sobą, gdy nagle starszy Kasznica usiadł na głazie ze słowami: "Jestem bardzo zmęczony... Dalej iść nie mogę..." Pierwszym odruchem Kasznicowej było zwrócić się o pomoc do Wasserbergera, jako najsilniejszego i najbardziej doświadczonego w zespole. I wówczas usłyszała przerażającą, niezrozumiałą wprost odpowiedź: "Czuję się także bardzo słaby. Z całego serca pomógłbym pani, ale doprawdy nie mogę..."

W tej straszliwej chwili dzielna kobieta nie straciła głowy. O kilkanaście kroków od ścieżki dostrzegła spory głaz, dający niejaką osłonę od wiatru. Zaprowadziła tam swego syna i Wasserbergera, napoiła odrobiną koniaku, synowi dała trochę czekolady. Podeszła teraz do męża. Był na wpół przytomny i z trudem wlała mu w usta nieco koniaku. Nie było mowy, by mogła go dociągnąć pod ów głaz, pod którym zostawiła tamtych. Wróciła do nich. Byli umierający. Wasserberger majaczył coś gorączkowo, wspominał matkę. Próbował wstać, iść. Kasznicowa prawie siłą zmusiła go do pozostania na miejscu, a następnie powróciła do męża. Był martwy... Z rozpaczą podbiegła do syna. Leżał sztywny, nieruchomy, a kilka kroków niżej - trup Wasserbergera, który widać w agonii zdołał porwać się, przejść parę metrów - potem padł nieżywy, kalecząc się w rękę i głowę...

Trzydzieści siedem godzin - półtora dnia i dwie noce przesiedziała Kasznicowa nieruchomo przy zwłokach. Nie miała już jedzenia, a zresztą i tak nie byłaby w stanie niczego przełknąć. Grzała się maszynką spirytusową i otuliła kocem znalezionym w plecaku Wasserbergera. Ta makabryczna wędrówka od umierającego męża do syna, a potem owo uparte czuwanie nad ich trupami - to jedna z największych, najbardziej wstrząsających tragedii ludzkich, jakie widziały góry.

5 sierpnia rano ostatkiem sił zeszła w dół, przez Jaworzynę na Łysą Polanę. Tam spotkała przypadkowo Mariusza Zaruskiego. Ekspedycja Pogotowia została natychmiast wysłana.

Sprawa wypadku w dolinie Jaworowej odbiła się głośnym echem w całej Polsce. Opinia publiczna domagała się wyjaśnień, wskazania przyczyn. Snuto najrozmaitsze, mniej lub więcej bezsensowne hipotezy, domysły, podejrzenia. Kasznicową pomawiano nawet o otrucie towarzyszy wycieczki.

Zarządzono sekcję zwłok, poddano analizie pozostałe w manierce krople koniaku. Prokuratura prowadziła dochodzenie, które wkrótce utknęło na martwym punkcie.

Przypuszczenia co do przyczyny zgonu tych trojga były bardzo różnorodne i właściwie żadne nie wytrzymuje krytyki. Jakieś ukryte wady serca? Wykluczone. Jednocześnie u trzech ludzi w różnym wieku i o różnej sprawności fizycznej? Ostra niewydolność krążenia na skutek zmęczenia, wyczerpania i zimna? Ależ w takim razie powinien by przeżyć Wasserberger; a nie Kasznicowa. Temperatura nie spadła poniżej zera, wiatr był wprawdzie gwałtowny, ale Wasserberger przetrzymywał już większe wichry i gorsze niepogody bez żadnej szkody dla zdrowia. Jakiś kataklizm, trąba powietrzna, wytwarzająca próżnię, która po prostu udusiła nieszczęsnych? Dlaczego więc nie zabiła ona również i Kasznicowej?

Najpoważniej brzmią wyjaśnienia, których autorem jest Roman Kordys, świetny taternik sprzed pierwszej wojny światowej i świetny znawca zagadnień górskich. Twierdził on, że na skutek gwałtownego, "zatykającego", utrudniającego oddychanie wichru nastąpiło silne, choć nie zagrażające życiu, chwilowe wyczerpanie organizmu. Po godzinnym lub nieco dłuższym działaniu takiego wichru turyści, zszedłszy już tam, gdzie był on mniej groźny, czuli się trochę tak, jak topielcy wyciągnięci z odmętów na brzeg. W takim stanie nawet niewielka ilość alkoholu, nawet te kilka łyków koniaku podziałało zabójczo.

Prawda, że tylko Kasznicowa nie piła owego koniaku w momencie katastrofy. Prawda też, powszechnie znana i stwierdzona, że w chwili wielkiego osłabienia mała dawka alkoholu wystarczy, by zaszkodzić zdrowiu, a nawet może się stać przyczyną śmierci. Prawda wreszcie i to, że silny wicher, zwłaszcza wiejący wprost w twarz, ma działanie duszące.

Pamiętam, z własnych doświadczeń, że gdy w Alpach wchodziłem na Mont Blanc granią poprzez Bionnassay, zetknęliśmy się tam z wyjątkowo gwałtownym wichrem, zapewne o wiele potężniejszym niż ten z Lodowej Przełęczy. Na stosunkowo szerokim w tym miejscu grzbiecie Mont Blanc posuwaliśmy się nieomal dosłownie na czworakach. Huragan był tak silny, że gdy wiał w twarz - wtłaczał zgęszczone powietrze z mocą mechanicznej pompy. Gdy się odwracało plecami - przy twarzy powstawała niemal próżnia, z której z trudem udawało się wciągnąć do płuc rozrzedzone powietrze. W pewnej chwili jeden z moich towarzyszy upadł na ziemię nie mogąc złapać tchu. Wyciągnęliśmy płachtę biwakową, okryliśmy go i sami pod nią wleźli. Dopiero wtedy po kilku chwilach odzyskał oddech. Długi czas jeszcze leżeliśmy tak, łapiąc powietrze jak ryby wyrzucone na piasek. Być może gdybym wtedy dał towarzyszowi choćby trochę alkoholu (którego nigdy w górach nosić nie należy), mógłbym istotnie spowodować jego śmierć.

Mimo wszystko wywody Kordysa również nie są w zupełności przekonywające. Przecież z opowiadania Kasznicowej wynika, że nieszczęśliwi byli umierający, z a n i m otrzymali ów fatalny koniak. I że nie mieli objawów duszenia się - jedynie młody Kasznica dużo wcześniej skarżył się na trudności w oddychaniu, później jednak szedł jeszcze dłuższy czas. Zresztą fakt, że w ogóle mogli mówić cokolwiek, przeczy podobieństwu do naszej sytuacji na Mont Blanc.

Tak czy inaczej, zagadka nie została dotąd wyjaśniona, mimo licznych prób i usiłowań. Minęło już trzydzieści lat, a nie jesteśmy ani trochę bliżsi prawdy niż wówczas. Tragedia Doliny Jaworowej zapewne na zawsze pozostanie posępną tajemnicą gór.

źródło
Opowiadanie pochodzi z książki Wawrzyńca Żuławskiego "Tragedie tatrzańskie"
© Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia", Warszawa 1958
http://lew.wsinf.edu.pl/~ftomek/noframes/g_tajemn.html

Ciekaw jestem czy ktoś z was pokusi się o próbę wytłumaczenia tej historii

DMT Molekuła Duszy

ObZen • 2013-02-09, 01:25
13
DMT
3

Geopolityczna mapa Sahelu i Afryki Północnej opracowana przez Le Monde diplomatique zawierająca m.in. trasy przemytu broni, miejsca wydobycia strategicznie ważnych surowców i działań północnoafrykańskiej Al-Kaidy. Natomiast Boko Haram, to grupa domagająca się wprowadzenia szariatu na terenie całej Nigerii, reasumując Allah Akbar. Darfur to region dążący do autonomii, w dalszej kolejności do niepodległości, coś na wzór Sudanu Południowego. Region głównie zamieszkiwany przez Arabów, którzy nie uznają władzy Chartumu, i chcą wypędzić murzynów ze swojego regionu. W przeszłości dokonano tam ludobójstwa, za co został oskarżony prezydent Sudanu Omar al-Baszir. Obecnie trwają tam walki o szklankę wody, a zdechły wielbłąd to zbawienie, ponieważ można z jego garba wydobyć wodę. Azawad to północna część Mali.
Jako ciekawostkę dodam, że agencja Frontex ma swoją siedzibę w Warszawie.


Do tego zdjęcia polecam artykuł http://www.politykaglobalna.pl/2011/04/naszyjnik-z-perel-chiny-okrazaja-indie/


Ps. nie studiuję stosunków międzynarodowych, ba, nawet nie jestem studentem. Pierwszy artykuł

Na kogo stawia Wielka Brytania?

euroislam.pl • 2013-02-08, 18:05
29
Wielka Brytania sama wybiera na kim jej zależy. Możesz pluć na żołnierzy, urządzać demonstracje, wzywać do wprowadzenia szariatu, uważać brytyjski rząd za faszystowski reżim i dostaniesz więcej niż wdowa po zabitym w Afganistanie żołnierzu.

Sprawiedliwe?


Złudzenie czy prawda

BluntedAstronaut • 2013-02-07, 14:47
226
Czarne fotki to nie tylko fekalia, cycki, krew i flaki. A zatem dzisiaj tak dla odmiany troszkę spekulacji na temat fotografii dziwnych obiektów, które noszą znamiona ingerencji inteligentnych istot i są przedmiotem sporych kontrowersji.

Na początek Mars i słynna Marsjańska Twarz:

Sonda Viking 1, 1976:




Mars Reconnaissance Orbiter, 2006. Albo w ciągu 30 lat obcy zdecydowali się troszkę ,,popsuć" twarz, coby nas porządnie nie zaszokować, gdy znowu na nią spojrzymy, albo jest to zwykły zbieg okoliczności:


Taki mały żarcik jakiegoś mistrza photoshopa:


Kolejna ciekawa fotka, marsjańskie oko, Mars Global Surveyor, 1998:


Mars Global Surveyor i krater ,,Wesoła Twarz":




Struktura podobna do egipskich piramid:


Ludzka sylwetka na Marsie:




Czaszki marsjańskich istot:






Z lewej Mariner 9, 1972 a z prawej Mars Oddysey, 2007. Struktura nazwana ,,Inca City". Czyżby ruiny miasta starożytnej marsjańskiej cywilizacji?


Inna ciekawa struktura, pierwsze moje skojarzenie to pozostałość jakiegoś ,,marsjańskiego lotniska":


A tutaj inne, trudne do nazwania obiekty. Twarze, piramidy, młot? Może wy macie jakieś lepsze pomysły na określenie tego co tutaj widzicie:




















Na koniec statek obcych, rozbity na Księżycu:











Źródło: google, prawda2.info

Prośba do moderatorów: nie wyrzucajcie zdjęć do komentarzy.
maxvolumePL • 2013-02-07, 15:52  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (34 piw)


Zapomniałeś o tym.

David Duke - Jak umierają narody napisy PL

H88tman • 2013-02-06, 21:07
32
Witam wszystkich. Kolejny interesujący dokument Davida Duke'a, o całym tym otaczającym nas kolorowym, tolerancyjnym syfie, z którym musi zmierzyć się Europa. Zapraszam do oglądania.

Katastrofa w Bhopalu

IjonTichy • 2013-02-06, 17:31
11


Mało krwi, ale niezwykle ciekawy temat, przyćmiony przez Czernobyl. Ten dokument znakomicie pokazuje sk***ysyństwo zachodnich koncernów, zresztą kto obejrzy będzie miał własne zdanie...
X