Alone in the Zone - Sam w strefie

Anonymous • 2012-06-22, 19:29
471
Jest to trailer Polskiego filmu na temat Czarnobyla i miasta Prypeć.
Warto jednak obejrzeć chociaż trailer, człowieka aż ciągnie by zwiedzić te "zakazane miejsca" :-)




Nie jest to reklama, nie znam ludzi którzy to kręcili. Dziele się klimatem który już czuć w samym trailerze :jezdziec:
pisage • 2012-06-22, 20:19  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (32 piw)
Czadowy trailer. Teraz doceniam twórców "S.T.A.L.K.E.R.A", którzy odtworzyli zonę tak wiernie.

Diabelski rdzeń

kesnall • 2012-06-10, 19:56
654
Ludzkość weszła w erę atomową nieprzygotowana. Nie tylko dlatego, że jedynie nieliczni zdawali sobie sprawę z tego ile energii drzemie w pojedynczym atomie. Nawet ci, którzy pracowali przy projekcie Manhattan nie mieli odpowiednich narzędzi by zamienić wyliczenia teoretyczne na atomową rzeczywistość. Musieli eksperymentować. A eksperymenty oznaczają ofiary, czasem śmiertelne. Wśród amerykańskich naukowców tego czasu chyba największe żniwo zebrała jedna sfera wykonana z plutonu, nazwana później „Diabelskim rdzeniem”.

W maju 1946 roku wiadomo już było dokładnie jak destrukcyjna może być broń atomowa. Od ataków na Hiroszimę i Nagasaki mijało właśnie dziewięć miesięcy. Kiedy Louis Slotin rozpoczynał swój eksperyment, mijało również dziewięć miesięcy od wypadku, w wyniku którego zginął fizyk Harry Daghlian. 21 sierpnia 1945 roku eksperymentował on na rdzeniu, który miał zostać użyty do budowy bomby Fat Man II – trzeciej bomby, która miała spaść na Japonię.

Japonia poddała się jednak Amerykanom, więc plutonowa kula o wadze 6,2 kilograma pozostała w Los Alamos a Daghlian mógł przeprowadzić swój eksperyment, który miał doprowadzić do określenia masy krytycznej Pu-239. 21 maja próbował on ręcznie zbudować z węglika wolframu reflektor neutronów, dzięki któremu część neutronów miała trafiać do źródła promieniowania. Jeśli zna się dokładnie właściwości materiału, z którym się pracuje można, dzięki zastosowaniu takiego reflektora, zmniejszyć masę krytyczną materiału rozszczepialnego. Można też przypadkiem doprowadzić do zapoczątkowania reakcji łańcuchowej.

Kiedy Daghlian ręcznie ustawiał swoje cegiełki, licznik neutronów zaalarmował go, że po dodaniu kolejnej, rdzeń osiągnie masę krytyczną. Daghlian cofnął więc rękę ale przypadkiem upuścił węglik wolframu prosto na rdzeń z plutonu.

Wzrost promieniowania spowodował, że pomieszczenie natychmiast wypełniło się błękitną poświatą zjonizowanego powietrza. Daghlian wpadł w panikę i bezskutecznie próbował rozrzucić kopniakiem budowaną przez siebie konstrukcję. Chwilę później zrobił to ręką, jednak dla niego było już za późno. Zmarł na chorobę popromienną 25 dni później.



21 maja Louis Slotin stał ze śrubokrętem nad rdzeniem, który kilka miesięcy temu zabił jego kolegę. Wraz ze swoim zastępcą, Alvinem Gravesem, późniejszym dyrektorem amerykańskiego programu atomowego, prowadzili oni eksperymenty dotyczące tego samego zagadnienia, które Daghlian przypłacił życiem. Slotin nie używał jednak jako reflektora neutronów cegieł z węglika wolframu ale półsfer z berylu. Była to część badań nad projektami nowych bomb a wiedza na temat tego w jaki sposób osiągnąć masę krytyczną przy pomocy reflektora, mogła zaowocować znacznym uproszczeniem konstrukcji broni.

Śrubokręt nie znalazł się przypadkowo w dłoni Slotina. Wyjątkowo niebezpieczne eksperymenty Slotina, nazywane przez zaangażowanych w nie naukowców „ciągnięciem smoka za ogon”, wymagały bowiem użycia tego niezwykle zaawansowanego narzędzia. Uranowy rdzeń umieszczano w dolnej części berylowej półsfery a drugą półsferę nakładano na górę. Gdyby obie berylowe półsfery zetknęły się, stworzyłyby reflektor neutronów, który doprowadziłby do zapoczątkowania reakcji łańcuchowej. Jedyną rzeczą, która je od siebie oddzielała był właśnie płaski śrubokręt w dłoni Slotina.

Slotin przeprowadzał to doświadczenie już wielokrotnie, często w kowbojskim kapeluszu i, pomimo ostrzeżeń Fermiego, przed tłumem gapiów. Tym razem w pokoju znajdowało się jeszcze siedmiu naukowców, którzy mieli prowadzić pomiary aktywności rdzenia. Jednak podczas opuszczania górnej połowy reflektora ręka Slotina drgnęła, śrubokręt przesunął się a reflektor spadł na rdzeń, który w efekcie osiągnął masę krytyczną. Doszło do gwałtownej reakcji łańcuchowej i emisji dużej dawki promieniowania, której większość pochłonął pochylony nad rdzeniem Slotin. Laboratorium wypełniło się błękitną poświatą. Naukowiec natychmiast chwycił ręką połowę reflektora i odrzucił ją na bok przerywając reakcję łańcuchową. Chwilę po zdarzeniu Slotin skarżył się na kwaśny smak w ustach oraz piekący ból w lewej ręce. Po opuszczeniu pomieszczenia zaczął gwałtownie wymiotować, i, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji pożegnał się z kolegami. Zmarł w szpitalu 9 dni później.



Sam „Diabelski rdzeń” został użyty do budowy bomby Gilda, którą zdetonowano 1 lipca 1946 roku na atolu Bikini podczas serii testów broni jądrowej.

Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Diabelski_rdze%C5%84
http://talesfromthenuclearage.wordpress.com/2009/11/26/the-demon-core/
http://library.lanl.gov/cgi-bin/getfile?07-17.pdf
ostatni • 2012-06-10, 20:04  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (64 piw)
bardzo ciekawy temat, wątpię jednak, że zostanie doceniony przez stada gimbusów, którzy mają problem z zapisaniem reakcji spalania wodoru

Kim jest "profesor" Władysław Bartoszewski?

Anonymous • 2012-06-08, 03:09
194
Rozprawka o Władysławie Bartoszewskim:





Cytat:

Gdy wybuchła wojna Władysław Bartoszewski miał 17 lat. 19 września 1940 został zatrzymany na Żoliborzu w masowej obławie zorganizowanej przez hitlerowców. Przypadkowo dostał się do Oświęcimia, był w tym samym transporcie co Witold Pilecki. Od 22 września 1940 został więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau (Auschwitz I, numer obozowy 4427).

Zwolniony z Oświęcimia po kilku miesiącach - 8 kwietnia 1941, co było wydarzeniem niespotykanym. Według Bartoszewskiego zwolnienie zawdzięcza przyjaciołom z Polskiego Czerwonego Krzyża, oficjalnym powodem był zły stan zdrowia. Nieoficjalnie zwolnienie przypisywano stawiennictwu siostry Bartoszewskiego, która kolaborowała z Niemcami, nawet wyszła za mąż za SSmana. Jednak według relacji prof. Miry Modelskiej-Creech z Georgetown University w Waszyngtonie, pracownika administracji białego domu, istnieje świadek, który przeżył Oświęcim i twierdzi, że Bartoszewski był kolaborantem. Świadek opowiadał, że spotkał się z Bartoszewskim w Oświęcimu, znał m.in, szczegóły na temat wykształcenia Bartoszewskiego. Twierdził, że za sprawą Bartoszewskiego i 14 innych donosicieli, którzy opuścili Oświęcim (notabene pociągiem pierwszej klasy) zlikwidowano 21 wysokich rangą AKowców. Ów świadek jest przekonany, że Bartoszewski był konfidentem.






Cytat:

Nikogo nie zwalniano z Auschwitz, przynajmniej nie uczciwych ludzi, co innego kolaboranci... Tłumaczenie, że go zwolnili ze względów zdrowotnych wydaje się co najmniej podejrzane.

Bartoszewski niemal natychmiastowo po wyjściu z Oświęcimia został wzięty do struktur konspiracyjnych. Jest to sytuacja nie do pomyślenia, taki człowiek był zbyt podejrzany, tacy ludzi mogli być pod obserwacja, dla konspiracji to zbyt duże ryzyko... Bartoszewski prawdopodobnie albo zataił ten niewygodny fakt, albo został wciągnięty do konspiracji z pomocą niemieckiej agentury.


W tym czasie niemiecka agentura była niezwykle rozwiniętą. Dzisiaj milczy się o tej niechlubnej przeszłości hasło Grupa 13 nikomu nic nie mówi podobnie jak ŻGW! dla której pracowały tysiące żydowskich agentów. Żagiew czyli Żydowska Gwardia Wolności działała nie tylko w getcie warszawskim, a w całej Warszawie. Służyła do infiltrowania żydowskich i polskich organizacji podziemnych, w tym niosących pomoc Żydom. Niemcy wyposażali swoich żydowskich agentów także w broń! Agenci mieli za zadanie udawać, że szukają pomocy, a gdy znaleźli Polaków, którzy im ją zaoferowali, po prostu donosili na nich skazując ich i tym samym często ich rodziny na śmierć.

ŻGW zajmowała się także szmalcownictwem tropiąc i wydając Niemcom Żydów ukrywających się w tzw. aryjskiej części Warszawy. Podobnych organizacji było wiele, w różnych miastach, jednak największe znaczenie miały Judenraty, bez nich holocaust nie udałby się, Judenraty wyjątkowo gorliwie pomagały Niemcom mordować własny naród.

Slonx • 2012-06-08, 23:52  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (206 piw)
Jedras992 napisał/a:

pie**olenie, ten człowiek zasługuje na szacunek chociażby za to, że przeżył wojnę i pobyt w obozie. Był młody, chciał, żyć. Jestem ciekaw jak teraz by się ludzie zachowali. Też by kablowali na swoich jakby była możliwość uratowania się, więc nie rozumiem tego prucia się na pana Bartoszewskiego.


k***a, jak mnie denerwuje takie pie**olenie.
Mój dziadek został zatrzymany za działania konspiracyjne w generalnej Guberni, ale że był żołnierzem wojska Polskiego, to nie oddali mu strzału w głowę, tylko zdecydowali, że wyślą go do obozu (bodajże Gross-Rosen). Rodzina mojej babci postanowiła jakoś go uwolnić i wydali trochę kasy na łapówki dla Niemców, dzięki dojściu do Volksdeutchki. Oficer, który wydawał decyzję przystał na to, by mego dziadka tam nie wysyłać, ale dał jeden warunek - w zamian muszą mu wskazać innego polaka, który zostanie wysłany do obozu.
Dziadek otrzymał tą informację i kategorycznie odmówił. Wiedział, że ryzykuje życie, ale wolał zachować twarz i honor.
Nie pie**ol mi tutaj więc o tym, jak ludzie mogliby się zachować na miejscu Bartoszewskiego. Można być człowiekiem honoru, można być sprzedawczykiem. Można być martwym człowiekiem, ale umrzeć z godnością, a można żyć nawet 100 lat ze świadomością, że wysłało się innych ludzi na los przeznaczony komuś innemu, że było się tchórzem i wolało się sprzedać, ratując własny tyłek.
O dziwo, zachowując swój honor, dało się przeżyć. Tak było najtrudniej, ale tak było najlepiej. Wtedy człowiek pozostawał człowiekiem.
I możesz wyzywać mojego dziadka od debili, ale to był człowiek, na którego patrzyłem z podziwem. Przeżył 82 lata godnego życia. Był lekarzem z wykształcenia, podczas wojny miałby wiele możliwości, by w miarę spokojnie ją przetrwać. Wybrał walkę za ojczyznę, ryzykował dla niej życie, wybrał honor, a nie własny tyłek. I pamiętam jak dziś wizyty u niego, kiedy pokazywał mi swój mundur, odznaczenie, zawsze naostrzoną i wypucowaną wojskową szablę, pachnącą kalafonią, pamiętam, jak opowiadał o czasach wojny, o czasach powojennych.
Proszę cię, nie bezcześć pamięci mego dziadka i nie wrzucaj wszystkich ludzi tamtych czasów do jednego wora. Byli ludzie, szlachetni, odważni, którzy mieli jakiś system wartości, a były też k***y bez honoru, które sprzedałyby własną matkę, by ratować własny tyłek.
Przez usprawiedliwianie tych drugich mamy właśnie w dzisiejszych czasach wszechobecne zeszmacenie. Pluję na to. Pluję na takich ludzi i pluję na obecne czasy. Urodziłem się zdecydowanie za późno, w czasach, kiedy honor i ojczyzna już nic dla wielu nie znaczą, a sądy polskie potrafią olać jednego debila z drugim, którzy wtykają polską flagę w psią kupę.

Z kroniki Auschwitz - Najdłuższy apel

Anonymous • 2012-05-24, 15:24
187






Bardzo ciekawy dokument o rzeczywistości obozowej. Relacje więźniów, rysunki i obrazy ukazują całą machinę zagłady III Rzeszy.
Jeśli temat się spodoba wrzucę kolejne odcinki :hitler:
forest1600 • 2012-05-24, 16:15  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (21 piw)
a ja bym prosil o kolejne odcinki

Polacy na Monte Casino

Hauer88 • 2012-05-18, 08:24
545
68 lat temu, 18 maja 1944, o godzinie 11.45, na ruinach klasztoru na masywie Monte Cassino, zatknięto polską flagę. Po paru minutach nadleciał amerykański myśliwiec Mustang, którego pilot zrzucił bukiet biało-czerwonych róż. W ten symboliczny sposób Alianci oddali hołd poległym Polakom, ich męstwu i ofiarności.

Nap_Limak • 2012-05-18, 08:40  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (63 piw)
Jakież to fenomenalne, że Polscy żołnierze cechowali się tak ogromną odwagą!
O zdobyciu Monte Casino decydował duch i nieugięta wola żołnierza polskiego!
Nie wstydzę się, że filmik oglądałem ze łzami w oczach, bo taka postawa będzie dla mnie zawsze czymś niesamowitym. Zazdroszczę takim ludziom, powinniśmy o nich pamiętać i być dumni zawsze.
To są prawdziwi patrioci!

Masakra w Katyniu

Hauer88 • 2012-04-23, 18:51
21
Dr. William Pierce wyjaśnia co naprawdę wydarzyło się w Katyńskim lesie w 1940.



127
Edmund Kolanowski nie miał szczęśliwego dzieciństwa. Ojciec, który ledwo uszedł z życiem z obozu koncentracyjnego, po wojnie zatrudnił się w fabryce spirytusu - i niemal nie trzeźwiał. Awanturował się i bił żonę, która nigdzie nie pracowała, bo zajmowała się domem. Gdy syn wstawiał się za nią, obrywał. Ale matka nie była mu za to wdzięczna. Kiedyś w złości powiedziała: "Żałuję, że nie utopiłam cię w pierwszej kąpieli".

Jeszcze przed narodzinami Edmunda zmarł jego starszy brat Andrzej. Miał dwa lata. Matka nie umiała się z tym pogodzić, wciąż jeździła na grób, zabierając Edka. Chłopiec spędza dzieciństwo na miłostowskim cmentarzu.
Nie chodzi do żłobka ani przedszkola. Ma skazę wysiękową: twarz cała w ranach i strupach, więc inne dzieci, bojąc się zarażenia, nie bawią się z nim.
Jest nieśmiałym dzieckiem, unika kolegów. A kiedy idzie do szkoły, uczy się marnie, łapie dwóje z polskiego i zachowania. Powtarza pierwszą klasę, potem trzecią i piątą. Aż lekarz stwierdza, że pomóc może tylko zamknięty zakład dla nerwowo i psychicznie chorych. Diagnoza: nadpobudliwość ruchowa.
Gdy po latach milicjanci zapytają o wspomnienia z pobytu, opowie im o sekcjach zwłok w szpitalnym prosektorium, które podglądał, siedząc na drzewie z kolegami. I o zabawach w grobowcach na zniszczonym, poniemieckim cmentarzu: "Nie przerażał mnie widok kościotrupów w trumnach"

Dzieciństwo to bardzo intensywny czas zarówno w rozwoju psychicznym jak i fizycznym człowieka. Kształtują się wtedy nasze postawy, uczymy się odgrywania ról społecznych, zdobywamy bazowe bezpieczeństwo i ufność wobec świata rozwiązując pierwszy Ericksonowski kryzys tożsamości. W przypadku Edmunda Kolanowskiego ciężko mówić o środowisku rodzinnym sprzyjającym pozytywnemu rozwiązaniu tego kryzysu. Osoby, dla których świat wydaje się być wrogim miejscem stają się zdystansowane oraz mają problemy w nawiązywaniu prawidłowych relacji interpersonalnych.
Socjologowie wyrażają poglądy, że główną przyczyną przestępczości są czynniki zewnętrzne, a nie biologiczne, czy psychologiczne uwarunkowania. W przypadku Edmunda Kolanowskiego można mówić o środowisku rodzinnym sprzyjającym rozwojowi mechanizmów przestępczych ze względu na obecność przemocy, alkoholu i braku prawidłowych więzi.

Jeśli chodzi o rozwój aktywności seksualnej zaczyna się ona wraz z pojawieniem się we krwi tzw. hormonów płciowych. Ale u człowieka, w odróżnieniu od zwierząt treść aktywności nie jest dokładnie określona, owszem występuje zapotrzebowanie na pewien rodzaj aktywności, jednak podmiot nie jest do końca świadomy zawartych w niej treści. Ukształtowanie odpowiednich form aktywności wymaga uczenia się. Proces ten następuje podczas dokonywania samodzielnie różnych prób a także pod wpływem informacji otrzymywanych z różnych źródeł. W przypadku małego Edmunda źródłem byli głównie rówieśnicy. W wyniku badań seksuologicznych wykazano, że Edmund zaczął odczuwać potrzeby seksualne w wieku 10 lat. Wtedy właśnie z kolegami rozpoczął masturbację, wyjątkowe są jednak jej okoliczności. Podczas podglądania sekcji zwłok, na cmantarzach wśród rozbitych grobowców chłopcy masturbowali się indywidualnie i zbiorowo.


Kiedy Edmund ma 15 lat, zaczaja się na dziewczyny przy Akademii Medycznej i technikum w okolicach MTP. Wkłada im rękę pod sukienki, łapie za majtki. W tym samym czasie próbował kilkakrotnie bez powodzenia odbyć stosunek płciowy z rówieśnicami. Nieudane próby nawiązania kontaktu seksualnego powodowały w nim frustracje oraz wciąż rosnące napięcie. Przy kolejnym podejściu, które skończyło się niepowodzeniem Edmund K. wbija sobie w brzuch nóż w celu rozładowania wciąż rosnącego napięcia.

Kradnie damską bieliznę suszącą się na sznurkach. Potem przynosi ją do domu, zakłada na siebie, onanizuje się. A potem bieliznę chowa - jak skarby - na podwórku. Zdaje się to być jedyny sposób na zaspokojenie potrzeby seksualnej. Kobieca bielizna staje się obiektem seksualnym, Edmund unika niepowodzeń, jednak jest to dla niego wciąż niewystarczające. W wieku 22 lat umawia się z prostytutką, która uczy go kilku pozycji. Edmund odbywa swój pierwszy pełny stosunek seksualny.


Skupmy się na rozwoju motywacji seksualnej Edmunda na tym etapie jego życia. Początkowo kierował nim jedynie popęd seksualny, jego niezredukowanie doprowadziło do samouszkodzenia. Jednak to nie tylko popęd decyduje o czynnościach seksualnych. Czynności te mogą być także pobudzane przez pewne motywy.
W przypadku Edmunda były to motywy hedonistyczny- związany z osiągnięciem satysfakcji seksualnej, oraz ipsocentryczny- który pobudza do czynności seksualnej ze względu na jej znaczenia dla potwierdzenia swojej męskości. Natężenie czynności seksualnych regulują wtedy takie odczucia jak niepewność co do własnych możliwości seksualnych czy lęk przed utratą męskości. Te właśnie motywy sprawiły, że Edmund postanowił podszkolić się, aby jego próby zaspokojenia się nie kończyły się fiaskiem.

Po lekcjach z nauczycielką (swoją drogą, seksuolog rozwiązał by jego problem ) Edmund odzyskał wiarę w siebie, potrafił nawiązać satysfakcjonujące kontakty z kobietami, co zaowocowało jego ślubem w 1970 roku. Z tego związku zrodziło się pierwsze dziecko Edmunda. Jednak gdy jego żona, z obawy przed kolejną ciążą odmawia stosunków płciowych, deprywacja potrzeby seksualnej pchnęła Edmunda w nieznanym mu wcześniej kierunku.


Zgodnie z behawiorystyczną teorią warunkowania Edmund, przez masturbację na cmentarzach i przy sekcjach zwłok pozytywnie uwarunkował się na zwłoki i wszystko, co związane ze zgrozą. Niczym pies Pawłowa, śliniący się do lampki, odczuwał podniecenie seksualne, gdy w pobliżu znajdowały się zwłoki.

Edmund i jego żona dzielili mieszkanie z dwiema starszymi kobietami. Gdy jedna z nich umarła, a Edmund został z jej zwłokami sam, postanowił wykorzystać tę okazję, rozebrał zwłoki, dotykał ich, wkładał palce do pochwy denatki i masturbował się.
Tego samego roku dokonał on pierwszego morderstwa na przygodnie poznanej kobiecie. Poznał ją w pociągu, mieli udać się do jej domu w celu odbycia stosunku płciowego, jednak Edmund zmienił plany i po drodze zabił ją uderzając konarem drzewa kilkakrotnie. Gdy upewnił się, że jest martwa, wyciął jej narządy płciowe, których następnie używał do celów masturbacyjnych. Następnie zaczął napadać na kobiety, grozić im, a następnie uciekal i masturbował się.

Z obawy przed poniesieniem odpowiedzialności za napady postanowił pozyskiwać ciała kobiet z grobów. W 1972 roku zakradł się na jeden z poznańskich szpitali, rozkopał grób w którym znalazł częściowo zgniłe ciało kobiety, z którym próbował odbyć stosunek, ponieważ było to technicznie niewykonalne dewiant zadowolił się masturbacją.


Wizja lokalna na cmentarzu. Kolanowski pokazuje miejsce, z którego wykopywał trumny




W międzyczasie aresztowano go za wcześniejsze napady na kobiety i odbył karę 7 lat pozbawienia wolności. Gdy opuścił więzienne mury odbywał stosunki seksualne z przypadkowymi kobietami, jednak nie były one dla niego satysfakcjonujące. Jego uwarunkowania z dzieciństwa sprawiły, że zaspakajał się tylko przy zwłokach kobiet, mimo, że był od zdolny do odbywania stosunków płciowych.

W 1980 roku K. postanowił poszukiwać kolejnych zwłok w celach seksualnych. Skutecznie zakradał się do cmentarnych kaplic, wycinał kobietom narządy płciowe oraz piersi i w papierowych torbach zabierał do domu, gdzie przyszywał je do wcześniej wykonanego ze szmat i ubrań manekina, z którym później odbywał stosunki seksualne, podczas których przemawiał do manekina jak do kobiety, uwodził go, rozbierał, pieścił.


Po kilkakrotnym użyciu palił kawałki ciał w piecu. Od tej pory postępował w identyczny sposób za każdym razem, gdy zdobył narządy płciowe.


Piec kaflowy w mieszkaniu Kolanowskiego




Tego samego roku Edmund poznaje Gabrielę i wprowadza się do niej. Swoje praktyki seksualne wykonuje w komórce przy domu, do której jedynie on ma klucz. Płodzi kolejne dziecko … i znów zaczyna zabijać.
Jego drugą ofiarą była młoda kobieta, trzecią jedenastoletnia dziewczynka. Obu ofiarom Edmund wyciął narządy płciowe i postąpił tak, jak robił to wcześniej. W międzyczasie znów zakradał się do cmantarnych kaplic i rozkopywał świeże groby.

Milicja, mimo, że nie rozgłaszano tego publicznie, od dawna „polowała” na mordercę i profanatora kobiecych zwłok. Od kilku miesięcy obserwowała cmentarze. Priorytetem było znalezienie człowieka, który wycina kobietom narządy rozrodcze. Przez jednakowość obrażeń śledczy nie mieli wątpliwości – wszystkie te zbrodnie mają jednego sprawce.

Kiedy w 1983 roku Edmund udał się do kina na horror Wilczyca (do obejrzenia na jutubie lub vod onet), odczuwał tak silne podniecenie seksualne, że zapragnął po raz kolejny zdobyć kobiece narządy.

Fragmenty "Wilczycy"



Jednak pułapka na niego była już zastawiona. Podczas gdy K. wycinał narządy kolejnym zwłokom, spłoszyli go funkcjonariusze MO. Mimo, że uciekł, po kilku dniach został aresztowany.

Przyjrzyjmy się teraz morderstwom, jakich dokonał K. od strony kryminologicznej. FBI ustaliło kryteria, według których analizuje scenę przestępstwa

1. Faza przedkryminalna: przejawem tego stadium jest fantazjowanie na temat osiągnięcia zaspokojenia seksualnego w sposób niezgodny z prawem, najczęściej treść fantazji przejawia się w rytualizacji przestępstwa, co opisuje druga faza cyklu przestępczego. W przypadku pana K. fantazje te od zawsze krążyły wokół śmierci, zwłok, miejsc z których zionie grozą. Jednak to stosunek z martwą kobietą, a raczej jej narządami były główną treścią fantazji, nie czerpał on przyjemności z samego zabijania.

2. Stopień zorganizowania sposobu popełnienia przestępstwa: zdawać by się mogło, że morderca zabijał swoje ofiary w sposób zrytualizowany: za każdym razem wycinał im narządy płciowe w taki sam, precyzyjny sposób. Jednak poza tym zarówno ofiary, jak i miejsce przestępstwa wybierane były losowo, najczęściej stawały się nimi, ze względu na okoliczności: Pierwsza ofiara zginęła, bo Kolanowski bał się niesatysfakcjonującego seksu, druga w celu rozładowania stresu i napięcia wywołanego kradzieżą, trzecia – 11 letnia Alina zginęła, ponieważ Edmund nie znalazł na cmentarzu żadnego świeżego grobu. Ofiary były zróżnicowane zarówno wiekowo, jak i pod względem cech fizycznych.

3. Trzecia faza morderstwa – uprzątnięcie sceny przestępstwa. Trzeba przyznać, że nasz dwiant, nie był zbyt roztropny jeśli chodzi o ukrywanie zwłok. Najczęściej porzucał je okaleczone, w rowach, czy w lesie. Podobnie z resztą postępwał, gdy profanował zwłoki.

4. Czwarta faza – postkryminalna zawiera w sobie reakcje sprawcy na popełniony przez siebie czyn. Edmund zdawał sobie sprawę, że napaści na kobiety i morderstwa w celu pozyskania narządów płciowych są bardziej niebezpieczne, niż wykopywanie zwłok. Zabijanie nie było jego głównym celem.


Gdy Edmund K został aresztowany przyznał się do postawionych mu zarzutów, współprcował z milicją.

Wizja lokalna na Naramowicach. Kolanowski pokazuje, jak zabił i ukrył ciało 11-letniej Aliny





Był też poddany różnym badaniom. Po szczegółowej analizie wszystkich uwarunkowań i mechanizmów kierujących postępowaniem Kolanowskiego, biegli sformułowali następujące wnioski seksuologiczne.

1. Potrzeba seksualna Edmunda jest ukierunkowana heteroseksualnie i jej siła mieści się w granicach fizjologicznej normy
2. Badany posiada rozległe zaburzenia w sposobie realizacji potrzeby seksualnej, przejawiające się zboczeniami płciowymi: fetyszyzmem i nekrofilią
3. Edmund K nie utracił zdolności do normalnego współżycia seksualnego, a jego dewiacje nie były wynikiem impotencji.
4. Dokonane zabójstwa były wykonane na tle seksualnym, nie były to jednak zabójstwa z lubieżności.



Kolanowski zabijał, bo nie potrafił zniwelować napięcia seksualnego. Rozładowywał więc agresję na przypadkowo spotkanych osobach. Ale dopiero po zabójstwie przystępował do zaspokajania popędu.

Jakie mogły być przyczyny rozwoju dewiacji Edmunda?



W teoriach na temat rozwoju dewiacji, jako główną przyczynę podaje się treści fantazji towarzyszących masturbacji w wieku młodzieńczym.
Patrząc na życiorys Edmunda Kolanowskiego można doszukać się wielu psychogennych czynników prowadzących do trudności i zaburzeń seksualnych.

1. Czynniki osobowościowe
a) niska samoocena, zahamowania i stłumienie seksualne
b)kompleksy


2. Czynniki związane z rozwojem psychoseksualnym
a)kompleks onanistyczny
b)doświadczenia dewiacyjne
c) odrzucenie przez płeć przeciwną
d) patologiczna inicjacja seksualna (?- tu nie jestem do końca pewna, czy uznać seks z prostytutką jako patologię :hitler: )


3. Czynniki rodzinne
a) niewłaściwa atmosfera wychowawcza
b) nieudane małżeństwo rodziców
c)despotyczny ojciec
d) wczesnodziecięce konflikty


Edmundowi postawiono następujące zarzuty:

 profanacji zwłok zmarłej sąsiadki,
 w 1972 (w wieku 25 lat) – wykopania zwłok i profanacji,
 w lipcu 1980 – okaleczenia zwłok znajdujących się w kaplicy cmentarnej w Nowej Soli,
 27 października 1980 – morderstwa i okaleczenia zwłok kobiety (21 lat, zwłok nie znaleziono), poznanej na dworcu PKP w Poznaniu, w Baborówku,
 16 marca 1981 – morderstwa kobiety (20 lat) w Warszawie (Wawer),
 26 lutego 1982 – porwania i okaleczenia zwłok kobiety z kaplicy cmentarnej na Naramowicach,
 4 listopada 1982 – morderstwa i okaleczenia zwłok dziewczynki (11 lat) na Naramowicach,
 29 listopada 1982 – wykopania i profanacji zwłok na Miłostowie,
 28 stycznia 1983 – wykopania i profanacji zwłok na Miłostowie

4 czerwca 1985 r. Edmund Kolanowski został skazany na karę śmierci przez powieszenie. 28 lipca 1986 r. wyrok wykonano.


Szubienica w celi śmierci

II wojna światowa

ZimnySkurwiel • 2012-04-15, 18:23
254
Rzadkie ujęcia z II wojny światowej
Muzyka to Hans Zimmer - Another Brick In Hadrians Wall


Groupies Hitlera czyli o nazistkach

Plastikowy__Pan__Jezus • 2012-04-15, 00:16
35
Gigantyczna sala wypełniona po brzegi. Wyniosła mównica, a w tle ogromny sztandar ze swastyką. Tłum faluje, Adolf Hitler gestykuluje żywo przemawiając z pasją, a gdzieś pomiędzy brunatnymi mundurami skrzą się setki wpatrzonych z uwielbieniem kobiecych oczu. Tak, to one… darzące go uwielbieniem, nieraz wręcz bałwochwalczą miłością. Groupies Hitlera!


Adolf otoczony pięknymi Niemkami :nazimaja:



Z perspektywy czasu ciężko wyobrazić sobie Hitlera jako bożyszcze kobiet. A jednak, kanclerz Rzeszy musiał mieć według ówczesnych Niemek „to coś”. Uważały go za połączenie nadczłowieka, ojca narodu i… dzikiej bestii. Słowem za kwintesencję męskości w jednej osobie! Aż trudno uwierzyć, jak wiele kobiet padało ofiarą jego uroku. Z racji liczby korespondencyjnych wielbicielek zapatrzonych w swego ukochanego wodza i posyłających mu tysiące listów, Kancelaria III Rzeszy musiała stworzyć osobny pion i oddelegować do niego szereg pracowników. Tak powstało specjalne archiwum na „kobiece gryzmoły”, do którego trafiło kilkadziesiąt tysięcy mniej lub bardziej osobistych przesyłek od wielbicielek.
Zanim za Diane Ducret – autorką książki „Kobiety dyktatorów” – zacytuję kilka interesujących fragmentów owej korespondencji, muszę zaznaczyć dwie rzeczy. Po pierwsze, żadna cytowanych kobiet nigdy osobiście nie spotkała Hitlera i nie zamieniła z nim nawet słowa (wszystkie znały go wyłącznie z wieców, przemówień radiowych, gazet i „Mein Kampf”, ewentualnie widziały go gdzieś tam, kiedyś tam, z oddali). Po drugie, wśród oddanych wyznawczyń Führera odnajdujemy cały przedział wiekowy i klasowy, od młodych dziewcząt do starszych pań, od kur domowych, po arystokratki.

Młode nazistki zachowujące się na widok Hitlera, jak amerykańskie nastolatki na widok Biebera.


Nazistki listy piszą
List od niejakiej Friedel S., która nie pozostawia wątpliwości co do swoich intencji (rok 1935):
Pewna kobieta z Saksonii bardzo pragnie mieć z Panem dziecko. Oczywiście jest to pragnienie dość niezwykłe […].


Może ta wzruszona niewiasta też pisała płomienne listy do wodza?


Pragnę i równocześnie drżę z obawy. Ten list może do pana nie dotrzeć. Może nie ma Pan czasu na dziecko. Może czuje się Pan zbyt stary, by mieć dziecko, i już dawno porzucił Pan tę, jego zdaniem, nierealną myśl. Mimo wszystko powinien Pan dać początek nowemu życiu. Jest to moim największym marzeniem, do którego spełnienia dążę ze wszystkich sił mego serca.

Gorący list od baronowej von Kilvein, przebywającej podówczas aż w Egipcie (rok 1938):

Jednak wszystko uległ zmianie, gdy zrozumiałam, że moją odnową jest Pan, Panie Hitler. […] Wszystko rozświetliło się miłością tak wielką, miłością do mego Führera, mojego mistrza, że czasem chciałabym umrzeć wpatrzona w Pana fotografię, by już nigdy niczego innego nie oglądać oprócz Pana. […]

List od pewnej kury domowej z Berlina oprócz skargi na nadmiar prania, cerowania, czy brzydką pogodę zawiera w sobie obraz uwielbienia (rok 1939):

[…] Ciągle przeglądam Twoje fotografie i kładę je przed sobą, nim je ucałuję. Tak jest, mój kochany, mój najdroższy, mój dobry Adolfie, miłość jest szczera jak złoto […]. Poza tym, mój drogi, teraz mam już nadzieję, że otrzymałeś moją paczkę z ciastem i że też będzie Ci bardzo smakowało. Wszystko, co Ci posyłam, płynie z czystej miłości.


I znów Hitler otoczony wianuszkiem kobiet...


Niejaka Ritschi w nosie miała protokół i dobre obyczaje i pisała do Hitlera bardzo bezpośrednio. Ten jeden, króciutki list przytoczę w całości. To, że nigdy nie zamieniła z Führerem słowa nie było dla niej problemem (rok 1941):


Drogi Adi!
Pewnie będziesz za mną tęsknił odrobinę. Pragnę Ci jeszcze posłać fotografię, jako symbol mojej miłości. Zatem dołączam moje maleńkie zdjęcie. Przypominam na nim Madonnę na nieboskłonie. Czasami jestem bardzo smutna. 23 lipca jadę do mego rodzinnego kraju. Na pewno byłeś już w Karlsbadzie… Tam jeszcze częściej będę o Tobie myślała.
Gorące pocałunki dla Ciebie, moja Ty dzika Bestio.


Kobieta, która podpisała swój list jako Twoja dziewczynka Jose wpadła chyba nawet w lekkie urojenia i zwracała się do kanclerza jak do swojego kochanka… dosłownie (rok 1941).

Czy dużo myślisz o Twojej Jose? Naprawdę? Naprawdę? Zachowaj mnie moja wierna miłości, pozostaję cCi wierna i dobra dla Ciebie na wieki, nie martw się o mnie. […] Ale radujmy się wojną. Dobrze? Dobrze? Mój Drogi. Dziękuję Ci także za tę Twoj miłość, za wierność, za wszystko, co piękne. Jesteś taki uroczy i dla mnie dobry. […] Opowiedziała Ci wszystko, pozwól, że mocno przycisnę Cię do serca, i przyjmij najszczersze i najserdeczniejsze pozdrowienia, mój wierny kochanku Adolfie Hitlerze.

Na koniec list od pani Rosy M., nieszczęśliwej mężatki, której stadło umarło gdy pokochała Adolfa Hitlrea, a która zdecydowała się wreszcie wyznać mu swoje uczucia (rok 1944):


Mój mąż stał mi się obcy, dlatego tylko, że w sercu noszę kogoś Lepszego. […] Tyle do Ciebie czuję, miłość między nami dwojgiem jest już silnie ugruntowana. Z każdym dniem pojmuję dzięki Tobie tyle rzeczy, że rozumiem każdy znak. Chcę być tylko Twoja. […]

To tylko drobna próbka możliwości szalonych fanek kanclerza Trzeciej Rzeszy. Jak podaje Diane Ducret, Hitler otrzymał więcej listów od fanek niż dinozaur rocka Mick Jagger i wszyscy beatlesi razem wzięci! Z jednej strony powściągliwy w kontaktach z płcią przeciwną przywódca narodowych socjalistów zżymał się na dźwięk tych nieraz bardzo płomiennych, wręcz nieprzyzwoitych wyznań. Z drugiej jednak kazał przygotowywać ich streszczenia i traktował je jako… doskonały barometr nastrojów społecznych

Człowiek Hitlera, człowiek sukcesu! Jak naprawdę wyglądała

Plastikowy__Pan__Jezus • 2012-04-14, 23:55
38
Wojna przegrana, führer nie żyje, Trzecią Rzeszę szlag trafił, a stolica zdobyta. Trzeba jakoś urządzić się w nowej rzeczywistości! Szybko się okazało, że naziści doskonale odnajdują się w ponazistowskich warunkach…
Niemieccy naziści z końcem wojny wcale nie rozpłynęli się w powietrzu. Żyli dalej, czasem na niższym poziomie, czasem nawet wygodniej i wystawniej niż dotąd. Ci, którym się trochę poszczęściło lub byli bardziej obrotni, otrzymywali ciepłe posadki urzędników państwowych. Inni szukali sobie nowych zajęć, a jeszcze kolejni zwyczajnie zaszywali się gdzieś poza granicami ojczyzny ciemiężonej przez zwycięzców.
Tymczasem w ponazistowskich Niemczech wyrastało kolejne pokolenie, którego przedstawiciele nie zdawali sobie nieraz sprawy, że tatuś czy ulubiony wujek służyli w gestapo lub dokonywali zbrodni na ludności cywilnej. Większość wolała nie dociekać prawdy. Niektórzy stawiali jednak niewygodne pytania – chociażby o to, jak owym krewnym udało się uniknąć odpowiedzialności. Szybko dowiadywali się, jak w praktyce wyglądała po wojnie procedura denazyfikacji. Przyjrzymy się temu od podszewki okiem Jensa-Jürgena Ventzkiego, syna hitlerowskiego nadburmistrza Łodzi. Chcąc zmierzyć się z nazistowską przeszłością swojego ojca Wernera, zebrał on całkiem interesujący materiał. Teoretycznie to jednostkowy przypadek. W praktyce odzwierciedla on perypetie wielu nazistów. A wszystko zaczęło się w roku 1946…
Po kilkunastu miesiącach internowania były nadburmistrz Łodzi (nazistowskiego Litzmannstadt) opuścił obóz. Pomimo współodpowiedzialności między innymi za deportacje Polaków z podległego mu miasta oraz likwidację tamtejszego getta i wywiezienie jego mieszkańców do obozu w Kulmhof, gdzie zostali zgładzeni, zbrodniarz szybko dostał szansę wykpienia się od jakiejkolwiek kary.

Jak właściwie wyglądała ta denazyfikacja?
W brytyjskiej strefie okupacyjnej, gdzie mieszkała rodzina Ventzkich, proces denazyfikacji popleczników Hitlera przebiegał bardzo sprawnie i… pobieżnie. Nazistów podzielono na pięć kategorii:
główni winni (Hauptschuldige)
obciążeni (Belastete)
obciążeni w mniejszym stopniu (Minderbelastete)
współpodążający (Mitläufer)
uwolnieni od zarzutów (Entlastete)


Dumny nazista został poniżony zakwalifikowaniem do pośleniej kategorii. Paskudna potwarz!


Do pierwszych dwóch kategorii zaliczano tylko zbrodniarzy wojennych oraz członków organizacji zbrodniczych określonych przez Trybunał Norymberski. Reszta nazistów kwalifikowana była do pozostałych trzech grup. Ogólnie rzecz biorąc denazyfikacja nie przedstawiała się jakoś imponująco. Jak podaje Jens-Jürgen Ventzki w książce „Cień ojca”, przykładowo w Szlezwiku-Holsztynie w 1948 jedynie 0,5 procenta poddanych jej osób zakwalifikowanych zostało do kategorii „winni„, a pozostałe 99,5 wrzucono do worka z dwoma najniższymi kategoriami. Ponadto wielu dawnych funkcjonariuszy Trzeciej Rzeszy musiało się wręcz dopraszać o poddanie ich procedurze, przy czym Brytyjczycy niespecjalnie kwapili się do sprawdzania faktów i dociekania faktycznego stanu rzeczy!

Wierny nazista tylko „poplecznikiem”? Wstyd i hańba!
Zakochany w ideologii narodowego socjalizmu, sercem SS-mann, urzędem nadburmistrz, Werner Ventzki również został poddany procedurze denazyfikacyjnej. On, wierny nazista, który gościł u Hitlera, porywał tłum swoimi przemowami, patronował młodzieży z Hitlerjugend, a syna chrzcił według obrzędu SS, uznany został tylko za marnego poplecznika! Cóż za potwarz! Jak twierdzi jego syn, Ventzki oburzał się na to jeszcze dwa lata przed śmiercią (pożegnał się z tym światem w roku 2004). Żona Wernera wspominała natomiast, że jej męża uratowały zeznania pewnego Żyda z Hamburga, który w jego obronie wystąpił przed niemiecką komisją denazyfikacyjną.
Poddany procedurze i praktycznie oczyszczony z zarzutów, Ventzki mógł się zająć „pożyteczną” działalnością. Razem z żoną zaangażowali się w Blok Wszechniemiecki, czyli Blok Wypędzonych ze Stron Ojczystych i Pozbawionych Praw. Cóż, ci którzy odbierali domy Żydom i Polakom, dorabiali się na krzywdzie drugiego człowieka, pod nosem mieli getto i pomagali w prześladowaniu jego mieszkańców, teraz zaczęli się domagać zwrotu utraconych przywilejów!


Frau Ventzki również kochała Hitlera, a poza przymusową ewakuacją z Łodzi nie spotkały jej po wojnie żadne większe przykrości. Dożyła swoich dni u boku męża, ze swastyką wyrytą w sercu.



Zdenazyfikowany Ventzki już w 1958 roku został na wniosek ministra pracy, spraw społecznych i wypędzonych powołany na stanowisko zastępcy kierownika wydziału ds. Wypędzonych rządu kraju Szlezwik-Holsztyn, urzędujący w Kilonii. Jak pisze jego syn, spotkał tam wielu znajomych urzędników nazistowskich z dawnego Kraju Warty i z Poznania. Odnowił przyjaźnie z Litzmannstadt, z czasów przynależności do NSDAP i SS.

Rozgrzebywanie przeszłości…
Spokojne życie dawnego kacyka Łodzi zaburzyły dopiero berlińskie gazety. W 1960 roku do Ventzkiego zaczęły docierać informacje o tym, że ktoś grzebie w jego nazistowskiej przeszłości i wyciąga ją na światło dzienne. Przynależność do NSDAP i popieranie hitleryzmu połączył z zajmowaniem przezeń publicznego stanowiska chociażby związany z SPD zachodnioberliński dziennik „Telegraf”.
Dziennikarze wprost pisali o nazizmie Ventzkiego i o jego powiązaniach z łódzkim gettem. Niesmaczne wydawało im się zajmowanie przez niego wysokiego stołka w Federalnym Ministerstwie ds. Wypędzonych. Zwierzchnicy szybko zatuszowali sprawę, przesuwając dawnego nadburmistrza na inne stanowisko w innym mieście. Nikomu natomiast nie przyszło do głowy, żeby go po prostu zwolnić!
W latach sześćdziesiątych jeszcze kilkukrotnie „niepokojono” Ventzkiego w związku z jego przeszłością i karierą w Trzeciej Rzeszy. Zawsze jako świadka, choć jego nazwisko pojawiło się w księdze zbrodniarzy hitlerowskich. W 1969 roku znowu ukazały się niepochlebne artykuły na jego temat. Kontrowersje wzbudziło między innymi jego stwierdzenie, że jako nadburmistrz Litzmannstadt nie miał pojęcia o mordowaniu Żydów z tamtejszego getta i myślał, że chorych i słabych wywożonych z miasta transportują do sanatorium. Pewien pochodzący z Górnego Śląska pisarz następująco skomentował stanowisko przesłuchiwanego:
Taką cyniczną bezczelność może głosić pod przysięgą morderca Żydów! Nic mu za to nie grozi. Po przesłuchaniu wraca do swojego biura i w najlepsze pracuje jako dyrektor.
I rzeczywiście, o żadnej karze nie mogło być mowy. Ventzki spokojnie dożył emerytury, co miesiąc odbierał pokaźne wynagrodzenie od władz demokratycznych Niemiec, a na starość popijał herbatkę z kolegami z SS i NSDAP, wspominając dawne, dobre czasy.
Podobnych do niego delikwentów były setki, a może i tysiące…

źródło:ciekawostkihistoryczne.pl
X