Rodzina Borgiów

AbesM • 2013-03-05, 08:21
19
Rodzina Borgiów to najciekawsza rodzina papieska.

Zamożność tej rodziny przerastała ówczesną ludzką wyobraźnie. Ich misterne gry polityczne stały się natchnieniem dla Machiavellego. Ich wpływ - jakikolwiek on był - na historie Kościoła Katolickiego do tej pory budzi kontrowersje. Rodrigo scementował potęgę "klanu" Borgiów, został papieżem, nawiązywał i łamał kontakty z władcami europejskimi i władcami włoskich państw-miast, intrygował, był przekupny i sam przekupywał, miał stado kochanek. I jego dzieci ... Cesare, bezustannie dążący do posiadania własnego, włoskiego królestwa, pierwszy condottiere ziemi włoskiej, bezlitosny intrygant i morderca. Lucrezia, legenda - piękność włoskiego Renesansu, cały czas posłuszny realizator najróżniejszych planów jej brata i jej ojca.

Sukces mitu Borgiów sprawił, że nazwisko często łączone jest z symonią, kazirodztwem, morderstwem, bezwzględnością, trucizną, podporządkowaniem spraw kościoła sprawom świeckim. Wizerunek Aleksandra VI wykreowany głównie po jego śmierci rozbudzał wyobraźnie ludzi przez prawie pięć stuleci, dopiero w XXw. badacze zaczęli poważnie kwestionować jego prawdziwość. Opowieści oczerniające Borgiów w większości pochodzą od ich śmiertelnych wrogów lub mają charakter plotki gdzie autor używa sformułowań „mówi się”, „wszyscy myślą”, „słyszymy”, które zwalniają go od osobistej odpowiedzialności za wiarygodność relacji. Późniejsi autorzy gubiąc te zwroty tworzą z pogłosek fakty. Gerard Noel uważa, że istnieją dwie historii Borgiów. Prawdziwa, która opowiada o tym co faktycznie miało miejsce i wymyślona wokół której narósł mit. Profesor Michael Mallett poczynił spostrzeżenie, iż ten drugi obraz Borgiów „niezależnie od tego, jak bardzo jest zniekształcony, może mieć większe znaczenie historyczne niż rzeczywista, często bardzo złożona sytuacja”. Aleksander stał się idealnym kozłem ofiarnym na barki którego można by było zrzucić odpowiedzialność za niepokoje społeczne czasu odrodzenia, był wodą na młyn dla rodzącej się reformacji i przeciwników politycznych nawet w łonie samego Kościoła. Na reputację Aleksandra zasadniczy wpływ miał Juliusz II (Giuliano della Rovere), który w miarę swoich możliwości wymazywał każdy dowód ich osiągnięć a na byłych służących wymuszał torturami przyznanie się do zbrodni, rzekomo popełnionych na rozkaz Borgiów. Czarną legendę rozpowszechniali również zwolennicy Savonaroli, zgodnie z twierdzeniem swojego mistrza, że papież nie był chrześcijaninem, lecz marrano ( tym mianem określano hiszpańskich Żydów którzy przeszli na katolicyzm, często oskarżanych o pro-żydowskie sympatie). Wraz z nadejściem reformacji czarna legenda stała się elementem antykatolickiej propagandy. Angielski historyk i duchowny protestancki John Bale (1495-1563) uczynił Aleksandra Namiestnikiem Szatana i "bardzo rozpustnym tyranem" który papieską tiarę zawdzięczał "swojej zmowie z diabłem" a z Wiecznego Miasta uczynił "rzeźnię". Za Bale'em poszli inni autorzy angielscy przypisując papieżowi przymierze z antychrystem. W 1607 roku na scenę trafiła sztuka "The devils charter, containing the life and death of pope Aleksander the Sixth" (Diabelski statut, zawierający żywot i śmierć papieża Aleksandra VI) autorstwa poety Barnabe'a Branesa. Sztuka była istną orgią sadystycznego okrucieństwa. W krajach kalwińskich i luterańskich powstawało wiele wariacji na temat przymierza. W 1599 roku luteranin Georg Rudolf Widman wątek paktu Aleksandra z diabłem, uczynił elementem legendy faustowskiej. Rok później luteranin Johann Wolf opublikował tekst w którym można przeczytać: "Jako kardynał Aleksander spędził całe swoje życie na działaniach zmierzających do objęcia pontyfikatu. Aby więc łatwiej osiągnąć cel, zwrócił się ku czarnej magii (…), obiecując posłuszeństwo diabłu (…). Zostało postanowione, że ukarze mu się Szatan pod postacią protonotariusza. Kiedy [Aleksander] zapytał się go, jak długo będzie papieżem, [diabeł] odrzekł w taki sposób, iż Aleksander sądził, że ma obiecane 18 lat – w rzeczywistości rządził jednak tylko przez 11 lat I osiem dni". Kiedy Aleksander zachorował miał posłać po swoją magiczną księgę, jednak na papieskim tronie już siedział Szatan, odziany w papieską tiarę.

Inspirację czerpano również z życia prywatnego Borgiów. Oskarżenia Lukrecji o kazirodztwo wiedzie do Burcharda który skopiował treść anonimowego listu oskarżającego Borgiów o te praktyki. Aleksander po przeczytaniu listu zareagował śmiechem, dla przeciwników Borgiów był to bezcenny "dowód" na skompromitowanie całej trójki. Pod adresem Lukrecji pojawiały się opinie o tym, że miała kochanka w trakcie swojego ostatniego małżeństwa na co dowodem była wymiana listów miłosnych. W rzeczywistości poeta Pietro Bombeo był wielkim zwolennikiem miłości platonicznej i listy były pisane w tym stylu. Dedykował on Lukrecji swój poemat o miłości "Gli Asolani". Wśród poetów którzy dedykowali swoje utwory księżnej był Ludovico Ariosto który w swym dziele "Orland szalony" umieścił jej portret w świątynni kobiet. W 1831 Lukrecja pojawia się w dramacie Wiktora Hugo "Lucrece Borgia", w którym miejsce znalazło zabójstwo, cudzołóstwo i kazirodztwo obejmujące trzy pokolenia rodziny Borgiów. Na podstawie tego utworu kompozytor Gaetano Donizetti stworzył dwu-aktową operę. Pod koniec XIX wieku poeta Conrad Ferdinand Mayer w powieści "Angela Borgia" przedstawił Lukrecję jako amoralną uwodzicielkę która nawiązuje kazirodcze stosunki z bratem. Niektórzy wiążą ten wątek z prywatnym życiem Mayera który przez wiele lat żył ze swoją siostrą a po ślubie w trójkącie małżeńskim. Na początku XX wieku pojawiła się praca "Chronicles of the House of Borgia" napisana przez Fredericka Rolfe'a stanowiąca pokaźny zasób wiedzy ezoterycznej wraz ze szczegółami dotyczącymi różnego rodzaju trucizn. Plotki nie ominęły drugiej kobiety z otoczenia Aleksandra Vanozzy Catanei, przypisywano jej prowadzenie w Rzymie domu rozpusty co nie jest podparte żadnymi dowodami, lecz stoi w sprzeczności z faktem, iż ta kobieta cieszyła się ogromnym szacunkiem wśród rzymskiej elity. Vanozza była kluczową postacią w książce Tomasa Tomasiego z 1655 roku pt. "Vita di Duca Valentino" (Żywot księcia Valentino). Została przedstawiona jako pierwotna grzesznica na podobieństwo Ewy, manipulując swym kochankiem za pomocą magii.

Przykłady popularnych mitów:

Historyk Platina uważał, że Rodrigo Borgia przyszedł na świat jako Rodrigo Lanzol. Opinia powtórzona później przez wielu historyków była podawana jako dowód na nieszlacheckie pochodzenie Aleksandra. Choć faktem jest, że Kalikst III miał siostrzeńca o nazwisku Lanzol, była to całkiem inna osoba. Z dokumentu odkrytego w 1924r. w archiwach Walencji niezbicie wynika, że ojciec Rodriga nosił nazwisko Borja a nie Lanzol. Borgia to zitalizowana forma nazwiska Borja. Inny istotny dokument dla późniejszych historyków, o rozwlekłym tytule: „Życie don Rodriga Borgii, późniejszego papieża Aleksandra VI, i Cezarego Borgii oraz jego braci, synów rzeczonego papieża, wraz ze wspomnieniami najbardziej tajemniczych wydarzeń, które miały miejsce w czasie jego pontyfikatu, całość zaczerpnięta z rękopisów Biblioteki Watykańskiej”, przyczynił się do powstania czarnej legendy. Według tej relacji, Rodrigo był w młodości hiszpańskim zbójem (gdy w rzeczywistości służył już kościołowi), później prawnikiem, żołnierzem i paziem Alfonsa V. W Hiszpanii miał poznać Vanozzę Catanei, zostać kochankiem jej oraz jej córek. A w chwili śmierci Kaliksta III nadal miał przebywać w Hiszpanii a konklawe wybrało na papieża Innocentego VIII (nie wspominając o pontyfikatach Piusa II, Pawła II i Sykstusa IV). Autor innej pogłoski głosił, że 12-letni Rodrigo w odpowiedzi na obrazę zabił rówieśnika oszczercę, wielokrotnie godził ofiarę nożem w brzuch starając się trafić w najbardziej bolące miejsce. Ani ojciec ani prawo nie chcieli go w żaden sposób ukarać. Ojciec nie mógł go ukarać ponieważ umarł gdy młody Rodrigo miał 10 lat a relację poprzedza zwrot „powiadają”. Rodrigo nie mógł być również bandyta, jak wiadomo w 1449 roku opuścił Hiszpanię i studiował prawo na uniwersytecie w Bolonii, co potwierdzają dokumenty z tamtego okresu. Po śmierci Aleksandra, w czasie procesu oczerniania jego osoby, na dokumencie poświadczającym odbyte studnia umieszczono adnotację „Zmarł w sierpniu 1503 roku i pogrzebany jest w piekle”.

Kalikst III na potajemnym konsystorzu mianował trzech nowych kardynałów, w tym Rodriga Borgię. Było to powodem sugestii jakoby inni kardynałowie byli przeciwni tym nominacjom. Takie przekonanie wzmacniało ogłoszenie publiczne nominacji we wrześniu gdy na skutek upałów (brak higieny powodujący zarazy) trzymał z dala od Rzymu większość kardynałów. Tym sugestiom przeczy bulla na mocy której Rodrigo Borgia otrzymał nominacją. Znajdują się na niej podpisy wszystkich obecnych purpuratów. Decyzja była jednogłośna a brakowało wówczas tylko jednego kardynała z Ostii.

Istnieją opinie obarczające Aleksandra VI winą za najazd francuzów na Włochy. Poparciem dla tych zarzutów jest bulla zezwalającym na przemarsz wojsk francuskich przez Państwo Kościelne. Data podana w bulli wskazuje na 1 lutego 1494r. gdy papież negocjował jeszcze z królem Neapolu. W rzeczywistości przeoczono, że bulla datowana jest wg kalendarza florenckiego i pochodzi z czasu gdy Francuzi okupowali Rzym a zezwolenie na przemarsz miało nie sprowadzić a wyprowadzić wojska francuskie. Bezpośrednią przyczyną najazdu Francuzów było wygaśnięcie książęcej dynastii Andegawenów i roszczenia Karola VIII do korony Neapolu. Aleksander VI odmówił prośbie Karola VIII aby papież koronował króla Francji na tron neapolitański. Aleksander VI z racji swojego wykształcenia zaproponował aby Karol VIII przeniósł swoje roszczenie ze sfery politycznej na prawną i dopiero wtedy trybunał Stolicy Apostolskiej rozpatrzy sprawę. Spotkało się to z groźbami zwołania soboru powszechnego i usunięciem papieże ze Stolicy Piotrowej. Po zajęciu Rzymu przez Francuzów, papież stał się inicjatorem powstania Świętej Ligi, zwanej też Ligą Wenecką.

Jak można przeczytać chyba w najbardziej znanym, lecz nieoficjalnym ustępie z dziennika Burcharda, Cesare Borgia miał wydać kolację z udziałem 50 luksusowych prostytutek które musiały zbierać nago rozrzucone po podłodze kasztany. Brytyjski historyk Gerard Noel pisze „ Co się zaś tyczy epizodu z kasztanami, należy go traktować z dużą ostrożnością, gdyż Burchard nie był naocznym świadkiem wydarzeń i nie jest wykluczone, że opowieść zanim dotarła do jego uszu, została przeinaczona i ubarwiona” . Burchard znany jest ze swojego specyficznego opisu świata, jak choćby o życiu pozagrobowym Aleksandra, wyjaśniania naturalnych zjawisk makabrycznym opisem co wpisuje się w jego chorobliwe zainteresowanie czarami i czarnoksięstwem. Właśnie od niego pierwszy raz słyszymy o diabłach widzianych wokół grobu Aleksandra. Burchard pisał: (…) cera zmarłego papieża stawała się coraz bardziej zgniła i czarna. Już o czwartej tego popołudnia, kiedy ponownie ujrzałem ciało, jego twarz zmieniła barwę na kolor owoców morwy lub najciemniejszej tkaniny i pokryta była niebiesko czarnymi plamami. Nos był opuchnięty, usta wydęły się w tym miejscu, gdzie język zgiął się wpół, a wargi wydały się to wszystko wypełniać. Wygląd twarzy był znacznie bardziej przerażający niż wszystko, co do tej pory widziano i opisywano. Później, po godzinie piątej, ciało zaniesiono do kaplicy Santa Maria della Febbre i ułożono w trumnie, nieopodal ściany, w rogu koło ołtarza. Zadanie to wykonało sześciu tragarzy, , którzy w tym czasie bluźnierczo kpili z papieża, w pogardzie dla jego ciała, razem z dwoma majstrami ciesielskimi. Cieśle przygotowali trumnę nazbyt wąską i krótką, położyli więc mitrę papieża u jego boku, a jego samego zwinęli w stary dywan i wciskali go do trumny na siłę pięściami. Nie było ani świec woskowych, ani świateł, ani też żaden ksiądz czy inna osoba nie czuwały przy zwłokach”. W niedługim czasie pojawiły się w Rzymie różne wersje opowieści o tym jak Aleksander zawarł pakt z diabłem. Jednym z najwcześniejszych wzmianek pochodzi od Giana Gonzagi, markiza Mantui. Pisze on w liscie: „Kiedy [Aleksander] był chory zaczął przemawiać poufnymi słowy: „Przyjdę, masz rację, poczekaj chwilę”. Z tego ci co znali jego sekret, zrozumieli, że po śmierci Innocentego [VIII] w czasie konklawe sprzedał swą duszę za urząd papieża i uzgodnione zostało, obok innych rzeczy, że będzie go sprawował 12 lat (…), są też inni, co potwierdzają, że widzieli diabłów wokół niego w chwili gdy umierał; od razu ciało jego zaczęło się gotować, a jego usta toczyć pianę, jak kocioł w ogniu”.

Według mitu Borgiów, Cesare oraz Aleksander byli wyjątkowo biegłymi trucicielami, używali renesansowej trucizny w postaci białowatego proszku, zwanej cantarella. Aby została zachowana symetria, sami też zostali otruci. Plotka głosi, że miało dojść do otrucia podczas kolacji u kardynała Adriana Castellesiego. Cesare miał przesłać do domu kardynała zatrute wino lecz niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności dostało się ono w ręce niewtajemniczonego służącego. Takim to sposobem Aleksander a później Cesare mieli zostać pokonani swoją własną bronią. Castellesi miał zostać otruty dla pieniędzy lecz w rzeczywistości był stosunkowo biedny. Obaj Borgiowie zachorowali ponad tydzień od kolacji. Gdyby doszło do samo otrucia Cesare i Aleksander musieliby wiedzieć co ich czeka lecz nic nie zrobili aby zabezpieczyć swojej spuścizny itp. Gdy Aleksander poczuł się lepiej odpoczywał przyglądając się jak kardynałowie grają w karty. Za 11-letniego pontyfikatu Aleksandra zmarło 27 kardynałów a podczas krótszego pontyfikatu jego następcy Juliusza II zmarło 36 purpuratów. Wszystkich pięciu poprzedników Aleksandra zmarło w lipcu lub sierpniu, w czasie największego zagrożenia zarazą. Nigdy nie słyszano w czasach późniejszych o owej cantarelli.

Lukrecję oskarżano o stosunki kazirodcze z ojcem i braćmi. Opinia taka pojawiła się po oskarżeniach pierwszego męża Lukrecji, Giovanniego Sforzy. Tłem oskarżeń był toczący się rozwód małżonków. Giovanni Sforza znalazł się w patowej sytuacji, w obliczu inwazji wojsk francuskich musiał opowiedzieć się po którejś ze stron. Z urodzenia był kondotierem Mediolanu, przez małżeństwo zaś – kondotierem Neapolu. Aleksander pozwolił mu wybrać po której ze stron chce walczyć, traktował też zięcia z podejrzliwością. Giovanni czuł się znacznie bezpieczniej w Pesaro niż w Rzymie, gdzie się udał, zaś do żony wysłał list w którym prosił aby do niego dołączyła. Lukrecję która wraz ze szwagierką Sancją była ikoną rzymskiej mody, nudził prowincjonalizm w Pesaro. Wraz z wyjazdem Sforzy podążało postępowanie rozwodowe. Rzym obiegły liczne opowieści o kazirodczym związku Lukrecji z Aleksandrem, który pragną jej rozwodu aby mieć ją tylko dla siebie. W ten sposób zrodził się jeden z wymyślonych wątków mitu Borgiów. Papieski wysłannik przedstawił dwie możliwe drogi postępowania rozwodowego, poprzez unieważnienie bądź z powodu nieskonsumowania związku. Tylko druga opcja miała możliwość powodzenia w sądzie. Giovanniemu nie zostało nic innego jak publicznie upokorzyć się przed światem przyznając do impotencji seksualnej. Lukrecja wycofała się z walki i schroniła w klasztorze dominikańskim San Sisto. Postępowanie rozwodowe mogło ja narazić na nader krępujące badanie mające ustalić czy rzeczywiście jest nietknięta dziewicą. Po dwóch latach od rozwodu, plotkę o kazirodztwie spotęgowała pogłoska o domniemanej ciąży Lukrecji. Ojcem nieślubnego dziecka miał być Pedro Calderon (Perotto)którego zwłoki – jak zanotował Burchard – znaleziono w Tybrze. „gdzie nie znalazł się z własnej woli”. Perotta miał zabić Cesare któremu siostra miał również użyczać swojego ciała a motywem była zaborczość brata. Mówiono, że Cesare gonił Perotta ze sztyletem w ręku po papieskich pokojach aż ten wpadł na Aleksandra. Wtedy Cesare kilkakrotnie ugodził nieszczęśnika sztyletem aż krew Perotta trysnęła zalewając twarz papieża i papieskie szaty. Ta fascynująca opowieść nie jest podparta faktami. Rodzina Borgiów znana była z tego, że uznawała i troszczyła się o wszystkie swoje nieślubne dzieci a brak późniejszych wzmianek o nieślubnym dziecku byłby zdumiewający. Na przykładzie tego morderstwa tworzono wieloaspektowe kompilacje z rozbieżnych relacji. Autor obelżywego Listu do Silvia Savellego twierdził, że Perotto oddał ducha w Watykanie. Poggia, sekretarz władcy Bolonii Bentivoglia twierdzi, że Perotto nie zmarł w Watykanie tylko w wiezieniu a Burchard, że został utopiony w Tybrze. W późniejszej historiografii możemy dowiedzieć się, że Perotta aresztowano, a z wiezienia przywieziono do Watykanu, gdzie zmarł w ramionach Aleksandra. Następnie ciało wrzucono do Tybru z którego wyłowili go ci sami ludzie którzy go tam wrzucili.

Śmierć Juana, księcia Gandii była prawdziwym wstrząsem dla Aleksandra. Spekulowano, że odpowiedzialność za jego śmierć ponosi jego brat Cesare. Feralnego wieczoru 14 czerwca 1497 roku Juan wraz z bratem Cesarem i kuzynem Juanem Borgią-Lanzolem starszym wracali wracali z obiadu od Vanozzy Catanei, wydanego z okazji wyjazdu Cesarego na koronację Fryderyka IV. Książę Juan odłączył się od towarzyszy, udając się prawdopodobnie na miłosną schadzkę. Odmówił prośbom towarzyszy aby zabrał ze sobą więcej sług, wziął tylko giermka i tajemniczego mężczyznę w masce który dosiadł muła za plecami księcia. W czasie późniejszym okazało się, że Gandia odprawił giermka, nakazując mu aby zabrał jego zbroję i wrócił do Piazza Giudea w Watykanie gdzie mieli się spotkać. W jednej z relacji, Gandia widziany był pod domem kurtyzany Damity. Następnego dnia rozpoczęto bezskuteczne poszukiwania Gandii. Odnaleziono mocno poturbowanego giermka a później muła którego dosiadał Gandia, uprząż nosiła ślady walki. Przełom nastąpił 16 czerwca, Słowianin który zajmował się wypożyczaniem łodzi w porcie Ripetta nad Tybrem, i spał w nich, widział jak owej nocy około dwunastej mężczyzna na białym koniu z czterema pieszymi zbliżyli się na nadbrzeża. Na koniu było owinięte ciało człowieka które wrzucili do Tybru, w miejscu gdzie uchodzą ścieki. Jeździec nakazał mężczyznom obciążyć ciało kamieniami. Słowianin zapytany, dlaczego wcześniej o tym nie powiedział, odrzekł „W ciągu całego mojego życia widziałem więcej niż sto ciał wrzuconych do Tybru w tym miejscu i nigdy nie słyszałem, żeby ktokolwiek zawracał sobie głowę którymkolwiek z nich”. Ciało wyłowiono nieopodal ogrodu Ascania Sforzy, było pokryte licznymi ranami, od głowy do nóg, a gardło podcięte. Strój miał kompletny a pieniądze w sakiewce. Po głębokości ran wskazywano, że motywem była nienawiść sprawcy. Giermek zmarł od odniesionych ran nie wydając z siebie żadnego zrozumiałego słowa a lista mających motyw zgładzić Juana była imponująco długa. Książę Gandii miał potężnych wrogów w Rzymie jak i Hiszpanii. Kilka dni wcześniej Sforza i Gandia zażarcie pokłócili się o zabójstwo służącego księcia. Niedaleko gdzie znaleziono ciało mieszkał hrabia Antonio Maria della Mirandola, którego córka była pod wpływem uroku Gandii. Plotkowano, że nawet syn Aleksandra Jofre mógł mieć motyw za gdyż mówiono o schadzkach Gandii z bratową. Pierwsze pogłoski o podejrzeniach względem Cesara pojawiły się kilka miesięcy później, w raporcie ambasadora Ferrary dla księcia Ercole. Pisał on: „Znów słyszałem, jak mówiono, że sprawcą śmierci księcia Gandii był kardynał, jego brat”. W tym czasie w Wenecji i Ferrarze schronili się wygnani członkowie rodziny Orsinich oraz były mąż Lukrecji Giovanni Sforza. Większość jak nie całość tych zarzutów była chwytem propagandowym przeciw Borgiom. Aleksander najdłużej kierował swoje podejrzenia w stronę Orsinich, lecz nigdy nie znaleziono winnego i po jakimś czasie zaprzestano dochodzenia.

Kolejną zagadkową śmiercią o którą posądzono Cesara było odejście z tego świata męża i jednocześnie największej miłości Lukrecji, Alfonsa. Wieczorem 15 lipca 1500 roku, Alfonso odwiedzał chorego Aleksandra, po wyjściu od niego został napadnięty przez bandę opryszków. Na pomoc Alfonsowi rzuciło się dwóch odważnych przechodniów odpędzając napastników. Zaciągnęli go również do bezpiecznego Watykanu gdzie zajęły się nim Lukrecja i Sancja. Powiadomiony o incydencie król Neapolu Federigo niezwłocznie przysłał swojego lekarza. Pojawiło się wiele spekulacji, opinia publiczna skłania się obwiniać Orsinich z dwóch powodów. Alfons był dobrym przyjacielem Collonów w których zamku mieszkał zeszłego roku a Lukrecja z ramienia Borgiów wkraczała na posiadłości Orsinich. Alfons powoli wracał do zdrowia a jego pokoje były strzeżone na rozkaz Aleksandra przez straże a Cesare zadbał o dodatkowe środki ostrożności. Cesare zapytany o zarzut targnięcia się na życie Alfonsa stwierdził: „Nie skrzywdziłem księcia, lecz gdybym to zrobił, oznaczałoby to, że sobie na to zasłużył”. Doniesiono o kłótni pomiędzy Cesarem i Alfonsem podczas podczas odwiedzin u chorego księcia, w której Cesare miał grozić Alfonsowi, że „to co nie stało się w południe, może zdarzyć się o północy”. Ponoć po tej kłótni Alfons był coraz bardziej przekonany, że za zamachem na jego życie stał Cesare. Mamy dwie sprzeczne relacje późniejszych wydarzeń. Jedna mówi, że stan zdrowia Alfonsa pogorszył się i zmarł z powodu odniesionych ran. Druga relacja donosi, że Alfonso dostrzegł przez okno Cesara spacerującego po ogrodzie i strzelił do niego z kuszy, chybił. Jeden z oficerów Cesara Michele Corella (znany jako Don Michelotto) wdarł się do komnaty Alfonsa twierdząc, że Cesare kazał mu znaleźć osobę która wypuściła bełt. Podobno Don Michelotto siłą wyprosił panie z pokoju i własnoręcznie udusił Alfonsa. Burchard pisał: Do Sant'Angelo przyprowadzono lekarza zmarłego księcia i pewnego garbusa. Zostali przepytani przez śledczych, lecz wkrótce ich zwolniono, gdyż człowiek który to zrobił, był dobrze znany, nie poniósł jednak kary”. Tym sposobem zła sława zabójcy przylgnęła do Cesarea choć nie ma pewności czy rzeczywiści to on stał za śmiercią Alfonsa ani czy za dwoma napadami na księcia stała jedna osoba. Król Neapolu Federigo z pewnością powiadomiony przez swojego lekarza o kulisach śmierci młodego księcia milczy. Żona Lukrecja i siostra Sancia które były najbliżej księcia, również. Co nie zmienia faktu, że Cesare byłby zdolny zabić swojego szwagra. Nie ulega wątpliwości, że sława zabójcy wyrządziła ogromną szkodę polityczną Cesaremu.

Książę łączony był z rzekomym incydentem jaki miał mieć miejsce w Kapui. Francuscy żołnierze pod kierownictwem Cesarego mieli „każdą znalezioną kobietę traktować bezlitośnie, okrutnie gwałcąc dziewczęta lub porywając jako łupy”. Czterdzieści najpiękniejszych kobiet było zarezerwowanych dla Cesarego. Plotka ta opiera się tylko na jednym źródle, Guicciardinim twórcy traktatu przeciw Borgiom który powstał dłuższy czas po wydarzeniach, w bezpiecznej Florencji.

Wizerunki rodziny:

Papież Aleksander VI, Rodrigo Borgia



Lukrecja Borgia:



Cesare Borgia :



Juan Borgia:



Jofré Borgia:



Vannozza Cattanei:



Giulia Farnese:



Odcinek polimaty o rodzinie Borgiów

18
Cz. 1


Cz.2



Dla Czesława Śliwy - rzeszowianina urodzonego w 1932 roku, życie w Polsce Ludowej musiało być zdecydowanie zbyt nudne. W wieku 18 lat rozpoczął pracę jako krojczy w zakładzie krawieckim, jednak szybko zaczął odczuwać, iż został stworzony do rzeczy większych. Nigdy nie udało mu się zdać matury, ale za to odkrył w sobie zdolności, jakich nie można nabyć w żadnej ze szkół. Talent aktorski połączony z ogromną fantazją i zamiłowaniem do mistyfikacji miał mu wkrótce przynieść miliony, ale też zaprowadzić do więzienia.

Pierwszy zatarg z prawem wydawał się być niewinny – Śliwa na własnym ślubie nielegalnie wystąpił w mundurze inżyniera górnika. Sytuacja ta wzbudziła zainteresowanie śledczych. Bardzo szybko wyszło na jaw, że nasz bohater od kilku lat pracuje w charakterze górniczego eksperta, posługując się własnoręcznie sfałszowanymi dokumentami, zaświadczającymi o posiadaniu przez niego tytułu inżyniera. Wyrok, jaki zapadł w tej sprawie, pozbawił go nie tylko 7 lat wolności, ale również żony, która wniosła o rozwód.

Pobyt w więzieniu nauczył Śliwę jedynie tego, by na przyszłość zachowywać większą ostrożność. Miejsca zamieszkania zmieniał równie często co tożsamości i zawody – był nie tylko ekspertem górniczym, ale też producentem odzieży i inżynierem racjonalizatorem. Niezbędne dokumenty produkował własnoręcznie, dzięki idealnie podrobionym pieczęciom i drukom. We wszystkich zakładach, w których się pojawiał miał opinię bardzo solidnego, profesjonalnego i rzetelnego pracownika. Pierwsze podejrzenia pojawiały się dopiero w dniu, w którym znikał bez wieści, a wraz z nim pieniądze oszukanych przez niego osób.

W roku 1966 wymiar sprawiedliwości po raz kolejny upomniał się o Czesława Śliwę. Wolność ujrzał dopiero w 1969, kiedy to warunkowo zwolniono go z więzienia. Jak niemal każdy oszust-recydywista, miał już wtedy ułożony plan kolejnej mistyfikacji – tym razem bijącej na głowę wszystkie poprzednie.

Stworzenie prywatnego konsulatu wymagało nie tylko ogromnej wyobraźni, ale tez nie lada odwagi. Fikcyjna austriacka placówka rozpoczęła swoją działalność we Wrocławiu w 1969 roku. W rolę konsula wcielił się nie kto inny jak Czesław Śliwa, posługujący się wówczas dużo bardziej światowym nazwiskiem – Jacek Ben Silberstein.

Fortel był bardzo prosty: Śliwa vel Silberstein miał być Żydem polskiego pochodzenia, który po wojennej zawierusze zamieszkał w Austrii. Tam piął się po szczeblach biurokratycznej kariery, aż do roku 1969 kiedy to szef rządu powierzył mu misję stworzenia w Polsce placówki dyplomatycznej.

Ponieważ było to zadanie jednoosobowe, jego realizacja w początkowym etapie miała opierać się na przysługach, pożyczkach i zaufaniu, które w odpowiednim czasie zostałyby sowicie wynagrodzone przez austriacki rząd. Długi konsulatu z dnia na dzień stawały się coraz większe, jednak wizja zapłaty w dewizach czyniła wierzycieli bardzo cierpliwymi.

Fikcyjny konsul w każdym aspekcie swojej działalności zachowywał się tak, jak na prawdziwego dyplomatę przystało. Złożył nawet wyprodukowane przez siebie listy uwierzytelniające w siedzibie Rady Państwa. Wizytował również Urząd Rady Ministrów, gdzie przyjmowano go ze wszelkimi honorami. Wystawne bankiety, rauty i przyjęcia stały się codziennością Silbersteina. Wszystko naturalnie na koszt Republiki Austrii, która długi swojego konsula miała uregulować w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Postać konsula Silbersteina była rolą iście oscarową. Szarmancki, niezwykle uprzejmy Żyd, posługujący się mieszanką języka niemieckiego i polskiego bez trudu podbijał serca ludzi. Przychodziło mu to tym łatwiej, że niemal przy każdej okazji, bardzo hojnie rozdawał dolary i honorowe tytuły.

Śliwa zawsze chętnie raczył swoich gości opowieściami o życiu za żelazną kurtyną. Pomimo, iż nigdy nie opuścił Polski, swoją wiedzę o świecie czerpał z filmów i książek, a tam, gdzie brakowało mu wiedzy, otwierało się pole dla jego ogromnej wyobraźni. Jak sam kiedyś stwierdził, by zostać dyplomatą potrzeba przede wszystkim fantazji, bo to ona była kluczem do ludzkich serc i portfeli.

Fałszywy konsulat był przedsięwzięciem bardzo intratnym – różne źródła podają, że łupem Silbersteina mogło paść nawet 100 milionów złotych. Jego przestępcza działalność nie ograniczała się jedynie do zapewnienia sobie luksusowego życia. Śliwa opracował również plan, dzięki któremu mógłby odłożyć sporo funduszy na przyszłość.

Zastosowany przez niego mechanizm był bardzo prosty, a wykorzystywał zwykłą, ludzką chciwość. Konsul Silberstein pojawiał się w różnych częściach kraju, gdzie aranżował "przypadkowe" spotkania z wcześniej wytypowanymi ofiarami. Scenariusz niemal zawsze był taki sam. Śliwa przedstawiał się jako konsul cudem uratowany przed holokaustem przez daną osobę. Jako wyraz wdzięczności obiecywał przekazać konto, na którym miało znajdować się od kilku do kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Na jakiś czas zamieszkiwał ze swoją ofiarą, pod różnymi pretekstami, wyłudzając od niej raz mniejsze raz większe kwoty, które naturalnie miały być spłacone tuż po załatwieniu formalności związanych z darowizną.

Milicji dopiero po kilku miesiącach udało się powiązać sprawę fałszywego konsulatu z krążącym po kraju mistyfikatorem. Liczba osób oszukanych przez Silbersteina jest trudna do ustalenia. Wielu bardzo długo oczekiwało na bankowe dokumenty, potwierdzające datek od tajemniczego Austriaka. Niektórzy wstydzili się, że tak łatwo dali się oszukać, inni z kolei nie wierzyli, że postać o której czytali w gazetach była "ich" konsulem.

W trakcie procesu osoby zeznające przeciwko niemu zdawały się nie mieć do niego żalu. Historię wyłudzenia opowiadali śmiejąc się i traktując ją bardziej jako ciekawą anegdotkę niż życiową traumę. Sam Śliwa przyznał się do wszystkich zarzutów, ale nigdy nie żałował. Jak stwierdził, winnym całej sytuacji był system, czyniący ludzi podatnymi na tego typu sytuacje. Siedząc na ławie oskarżonych oznajmił: "Oni dawali mi pieniądze, a ja w zamian dawałem im fikcję, namiastkę lepszego życia, którego wszyscy pragnęli".

Zaczerpnięte z Onet.pl

KGHM Polska Miedź

PrzemekPolak • 2013-03-03, 17:29
21
Człowiek wśród żywiołów.
Ogień,ziemia,powietrze i woda to cztery żywioły z którymi już ponad pół wieku zmaga się człowiek wytwarzajac miedź i srebro. Tradycyjne surowce nowoczesnośći. Na terenie Legnica,Lubin,Głogów,Polkowice,Rudna. ( woj. dolnośląskie )


a na tym filmiku zobaczycie początki kopalni. Jak to wszystko powstawało:
rok 1957


Historia jednej fotografii: Sęp i głodujące dziecko

truskawkowabuba • 2013-03-02, 22:37
33
Nie znalazłam na Sadisticu nic na temat tego zdjęcia, więc dodaję, ba, nie znalazłam nawet podobnej serii o historii pochodzenia niektórych ciekawych fotografii, więc niewykluczone, że dodam coś jeszcze z tego cyklu ;) .

Zapraszam do lektury ;) .

Sudańska dziewczynka chwiejmy krokiem zmierza do punktu żywnościowego. Trudno ocenić jej wiek. Nie jest chuda, jest przerażająco wychudzona. Ciemna skóra opina się na drobnym szkielecie, który z trudem dźwiga nieproporcjonalnie dużą główkę. W pewnym momencie braknie jej sił, przykuca na środku wypalonej słońcem łąki. Jest głodna, wycieńczona, odwodniona. Bez opieki.
Bacznie przygląda jej się sęp, ptaszysko z ogromnymi skrzydłami i zakrzywionym dziobem. W tej scenie wygląda niczym stwór z piekieł. Na dziecko zwrócił uwagę również Kevin Carter, młody, lecz popularny już fotoreporter z RPA. Przyleciał tu wraz ze znajomym fotografem Joao Silvą, podpięli się pod ekipę z ONZ. Nigdy wcześniej nie widział na własne oczy ofiar klęski głodu.

Kevin z aparatem przy twarzy czeka, aż sęp, szykując się do ataku, rozłoży skrzydła. Taki obraz poruszyłby miliony, wyrył się w pamięci każdego człowieka, który zobaczyłby to zdjęcie. Byłby jak oskarżycielski palec wymierzony w każdego, kto bez opamiętania zanurza się w konsumpcyjnym stylu życia. We mnie, w Ciebie, w nich.

Ptaszysko jednak tylko obserwuje, ani drgnie. Jest cicho. Ta cisza musi być przerażająca, trudniejsza do zniesienia niż najbardziej natarczywy hałas. Carter po 20 minutach nie wytrzymuje napięcia i robi mniej efektowną fotografię niż planował. Nie szkodzi, to zdjęcie i tak wstrząśnie światem. Ten bezruch zapiera dech w piersi.



Po wykonaniu zdjęcia przegonił sępa, lecz nie udzielił dziewczynce jakiejkolwiek pomocy. W jednym z późniejszych wywiadów wspominał, iż po zrobieniu fotografii usiadł pod drzewem, modlił się i długo płakał myśląc o swojej małoletniej córce. A co stało się z dziewczynką?

Kilkanaście dni potem zdjęcie to ukazało się na okładce „New York Timesa” i bardzo szybko zostało przedrukowane do wielu dzienników na świecie. Czytelnicy zaczęli zasypywać redakcję pytaniami o los dziewczynki, a organizacje humanitarne otrzymały datki od tysięcy ludzi poruszonych losem sudańskich cywilów. Kiedy Carter przyznał w końcu, że nie udzielił pomocy dziewczynce, spadła na niego ogromna fala krytyki. Zdjęcie wywołało dyskusje na temat standardów etycznych w zawodzie fotoreportera. Krytykę odpierali obrońcy Cartera, którzy stwierdzili, że jeszcze nigdy jedno zdjęcie nie wywołało takiej masowej reakcji społecznej i zwiększenia wrażliwości na problemy żywieniowe krajów Trzeciego Świata. Tysiące ludzi, pod wpływem tego zdjęcia, zdecydowały się na przesłanie określonej pomocy materialnej dla dotkniętych klęską głodu Sudańczyków.

Za zdjęcie "Dziewczynki z sępem" Kevin Carter w 1994 roku otrzymał prestiżową nagrodę Pulitzera. W tym momencie droga do dalszej kariery stała dla niego otworem. Niestety, wydarzenia, których był świadkiem w Sudanie, silnie odbiły się na jego psychice. Fotoreporter coraz częściej sięgał po używki, nie wywiązując się ze swoich obowiązków. Kolejnym silnym przeżyciem była dla niego tragiczna śmierć jego bliskiego przyjaciela Kena Oosterbroeka, również fotoreportera. Zginął on jako przypadkowy świadek strzelaniny. Carter zdawał sobie sprawę, że on sam również mógł zginąć, gdyby kilka godzin wcześniej nie udał się do hotelu. Popadł w głęboką depresję. 27 lipca 1994 roku popełnił samobójstwo.

W chwili śmierci Carter miał 33 lata. Osierocił córkę. Przed śmiercią napisał kilka pożegnalnych słów do rodziny i bliskich. Carter był znany w środowisku jako osoba wrażliwa i uczuciowa. W wywiadzie dla gazety "The New York Times" Jimmy Carter, ojciec fotografa, powiedział, że "syn zawsze nosił w sobie koszmary pracy, którą wykonywał".

W swym liście pożegnalnym fotograf napisał: "Jestem załamany. Bez telefonu, bez pieniędzy na czynsz i na alimenty. Prześladują mnie żywe obrazy zabitych i cierpiących; widok ciał, egzekucji, rannych dzieci. Odszedłem, i jeśli będę miał szczęście, dołączę do Kena".

Kevin Carter nie popełnił samobójstwa z powodu widma małej sudańskiej dziewczynki, której nie wyciągnął w piekła. Jego śmierć była efektem 11 lat życia na krawędzi, które odbiło się na nim i jego bliskich oraz odejścia najlepszego przyjaciela. W pełni poświęcił się dla pokazywania światu jego brutalniejszej strony.

Dzięki zdjęciu Cartera oczy świata na chwilę zwrócone były w kierunku pogrążonej w bratobójczych walkach i nędzy Afryki. Nastąpił też znaczny wzrost zainteresowań kwestią niedożywienia - opinia publiczna na całym świecie poruszona była tragedią tysięcy istnień ludzkich. Ale gdy opadły już emocje, o Sudanie znów jakby zapomniano. Obecnie - jak donosi ONZ - w kraju tym, z powodu głodu, cierpią ponad 4 miliony osób. Przyczyna takiej sytuacji jest niezmiennie taka sama - susza i nieustający konflikt wewnętrzny.

Źródła:
niewiarygodne.pl
politykaglobalna.pl

Księżyc i jego tajemnice

pietro18klawisz • 2013-03-02, 12:17
71
Temat dość ciekawy jak i zarazem kontrowersyjny.

NASA ukrywa przed światem dziejową tajemnicę
Naturalny satelita Ziemi od lat jest źródłem wielu dywagacji. Prowadzą one do powstawania wielu - mniej lub bardziej dziwnych - teorii dotyczących jego historii. Bólu głowy mogą przysporzyć kolejne, wykluczające się często hipotezy dotyczące powstania Księżyca, lądowania na nim człowieka, a nawet starożytnych cywilizacji, które niegdyś rzekomo go zamieszkiwały.

Wielu obserwatorów sugeruje, że świat już dawno mógłby zapoznać się z prawdą dotyczącą Srebrnego Globu, a odpowiedzialność za to, że tak się dotąd nie stało ponosi NASA, która starannie maskuje kolejne fakty. Czy rzeczywiście coś jest na rzeczy, a jeśli tak, to czy poznamy kiedyś prawdę na temat Księżyca?

Wśród najbardziej kontrowersyjnych teorii dotyczących Księżyca, które pojawiły się dotąd znajdziemy tą, która zakłada, że człowiek nigdy nie postawił na nim stopy. Ale też inną, dość surrealistyczną wersję, która głosi, że jedną z pierwszych osób, które dotarły na Księżyc był Hitler, który na Srebrnym Globie stanąć miał dzięki supernowoczesnej technologii rozwijanej przez nazistów.



Wśród narzędzi, które miały pomóc mu się tam dostać znajdują się: pocisk rakietowy V2 oraz samolot myśliwski Messerschmitt Me 262.



Ale odkładając na bok temat dotyczący ucieczki fuhrera na Księżyc, nie można zapomnieć, że znawcy zgłębiający tajemnice kosmosu wysuwają inne, niemniej kontrowersyjne wnioski.

Jednym z nich jest ten zakładający, że Księżyc był w przeszłości zamieszkiwany przez cywilizację, która pozostawiła po sobie całe dziedzictwo. Wskazywać miałyby na to dziwne ryty odnajdywane regularnie na jego powierzchni, a także dziwne przedmioty, które z pewnością nie są pochodzenia ziemskiego.



"To czego NASA nie mówi ludziom, to informacje dotyczące odkrycia pozostałości starożytnej księżycowej cywilizacji. Do dnia dzisiejszego zarówno same informacje, jak i artefakty są starannie ukrywane przed narodem amerykańskim." - mówi bez ogródek cytowany przez portal AOL Richard C. Hoagland, były konsultant NASA i kurator w Springfield Science Museum w Springfield. "Fotografie orbitalne wyraźnie pokazują skalę starożytnych ruin, które pozostały na Księżycu.

Już zdjęcia powierzchni Księżyca wykonane przez astronautów pokazały wyraźnie przykłady anomalii, które wyjaśnić można w jeden sposób - są starożytnymi pozostałościami po tworach powstałych dzięki użyciu zaawansowanej technologii."



Richard C. Hoagland, który był także konsultantem stacji CBS podczas kolejnych misji realizowanych przez NASA w ramach programu Apollo, od lat podkreśla, że w trakcie kolejnych wypraw człowieka na Księżyc oraz w czasie misji bezzałogowych, naukowcom udało się zgromadzić cały arsenał dowodów potwierdzających jego teorie.

Z jakiegoś powodu przedstawiciele amerykańskiej agencji kosmicznej pozostają głusi na apele swojego byłego konsultanta, wzywające ich do przekazania światu prawdy.



W książce pt.: "Dark Mission: The Secret History of NASA", której współautorem jest właśnie Hoagland pojawiły się sensacyjne doniesienia na temat wielkich szklanych konstrukcji, które znajdują się na Księżycu oraz tajemniczych struktur o charakterystycznej geometrii. - poinformował AOL.

Informacje te można by włożyć między bajki, a Hoaglanda nazwać niegroźnym szaleńcem, gdyby nie fakt, że w swoich wypowiedziach oraz publikacjach opiera się on często na oficjalnych dokumentach NASA. W jednym z raportów, który powstał na zlecenie amerykańskiej agencji w 1960 r. pojawia się informacja, która może wskazywać na to, że naukowcy spodziewali się odkrycia na Księżycu oraz innych planetach Układu Słonecznego tajemniczych rekwizytów obcego pochodzenia.



W raporcie sporządzonym przez "Brookings Institution" na zlecenie NASA znaleźć możemy takie oto stwierdzenie:

"Jeśli w ciągu najbliższych 20 lat nie dojdzie do spotkania "twarzą w twarz" z przedstawicielami obcych cywilizacji, to można się spodziewać, że artefakty pozostawione niegdyś przez te formy życia zostaną odkryte dzięki naszej aktywności na Księżycu, Marsie i Wenus."

Zdaniem Hoaglanda NASA ukrywa prawdę przed światem, ponieważ uważa, że ludzie nie są gotowi na to, by ją poznać. Większość astronautów nazywa jednak hipotezy Hoaglanda nonsensownymi.

Na to, że słowa Hoaglanda nie do końca pozbawione są jednak sensu mogą wskazywać pojawiające się każdego roku doniesienia. W grudniu ub.r. świat obiegła informacja, że w trakcie pierwszej wysłanej przez Indie na Księżyc bezzałogowej misji kosmicznej zebrano próbki zawierające materię organiczną zawierającą węgiel.



To może wskazywać na trwający proces kształtowania się form życia albo... rozpad żyjących kiedyś formacji. Podobne obserwacje zostały poczynione wprawdzie już w 1969 r., podczas pierwszej załogowej misji na Księżyc. Astronautom z misji Apollo 11 udało się bowiem dostarczyć do analizy odpowiednie próbki, jednak z powodu braku odpowiedniej aparatury nie udało się wtedy ich zweryfikować.

Słowa, które pośrednio mogłyby wskazywać na prawdziwość argumentów Hoaglanda są też wyznania jednego z astronautów, który brał udział w pierwszej załogowej misji na Księżyc. Buzz Aldrin, który postawił stopę na Srebrnym Globie tuż po Armstrnogu powiedział podczas wywiadu, że w czasie dziejowej misji ujrzał w pobliżu Księżyca Niezidentyfikowany Obiekt Latający.

"Istota 20 lipca 1969 r. polega nie na tym, że człowiek po raz pierwszy dotknął powierzchni Księżyca, ale na tym, że zdaliśmy sobie sprawę z tego, że wszechświat jest zamieszkiwany także przez inne inteligentne istoty." - miał wg relacji boliijskiego dziennikarza powiedzieć Buzz Aldrin. Według relacji Noticias 24, Aldrin spotykał się również z andyjskimi mędrcami plemiennymi, z którymi dyskutował na temat tradycji starożytnych spotkań z obcymi cywilizacjami. Według wielu opinii, po incydencie z 1969 r. NASA uruchomiła procedury, które miały skutecznie ukryć przed opinią publiczną fakt spotkania z UFO załogi Apollo 11.




Alternatywna historia Księżyca

Człowiek oficjalnie postawił pierwszy raz swą stopę na Księżycu w 1969 roku, ale inni twierdzą, że na Księżyc w ogóle nie dotarliśmy, zaś wszystko jest wynikiem spisku. Pojawiają się jednak historie, w których Srebrny Glob jawi się jako teren zajęty przez inne inteligentne istoty, czego dowodem mają być przeróżne anomalie. Wśród czasem zabawnych historii pojawia się jednak nuta kontrowersji, jak i prawdziwej tajemnicy dotyczącej podboju naszego satelity.
____________________________
Philip Coppens

Satelita Ziemi, który raz na miesiąc obiega naszą planetę, od wieków powodował u ludzi lunatyzm. Istnieje wiele historii, które odzwierciedlają nasze zainteresowanie białym dyskiem, który nocą rozświetla nasze niebo. Wprowadzenie nowego sprzętu pozwoliło ludzkości przypatrzeć się Księżycowi bliżej. Anglik Sir John Herschel przypatrując się mu w czasie zaćmienia dostrzegł na jego powierzchni dziwne obiekty. Jak mówił, widział światła, które zdawały się poruszać. Już w 1788 roku astronom o nazwisku Schroeter zaobserwował niewielkie „wybrzuszenia” na powierzchni Srebrnego Globu. Twierdził, że to ślady aktywności „Selenitów” – mieszkańców Księżyca. Inni astronomowie tamtej epoki mówili o obserwacjach dziwnych zjawisk i struktur świetlnych przypominających te z Ziemi. W 1869 roku Królewskie Towarzystwo Astronomiczne rozpoczęło trzyletni plan badania anomalnych świateł widzianych w części Księżyca o nazwie Mare Crisium – Morze Przesileń.

Choć działo się to wszystko na wiek przez lotem Apollo 11, nie był to pierwszy ani ostatni raz, kiedy uwaga kierowała się na Mare Crisium. 29 lipca 1953 roku John J. O’Neill – redaktor naukowy „New York Herald Tribune” poświęcał swój wolny czas na obserwację naszego satelity przez teleskop. Na obszarze Morza Przesileń zauważył on most, który jak oszacował, miał ok. 25 km długości. O’Neill mówił o tym w raczej spokojnym tonie sugerując, że mógł być to „naturalny most”, który w jakiś sposób niespodziewanie powstał. Doniósł on o swych odkryciach Stowarzyszeniu Obserwatorów Księżyca i Planet, jednak jego relacja została wyśmiana, a on padł ofiarą szyderstw. Mimo to miesiąc później legendarny astronom dr H.P. Wilkins potwierdził znalezisko O’Neilla, podobnie jak Patrick Moore.



Mare Crisium

W latach 70-tych XX wieku NASA zapragnęła zbadać zjawisko określane jako LTP – krótkotrwałe zjawiska księżycowe (ang. Lunar Transient Phenomena), które obejmowały niespodziewanie pojawiające się obiekty na powierzchni naszego satelity. Projekt nie przyniósł większych sukcesów, lecz mimo to NASA zaoferowała wyjaśnienie tych zjawisk. Odpowiadać za nie miały gazy uciekające z lawy, których pojawienie się pociągało za sobą istnienie świetlnych efektów. Nie była to ani poprawne, ani jedyne wyjaśnienie, choć w grę wchodzą wszystkie możliwości.

Niezidentyfikowane zjawiska świetlne nie były jednak zjawiskiem nowym. Astronomowie już je znali. Czym jednak są? Czy wyjaśnienia NASA mówiące, że to czysto naturalne zjawisko, są poprawne? A może jest to dowód na obecność pewnej formy inteligencji na Księżycu?

Brytyjski badacz UFO Timothy Good wspomina historię przytoczoną przez „pewnego profesora”, którego nazwiska nie podaje a który współpracował z brytyjskim wywiadem. Wiąże się ona z rozmową z Neilem Armstrongiem, do której doszło w czasie konferencji NASA, kiedy profesor podpytywał go o to, co rzeczywiście miało miejsce w czasie misji Apollo 11. „To było niesamowite” – miał mówić Armstrong. „Oczywiście wiedzieliśmy, że taka możliwość istniała, ale jeśli tak, ostrzeżono by nas. Od tego czasu oddaliła się od nas możliwość budowy stacji kosmicznej czy też miasta na Księżycu.” Profesor miał zapytać Armstronga, co oznaczać miało „ostrzeżenie”. „Nie mogę podawać szczegółów, za wyjątkiem tego, że ich statki wyprzedzają nasze, zarówno pod względem naukowym, jak i technologicznym… Chłopie – one były wielkie i… przerażające. Nie, nie ma możliwości, aby powstała tam stacja kosmiczna” – miał powiedzieć astronauta. Profesor dodał, że kolejne wyprawy na Księżyc nie mogły się nie odbyć, bowiem w przypadku powiedzenia prawdy, istniało ryzyko wywołania paniki. Okazało się, że Armstrong zaprzeczył potem, że jakakolwiek podobna rozmowa miała miejsce.

Na kilkanaście lat przed podróżą Armstronga świat poznał związane z Księżycem kolejne kuriozum. George Adamski – protoplasta tzw. kontaktowców twierdził, że spotkał istoty pozaziemskie, a nawet odbył podróże w ich statkach. Ów urodzony w Polsce mężczyzna twierdził, że w czasie podróży na Księżyc widział rosnące na jego powierzchni rośliny i przemierzające go zwierzęta. W sierpniu 1954 roku Adamski widzieć miał wielkie hangary i stacjonujące w nich pojazdy. Kolejna barwna postać na tym polu, którą był Howard Menger, widzieć miała na Księżycu budynki. Wyobraźnia Mengera nie znała granic – pozwolono mu wykonać ich fotografie, które umieścił potem w swej książce. Wspominał on także, że na Księżycu spotkał wielu gości, w tym Rosjan, Japończyków i Niemców.



Odchodząc od tych jakże niewiarygodnych opowieści wskazać należy na fakt, że na kilkanaście lat przed pojawieniem się osób, jak Adamski czy Menger, plany budowy na Księżycu bazy nie były odległą fantastyką. Nazistów zawsze interesował podbój, w tym kosmosu. Zwolennicy bajecznych teorii spiskowych przytaczają czasem opowieść o rzekomej wyprawie Niemców na Księżyc, którzy przy pomocy odpowiedniej rakiety mieli dostać się tam już w latach 40-tych. NASA miało wiedzieć o ich przedsięwzięciu, ale wolała o tym milczeć. Najwyraźniej mieszkańcy niemieckiej bazy nie potrzebowali kombinezonów – wystarczyło im zwyczajne odzienie. Mieli oni także podróżować na Ziemię. Aby zaokrąglić historię wspomina się także o wykonanych przez Nazistów tunelach znajdujących się pod powierzchnią Srebrnego Globu, w których jego pierwsi amerykańscy zdobywcy mieli spędzać noce.



Jedna z anomalnych struktur na Księżycu


Wszystkie te historie jakże dalece odbiegają od rzeczywistego i bardziej „przyziemnego” zadania, jakim była wyprawa na Księżyc. Mimo wszystko istnieją pewne tajemnice związane z tym przedsięwzięciem, które zawsze intrygowały naukowców. Tytułowa strona wydania „Washington Post” z 2 listopada 1966 roku zawiera nagłówek o „sześciu tajemniczych cieniach” przypominających figury sfotografowanych przez Lunar Orbiter 2. Sfotografował on obszar o powierzchni ok. 30 na 50 km kwadratowych. Zdjęcie ukazuje rzekomo 6 lub 7 „wież” wznoszących się ponad obszar o nazwie Mare Tranquilis tworzących specyficzny geometryczny układ. Ich szpiczasty cień sugerował, że miały kształt piramid lub spodków. Jedna ze struktur mierzyła 213 metrów. Mimo to NASA uznała, że fotografie nie ukazują niczego ciekawego. Prawdopodobnie, aby spowodować zmieszanie wśród Amerykanów, radziecki naukowiec Aleksander Abromow stwierdził, że Luna 9 po lądowaniu na Księżycu 4 lutego 1966 roku wykonała zdjęcia dziwnych struktur. „Lokacja tych księżycowych obiektów da porównać się z lokalizacją piramid w Gizie. Czubki tych wież zdają się mieć ten sam wzór, co czubki piramid."



Dziesięć lat później George Leonard opublikował książkę pt. „Somebody Else in our Moon” („Ktoś inny na naszym Księżycu”). Autor twierdził, że dokonał szczegółowej analizy archiwów NASA, gdzie odkrył także zdjęcia z pierwszych bezzałogowych misji na Księżyc. Tropem Leonarda poszedł Fred Steckling, który w 1981 roku wydał „We Discovered Alien Bases on the Moon” („Odkryliśmy obce bazy na Księżycu”). Była to analiza 125 fotografii, na których autor dopatrzył się „dowodów” na istnienie na Srebrnym Globie budynków i innych obiektów. Większa część tej publikacji wykorzystał ponownie David Hatcher Childress w książce „Extraterrestrial Archeology” („Pozaziemska archeologia”).

Rzeczywiście – wiele ze zdjęć użytych w książce wskazuje na anomalie na powierzchni Księżyca. W latach 80-tych Leonard przekazał swój dorobek badawczy Jamesowi Sylvanowi, który poddał go ponownej analizie. Sylvan materiał przekazał następnie Richardowi Hoaglandowi, który zajmował się pisaniem o dziwnych obiektach na fotografiach z Marsa. Szczególna uwaga zwrócona została na księżycowy krater Ukert. Hoagland skontaktował się w jego sprawie z dr Brucem Cornetem, chcąc skonsultować z nim fakt, że krater zawiera w sobie trójkąt. Cornet potwierdził, że nie może być to twór natury i wszystko wskazuje na jego sztuczne pochodzenie. Naukowiec orzekł także, że struktura nazywana „skorupą” widoczna na fotografii Lunar Orbitera III z 1967 roku była najlepszym dowodem na to, że na Księżycu znajdują się równie ciekawe, co tajemnicze struktury o sztucznym pochodzeniu. „Skorupa” mierzyła ponad 1.5 km wysokości. Jak mówił Cornet, jeśli byłaby tworem naturalnym, byłaby również swoistym cudem zaprzeczając wszelkim znanym wzorcom erozji. Co więcej, na szczycie struktury znajdowała się również znacznych rozmiarów „wieża”. Tworzenie tak wielkich konstrukcji miało być możliwe dzięki mniejszemu oddziaływaniu grawitacyjnemu na Księżycu. Hoagland i jego towarzysze orzekli nawet, że wieża widziana była przez Armstronga i innych astronautów… a nawet została przez nich sfilmowana. Wszystkie struktury wykonane miały być ze szkła. Choć na Ziemi jest ono kruche, w próżni nabiera właściwości podobnych do stali.



Co zatem więcej powiedzieć możemy o tych historiach? Niestety większość zdjęć przedstawiających rzekome struktury jest w najlepszym przypadku złej jakości, a w najgorszym z kolei nie da się ich oglądać. Jeśli chodzi o Herschela i jego księżycowe odkrycia, wszystko wydaje się być fałszerstwem napędzanym przez prasę. W sierpniu 1835 roku „The New York Sun” opublikował artykuł o astronomie, który od razu wzbudził podejrzenia. 29 sierpnia pojawiły się zarzuty o oszustwo, które przypisywano pracującemu dla gazety Richardowi Adamsowi Locke. Gazeta nigdy nie przyznała się do umyślnego fałszerstwa.

Tak samo jest z wszystkimi podobnymi historiami, gdzie wszystko wymaga otwartości i prawdy. Na Księżyc zatem powrócić możemy wtedy, kiedy porównamy i rozsądzimy dwie wersje historii – oficjalną i alternatywną.

http://www.infra.org.pl/wiat-tajemnic/2012-i-teorie-spiskowe/572-alternatywna-historia-ksiyca


Tajemnica krateru Ciołkowskiego

Ken Johnston nauczył się latać odrzutowcem w czasach kiedy był żołnierzem US Marine Corps w latach 60-tych. Latanie szło mu tak dobrze, że został on później jednym z 5 pilotów, których oddelegowano do pracy z astronautami w Houston, uczestniczącymi w programie Apollo. Pomagał astronautom opanować lot modułem księżycowym. Był nawet dyrektorem testów modułu TS5, na którym ćwiczyli wszyscy astronauci, lądujący później na Księżycu. Od 1969 roku Ken Johnston kontrolował także wszystkie dane – włączając w to fotograficzne informacje – jakie astronauci wysyłali na Ziemię podczas lotów na Księżyc. Obecnie jest on emerytem i nie jest związany z NASA, co pozwala mu mówić o rzeczach, o których nie wolno było mu wspominać wcześniej.



Po nieudanej misji Apollo 13, przez ręce Kena Johnstona przechodził cały materiał fotograficzny jaki zarejestrowano podczas kolejnych księżycowych wypraw. Johnston katalogował przesłane materiały i segregował je w taki sposób, aby były łatwe do odnalezienia podczas analizy naukowej danego obszaru Księżyca. Każde zdjęcie powierzchni Księżyca jest fascynujące i Johnston często przyglądał im się długo, zaspokajając własną ciekawość.

Podczas lotu kosmicznego Apollo, przez ręce Johnstona przechodził zapis filmowy na żywo tego, co obserwowali astronauci. Jedne z najbardziej interesujących zdjęć pochodziły z orbitera Apollo 14, który w oczekiwaniu na moduł lądujący, krążył dookoła Księżyca na wysokości nie większej niż 80 km od jego powierzchni, i filmował powierzchnię Srebrnego Globu. Taka wysokość gwarantowała doskonały widok wszystkiego co znajdowało się na powierzchni Księżyca. Do filmowania użyto wówczas 16 mm kamery sekwencyjnej, zapisującej obraz podzielony na poszczególne stop klatki. Kamer takich używano w armii amerykańskiej na bombowcach, gdzie fotografowała ona moment uderzenia bomb w wyznaczony cel. Kamera tworząc film fotografowała każdą klatkę z osobna przez co dokładność takich zdjęć była ogromna. Znalazła więc pożyteczne zastosowanie podczas wyprawy na Księżyc. Szczególnie interesująca była ciemna strona Księżyca, której nie można dojrzeć z Ziemi. Jedyne znane wówczas fotografie niewidocznej części Księżyca dokonała satelita Clementine, ale zdjęcia jakie zrobiła ze swojego pokładu nigdy nie zostały opublikowane.
Zdjęcia z orbitera Apollo 14 zostały wydobyte mniej więcej już po pierwszym tygodniu kwarantanny statku kosmicznego (każdy pojazd kosmiczny przechodził kwarantannę ze względu na możliwość przywleczenia na Ziemię obcych bakterii). O film poprosił niejaki dr Page, który musiał mieć specjalne uprawnienia aby dotrzeć do objętego klauzulą „ściśle tajne” laboratorium fotograficznego. Page’owi towarzyszyło 7 nieznanych Johnstonowi naukowców i wszyscy razem obejrzeli film, na którym można było obejrzeć powierzchnię ciemnej strony Księżyca.
Szczególne zainteresowanie oglądających wzbudził pokryty w połowie cieniem krater Ciołkowskiego. Krater ten należy do średnich rozmiarów (185 km średnicy) a w jego cieniu można było dostrzec przestrzeń, na której stało 5 przezroczystych kopuł, z których wydobywało się światło i coś co przypominało smużkę pary. Para wskazywała na działanie wentylatora, który stał w centralnej części przestrzeni jaką zajmowały kopuły. Już na pierwszy rzut oka wszystko wskazywało na wyrafinowaną i zaawansowaną technologicznie konstrukcję. W tym momencie dr Page nakazał zatrzymanie projekcji i cofnięcie filmu. Moment w którym widać było przezroczyste kopuły oglądano wielokrotnie. Dzięki temu, że zdjęcia nakręcono kamerą sekwencyjną można było dokonywać zbliżeń i oddaleń obiektów. „I co o tym myślicie chłopaki? Jest prawdziwe? Co?” w ten sposób zwrócił się Page do ludzi których przyprowadził na projekcję. Odpowiedział mu gromki, nerwowy śmiech.

Ten sam film miał być pokazany następnego dnia innej grupie naukowców. Kiedy następnego dnia o świcie Johnston pojawił się w laboratorium, spotkał tam grupę ludzi w białych fartuchach retuszujących negatyw filmu. Najpierw dokonywali oni powiększeń poszczególnych klatek, zamalowywali na nich niektóre elementy i przetwarzali takie klatki później na główną kopię zapisu dokumentalnego lotu na Księżyc. Johnston naturalnie zapytał ich co tutaj robią na co roześmiany technik odpowiedział, że są zawodowymi striptizerami (gra słów oznaczająca rozbieranie się, ale także zdzieranie czegoś niepotrzebnego), na co jego zażenowana porównaniem koleżanka dodała, że malują horyzont Księżyca na zdjęciach, żeby odblask gwiazd nie mylił się z tym co jest na jego powierzchni. Johnston nie wiedział wtedy, że takiej obróbce poddano film, który pokazywał dzień wcześniej, ale wszystko stało się jasne, kiedy na ekranie pojawiły się zdjęcia krateru Ciołkowskiego i nie było w nim szklanych kopuł.

Zdumiony tym Johnston wyjął film ze szpuli i zaczął uważnie egzaminować taśmę w poszukiwaniu cięć sklejeń i zamalowań. Film był w jednej całości bez śladów dodatkowej obróbki co oznaczało, że w ciągu 24 godzin został wyretuszowany i sfilmowany na nowej kopii. Jakiś czas później Johnston zupełnym przypadkiem natknął się w budynku NASA na dr Page’a. Zapytał go wtedy co się stało ze szklanymi kopułami na Księżycu? Na co dr Page z kamienną twarzą odpowiedział, że nigdy ich tam nie było. Ken Johnston długo nie mógł wyjść z osłupienia.
W NASA zawsze panowała szczegółowa kontrola używanych tam materiałów i mediów. Nie można było zabrać ze sobą żadnej notatki, zdjęcia czy instrukcji obsługi. Po zakończeniu programu Apollo na teren budynku, gdzie pracowano nad projektem, wkroczył specjalny oddział FBI, który zabezpieczył całą dokumentację i zabrał w nieznanym kierunku.

http://nowaatlantyda.com/2011/09/28/tajemnica-krateru-ciolkowskiego/

Zakazana strefa na Księżycu

Pod koniec tego miesiąca, na Księżycu ma zostać wprowadzona pierwsza w historii strefa zakazu lotów!!! Powodem ma być uniknięcie zanieczyszczania rakietowym pyłem ściśle określonych historycznych miejsc na Srebrnym Globie.Te historyczne miejsca to oczywiście miejsca lądowania statków kosmicznych Apollo 11 i 17. NASA precyzyjnie wydzieliła 36 takich miejsc, do których nawet po wylądowaniu na Księżycu nie będzie się można zbliżać na odległość mniejszą niż 225 metrów.
Oczywiście takie zarządzenie nie ma mocy prawnej i nawet jeśli NASA uznaje sprzęt pozostawiony na Księżycu za swoją własność, to wg. Traktatu o Przestrzeni Kosmicznej – podpisanego i ratyfikowanego przez większość krajów świata w 1967 r. – Księżyc jest ciałem niebieskim, które nie posiada właściciela i dlatego tego typu zakaz można przyjąć jedynie jako rekomendację.
USA ma nadzieję, że przyszłe wyprawy na Księżyc zorganizowane przez inne kraje nie będą odwiedzać amerykańskiego lądowiska i np. zabierać pozostawionych tam szczątków jedzenia i nieczystości po to, by zbadać sposób zmutowania się bakterii po prawie 40 latach przebywania pod wpływem promieniowania kosmicznego. Podobnie rzecz się ma z innymi pozostawionymi przez amerykańskich astronautów przedmiotami, które dla znalazcy stałyby się cennym źródłem informacji na temat np. utleniania się metalu w warunkach księżycowych.

Decyzja o utworzeniu na Srebrnym Globie strefy wolnej od lotów, została podjęta po tym jak Google ogłosił sowitą nagrodę dla tych, którzy zdołają wylądować robota na Księżycu i będą w stanie pokonać nim dystans 500 metrów, robiąc przy tym zdjęcia księżycowego krajobrazu. Najwyżej oceniono by te zdjęcia, na których można byłoby zobaczyć miejsce lądowania pojazdów Apollo.
Zabezpieczenie historycznej wartości miejsca pierwszego lądowania na Księżycu, być może jednak niekoniecznie jest prawdziwym powodem tak radykalnej postawy NASA. Agencja wykazała przy swojej decyzji niezwykłą wręcz nerwowość, jakby obawiając się czegoś… No właśnie? Czego?

Z góry uprzedzam tych, którzy zechcą skomentować, że tak naprawdę Amerykanie nigdy nie byli na Księżycu, bo film z lądowania powstał w Hollywood i został nakręcony przez Stanleya Kubricka przy okazji realizacji słynnej „Odysei 2001″. Nie ulega wątpliwości, że Amerykanie byli na Księżycu (choć kto wie – może to co oglądamy rzeczywiście powstało w studio filmowym), a prawdziwy problem być może polega na tym, że byli oni tam częściej niż jest nam to oficjalnie wiadome. Tak więc być może NASA obawia się, że ktoś mógłby zobaczyć pozostałości po technologii, która pozwoliła dolecieć do Księżyca i wystartować z niego ponownie aby powrócić na Ziemię. Technologii, która oficjalnie nigdy nie istniała. Pokrywałoby się to z teorią co jakiś czas poruszaną na NA o tym, że istnieje tajny program kosmiczny o którym nie mamy pojęcia.
Może też być i tak, że NASA obawia się nie tego, że astronauci z innych krajów zobaczą na Księżycu pozostałości po zaawansowanej technologii, jakiej użyto aby dostać się na Srebrny Glob, lecz że ku własnemu zdumieniu odkryją, że… w międzyczasie była tam ekipa sprzątająca i wywiozła wszelkie ślady po podróży Apollo…

http://nowaatlantyda.com/2011/09/17/zakazana-strefa-na-ksiezycu/


jak był albo słabe to do piekła

http://www.gwiazdy.com.pl/14_98/2.htm


Tajemnice Srebrnego Globu

Wydawałoby się, że nie ma ciała niebieskiego mniej tajemniczego niż nasz satelita - Księżyc. Co noc widzimy jego tarczę połyskującą na niebie. Znamy z grubsza jego oddziaływanie na Ziemię i żyjące na niej stworzenia i rośliny. Jest jak do tej pory jedynym poza naszą planetą miejscem w kosmosie, gdzie człowiek postawił swą stopę. Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, że wielu naukowców i badaczy patrzy na Księżyc podejrzliwie, odnotowując skrupulatnie związane z nim tajemnicze zjawiska. Niektóre z nich mają swoją dokumentację fotograficzną, inne wydają się fantazjami. Łączy je jedno - silna wiara, że Księżyc skrywa przed nami niejeden sekret.

20 lipca 1969 roku amerykański astronauta Neil Armstrong, który jako pierwszy człowiek postawił nogę na powierzchni Srebrnego Globu, musiał ujrzeć coś niezwykłego po drugiej stronie krateru, w którym wylądował "Apollo 11", skoro nie mogąc opanować podniecenia, krzyknął do mikrofonu: "Widzę statki kosmiczne! Są olbrzymie! Jest ich tu chyba ze dwadzieścia" Ośrodek Kontroli Lotów w Houston natychmiast przerwał połączenie. Czyżby nie tylko od razu uwierzyli kosmonaucie, ale również wiedzieli coś więcej?
Otóż zanim jeszcze Armstrong poleciał na Księżyc, na jego powierzchnię zrzucono wypalone człony napędowe bezzałogowych statków, które dokonywały lotów zwiadowczych i zostawiły na Księżycu sejsmometry (urządzenia reagujące na drgania skorupy).
Urządzenia te za pomocą sygnałów radiowych przekazywały do Houston wyniki pomiarów drgań skorupy Księżyca. Pomiary te kilka razy wywołały zdziwienie naukowców. Okazało się bowiem, że uderzenie o powierzchnię naszego satelity dwunastotonowych członów napędowych rakiet wywołało lokalne "trzęsienie skorupy Księżyca", przy czym zdaniem wielu astrofizyków (m.in. Harolda Ureya z USA czy H. Wilkinsona z Wielkiej Brytanii) wyglądało to tak, jakby pod powierzchnią zbudowaną ze skał znajdowała się metalowa skorupa otaczająca jądro.
Analizując szybkość rozchodzenia się drgań w tej niby metalowej skorupie, określono nawet, iż jej górna warstwa leży ok. 70 km pod powierzchnią globu i ma grubość 60-70 km. Jeden z astrofizyków stwierdził, że wewnątrz Księżyca może się znajdować niewyobrażalnie wielka, "prawie" pusta przestrzeń o objętości 73,5 miliona Pod koniec lat 70. wykonano analizę komputerową składu chemicznego metalu, z którego miałaby być wykonana skorupa otaczająca wnętrze Księżyca. Mierząc szybkość przenoszenia się dźwięku wewnątrz tej warstwy, stwierdzono, iż głównie składa się ona z niklu, berylu, manganu, wolframu, wanadu, a przy tym zawiera stosunkowo mało żelaza. Taki stop byłby idealnym pancerzem odpornym na przebicie mechaniczne i na dodatek całkowicie antykorozyjnym!
Już tylko ta analiza wykazała, iż jest niemożliwe, by skorupa ta powstała jako twór naturalny. Amerykański miesięcznik omawiający tę sprawę w 1979 roku, podał też, że sejsmometry wykryły powtarzający się co 30 minut i trwający 1 minutę ciągły sygnał o wysokiej częstotliwości, który dobiega z wnętrza Księżyca, prawdopodobnie z głębokości około 960 km. Czy znajduje się tam jakieś urządzenie automatyczne, zasilane energią cieplną (lub inną), które raz zaprogramowane wysyła swój sygnał przez wieczność?

Resztki Faetona czy sonda kosmiczna?
W tym samym artykule podano sensacyjne doniesienia, iż astronomowie zaobserwowali wydobywającą się co pewien czas z wnętrza Księżyca lawę, a także nikłe chmurki zestalającego się natychmiast jakiegoś gazu. Wysnuto stąd wniosek, iż na Księżycu nie ustała działalność sejsmiczna, co z kolei sugerowałoby, iż Księżyc jest częścią jakiejś rozerwanej na kawałki planety, może nawet mitycznego Faetona, którego orbita miała się jakoby znajdować pomiędzy Marsem a Jowiszem, tam, gdzie obecnie rozpościera się pas asteroidów - mniejszych i większych okruchów skalnych.
Jednakże niektórzy badacze, opierając się na tych obserwacjach, wysuwają zupełnie odmienną hipotezę. Otóż przypuszczają oni, że owa wypływająca z wnętrza Księżyca ciekła substancja, zestalająca się w niskiej temperaturze panującej na jego powierzchni, wcale nie musi być lawą usuwaną w naturalnym procesie sejsmicznym. Zakładają bowiem, że może to być efekt działającego do tej pory źródła energii, które kiedyś zasilało w energię hipotetyczny statek kosmiczny zwany "Luną". "w statek, twór równie hipotetycznej, wysoko rozwiniętej cywilizacji kosmicznej, mógł zostać celowo unieszkodliwiony i pozbawiony życia podczas prawdziwej "wojny kosmicznej" mającej miejsce w zamierzchłej przeszłości.
Przesłanek potwierdzających taką możliwość dostarczyły obserwacje dokonane w czasie dywanowych bombardowań przeprowadzonych przez lotnictwo amerykańskie na terenie III Rzeszy podczas II wojny światowej. Zauważono wówczas, iż największe zniszczenia powstają wtedy, gdy na upatrzone obiekty zrzuca się serie jednakowo dużych bomb w ten sposób, że w miejscu ich upadku tworzy się równy czworokąt (wybuchy następują w jego narożnikach) lub prosta linia utworzona przez 3, 4 lub 5 bomb spadających jedna za drugą. Jest statystycznie niemożliwe, by meteoryty tej samej wielkości i masy wybijały na powierzchni Księżyca tak regularnie rozmieszczone kratery. A jest ich na Srebrnym Globie dużo. Wystarczy obejrzeć jego powierzchnię przez lunetę trzydziestokrotną.
Takie właśnie uszkodzenia powierzchni sugerują z kolei, że jest możliwe, iż kiedyś ktoś zrzucał bomby na Księżyc - być może jeszcze wtedy, gdy nie był on satelitą Ziemi.

Gość w dom i... katastrofa gotowa
W najstarszych zapiskach dotyczących astronomii chińskiej, które są datowane na przełom X i XI tysiąclecia przed naszą erą (tak, są takie teksty!), znajdują się opisy nieba, w których nie można znaleźć ani jednej wzmianki o obecności Księżyca na nieboskłonie. Czyżby go jeszcze wówczas nie było?
Bardzo możliwe. Okazuje się bowiem, że na żadnych starożytnych mapach nieba sprzed 9-11 tysięcy lat Księżyc nie jest zaznaczony. Łącząc ten fakt z mitem o potopie (który to mit jest obecny we wszystkich kulturach świata, co oznacza, iż rzeczywiście ok. 11 tysięcy lat temu Ziemię zalały morskie fale, wulkany wybuchały, ziemia się trzęsła i w ogóle był tzw. koniec świata), można wysnuć przypuszczenie, że przyczyną katastrofy było właśnie pojawienie się na ziemskiej orbicie Księżyca. Coraz więcej współczesnych astrofizyków, na podstawie przeprowadzonych różnych badań i pomiarów, skłania się ku tej hipotezie. Księżyc przybył więc do nas z przestrzeni kosmicznej. Lecz czy jest zwykłym małym satelitą czy też czymś zupełnie innym?
Już w latach siedemdziesiątych naszego wieku niektórzy znani astrofizycy, m.in. słynny prof. Teodor Szkłowski z Akademii Nauk ZSRR, wyznawali pogląd, że Księżyc może się okazać martwym, pozbawionym w swym wnętrzu życia statkiem kosmicznym obcej cywilizacji, względnie prastarą, nieczynną sondą kosmiczną.

Księżyc, jak wiemy, jest ustawiony ku Ziemi zawsze tą samą stroną. To unikatowe zjawisko. Niektórzy badacze podejrzewają, że jest tak dlatego, ponieważ ktoś chce ukryć to, co znajduje się po jego drugiej stronie. Ukraińska gazeta "Weczernij Charkow" w numerze z 12 lipca 1994 roku opublikowała zadziwiający artykuł pt. "Co lata nad Księżycem?" "Ponad 150 nieznanych obiektów latających zaobserwowano dotychczas nad Księżycem" - twierdzi autor tekstu. Z wypowiedzi rosyjskiego radioastronoma, członka Ukraińskiej Akademii Nauk, Aleksieja Archipowa, dowiadujemy się, że tajemnicze obiekty obserwowano nad Księżycem jeszcze przed 1947 r. Najstarsze obserwacje dokonane zostały za pomocą lunety w... 1715 roku, gdy astronom E. Halley z Londynu (odkrywca komety nazwanej jego nazwiskiem) ujrzał światło migocące w obrębie cienia rzucanego przez księżycowe skały. Również pomiędzy rokiem 1941 a 1946 widziano olbrzymie, silne błyski wydobywające się spoza tarczy Księżyca, z obszaru leżącego po jego drugiej stronie. Jeszcze podczas drugiej wojny światowej, bo w roku 1940, obserwowano przemieszczające się na tle Morza Spokoju i innych okolic "naszej" strony Księżyca szeregi świateł, poruszające się z prędkością od 2 do 7 km na sekundę!
Gdyby te doniesienia pochodziły od nieznanego autora, to można byłoby je zlekceważyć i uznać za wytwór fantazji, ale trudno nie wierzyć w wyniki obserwacji największych astronomów świata!
Wyżej wspomniany A. Archipow, tym razem już na łamach szanowanego brytyjskiego kwartalnika poświęconego badaniom UFO - "Flying Saucer Review" (nr 2/1995) napisał, że jest wielce prawdopodobne, iż właśnie Księżyc może być stacją Obcych obserwujących życie na Ziemi.
Umieszczenie na naszym satelicie jakiejkolwiek aparatury obserwacyjnej gwarantuje jej długą i bezawaryjną pracę - tym lepszą, że nie narażoną na ujemne wpływy atmosferyczne, takie jak deszcze, wiatry, śniegi czy zwykłe, a niszczące utlenianie, którego to zjawiska na co dzień nie zauważamy.

Boskie oko na niebie
W prastarych staroindyjskich eposach "Ramajana" i "Mahabharata" można znaleźć fragmenty opisujące tkwiącą w przestrzeni kosmicznej stację - latające miasto boga Brahmy. Jak wynika z przeliczenia używanych wówczas - czyli około siedem tysięcy lat temu - jednostek miar, stacja ta tkwiła pomiędzy orbitą Księżyca a Ziemią, okresowo przesuwając się za naszego satelitę. Byłaby więc "sztucznym satelitą naszego Księżyca". Nie jest możliwe, by jakikolwiek okruch skalny mógł zostać przechwycony przez pole grawitacyjne Księżyca i krążyć wokół niego - siła przyciągania Ziemi z łatwością by go oderwała. Więc jeśli cokolwiek krążyło wokół Księżyca, musiało być wytworem inteligencji celowo tam umieszczonym. Wszelkie próby zaobserwowania tej hipotetycznej "stacji" sprzed wieków spełzły na niczym, chociaż...? 9 lutego 1982 r., podczas stanu wojennego, gdy nikomu nie przyszło nawet na myśl, żeby obserwować pełne zaćmienie Księżyca widziane w Warszawie, tzw. "Grupa Badań UFO" zauważyła przez dwudziestokrotną lunetę obcy obiekt znajdujący się w kierunku "odsłonecznym" Księżyca, tj. po stronie przeciwnej niż sierp naszego satelity zakrywanego cieniem Ziemi. Wówczas, niestety, nie mieliśmy możliwości sfotografowania tego obcego obiektu. Trzeba było czekać na powtórkę zaćmienia aż do 16 września 1997 roku. Tym razem nie przegapiliśmy okazji. O godzinie 19.34 przez 4 sekundy naświetlano niskoczułą błonę fotograficzną (jest ona zdolna wychwycić i zarejestrować niewidzialną dla oka podczerwień), fotografując to samo miejsce ze statywu przez teleobiektyw o ogniskowej 300 mm. Tym razem bez pudła! Nie mogliśmy jednak wiedzieć, jak daleko ten obiekt będzie się znajdował od zaciemnionej tarczy Księżyca i uchwyciliśmy go już prawie na krawędzi klatki - ale jest, w pięknej malinowej aureoli. Otrzymane w ten sposób zdjęcie jest z całą pewnością pierwszą na świecie fotografią obiektu, który znajduje się w kosmosie w tym samym miejscu co najmniej od 15 lat (biorąc pod uwagę poprzednie zaćmienie) i choćby z tego względu nie można go zaliczyć do kategorii "zwykłych UFO", które by już dawno stamtąd odleciało. Warto czasami popatrzeć na Księżyc, choćby przez lornetkę.


KOSMICZNY ORZECH DO ZGRYZIENIA
Wielu naukowców badających Księżyc nawet nie chce słyszeć o Kosmitach, bazach Obcych i o sztucznym pochodzeniu naszego satelity. Próbują znaleźć naturalne przyczyny zagadkowych zjawisk zachodzących na Srebrnym Globie. Jednym z nich są znajdujące się pod powierzchniami księżycowych "mórz" maskony (z angielskiego mas concentration) - wielkie skalne bryły, prawdopodobnie asteroidy, które niegdyś spadły w gorącą lawę i zastygły w niej. Owe maskony, dzięki swojej wielkiej masie, zwiększają siłę księżycowego ciążenia. Pytanie - dlaczego wszystkie 11 maskonów znajduje się po "naszej" stronie Księżyca, a także skąd się wziął jeden maskon ujemny - to znaczy taki, który zamiast zwiększać siłę ciążenia, osłabia ją! Jest też zagadką, dlaczego większość wielkich księżycowych kraterów (20) znajduje się po "naszej" stronie Srebrnego Globu, a tylko 3 z nich po stronie ciemnej. Nie mówiąc już o tym, że geolodzy w żaden sposób nie potrafią wyjaśnić, dlaczego kratery, różniące się tak bardzo rozległością - od kilkunastu centymetrów do kilkuset kilometrów średnicy - mają podobną głębokość. Astronomowie zastanawiają się, dlaczego tak wielki satelita naszej planety zachowuje się jak mała planetoida przechwycona przez olbrzyma. Czasem układ Ziemia-Księżyc bywa nazywany układem podwójnym, a to ze względu na zaskakującą wielkość naszego satelity. Jednak w przeciwieństwie do zwykłych układów podwójnych, oba ciała niebieskie nie obiegają wspólnego środka. Księżyc obiega Ziemię. Takich pytań bez odpowiedzi jest o wiele więcej. Księżycowe zjawiska ujawniają luki w naszej wiedzy i naprawdę dają się wyjaśnić jedynie dzięki fantastycznym hipotezom. Kto wie, może nie są one tak bardzo fantastyczne? Może tak naprawdę znamy już odpowiedź na większość tych i podobnych im pytań, tylko w nie nie wierzymy?

Potomkowie polskich Legionistów na Haiti.

Selus93 • 2013-03-01, 21:17
49
Gorąca i niebezpieczna wyspa na Karaibach odegrała w polskiej historii wyjątkową rolę. Tu Polacy walczyli, uprawiali magię i zdobywali królewskie korony.

Na przełomie XVIII i XIX wieku na Haiti wybuchło powstanie czarnej ludności. Napoleon Bonaparte wysłał 3 brygady polskich żołnierzy z Legionów Polskich, aby stłumić rewoltę w najbogatszej francuskiej kolonii.




Żołnierze bez ojczyzny

Był początek września 1802 roku, gdy na nabrzeże w Port-au-Prince wysiadali żołnierze w niebiesko-czerwonych mundurach. Przybyłym posiłkom przyglądał się zdegustowany generał Charles V. E. Leclerc. Młody dowódca francuskich wojsk kolonialnych dostrzegł blade twarze i wybrakowane uzbrojenie swoich nowych podwładnych. Nie miał jednak wyboru – musiał natychmiast rzucić tych ludzi do walki w głębi haitańskiej dżungli.
Trzy miesiące później generał Leclerc (prywatnie szwagier samego Napoleona) nie żył. Umarł na żółtą febrę. Ta sama choroba zaczęła dziesiątkować szeregi żołnierzy Legionów Polskich (przemianowanych na 2. i 3. półbrygadę polską). W ciągu kolejnych dwóch lat tropikalne choroby zabiły znaczną część Polaków. Inni zginęli w walkach. Tylko kilkuset udało się wrócić do Europy.
Źródła historyczne w sprzeczny sposób opisują zachowanie Polaków mających wyruszyć na Haiti. Jedni pamiętnikarze podają, iż Polacy obawiali się wyjazdu – a inni, że reagowali na wyprawę z entuzjazmem. Jednak prawdopodobnie legioniści po prostu mieli na ten temat różną opinię.
Odmienność zdań wynikała z sytuacji Legionów Polskich w 1802 roku. W Europie panował akurat chwilowo pokój. Wydawało się, iż Napoleon spełnił już swoje ambicje, a tym samym nie ma szans na marsz w kierunku Polski. Sprawa naszego kraju była wówczas całkowicie przegrana.
Jedni polscy żołnierze uważali więc, że dalsza służba nie ma sensu. A tym bardziej służba na końcu świata, połączona z walką przeciwko pragnącemu wolności ludowi. Lecz inni legioniści sądzili, iż – skoro i tak nie mają perspektyw – to dobrze zaznać przygody w egzotycznym kraju oraz zdobyć trochę łupów.
Niezależnie od osobistych refleksji, tysiące Polaków zaokrętowano w Kadyksie i Genui, po czym w dwóch rzutach dostarczono na Haiti. A tam znaleźli się w zielonym piekle.
Rzeź w dżungli
Wojna we francuskiej kolonii trwała już od dziesięciu lat i z każdym rokiem stawała się coraz bardziej brutalna. Murzyńscy powstańcy torturowali jeńców i rżnęli piłami kolonistów. Francuskie wojska stosowały wynalazek Rewolucji, czyli ludobójstwo przeprowadzane nowoczesnymi środkami. Haitańczyków truto oparami kwasów oraz topiono na specjalnych barkach (patent z Wandei).
Polacy, schorowani i zdemoralizowani, nie mieli ochoty ani na walkę, ani na dokonywanie masowych mordów. Dzięki temu Haitańczycy szybko nauczyli się rozróżniać Polaków od Francuzów – tych pierwszych nie zabijali od razu po wzięciu do niewoli.
Polacy nie chcieli się bić, ale czasem nie mieli żadnego wyboru. Zwłaszcza wówczas, gdy w końcowym okresie wojny inicjatywa znalazła się w rękach Murzynów. Legioniści dzielnie bronili powierzonych im placówek, często samotni w obliczu przeważających sił nieprzyjaciela. Z tego okresu pochodzi przejmujący samobójczy list polskiego oficera. Jasiński, dowódca okrążonego polskiego batalionu, tak pisał w swych ostatnich słowach:

"Pierwszy Konsul nagrodził dzielne Legiony Polskie, które przelały tyle krwi dla Francji za francuską sprawę i dzięki jej wrogom uzyskały tyle niezbitych dowodów swej odwagi – wysyłając je na Santo Domingo; ale tu również, walcząc z dzikim, barbarzyńskim narodem okazały niewdzięcznej Francji, że wypełniają swe zobowiązania. Widząc się otoczonym przez ponad 3 tysiące Murzynów nie sądzę, bym mógł utrzymać się z tak małym oddziałem. Wolę więc, zamiast wpaść w ręce dzikiego ludu walczącego o swą wolność, sam odebrać sobie życie."


Wyspa została całkowicie odcięta przez brytyjską flotę. Anglicy bez problemu dostarczali Haitańczykom broń i zaopatrzenie oraz odbierali jeńców. W ten sposób setki Polaków znalazło się w obozach na Jamajce, ale też w szeregach brytyjskiej armii. A niektórych naszych rodaków po prostu odstawiono na hiszpańską Kubę – gdzie zajęli się piractwem.



"Polskie plemię"

Nie wszyscy legioniści zginęli lub trafili do straszliwej niewoli. Na Santo Domingo szybko narodziła się legenda o Polakach walczących po stronie Haitańczyków. Nieliczni ocaleli francuscy jeńcy twierdzili, iż u boku czarnego generała Dessalinesa służyła gwardia złożona z białych żołnierzy. Ponoć było ich ponad stu.
Już w XIX wieku uważano te opowieści za mit. Lecz prawdziwość wieści o polskiej gwardii wodza haitańskiego powstania potwierdziły późniejsze wydarzenia na wyspie. Gdy w 1804 roku Francuzi opuścili Haiti, rząd nowopowstałego państwa uczynił dwie rzeczy w celu uhonorowania swoich polskich sojuszników. Po pierwsze, do konstytucji wpisano zapis, iż każdy Polak może natychmiast otrzymać obywatelstwo Haiti – jeśli tylko sobie tego zażyczy (prawo to obowiązywało aż do lat siedemdziesiątych XX wieku). Po drugie, polskim weteranom nadano ziemię wokół miejscowości Cazale.

Polacy z czasem wymieszali się z lokalną ludnością. W ten sposób na Haiti powstało "polskie plemię". Na jego reprezentantów natknęli się nowi polscy żołnierze, którzy po 200 latach wrócili na wyspę – komandosi GROM. Przebywający na misji ONZ wojskowi ze zdziwieniem skonstatowali, że w Cazale nadal mieszkają Mulaci posiadający polskie nazwiska i przeklinający w mowie Reja oraz Kochanowskiego.
Wielu z nich ma wyraźne europejskie rysy.


Król Faustyn II

Jednakże Haitańczycy polskiego pochodzenia nie mieszkali tylko w Cazale. Mógł o tym się przekonać Faustin Wirkus, sierżant amerykańskiego korpusu marines. W 1925 roku, gdy Haiti znajdowało się pod okupacją USA, przełożeni wysłali Wirkusa na położoną naprzeciw Port-au-Prince wyspę Gonave. Żołnierz miał tam zorganizować lokalną administrację. Szło mu kiepsko do chwili, kiedy tubylcy zorientowali się, że Wirkus jest z pochodzenia Polakiem.

Dla miejscowych było to objawienie. Jak się okazało, mieszkańcy Gonave wywodzili się od polskich legionistów. I wierzyli w legendę o Polaku, który przybędzie nad nimi panować w zastępstwie zmarłego władcy Faustyna I. Natychmiast ogłosili Faustina Wirkusa królem, a ten… przyjął tron. Przez cztery lata rządził Królestwem Gonave jako Faustyn II.

Wirkus zgromadził wokół siebie cały harem Mulatek. Nazwiska dwóch najważniejszych nałożnic brzmiały swojsko – Maria Korzel i Andrea Rybak. Polski król panowałby zapewne szczęśliwie aż do śmierci, ale w końcu przypomnieli sobie o nim Amerykanie. Przysłana inspekcja zastała sierżanta marines otoczonego wianuszkiem kobiet i odprawiającego rytuał voodoo. Wirkusa wyrzucono z armii i odesłano do USA.



Czarna bogini

Sierżant nie był pierwszym Polakiem na Haiti praktykującym voodoo. Ponoć w tubylczych obrzędach brali udział także legioniści. Czy tak było – nie wiadomo z całą pewnością. Pewne jest za to, że Polacy wzbogacili lokalny panteon o nową boginię.Podobiznę Czarnej Madonny znajdziemy w prawie każdej świątyni na Haiti, bo Erzuile Dantor jest jednym z najważniejszych bóstw w religii vodou. Jej wizerunki zamorscy żołnierze przywieźli ze sobą i obdarzali wielką miłością. Do dziś kapłani voodoo czczą Ezili Dantor – bóstwo kobiecości i płodności. Jest ona przedstawiana jako ciemnoskóra kobieta trzymająca dziecko.



































Rozmiar głodu we współczesnym świecie

kunafis • 2013-03-01, 17:52
15
Tak z ciekawości (info ze studiów)

- Co 3,6 ktoś umiera z głodu

- Ok. 815 milionów ludzi w świecie cierpi głód i niedożywienie

- Tylko 32 z 99 badanych przez FAO krajów rozwijających się zanotowano w minionych 10 latach spadek ilości niedożywionych.

- 1/12 ludzi na świecie choruje z niedożywienia, w tym 160 milionów dzieci poniżej 5 roku życia

- Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) 1/3 ludności świata jest dobrze odżywiona 1,3 jest niedożywiona a 1/3 głoduje

- Na subkontynencie indyjskim żyje połowa głodujących ludzi na świecie. Afryka i Azja 40% Reszta Ameryka Łacińska

- 3 miliardy ludzi na świecie usiłuje przeżyć za 2 dolary dziennie. Blisko 1/4 ludzi żyje za mniej niż 1 dolar dziennie, tymczasem aktywa 358 miliarderów przewyższają łączne dochody roczne krajów, które zamieszkują 45% ludności świata. Suma aktywów trzech najbogatszych ludzi świata jest większa niż łączny PKB wszystkich krajów najmniej rozwiniętych.

- 18 tys. dzieci dziennie umiera z głodu.

- Za cenę jednego pocisku rakietowego szkoła głodnych dzieci mogłaby przez 5 lat wydawać codzienny posiłek południowy.

- Aby pokryć niezaspokojone potrzeby świata w zakresie higieny i żywności, wystarczy 13 miliardów dolarów, tyle ile ludzie w USA i Unii Europejskiej wydają co roku na perfumy. :lodowka:
X