Historia jednej fotografii: Sęp i głodujące dziecko

truskawkowabuba • 2013-03-02, 22:37
33
Nie znalazłam na Sadisticu nic na temat tego zdjęcia, więc dodaję, ba, nie znalazłam nawet podobnej serii o historii pochodzenia niektórych ciekawych fotografii, więc niewykluczone, że dodam coś jeszcze z tego cyklu ;) .

Zapraszam do lektury ;) .

Sudańska dziewczynka chwiejmy krokiem zmierza do punktu żywnościowego. Trudno ocenić jej wiek. Nie jest chuda, jest przerażająco wychudzona. Ciemna skóra opina się na drobnym szkielecie, który z trudem dźwiga nieproporcjonalnie dużą główkę. W pewnym momencie braknie jej sił, przykuca na środku wypalonej słońcem łąki. Jest głodna, wycieńczona, odwodniona. Bez opieki.
Bacznie przygląda jej się sęp, ptaszysko z ogromnymi skrzydłami i zakrzywionym dziobem. W tej scenie wygląda niczym stwór z piekieł. Na dziecko zwrócił uwagę również Kevin Carter, młody, lecz popularny już fotoreporter z RPA. Przyleciał tu wraz ze znajomym fotografem Joao Silvą, podpięli się pod ekipę z ONZ. Nigdy wcześniej nie widział na własne oczy ofiar klęski głodu.

Kevin z aparatem przy twarzy czeka, aż sęp, szykując się do ataku, rozłoży skrzydła. Taki obraz poruszyłby miliony, wyrył się w pamięci każdego człowieka, który zobaczyłby to zdjęcie. Byłby jak oskarżycielski palec wymierzony w każdego, kto bez opamiętania zanurza się w konsumpcyjnym stylu życia. We mnie, w Ciebie, w nich.

Ptaszysko jednak tylko obserwuje, ani drgnie. Jest cicho. Ta cisza musi być przerażająca, trudniejsza do zniesienia niż najbardziej natarczywy hałas. Carter po 20 minutach nie wytrzymuje napięcia i robi mniej efektowną fotografię niż planował. Nie szkodzi, to zdjęcie i tak wstrząśnie światem. Ten bezruch zapiera dech w piersi.



Po wykonaniu zdjęcia przegonił sępa, lecz nie udzielił dziewczynce jakiejkolwiek pomocy. W jednym z późniejszych wywiadów wspominał, iż po zrobieniu fotografii usiadł pod drzewem, modlił się i długo płakał myśląc o swojej małoletniej córce. A co stało się z dziewczynką?

Kilkanaście dni potem zdjęcie to ukazało się na okładce „New York Timesa” i bardzo szybko zostało przedrukowane do wielu dzienników na świecie. Czytelnicy zaczęli zasypywać redakcję pytaniami o los dziewczynki, a organizacje humanitarne otrzymały datki od tysięcy ludzi poruszonych losem sudańskich cywilów. Kiedy Carter przyznał w końcu, że nie udzielił pomocy dziewczynce, spadła na niego ogromna fala krytyki. Zdjęcie wywołało dyskusje na temat standardów etycznych w zawodzie fotoreportera. Krytykę odpierali obrońcy Cartera, którzy stwierdzili, że jeszcze nigdy jedno zdjęcie nie wywołało takiej masowej reakcji społecznej i zwiększenia wrażliwości na problemy żywieniowe krajów Trzeciego Świata. Tysiące ludzi, pod wpływem tego zdjęcia, zdecydowały się na przesłanie określonej pomocy materialnej dla dotkniętych klęską głodu Sudańczyków.

Za zdjęcie "Dziewczynki z sępem" Kevin Carter w 1994 roku otrzymał prestiżową nagrodę Pulitzera. W tym momencie droga do dalszej kariery stała dla niego otworem. Niestety, wydarzenia, których był świadkiem w Sudanie, silnie odbiły się na jego psychice. Fotoreporter coraz częściej sięgał po używki, nie wywiązując się ze swoich obowiązków. Kolejnym silnym przeżyciem była dla niego tragiczna śmierć jego bliskiego przyjaciela Kena Oosterbroeka, również fotoreportera. Zginął on jako przypadkowy świadek strzelaniny. Carter zdawał sobie sprawę, że on sam również mógł zginąć, gdyby kilka godzin wcześniej nie udał się do hotelu. Popadł w głęboką depresję. 27 lipca 1994 roku popełnił samobójstwo.

W chwili śmierci Carter miał 33 lata. Osierocił córkę. Przed śmiercią napisał kilka pożegnalnych słów do rodziny i bliskich. Carter był znany w środowisku jako osoba wrażliwa i uczuciowa. W wywiadzie dla gazety "The New York Times" Jimmy Carter, ojciec fotografa, powiedział, że "syn zawsze nosił w sobie koszmary pracy, którą wykonywał".

W swym liście pożegnalnym fotograf napisał: "Jestem załamany. Bez telefonu, bez pieniędzy na czynsz i na alimenty. Prześladują mnie żywe obrazy zabitych i cierpiących; widok ciał, egzekucji, rannych dzieci. Odszedłem, i jeśli będę miał szczęście, dołączę do Kena".

Kevin Carter nie popełnił samobójstwa z powodu widma małej sudańskiej dziewczynki, której nie wyciągnął w piekła. Jego śmierć była efektem 11 lat życia na krawędzi, które odbiło się na nim i jego bliskich oraz odejścia najlepszego przyjaciela. W pełni poświęcił się dla pokazywania światu jego brutalniejszej strony.

Dzięki zdjęciu Cartera oczy świata na chwilę zwrócone były w kierunku pogrążonej w bratobójczych walkach i nędzy Afryki. Nastąpił też znaczny wzrost zainteresowań kwestią niedożywienia - opinia publiczna na całym świecie poruszona była tragedią tysięcy istnień ludzkich. Ale gdy opadły już emocje, o Sudanie znów jakby zapomniano. Obecnie - jak donosi ONZ - w kraju tym, z powodu głodu, cierpią ponad 4 miliony osób. Przyczyna takiej sytuacji jest niezmiennie taka sama - susza i nieustający konflikt wewnętrzny.

Źródła:
niewiarygodne.pl
politykaglobalna.pl

Księżyc i jego tajemnice

pietro18klawisz • 2013-03-02, 12:17
71
Temat dość ciekawy jak i zarazem kontrowersyjny.

NASA ukrywa przed światem dziejową tajemnicę
Naturalny satelita Ziemi od lat jest źródłem wielu dywagacji. Prowadzą one do powstawania wielu - mniej lub bardziej dziwnych - teorii dotyczących jego historii. Bólu głowy mogą przysporzyć kolejne, wykluczające się często hipotezy dotyczące powstania Księżyca, lądowania na nim człowieka, a nawet starożytnych cywilizacji, które niegdyś rzekomo go zamieszkiwały.

Wielu obserwatorów sugeruje, że świat już dawno mógłby zapoznać się z prawdą dotyczącą Srebrnego Globu, a odpowiedzialność za to, że tak się dotąd nie stało ponosi NASA, która starannie maskuje kolejne fakty. Czy rzeczywiście coś jest na rzeczy, a jeśli tak, to czy poznamy kiedyś prawdę na temat Księżyca?

Wśród najbardziej kontrowersyjnych teorii dotyczących Księżyca, które pojawiły się dotąd znajdziemy tą, która zakłada, że człowiek nigdy nie postawił na nim stopy. Ale też inną, dość surrealistyczną wersję, która głosi, że jedną z pierwszych osób, które dotarły na Księżyc był Hitler, który na Srebrnym Globie stanąć miał dzięki supernowoczesnej technologii rozwijanej przez nazistów.



Wśród narzędzi, które miały pomóc mu się tam dostać znajdują się: pocisk rakietowy V2 oraz samolot myśliwski Messerschmitt Me 262.



Ale odkładając na bok temat dotyczący ucieczki fuhrera na Księżyc, nie można zapomnieć, że znawcy zgłębiający tajemnice kosmosu wysuwają inne, niemniej kontrowersyjne wnioski.

Jednym z nich jest ten zakładający, że Księżyc był w przeszłości zamieszkiwany przez cywilizację, która pozostawiła po sobie całe dziedzictwo. Wskazywać miałyby na to dziwne ryty odnajdywane regularnie na jego powierzchni, a także dziwne przedmioty, które z pewnością nie są pochodzenia ziemskiego.



"To czego NASA nie mówi ludziom, to informacje dotyczące odkrycia pozostałości starożytnej księżycowej cywilizacji. Do dnia dzisiejszego zarówno same informacje, jak i artefakty są starannie ukrywane przed narodem amerykańskim." - mówi bez ogródek cytowany przez portal AOL Richard C. Hoagland, były konsultant NASA i kurator w Springfield Science Museum w Springfield. "Fotografie orbitalne wyraźnie pokazują skalę starożytnych ruin, które pozostały na Księżycu.

Już zdjęcia powierzchni Księżyca wykonane przez astronautów pokazały wyraźnie przykłady anomalii, które wyjaśnić można w jeden sposób - są starożytnymi pozostałościami po tworach powstałych dzięki użyciu zaawansowanej technologii."



Richard C. Hoagland, który był także konsultantem stacji CBS podczas kolejnych misji realizowanych przez NASA w ramach programu Apollo, od lat podkreśla, że w trakcie kolejnych wypraw człowieka na Księżyc oraz w czasie misji bezzałogowych, naukowcom udało się zgromadzić cały arsenał dowodów potwierdzających jego teorie.

Z jakiegoś powodu przedstawiciele amerykańskiej agencji kosmicznej pozostają głusi na apele swojego byłego konsultanta, wzywające ich do przekazania światu prawdy.



W książce pt.: "Dark Mission: The Secret History of NASA", której współautorem jest właśnie Hoagland pojawiły się sensacyjne doniesienia na temat wielkich szklanych konstrukcji, które znajdują się na Księżycu oraz tajemniczych struktur o charakterystycznej geometrii. - poinformował AOL.

Informacje te można by włożyć między bajki, a Hoaglanda nazwać niegroźnym szaleńcem, gdyby nie fakt, że w swoich wypowiedziach oraz publikacjach opiera się on często na oficjalnych dokumentach NASA. W jednym z raportów, który powstał na zlecenie amerykańskiej agencji w 1960 r. pojawia się informacja, która może wskazywać na to, że naukowcy spodziewali się odkrycia na Księżycu oraz innych planetach Układu Słonecznego tajemniczych rekwizytów obcego pochodzenia.



W raporcie sporządzonym przez "Brookings Institution" na zlecenie NASA znaleźć możemy takie oto stwierdzenie:

"Jeśli w ciągu najbliższych 20 lat nie dojdzie do spotkania "twarzą w twarz" z przedstawicielami obcych cywilizacji, to można się spodziewać, że artefakty pozostawione niegdyś przez te formy życia zostaną odkryte dzięki naszej aktywności na Księżycu, Marsie i Wenus."

Zdaniem Hoaglanda NASA ukrywa prawdę przed światem, ponieważ uważa, że ludzie nie są gotowi na to, by ją poznać. Większość astronautów nazywa jednak hipotezy Hoaglanda nonsensownymi.

Na to, że słowa Hoaglanda nie do końca pozbawione są jednak sensu mogą wskazywać pojawiające się każdego roku doniesienia. W grudniu ub.r. świat obiegła informacja, że w trakcie pierwszej wysłanej przez Indie na Księżyc bezzałogowej misji kosmicznej zebrano próbki zawierające materię organiczną zawierającą węgiel.



To może wskazywać na trwający proces kształtowania się form życia albo... rozpad żyjących kiedyś formacji. Podobne obserwacje zostały poczynione wprawdzie już w 1969 r., podczas pierwszej załogowej misji na Księżyc. Astronautom z misji Apollo 11 udało się bowiem dostarczyć do analizy odpowiednie próbki, jednak z powodu braku odpowiedniej aparatury nie udało się wtedy ich zweryfikować.

Słowa, które pośrednio mogłyby wskazywać na prawdziwość argumentów Hoaglanda są też wyznania jednego z astronautów, który brał udział w pierwszej załogowej misji na Księżyc. Buzz Aldrin, który postawił stopę na Srebrnym Globie tuż po Armstrnogu powiedział podczas wywiadu, że w czasie dziejowej misji ujrzał w pobliżu Księżyca Niezidentyfikowany Obiekt Latający.

"Istota 20 lipca 1969 r. polega nie na tym, że człowiek po raz pierwszy dotknął powierzchni Księżyca, ale na tym, że zdaliśmy sobie sprawę z tego, że wszechświat jest zamieszkiwany także przez inne inteligentne istoty." - miał wg relacji boliijskiego dziennikarza powiedzieć Buzz Aldrin. Według relacji Noticias 24, Aldrin spotykał się również z andyjskimi mędrcami plemiennymi, z którymi dyskutował na temat tradycji starożytnych spotkań z obcymi cywilizacjami. Według wielu opinii, po incydencie z 1969 r. NASA uruchomiła procedury, które miały skutecznie ukryć przed opinią publiczną fakt spotkania z UFO załogi Apollo 11.




Alternatywna historia Księżyca

Człowiek oficjalnie postawił pierwszy raz swą stopę na Księżycu w 1969 roku, ale inni twierdzą, że na Księżyc w ogóle nie dotarliśmy, zaś wszystko jest wynikiem spisku. Pojawiają się jednak historie, w których Srebrny Glob jawi się jako teren zajęty przez inne inteligentne istoty, czego dowodem mają być przeróżne anomalie. Wśród czasem zabawnych historii pojawia się jednak nuta kontrowersji, jak i prawdziwej tajemnicy dotyczącej podboju naszego satelity.
____________________________
Philip Coppens

Satelita Ziemi, który raz na miesiąc obiega naszą planetę, od wieków powodował u ludzi lunatyzm. Istnieje wiele historii, które odzwierciedlają nasze zainteresowanie białym dyskiem, który nocą rozświetla nasze niebo. Wprowadzenie nowego sprzętu pozwoliło ludzkości przypatrzeć się Księżycowi bliżej. Anglik Sir John Herschel przypatrując się mu w czasie zaćmienia dostrzegł na jego powierzchni dziwne obiekty. Jak mówił, widział światła, które zdawały się poruszać. Już w 1788 roku astronom o nazwisku Schroeter zaobserwował niewielkie „wybrzuszenia” na powierzchni Srebrnego Globu. Twierdził, że to ślady aktywności „Selenitów” – mieszkańców Księżyca. Inni astronomowie tamtej epoki mówili o obserwacjach dziwnych zjawisk i struktur świetlnych przypominających te z Ziemi. W 1869 roku Królewskie Towarzystwo Astronomiczne rozpoczęło trzyletni plan badania anomalnych świateł widzianych w części Księżyca o nazwie Mare Crisium – Morze Przesileń.

Choć działo się to wszystko na wiek przez lotem Apollo 11, nie był to pierwszy ani ostatni raz, kiedy uwaga kierowała się na Mare Crisium. 29 lipca 1953 roku John J. O’Neill – redaktor naukowy „New York Herald Tribune” poświęcał swój wolny czas na obserwację naszego satelity przez teleskop. Na obszarze Morza Przesileń zauważył on most, który jak oszacował, miał ok. 25 km długości. O’Neill mówił o tym w raczej spokojnym tonie sugerując, że mógł być to „naturalny most”, który w jakiś sposób niespodziewanie powstał. Doniósł on o swych odkryciach Stowarzyszeniu Obserwatorów Księżyca i Planet, jednak jego relacja została wyśmiana, a on padł ofiarą szyderstw. Mimo to miesiąc później legendarny astronom dr H.P. Wilkins potwierdził znalezisko O’Neilla, podobnie jak Patrick Moore.



Mare Crisium

W latach 70-tych XX wieku NASA zapragnęła zbadać zjawisko określane jako LTP – krótkotrwałe zjawiska księżycowe (ang. Lunar Transient Phenomena), które obejmowały niespodziewanie pojawiające się obiekty na powierzchni naszego satelity. Projekt nie przyniósł większych sukcesów, lecz mimo to NASA zaoferowała wyjaśnienie tych zjawisk. Odpowiadać za nie miały gazy uciekające z lawy, których pojawienie się pociągało za sobą istnienie świetlnych efektów. Nie była to ani poprawne, ani jedyne wyjaśnienie, choć w grę wchodzą wszystkie możliwości.

Niezidentyfikowane zjawiska świetlne nie były jednak zjawiskiem nowym. Astronomowie już je znali. Czym jednak są? Czy wyjaśnienia NASA mówiące, że to czysto naturalne zjawisko, są poprawne? A może jest to dowód na obecność pewnej formy inteligencji na Księżycu?

Brytyjski badacz UFO Timothy Good wspomina historię przytoczoną przez „pewnego profesora”, którego nazwiska nie podaje a który współpracował z brytyjskim wywiadem. Wiąże się ona z rozmową z Neilem Armstrongiem, do której doszło w czasie konferencji NASA, kiedy profesor podpytywał go o to, co rzeczywiście miało miejsce w czasie misji Apollo 11. „To było niesamowite” – miał mówić Armstrong. „Oczywiście wiedzieliśmy, że taka możliwość istniała, ale jeśli tak, ostrzeżono by nas. Od tego czasu oddaliła się od nas możliwość budowy stacji kosmicznej czy też miasta na Księżycu.” Profesor miał zapytać Armstronga, co oznaczać miało „ostrzeżenie”. „Nie mogę podawać szczegółów, za wyjątkiem tego, że ich statki wyprzedzają nasze, zarówno pod względem naukowym, jak i technologicznym… Chłopie – one były wielkie i… przerażające. Nie, nie ma możliwości, aby powstała tam stacja kosmiczna” – miał powiedzieć astronauta. Profesor dodał, że kolejne wyprawy na Księżyc nie mogły się nie odbyć, bowiem w przypadku powiedzenia prawdy, istniało ryzyko wywołania paniki. Okazało się, że Armstrong zaprzeczył potem, że jakakolwiek podobna rozmowa miała miejsce.

Na kilkanaście lat przed podróżą Armstronga świat poznał związane z Księżycem kolejne kuriozum. George Adamski – protoplasta tzw. kontaktowców twierdził, że spotkał istoty pozaziemskie, a nawet odbył podróże w ich statkach. Ów urodzony w Polsce mężczyzna twierdził, że w czasie podróży na Księżyc widział rosnące na jego powierzchni rośliny i przemierzające go zwierzęta. W sierpniu 1954 roku Adamski widzieć miał wielkie hangary i stacjonujące w nich pojazdy. Kolejna barwna postać na tym polu, którą był Howard Menger, widzieć miała na Księżycu budynki. Wyobraźnia Mengera nie znała granic – pozwolono mu wykonać ich fotografie, które umieścił potem w swej książce. Wspominał on także, że na Księżycu spotkał wielu gości, w tym Rosjan, Japończyków i Niemców.



Odchodząc od tych jakże niewiarygodnych opowieści wskazać należy na fakt, że na kilkanaście lat przed pojawieniem się osób, jak Adamski czy Menger, plany budowy na Księżycu bazy nie były odległą fantastyką. Nazistów zawsze interesował podbój, w tym kosmosu. Zwolennicy bajecznych teorii spiskowych przytaczają czasem opowieść o rzekomej wyprawie Niemców na Księżyc, którzy przy pomocy odpowiedniej rakiety mieli dostać się tam już w latach 40-tych. NASA miało wiedzieć o ich przedsięwzięciu, ale wolała o tym milczeć. Najwyraźniej mieszkańcy niemieckiej bazy nie potrzebowali kombinezonów – wystarczyło im zwyczajne odzienie. Mieli oni także podróżować na Ziemię. Aby zaokrąglić historię wspomina się także o wykonanych przez Nazistów tunelach znajdujących się pod powierzchnią Srebrnego Globu, w których jego pierwsi amerykańscy zdobywcy mieli spędzać noce.



Jedna z anomalnych struktur na Księżycu


Wszystkie te historie jakże dalece odbiegają od rzeczywistego i bardziej „przyziemnego” zadania, jakim była wyprawa na Księżyc. Mimo wszystko istnieją pewne tajemnice związane z tym przedsięwzięciem, które zawsze intrygowały naukowców. Tytułowa strona wydania „Washington Post” z 2 listopada 1966 roku zawiera nagłówek o „sześciu tajemniczych cieniach” przypominających figury sfotografowanych przez Lunar Orbiter 2. Sfotografował on obszar o powierzchni ok. 30 na 50 km kwadratowych. Zdjęcie ukazuje rzekomo 6 lub 7 „wież” wznoszących się ponad obszar o nazwie Mare Tranquilis tworzących specyficzny geometryczny układ. Ich szpiczasty cień sugerował, że miały kształt piramid lub spodków. Jedna ze struktur mierzyła 213 metrów. Mimo to NASA uznała, że fotografie nie ukazują niczego ciekawego. Prawdopodobnie, aby spowodować zmieszanie wśród Amerykanów, radziecki naukowiec Aleksander Abromow stwierdził, że Luna 9 po lądowaniu na Księżycu 4 lutego 1966 roku wykonała zdjęcia dziwnych struktur. „Lokacja tych księżycowych obiektów da porównać się z lokalizacją piramid w Gizie. Czubki tych wież zdają się mieć ten sam wzór, co czubki piramid."



Dziesięć lat później George Leonard opublikował książkę pt. „Somebody Else in our Moon” („Ktoś inny na naszym Księżycu”). Autor twierdził, że dokonał szczegółowej analizy archiwów NASA, gdzie odkrył także zdjęcia z pierwszych bezzałogowych misji na Księżyc. Tropem Leonarda poszedł Fred Steckling, który w 1981 roku wydał „We Discovered Alien Bases on the Moon” („Odkryliśmy obce bazy na Księżycu”). Była to analiza 125 fotografii, na których autor dopatrzył się „dowodów” na istnienie na Srebrnym Globie budynków i innych obiektów. Większa część tej publikacji wykorzystał ponownie David Hatcher Childress w książce „Extraterrestrial Archeology” („Pozaziemska archeologia”).

Rzeczywiście – wiele ze zdjęć użytych w książce wskazuje na anomalie na powierzchni Księżyca. W latach 80-tych Leonard przekazał swój dorobek badawczy Jamesowi Sylvanowi, który poddał go ponownej analizie. Sylvan materiał przekazał następnie Richardowi Hoaglandowi, który zajmował się pisaniem o dziwnych obiektach na fotografiach z Marsa. Szczególna uwaga zwrócona została na księżycowy krater Ukert. Hoagland skontaktował się w jego sprawie z dr Brucem Cornetem, chcąc skonsultować z nim fakt, że krater zawiera w sobie trójkąt. Cornet potwierdził, że nie może być to twór natury i wszystko wskazuje na jego sztuczne pochodzenie. Naukowiec orzekł także, że struktura nazywana „skorupą” widoczna na fotografii Lunar Orbitera III z 1967 roku była najlepszym dowodem na to, że na Księżycu znajdują się równie ciekawe, co tajemnicze struktury o sztucznym pochodzeniu. „Skorupa” mierzyła ponad 1.5 km wysokości. Jak mówił Cornet, jeśli byłaby tworem naturalnym, byłaby również swoistym cudem zaprzeczając wszelkim znanym wzorcom erozji. Co więcej, na szczycie struktury znajdowała się również znacznych rozmiarów „wieża”. Tworzenie tak wielkich konstrukcji miało być możliwe dzięki mniejszemu oddziaływaniu grawitacyjnemu na Księżycu. Hoagland i jego towarzysze orzekli nawet, że wieża widziana była przez Armstronga i innych astronautów… a nawet została przez nich sfilmowana. Wszystkie struktury wykonane miały być ze szkła. Choć na Ziemi jest ono kruche, w próżni nabiera właściwości podobnych do stali.



Co zatem więcej powiedzieć możemy o tych historiach? Niestety większość zdjęć przedstawiających rzekome struktury jest w najlepszym przypadku złej jakości, a w najgorszym z kolei nie da się ich oglądać. Jeśli chodzi o Herschela i jego księżycowe odkrycia, wszystko wydaje się być fałszerstwem napędzanym przez prasę. W sierpniu 1835 roku „The New York Sun” opublikował artykuł o astronomie, który od razu wzbudził podejrzenia. 29 sierpnia pojawiły się zarzuty o oszustwo, które przypisywano pracującemu dla gazety Richardowi Adamsowi Locke. Gazeta nigdy nie przyznała się do umyślnego fałszerstwa.

Tak samo jest z wszystkimi podobnymi historiami, gdzie wszystko wymaga otwartości i prawdy. Na Księżyc zatem powrócić możemy wtedy, kiedy porównamy i rozsądzimy dwie wersje historii – oficjalną i alternatywną.

http://www.infra.org.pl/wiat-tajemnic/2012-i-teorie-spiskowe/572-alternatywna-historia-ksiyca


Tajemnica krateru Ciołkowskiego

Ken Johnston nauczył się latać odrzutowcem w czasach kiedy był żołnierzem US Marine Corps w latach 60-tych. Latanie szło mu tak dobrze, że został on później jednym z 5 pilotów, których oddelegowano do pracy z astronautami w Houston, uczestniczącymi w programie Apollo. Pomagał astronautom opanować lot modułem księżycowym. Był nawet dyrektorem testów modułu TS5, na którym ćwiczyli wszyscy astronauci, lądujący później na Księżycu. Od 1969 roku Ken Johnston kontrolował także wszystkie dane – włączając w to fotograficzne informacje – jakie astronauci wysyłali na Ziemię podczas lotów na Księżyc. Obecnie jest on emerytem i nie jest związany z NASA, co pozwala mu mówić o rzeczach, o których nie wolno było mu wspominać wcześniej.



Po nieudanej misji Apollo 13, przez ręce Kena Johnstona przechodził cały materiał fotograficzny jaki zarejestrowano podczas kolejnych księżycowych wypraw. Johnston katalogował przesłane materiały i segregował je w taki sposób, aby były łatwe do odnalezienia podczas analizy naukowej danego obszaru Księżyca. Każde zdjęcie powierzchni Księżyca jest fascynujące i Johnston często przyglądał im się długo, zaspokajając własną ciekawość.

Podczas lotu kosmicznego Apollo, przez ręce Johnstona przechodził zapis filmowy na żywo tego, co obserwowali astronauci. Jedne z najbardziej interesujących zdjęć pochodziły z orbitera Apollo 14, który w oczekiwaniu na moduł lądujący, krążył dookoła Księżyca na wysokości nie większej niż 80 km od jego powierzchni, i filmował powierzchnię Srebrnego Globu. Taka wysokość gwarantowała doskonały widok wszystkiego co znajdowało się na powierzchni Księżyca. Do filmowania użyto wówczas 16 mm kamery sekwencyjnej, zapisującej obraz podzielony na poszczególne stop klatki. Kamer takich używano w armii amerykańskiej na bombowcach, gdzie fotografowała ona moment uderzenia bomb w wyznaczony cel. Kamera tworząc film fotografowała każdą klatkę z osobna przez co dokładność takich zdjęć była ogromna. Znalazła więc pożyteczne zastosowanie podczas wyprawy na Księżyc. Szczególnie interesująca była ciemna strona Księżyca, której nie można dojrzeć z Ziemi. Jedyne znane wówczas fotografie niewidocznej części Księżyca dokonała satelita Clementine, ale zdjęcia jakie zrobiła ze swojego pokładu nigdy nie zostały opublikowane.
Zdjęcia z orbitera Apollo 14 zostały wydobyte mniej więcej już po pierwszym tygodniu kwarantanny statku kosmicznego (każdy pojazd kosmiczny przechodził kwarantannę ze względu na możliwość przywleczenia na Ziemię obcych bakterii). O film poprosił niejaki dr Page, który musiał mieć specjalne uprawnienia aby dotrzeć do objętego klauzulą „ściśle tajne” laboratorium fotograficznego. Page’owi towarzyszyło 7 nieznanych Johnstonowi naukowców i wszyscy razem obejrzeli film, na którym można było obejrzeć powierzchnię ciemnej strony Księżyca.
Szczególne zainteresowanie oglądających wzbudził pokryty w połowie cieniem krater Ciołkowskiego. Krater ten należy do średnich rozmiarów (185 km średnicy) a w jego cieniu można było dostrzec przestrzeń, na której stało 5 przezroczystych kopuł, z których wydobywało się światło i coś co przypominało smużkę pary. Para wskazywała na działanie wentylatora, który stał w centralnej części przestrzeni jaką zajmowały kopuły. Już na pierwszy rzut oka wszystko wskazywało na wyrafinowaną i zaawansowaną technologicznie konstrukcję. W tym momencie dr Page nakazał zatrzymanie projekcji i cofnięcie filmu. Moment w którym widać było przezroczyste kopuły oglądano wielokrotnie. Dzięki temu, że zdjęcia nakręcono kamerą sekwencyjną można było dokonywać zbliżeń i oddaleń obiektów. „I co o tym myślicie chłopaki? Jest prawdziwe? Co?” w ten sposób zwrócił się Page do ludzi których przyprowadził na projekcję. Odpowiedział mu gromki, nerwowy śmiech.

Ten sam film miał być pokazany następnego dnia innej grupie naukowców. Kiedy następnego dnia o świcie Johnston pojawił się w laboratorium, spotkał tam grupę ludzi w białych fartuchach retuszujących negatyw filmu. Najpierw dokonywali oni powiększeń poszczególnych klatek, zamalowywali na nich niektóre elementy i przetwarzali takie klatki później na główną kopię zapisu dokumentalnego lotu na Księżyc. Johnston naturalnie zapytał ich co tutaj robią na co roześmiany technik odpowiedział, że są zawodowymi striptizerami (gra słów oznaczająca rozbieranie się, ale także zdzieranie czegoś niepotrzebnego), na co jego zażenowana porównaniem koleżanka dodała, że malują horyzont Księżyca na zdjęciach, żeby odblask gwiazd nie mylił się z tym co jest na jego powierzchni. Johnston nie wiedział wtedy, że takiej obróbce poddano film, który pokazywał dzień wcześniej, ale wszystko stało się jasne, kiedy na ekranie pojawiły się zdjęcia krateru Ciołkowskiego i nie było w nim szklanych kopuł.

Zdumiony tym Johnston wyjął film ze szpuli i zaczął uważnie egzaminować taśmę w poszukiwaniu cięć sklejeń i zamalowań. Film był w jednej całości bez śladów dodatkowej obróbki co oznaczało, że w ciągu 24 godzin został wyretuszowany i sfilmowany na nowej kopii. Jakiś czas później Johnston zupełnym przypadkiem natknął się w budynku NASA na dr Page’a. Zapytał go wtedy co się stało ze szklanymi kopułami na Księżycu? Na co dr Page z kamienną twarzą odpowiedział, że nigdy ich tam nie było. Ken Johnston długo nie mógł wyjść z osłupienia.
W NASA zawsze panowała szczegółowa kontrola używanych tam materiałów i mediów. Nie można było zabrać ze sobą żadnej notatki, zdjęcia czy instrukcji obsługi. Po zakończeniu programu Apollo na teren budynku, gdzie pracowano nad projektem, wkroczył specjalny oddział FBI, który zabezpieczył całą dokumentację i zabrał w nieznanym kierunku.

http://nowaatlantyda.com/2011/09/28/tajemnica-krateru-ciolkowskiego/

Zakazana strefa na Księżycu

Pod koniec tego miesiąca, na Księżycu ma zostać wprowadzona pierwsza w historii strefa zakazu lotów!!! Powodem ma być uniknięcie zanieczyszczania rakietowym pyłem ściśle określonych historycznych miejsc na Srebrnym Globie.Te historyczne miejsca to oczywiście miejsca lądowania statków kosmicznych Apollo 11 i 17. NASA precyzyjnie wydzieliła 36 takich miejsc, do których nawet po wylądowaniu na Księżycu nie będzie się można zbliżać na odległość mniejszą niż 225 metrów.
Oczywiście takie zarządzenie nie ma mocy prawnej i nawet jeśli NASA uznaje sprzęt pozostawiony na Księżycu za swoją własność, to wg. Traktatu o Przestrzeni Kosmicznej – podpisanego i ratyfikowanego przez większość krajów świata w 1967 r. – Księżyc jest ciałem niebieskim, które nie posiada właściciela i dlatego tego typu zakaz można przyjąć jedynie jako rekomendację.
USA ma nadzieję, że przyszłe wyprawy na Księżyc zorganizowane przez inne kraje nie będą odwiedzać amerykańskiego lądowiska i np. zabierać pozostawionych tam szczątków jedzenia i nieczystości po to, by zbadać sposób zmutowania się bakterii po prawie 40 latach przebywania pod wpływem promieniowania kosmicznego. Podobnie rzecz się ma z innymi pozostawionymi przez amerykańskich astronautów przedmiotami, które dla znalazcy stałyby się cennym źródłem informacji na temat np. utleniania się metalu w warunkach księżycowych.

Decyzja o utworzeniu na Srebrnym Globie strefy wolnej od lotów, została podjęta po tym jak Google ogłosił sowitą nagrodę dla tych, którzy zdołają wylądować robota na Księżycu i będą w stanie pokonać nim dystans 500 metrów, robiąc przy tym zdjęcia księżycowego krajobrazu. Najwyżej oceniono by te zdjęcia, na których można byłoby zobaczyć miejsce lądowania pojazdów Apollo.
Zabezpieczenie historycznej wartości miejsca pierwszego lądowania na Księżycu, być może jednak niekoniecznie jest prawdziwym powodem tak radykalnej postawy NASA. Agencja wykazała przy swojej decyzji niezwykłą wręcz nerwowość, jakby obawiając się czegoś… No właśnie? Czego?

Z góry uprzedzam tych, którzy zechcą skomentować, że tak naprawdę Amerykanie nigdy nie byli na Księżycu, bo film z lądowania powstał w Hollywood i został nakręcony przez Stanleya Kubricka przy okazji realizacji słynnej „Odysei 2001″. Nie ulega wątpliwości, że Amerykanie byli na Księżycu (choć kto wie – może to co oglądamy rzeczywiście powstało w studio filmowym), a prawdziwy problem być może polega na tym, że byli oni tam częściej niż jest nam to oficjalnie wiadome. Tak więc być może NASA obawia się, że ktoś mógłby zobaczyć pozostałości po technologii, która pozwoliła dolecieć do Księżyca i wystartować z niego ponownie aby powrócić na Ziemię. Technologii, która oficjalnie nigdy nie istniała. Pokrywałoby się to z teorią co jakiś czas poruszaną na NA o tym, że istnieje tajny program kosmiczny o którym nie mamy pojęcia.
Może też być i tak, że NASA obawia się nie tego, że astronauci z innych krajów zobaczą na Księżycu pozostałości po zaawansowanej technologii, jakiej użyto aby dostać się na Srebrny Glob, lecz że ku własnemu zdumieniu odkryją, że… w międzyczasie była tam ekipa sprzątająca i wywiozła wszelkie ślady po podróży Apollo…

http://nowaatlantyda.com/2011/09/17/zakazana-strefa-na-ksiezycu/


jak był albo słabe to do piekła

http://www.gwiazdy.com.pl/14_98/2.htm


Tajemnice Srebrnego Globu

Wydawałoby się, że nie ma ciała niebieskiego mniej tajemniczego niż nasz satelita - Księżyc. Co noc widzimy jego tarczę połyskującą na niebie. Znamy z grubsza jego oddziaływanie na Ziemię i żyjące na niej stworzenia i rośliny. Jest jak do tej pory jedynym poza naszą planetą miejscem w kosmosie, gdzie człowiek postawił swą stopę. Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, że wielu naukowców i badaczy patrzy na Księżyc podejrzliwie, odnotowując skrupulatnie związane z nim tajemnicze zjawiska. Niektóre z nich mają swoją dokumentację fotograficzną, inne wydają się fantazjami. Łączy je jedno - silna wiara, że Księżyc skrywa przed nami niejeden sekret.

20 lipca 1969 roku amerykański astronauta Neil Armstrong, który jako pierwszy człowiek postawił nogę na powierzchni Srebrnego Globu, musiał ujrzeć coś niezwykłego po drugiej stronie krateru, w którym wylądował "Apollo 11", skoro nie mogąc opanować podniecenia, krzyknął do mikrofonu: "Widzę statki kosmiczne! Są olbrzymie! Jest ich tu chyba ze dwadzieścia" Ośrodek Kontroli Lotów w Houston natychmiast przerwał połączenie. Czyżby nie tylko od razu uwierzyli kosmonaucie, ale również wiedzieli coś więcej?
Otóż zanim jeszcze Armstrong poleciał na Księżyc, na jego powierzchnię zrzucono wypalone człony napędowe bezzałogowych statków, które dokonywały lotów zwiadowczych i zostawiły na Księżycu sejsmometry (urządzenia reagujące na drgania skorupy).
Urządzenia te za pomocą sygnałów radiowych przekazywały do Houston wyniki pomiarów drgań skorupy Księżyca. Pomiary te kilka razy wywołały zdziwienie naukowców. Okazało się bowiem, że uderzenie o powierzchnię naszego satelity dwunastotonowych członów napędowych rakiet wywołało lokalne "trzęsienie skorupy Księżyca", przy czym zdaniem wielu astrofizyków (m.in. Harolda Ureya z USA czy H. Wilkinsona z Wielkiej Brytanii) wyglądało to tak, jakby pod powierzchnią zbudowaną ze skał znajdowała się metalowa skorupa otaczająca jądro.
Analizując szybkość rozchodzenia się drgań w tej niby metalowej skorupie, określono nawet, iż jej górna warstwa leży ok. 70 km pod powierzchnią globu i ma grubość 60-70 km. Jeden z astrofizyków stwierdził, że wewnątrz Księżyca może się znajdować niewyobrażalnie wielka, "prawie" pusta przestrzeń o objętości 73,5 miliona Pod koniec lat 70. wykonano analizę komputerową składu chemicznego metalu, z którego miałaby być wykonana skorupa otaczająca wnętrze Księżyca. Mierząc szybkość przenoszenia się dźwięku wewnątrz tej warstwy, stwierdzono, iż głównie składa się ona z niklu, berylu, manganu, wolframu, wanadu, a przy tym zawiera stosunkowo mało żelaza. Taki stop byłby idealnym pancerzem odpornym na przebicie mechaniczne i na dodatek całkowicie antykorozyjnym!
Już tylko ta analiza wykazała, iż jest niemożliwe, by skorupa ta powstała jako twór naturalny. Amerykański miesięcznik omawiający tę sprawę w 1979 roku, podał też, że sejsmometry wykryły powtarzający się co 30 minut i trwający 1 minutę ciągły sygnał o wysokiej częstotliwości, który dobiega z wnętrza Księżyca, prawdopodobnie z głębokości około 960 km. Czy znajduje się tam jakieś urządzenie automatyczne, zasilane energią cieplną (lub inną), które raz zaprogramowane wysyła swój sygnał przez wieczność?

Resztki Faetona czy sonda kosmiczna?
W tym samym artykule podano sensacyjne doniesienia, iż astronomowie zaobserwowali wydobywającą się co pewien czas z wnętrza Księżyca lawę, a także nikłe chmurki zestalającego się natychmiast jakiegoś gazu. Wysnuto stąd wniosek, iż na Księżycu nie ustała działalność sejsmiczna, co z kolei sugerowałoby, iż Księżyc jest częścią jakiejś rozerwanej na kawałki planety, może nawet mitycznego Faetona, którego orbita miała się jakoby znajdować pomiędzy Marsem a Jowiszem, tam, gdzie obecnie rozpościera się pas asteroidów - mniejszych i większych okruchów skalnych.
Jednakże niektórzy badacze, opierając się na tych obserwacjach, wysuwają zupełnie odmienną hipotezę. Otóż przypuszczają oni, że owa wypływająca z wnętrza Księżyca ciekła substancja, zestalająca się w niskiej temperaturze panującej na jego powierzchni, wcale nie musi być lawą usuwaną w naturalnym procesie sejsmicznym. Zakładają bowiem, że może to być efekt działającego do tej pory źródła energii, które kiedyś zasilało w energię hipotetyczny statek kosmiczny zwany "Luną". "w statek, twór równie hipotetycznej, wysoko rozwiniętej cywilizacji kosmicznej, mógł zostać celowo unieszkodliwiony i pozbawiony życia podczas prawdziwej "wojny kosmicznej" mającej miejsce w zamierzchłej przeszłości.
Przesłanek potwierdzających taką możliwość dostarczyły obserwacje dokonane w czasie dywanowych bombardowań przeprowadzonych przez lotnictwo amerykańskie na terenie III Rzeszy podczas II wojny światowej. Zauważono wówczas, iż największe zniszczenia powstają wtedy, gdy na upatrzone obiekty zrzuca się serie jednakowo dużych bomb w ten sposób, że w miejscu ich upadku tworzy się równy czworokąt (wybuchy następują w jego narożnikach) lub prosta linia utworzona przez 3, 4 lub 5 bomb spadających jedna za drugą. Jest statystycznie niemożliwe, by meteoryty tej samej wielkości i masy wybijały na powierzchni Księżyca tak regularnie rozmieszczone kratery. A jest ich na Srebrnym Globie dużo. Wystarczy obejrzeć jego powierzchnię przez lunetę trzydziestokrotną.
Takie właśnie uszkodzenia powierzchni sugerują z kolei, że jest możliwe, iż kiedyś ktoś zrzucał bomby na Księżyc - być może jeszcze wtedy, gdy nie był on satelitą Ziemi.

Gość w dom i... katastrofa gotowa
W najstarszych zapiskach dotyczących astronomii chińskiej, które są datowane na przełom X i XI tysiąclecia przed naszą erą (tak, są takie teksty!), znajdują się opisy nieba, w których nie można znaleźć ani jednej wzmianki o obecności Księżyca na nieboskłonie. Czyżby go jeszcze wówczas nie było?
Bardzo możliwe. Okazuje się bowiem, że na żadnych starożytnych mapach nieba sprzed 9-11 tysięcy lat Księżyc nie jest zaznaczony. Łącząc ten fakt z mitem o potopie (który to mit jest obecny we wszystkich kulturach świata, co oznacza, iż rzeczywiście ok. 11 tysięcy lat temu Ziemię zalały morskie fale, wulkany wybuchały, ziemia się trzęsła i w ogóle był tzw. koniec świata), można wysnuć przypuszczenie, że przyczyną katastrofy było właśnie pojawienie się na ziemskiej orbicie Księżyca. Coraz więcej współczesnych astrofizyków, na podstawie przeprowadzonych różnych badań i pomiarów, skłania się ku tej hipotezie. Księżyc przybył więc do nas z przestrzeni kosmicznej. Lecz czy jest zwykłym małym satelitą czy też czymś zupełnie innym?
Już w latach siedemdziesiątych naszego wieku niektórzy znani astrofizycy, m.in. słynny prof. Teodor Szkłowski z Akademii Nauk ZSRR, wyznawali pogląd, że Księżyc może się okazać martwym, pozbawionym w swym wnętrzu życia statkiem kosmicznym obcej cywilizacji, względnie prastarą, nieczynną sondą kosmiczną.

Księżyc, jak wiemy, jest ustawiony ku Ziemi zawsze tą samą stroną. To unikatowe zjawisko. Niektórzy badacze podejrzewają, że jest tak dlatego, ponieważ ktoś chce ukryć to, co znajduje się po jego drugiej stronie. Ukraińska gazeta "Weczernij Charkow" w numerze z 12 lipca 1994 roku opublikowała zadziwiający artykuł pt. "Co lata nad Księżycem?" "Ponad 150 nieznanych obiektów latających zaobserwowano dotychczas nad Księżycem" - twierdzi autor tekstu. Z wypowiedzi rosyjskiego radioastronoma, członka Ukraińskiej Akademii Nauk, Aleksieja Archipowa, dowiadujemy się, że tajemnicze obiekty obserwowano nad Księżycem jeszcze przed 1947 r. Najstarsze obserwacje dokonane zostały za pomocą lunety w... 1715 roku, gdy astronom E. Halley z Londynu (odkrywca komety nazwanej jego nazwiskiem) ujrzał światło migocące w obrębie cienia rzucanego przez księżycowe skały. Również pomiędzy rokiem 1941 a 1946 widziano olbrzymie, silne błyski wydobywające się spoza tarczy Księżyca, z obszaru leżącego po jego drugiej stronie. Jeszcze podczas drugiej wojny światowej, bo w roku 1940, obserwowano przemieszczające się na tle Morza Spokoju i innych okolic "naszej" strony Księżyca szeregi świateł, poruszające się z prędkością od 2 do 7 km na sekundę!
Gdyby te doniesienia pochodziły od nieznanego autora, to można byłoby je zlekceważyć i uznać za wytwór fantazji, ale trudno nie wierzyć w wyniki obserwacji największych astronomów świata!
Wyżej wspomniany A. Archipow, tym razem już na łamach szanowanego brytyjskiego kwartalnika poświęconego badaniom UFO - "Flying Saucer Review" (nr 2/1995) napisał, że jest wielce prawdopodobne, iż właśnie Księżyc może być stacją Obcych obserwujących życie na Ziemi.
Umieszczenie na naszym satelicie jakiejkolwiek aparatury obserwacyjnej gwarantuje jej długą i bezawaryjną pracę - tym lepszą, że nie narażoną na ujemne wpływy atmosferyczne, takie jak deszcze, wiatry, śniegi czy zwykłe, a niszczące utlenianie, którego to zjawiska na co dzień nie zauważamy.

Boskie oko na niebie
W prastarych staroindyjskich eposach "Ramajana" i "Mahabharata" można znaleźć fragmenty opisujące tkwiącą w przestrzeni kosmicznej stację - latające miasto boga Brahmy. Jak wynika z przeliczenia używanych wówczas - czyli około siedem tysięcy lat temu - jednostek miar, stacja ta tkwiła pomiędzy orbitą Księżyca a Ziemią, okresowo przesuwając się za naszego satelitę. Byłaby więc "sztucznym satelitą naszego Księżyca". Nie jest możliwe, by jakikolwiek okruch skalny mógł zostać przechwycony przez pole grawitacyjne Księżyca i krążyć wokół niego - siła przyciągania Ziemi z łatwością by go oderwała. Więc jeśli cokolwiek krążyło wokół Księżyca, musiało być wytworem inteligencji celowo tam umieszczonym. Wszelkie próby zaobserwowania tej hipotetycznej "stacji" sprzed wieków spełzły na niczym, chociaż...? 9 lutego 1982 r., podczas stanu wojennego, gdy nikomu nie przyszło nawet na myśl, żeby obserwować pełne zaćmienie Księżyca widziane w Warszawie, tzw. "Grupa Badań UFO" zauważyła przez dwudziestokrotną lunetę obcy obiekt znajdujący się w kierunku "odsłonecznym" Księżyca, tj. po stronie przeciwnej niż sierp naszego satelity zakrywanego cieniem Ziemi. Wówczas, niestety, nie mieliśmy możliwości sfotografowania tego obcego obiektu. Trzeba było czekać na powtórkę zaćmienia aż do 16 września 1997 roku. Tym razem nie przegapiliśmy okazji. O godzinie 19.34 przez 4 sekundy naświetlano niskoczułą błonę fotograficzną (jest ona zdolna wychwycić i zarejestrować niewidzialną dla oka podczerwień), fotografując to samo miejsce ze statywu przez teleobiektyw o ogniskowej 300 mm. Tym razem bez pudła! Nie mogliśmy jednak wiedzieć, jak daleko ten obiekt będzie się znajdował od zaciemnionej tarczy Księżyca i uchwyciliśmy go już prawie na krawędzi klatki - ale jest, w pięknej malinowej aureoli. Otrzymane w ten sposób zdjęcie jest z całą pewnością pierwszą na świecie fotografią obiektu, który znajduje się w kosmosie w tym samym miejscu co najmniej od 15 lat (biorąc pod uwagę poprzednie zaćmienie) i choćby z tego względu nie można go zaliczyć do kategorii "zwykłych UFO", które by już dawno stamtąd odleciało. Warto czasami popatrzeć na Księżyc, choćby przez lornetkę.


KOSMICZNY ORZECH DO ZGRYZIENIA
Wielu naukowców badających Księżyc nawet nie chce słyszeć o Kosmitach, bazach Obcych i o sztucznym pochodzeniu naszego satelity. Próbują znaleźć naturalne przyczyny zagadkowych zjawisk zachodzących na Srebrnym Globie. Jednym z nich są znajdujące się pod powierzchniami księżycowych "mórz" maskony (z angielskiego mas concentration) - wielkie skalne bryły, prawdopodobnie asteroidy, które niegdyś spadły w gorącą lawę i zastygły w niej. Owe maskony, dzięki swojej wielkiej masie, zwiększają siłę księżycowego ciążenia. Pytanie - dlaczego wszystkie 11 maskonów znajduje się po "naszej" stronie Księżyca, a także skąd się wziął jeden maskon ujemny - to znaczy taki, który zamiast zwiększać siłę ciążenia, osłabia ją! Jest też zagadką, dlaczego większość wielkich księżycowych kraterów (20) znajduje się po "naszej" stronie Srebrnego Globu, a tylko 3 z nich po stronie ciemnej. Nie mówiąc już o tym, że geolodzy w żaden sposób nie potrafią wyjaśnić, dlaczego kratery, różniące się tak bardzo rozległością - od kilkunastu centymetrów do kilkuset kilometrów średnicy - mają podobną głębokość. Astronomowie zastanawiają się, dlaczego tak wielki satelita naszej planety zachowuje się jak mała planetoida przechwycona przez olbrzyma. Czasem układ Ziemia-Księżyc bywa nazywany układem podwójnym, a to ze względu na zaskakującą wielkość naszego satelity. Jednak w przeciwieństwie do zwykłych układów podwójnych, oba ciała niebieskie nie obiegają wspólnego środka. Księżyc obiega Ziemię. Takich pytań bez odpowiedzi jest o wiele więcej. Księżycowe zjawiska ujawniają luki w naszej wiedzy i naprawdę dają się wyjaśnić jedynie dzięki fantastycznym hipotezom. Kto wie, może nie są one tak bardzo fantastyczne? Może tak naprawdę znamy już odpowiedź na większość tych i podobnych im pytań, tylko w nie nie wierzymy?

Potomkowie polskich Legionistów na Haiti.

Selus93 • 2013-03-01, 21:17
49
Gorąca i niebezpieczna wyspa na Karaibach odegrała w polskiej historii wyjątkową rolę. Tu Polacy walczyli, uprawiali magię i zdobywali królewskie korony.

Na przełomie XVIII i XIX wieku na Haiti wybuchło powstanie czarnej ludności. Napoleon Bonaparte wysłał 3 brygady polskich żołnierzy z Legionów Polskich, aby stłumić rewoltę w najbogatszej francuskiej kolonii.




Żołnierze bez ojczyzny

Był początek września 1802 roku, gdy na nabrzeże w Port-au-Prince wysiadali żołnierze w niebiesko-czerwonych mundurach. Przybyłym posiłkom przyglądał się zdegustowany generał Charles V. E. Leclerc. Młody dowódca francuskich wojsk kolonialnych dostrzegł blade twarze i wybrakowane uzbrojenie swoich nowych podwładnych. Nie miał jednak wyboru – musiał natychmiast rzucić tych ludzi do walki w głębi haitańskiej dżungli.
Trzy miesiące później generał Leclerc (prywatnie szwagier samego Napoleona) nie żył. Umarł na żółtą febrę. Ta sama choroba zaczęła dziesiątkować szeregi żołnierzy Legionów Polskich (przemianowanych na 2. i 3. półbrygadę polską). W ciągu kolejnych dwóch lat tropikalne choroby zabiły znaczną część Polaków. Inni zginęli w walkach. Tylko kilkuset udało się wrócić do Europy.
Źródła historyczne w sprzeczny sposób opisują zachowanie Polaków mających wyruszyć na Haiti. Jedni pamiętnikarze podają, iż Polacy obawiali się wyjazdu – a inni, że reagowali na wyprawę z entuzjazmem. Jednak prawdopodobnie legioniści po prostu mieli na ten temat różną opinię.
Odmienność zdań wynikała z sytuacji Legionów Polskich w 1802 roku. W Europie panował akurat chwilowo pokój. Wydawało się, iż Napoleon spełnił już swoje ambicje, a tym samym nie ma szans na marsz w kierunku Polski. Sprawa naszego kraju była wówczas całkowicie przegrana.
Jedni polscy żołnierze uważali więc, że dalsza służba nie ma sensu. A tym bardziej służba na końcu świata, połączona z walką przeciwko pragnącemu wolności ludowi. Lecz inni legioniści sądzili, iż – skoro i tak nie mają perspektyw – to dobrze zaznać przygody w egzotycznym kraju oraz zdobyć trochę łupów.
Niezależnie od osobistych refleksji, tysiące Polaków zaokrętowano w Kadyksie i Genui, po czym w dwóch rzutach dostarczono na Haiti. A tam znaleźli się w zielonym piekle.
Rzeź w dżungli
Wojna we francuskiej kolonii trwała już od dziesięciu lat i z każdym rokiem stawała się coraz bardziej brutalna. Murzyńscy powstańcy torturowali jeńców i rżnęli piłami kolonistów. Francuskie wojska stosowały wynalazek Rewolucji, czyli ludobójstwo przeprowadzane nowoczesnymi środkami. Haitańczyków truto oparami kwasów oraz topiono na specjalnych barkach (patent z Wandei).
Polacy, schorowani i zdemoralizowani, nie mieli ochoty ani na walkę, ani na dokonywanie masowych mordów. Dzięki temu Haitańczycy szybko nauczyli się rozróżniać Polaków od Francuzów – tych pierwszych nie zabijali od razu po wzięciu do niewoli.
Polacy nie chcieli się bić, ale czasem nie mieli żadnego wyboru. Zwłaszcza wówczas, gdy w końcowym okresie wojny inicjatywa znalazła się w rękach Murzynów. Legioniści dzielnie bronili powierzonych im placówek, często samotni w obliczu przeważających sił nieprzyjaciela. Z tego okresu pochodzi przejmujący samobójczy list polskiego oficera. Jasiński, dowódca okrążonego polskiego batalionu, tak pisał w swych ostatnich słowach:

"Pierwszy Konsul nagrodził dzielne Legiony Polskie, które przelały tyle krwi dla Francji za francuską sprawę i dzięki jej wrogom uzyskały tyle niezbitych dowodów swej odwagi – wysyłając je na Santo Domingo; ale tu również, walcząc z dzikim, barbarzyńskim narodem okazały niewdzięcznej Francji, że wypełniają swe zobowiązania. Widząc się otoczonym przez ponad 3 tysiące Murzynów nie sądzę, bym mógł utrzymać się z tak małym oddziałem. Wolę więc, zamiast wpaść w ręce dzikiego ludu walczącego o swą wolność, sam odebrać sobie życie."


Wyspa została całkowicie odcięta przez brytyjską flotę. Anglicy bez problemu dostarczali Haitańczykom broń i zaopatrzenie oraz odbierali jeńców. W ten sposób setki Polaków znalazło się w obozach na Jamajce, ale też w szeregach brytyjskiej armii. A niektórych naszych rodaków po prostu odstawiono na hiszpańską Kubę – gdzie zajęli się piractwem.



"Polskie plemię"

Nie wszyscy legioniści zginęli lub trafili do straszliwej niewoli. Na Santo Domingo szybko narodziła się legenda o Polakach walczących po stronie Haitańczyków. Nieliczni ocaleli francuscy jeńcy twierdzili, iż u boku czarnego generała Dessalinesa służyła gwardia złożona z białych żołnierzy. Ponoć było ich ponad stu.
Już w XIX wieku uważano te opowieści za mit. Lecz prawdziwość wieści o polskiej gwardii wodza haitańskiego powstania potwierdziły późniejsze wydarzenia na wyspie. Gdy w 1804 roku Francuzi opuścili Haiti, rząd nowopowstałego państwa uczynił dwie rzeczy w celu uhonorowania swoich polskich sojuszników. Po pierwsze, do konstytucji wpisano zapis, iż każdy Polak może natychmiast otrzymać obywatelstwo Haiti – jeśli tylko sobie tego zażyczy (prawo to obowiązywało aż do lat siedemdziesiątych XX wieku). Po drugie, polskim weteranom nadano ziemię wokół miejscowości Cazale.

Polacy z czasem wymieszali się z lokalną ludnością. W ten sposób na Haiti powstało "polskie plemię". Na jego reprezentantów natknęli się nowi polscy żołnierze, którzy po 200 latach wrócili na wyspę – komandosi GROM. Przebywający na misji ONZ wojskowi ze zdziwieniem skonstatowali, że w Cazale nadal mieszkają Mulaci posiadający polskie nazwiska i przeklinający w mowie Reja oraz Kochanowskiego.
Wielu z nich ma wyraźne europejskie rysy.


Król Faustyn II

Jednakże Haitańczycy polskiego pochodzenia nie mieszkali tylko w Cazale. Mógł o tym się przekonać Faustin Wirkus, sierżant amerykańskiego korpusu marines. W 1925 roku, gdy Haiti znajdowało się pod okupacją USA, przełożeni wysłali Wirkusa na położoną naprzeciw Port-au-Prince wyspę Gonave. Żołnierz miał tam zorganizować lokalną administrację. Szło mu kiepsko do chwili, kiedy tubylcy zorientowali się, że Wirkus jest z pochodzenia Polakiem.

Dla miejscowych było to objawienie. Jak się okazało, mieszkańcy Gonave wywodzili się od polskich legionistów. I wierzyli w legendę o Polaku, który przybędzie nad nimi panować w zastępstwie zmarłego władcy Faustyna I. Natychmiast ogłosili Faustina Wirkusa królem, a ten… przyjął tron. Przez cztery lata rządził Królestwem Gonave jako Faustyn II.

Wirkus zgromadził wokół siebie cały harem Mulatek. Nazwiska dwóch najważniejszych nałożnic brzmiały swojsko – Maria Korzel i Andrea Rybak. Polski król panowałby zapewne szczęśliwie aż do śmierci, ale w końcu przypomnieli sobie o nim Amerykanie. Przysłana inspekcja zastała sierżanta marines otoczonego wianuszkiem kobiet i odprawiającego rytuał voodoo. Wirkusa wyrzucono z armii i odesłano do USA.



Czarna bogini

Sierżant nie był pierwszym Polakiem na Haiti praktykującym voodoo. Ponoć w tubylczych obrzędach brali udział także legioniści. Czy tak było – nie wiadomo z całą pewnością. Pewne jest za to, że Polacy wzbogacili lokalny panteon o nową boginię.Podobiznę Czarnej Madonny znajdziemy w prawie każdej świątyni na Haiti, bo Erzuile Dantor jest jednym z najważniejszych bóstw w religii vodou. Jej wizerunki zamorscy żołnierze przywieźli ze sobą i obdarzali wielką miłością. Do dziś kapłani voodoo czczą Ezili Dantor – bóstwo kobiecości i płodności. Jest ona przedstawiana jako ciemnoskóra kobieta trzymająca dziecko.



































Rozmiar głodu we współczesnym świecie

kunafis • 2013-03-01, 17:52
15
Tak z ciekawości (info ze studiów)

- Co 3,6 ktoś umiera z głodu

- Ok. 815 milionów ludzi w świecie cierpi głód i niedożywienie

- Tylko 32 z 99 badanych przez FAO krajów rozwijających się zanotowano w minionych 10 latach spadek ilości niedożywionych.

- 1/12 ludzi na świecie choruje z niedożywienia, w tym 160 milionów dzieci poniżej 5 roku życia

- Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) 1/3 ludności świata jest dobrze odżywiona 1,3 jest niedożywiona a 1/3 głoduje

- Na subkontynencie indyjskim żyje połowa głodujących ludzi na świecie. Afryka i Azja 40% Reszta Ameryka Łacińska

- 3 miliardy ludzi na świecie usiłuje przeżyć za 2 dolary dziennie. Blisko 1/4 ludzi żyje za mniej niż 1 dolar dziennie, tymczasem aktywa 358 miliarderów przewyższają łączne dochody roczne krajów, które zamieszkują 45% ludności świata. Suma aktywów trzech najbogatszych ludzi świata jest większa niż łączny PKB wszystkich krajów najmniej rozwiniętych.

- 18 tys. dzieci dziennie umiera z głodu.

- Za cenę jednego pocisku rakietowego szkoła głodnych dzieci mogłaby przez 5 lat wydawać codzienny posiłek południowy.

- Aby pokryć niezaspokojone potrzeby świata w zakresie higieny i żywności, wystarczy 13 miliardów dolarów, tyle ile ludzie w USA i Unii Europejskiej wydają co roku na perfumy. :lodowka:

Głębokie Pole Hubble'a

sanctusdiavolos • 2013-03-01, 11:49
31
Pokrótce - głębokim polem Hubble'a nazywamy obszar znajdujący się w gwiazdozbiorze Wielkiej Niedźwiedzicy. Mówiąc kolokwialnie teleskop "nastawiono" na "obserwowanie" z pozoru pustego i nieciekawego obszaru w przestrzeni kosmicznej. Doświadczenie prowadzono od 18 grudnia 1995 do 28 grudnia 1995.
Oto wspomniany obszar:

Wielu naukowców było sceptycznych co do sensu tych działań, jednak efekt przekroczył wszelkie oczekiwania.
Oczom naszym ukazały się galaktyki odległe o miliardy lat świetlnych. Najstarsza z zaobserwowanych galaktyk, jeśli mnie pamięć nie myli, składa się z gwiazd powstałych niespełna miliard lat od czasu wielkiego wybuchu (nie pamiętam ile dokładnie, zainteresowani niech poszperają). Oczywistym jest że pewnie już dawno nie istnieje. ;-) Można rzec że zajrzeliśmy daleko w przeszłość. A oto kwintesencja:
1) Głębokie Pole Hubble'a



2) Ekstremalnie Głębokie Pole Hubble'a (sporządzono na podobnych zasadach, ino na celownik wzięto obszar w gwiazdozbiorze Pieca). Obraz powstał na podstawie ponad 2000 zdjęć wykonanych w czasie od czerwca 2002 do marca 2012 roku.

Pisane z głowy (sorry za "koślawość") w oparciu o kilka materiałów które kiedyś przeczytałem i programik z Discovery, stąd też jak coś poj***łem, to proszę o poprawienie mnie, co by nikogo w błąd nie wprowadzić. ;-)

Iluminaci - Przepowiednia

Foxon • 2013-03-01, 00:53
57
Film animowany o Iluminatach, symbolice, fałszywym mesjaszu i o kluczowych wydarzeniach z ubiegłych lat. Warty obejrzenia.
Enjoy. :-)



Znaleziony na YT.

Krokodyl Gustaw (Gustave)

cts • 2013-03-01, 00:26
16
Szanowne Sadolki i Sadole.

niniejszym pragnę wam przedstawić największego* i najpopularniejszego krokodyla na świecie: Gustave.


wymiary (2004r.)- ciągle rośnie
- 6,4 metra
- ok. 1 tona wagi

Wiek ok. 60- 70 lat (niektóre źródła podają, że 100)

Osiągnięcia:
- skonsumowanie blisko 300 murzynów,
- odpieranie przez kilka dekad ataków tamtejszych ludzi... em murzynów,
- za nic ma ogień z karabinu maszynowego,
- nie zajmuje się drobnicą w postaci antylop/ ryb,
- Gustaw zajmuje miejsce w miejscowej murzyńskiej mitologii,
- doczekał się filmu na swą cześć: Primeval: lęk pierwotny (Primeval).




Wymagany angielski na poziomie pre- intermediate.

Pierwszy temat, wyrozumiałość wskazana.

Źródła: nat geo, wiki, yt.

*mówi się też o ponad 7- metrowych bestiach w Amazonce, ale nadal nie zostało to potwierdzone

Kiedy umrzesz, twoje buty będą moje.

Numernabis • 2013-02-28, 17:08
42


Mówi się, że śmierć zdejmuje ludziom buty.
Ks. Jan Twardowski w prawdopodobnie najbardziej znanym polskim wierszu o umieraniu napisał:

„Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą, zostają po nich buty i telefon głuchy…”.

I rzeczywiście, często stopy zmarłych są bose, pozbawione ochrony obuwia, w niedalekiej zaś odległości leżą buty. Zupełnie puste.

Lekarze i sanitariusze obserwują to zastanawiająco popularne zjawisko wśród ofiar wypadków oraz kolizji drogowych. Mimo licznych prób racjonalnego wytłumaczenia fenomenu spadających butów, pozostaje on jedną z wielu niewyjaśnionych zagadek poprzedzających moment ludzkiej śmierci.

Gdy na jezdni leżą buty ofiary wypadku, prawie zawsze oznacza to, że ta osoba nie żyje - przyznaje dr Marek Dryja, ordynator oddziału ratunkowego Wojewódzkiego Centrum Medycznego w Opolu. W swojej karierze widział dziesiątki takich zdarzeń, nad niektórymi zastanawia się do dziś.

- Pamiętam żołnierza, który zginął w wypadku. Jego ciało było straszliwie zmasakrowane, ale mimo wszystko fakt, że z nóg spadły mu wysoko sznurowane żołnierskie buty trudno racjonalnie wytłumaczyć - mówi dr Dryja. - A takich przypadków wcale nie jest mało i może o nich opowiedzieć- każdy lekarz czy ratownik, jak również policjanci i strażacy jeżdżący do wypadków.
Reguła, czy przypadek?



Skala zjawiska sugeruje raczej istnienie pewnego wzoru czy schematu. Na nazwanie fenomenu spadających butów regułą wskazuje także – choć w dość przewrotny sposób – fakt, iż nie wszystkie osoby, które uległy wypadkowi i straciły w nim buty, poniosły śmierć. Jak przecież wiemy, to właśnie wyjątki potwierdzają regułę. Jednak nawet jeśli jesteśmy sceptycznie nastawieni do całej sprawy, zapoznając się z kolejnymi relacjami z wypadków, oglądając liczne zdjęcia bosych ofiar i analizując wspomnienia świadków, musimy przyznać: coś to jest na rzeczy.

I z nóg motocyklistów w momencie śmierci spadają nawet bardzo wysokie buty, zapinane na metalowe klamry. Teoretycznie łatwiej byłoby urwać nogę, niż zdjąć te buciory, i to bez rozpinania.

- Nigdy nie zapomnę pewnej kobiety, która zginęła niedaleko Kędzierzyna-Koźla, wypadając z auta na pobocze - wspomina sierż. szt. Wojciech Prajs, policjant drogówki. - Gdy przyjechaliśmy do tego wypadku, nawet nie zaskoczył nas fakt, że ofiara nie ma na nogach butów. Szokujące było to, że stały one równiutko na podłodze samochodu przed fotelem kierowcy.
W takich sytuacjach powiedzenie "wyskoczyć z butów” nabiera przejmująco dosłownego znaczenia.

Buty już mu nie będą potrzebne...

Szeroko rozpowszechnione jest przekonanie o nieuchronnej, fatalnej sile butów. Niestety ma to swoje potwierdzenie w faktach, co przyznają sanitariusze oraz wzywani do wypadków lekarze. Porzucone Adidasy, wciąż zasznurowane glany czy obuwie motocyklowe - buty stojące samotnie na drodze, w większości przypadków zwiastują śmierć.

Doskonale wiedzą o tym także kolejarze.

- Pod koniec lat 90. w okolicach Jaworzna widziałem leżące przy torach zwłoki chłopaka, który rzucił się pod pociąg. Lokomotywa uderzyła go w skroń i zginął na miejscu - wspomina Jan Kowalik, emerytowany kolejarz. - Nigdy nie zapomnę widoku tzw. glanów, które leżały kilka metrów od ciała. To były solidne buciory, a spadły mu z nóg, jak kapcie...

Fizyka…

Istnieje kilka racjonalnych wytłumaczeń dla gubienia butów w momencie gwałtownej śmierci. Jedną z hipotez jest siła uderzenia, która doprowadza do tak dużych przeciążeń, że buty samoczynnie zsuwają się ze stóp ofiar. Inna możliwość spadanie butów przypisuje zwykłym procesom zachodzącym w obrębie ludzkiego organizmu. W sytuacji stresowej wzrasta wydzielanie się adrenaliny przyspieszającej przepływ krwi, a tym samym napinającej mięśnie. Może to spowodować samoczynne rozwiązanie się sznurówek, czy po prostu poluzowanie się buta dotychczas ściśle okalającego stopę. W momencie śmierci następuje z kolei proces odwrotny, czyli zwiotczenie mięśni. Powoduje to, że buty – chwilowo zbyt duże – po prostu spadają, bez żadnych ponadnaturalnych ingerencji. Ot, tajemnica rozwiązana.

…czy metafizyka?

Ale czy na pewno? Racjonalne wyjaśnienia mają jedną zasadniczą wadę – są właśnie racjonalne, podczas gdy śmierć taka nie jest. Śmierć, szczególnie nagła, wywołuje w nas dreszcz przerażenia, próbujemy więc wyjaśnić rozumem wszystko to, czego nie jesteśmy pewni i czego się obawiamy. Stojąc przed fenomenem spadających butów mierzymy się z naszymi lękami, próbujemy przeniknąć zamiary kostuchy. Racjonalne wyjaśnienia wystarczają nam dopóty, dopóki nie zaczniemy bacznie przyglądać się sprawie. Przytoczmy jedną z niepokojących relacji:

„31 sierpnia 2005 r w Bagdadzie w Iraku doszło do paniki na moście A'Imma.W jej wyniku zginęły 953 osoby, w większości były to kobiety i dzieci. Niemal wszystkim tym ludziom w niewytłumaczony sposób pospadały buty z nóg...”.

Racjonalne wyjaśnienia nie są wystarczające – nie obejmują wszystkich aspektów zjawiska. Przede wszystkim, znajdowane jest obuwie, które po prostu nie mogło tak zwyczajnie spaść – wysoko sznurowane glany, buty motocyklowe, kozaki. Ponadto buty spadają nie tylko osobom poddanym gwałtownemu uderzeniu. Często osoby znajdowane bez butów wydają się być na pierwszy rzut oka – wyjąwszy aspekt brakującego obuwia – pozbawione jakichkolwiek uszkodzeń ciała. Okazuje się jednak, że opuściły już ten świat. Jak w świetle tych historii usprawiedliwić samą zależność przyczynowo skutkową pomiędzy utratą butów a śmiercią?

Dusza ucieka przez stopy

Spośród licznych prób metafizycznego tłumaczenia fenomenu spadających butów, znaczną popularność zyskała teoria zakorzeniona w chińskiej medycynie ludowej. Głosi ona, iż utratę butów powoduje nagły skok energii wydostającej się z ciała z chwili śmierci. Zaczynając jednak od początku: starożytni Chińczycy opisali przecinające ciało kanały energetyczne – tzw. meridiany.

Są one ulokowane symetrycznie wzdłuż całej długości ciała człowieka, a płynąca w nich ciągle energia, kumuluje się w kilku miejscach. Jednym z nich są stopy. Nagły wystrzał tej energii mógłby być odpowiedzialny za zsunięcie się nawet wysokich i dokładnie zawiązanych butów. Warto wspomnieć, iż inne teorie zastępują opisaną przez Chińczyków energię… duszą. A jeżeli faktycznie dusza wydostaje się z ludzkiego ciała poprzez stopy, to nic dziwnego, że pozbywa się najpierw butów.

„Tam” idzie się boso

Nieco inaczej wygląda tłumaczenie opisywanego zjawiska w oparciu o przekonania stricte religijne, których podstawą jest przeświadczenie, iż człowiek po śmierci trafia do królestwa zmarłych. Niezależnie od przyjętej wizji zaświatów, popularna jest koncepcja nieboszczyka podobnego niemowlęciu – odchodzi on do innego świata tak, jak wyszedł z łona matki: bosy i zdezorientowany… Śmierć jest wtedy równa narodzinom, a jeżeli to jest prawdą, czy faktycznie możemy przejść w zaświaty wyłącznie na bosaka?
X