Tatarzy w Polsce.

Anonymous • 2013-02-02, 18:27
32
Witam. Jako że ostatnio zauważyłem najazd na narody kolorowe, lubujące się we wzajemnym eksterminowaniu i krzyczeniu "Allah akbar"- postanowiłem troszkę podrążyć temat Muzułmanów na ziemiach Polskich- i oto, co udało mi się zlepić.
Chciał bym przedstawić bliżej historię Tatarów osiadłych w granicach Rzeczypospolitej Polskiej.

No, to lecimy- pozwolę zacytować sobie duży fragment tekstu z zaznaczeniem źródła.

Cytat:

Tatarzy - Muzułmanie Polscy

W Rzeczypospolitej Polskiej zamieszkuje obecnie około 5000 osób z rodowodem tatarskim, wyznających Islam. Ludność tę określamy dziś mianem Tatarów polskich. Jej przodkowie pochodzili z niegdyś potężnego państwa tatarskiego Złotej Ordy oraz z powstałych po jej upadku samodzielnych chanatów.

Pierwsi przybysze przywędrowali na teren Wielkiego Księstwa Litewskiego na początku XIV wieku. Pełny rozwój kolonizacji tatarskiej nastąpił za rządów Wielkiego Księcia Witolda, przypadających na lata 1392 – 1430. Tatarzy osiedlali się tam dobrowolnie porzucając, targane wojnami domowymi rodzinne stepy. Osiedlający się Tatarzy byli stale zobowiązani do służby wojskowej, za co otrzymywali nadziały ziemi. Mogli w swoich koloniach budować meczety, jak też wchodzić w związki małżeńskie z tamtejszymi kobietami, oraz wychowywać potomstwo w wierze muzułmańskiej.

Z biegiem czasu, kiedy liczne unie połączyły Polskę i Litwę, tworząc z nich jedno niepodzielne państwo, Tatarzy stali się poddanymi Króla Polskiego. Służyli, zatem w wojskach litewskich i polskich, przeważnie w oddziałach lekkiej jazdy, na uzbrojenie, których składały się szable i łuki. Kiedy zachodziła potrzeba, broniąc Rzeczypospolitej, ścierali się w boju z wojskami Zakonu Krzyżackiego, walczyli z Rosjanami i Szwedami, a także ze swymi pobratymcami, których nie uważali za braci , lecz za najeźdźców. Oprócz służby wojskowej na niektórych Tatarach, posiadających znajomość języków wschodnich, spoczywał obowiązek tłumaczy. Wysyłano ich zatem w poselstwach polskich do Turcji i Chanatu Krymskiego.

Na przełomie XVI i XVII w. Tatarzy całkowicie zatracili swój język ojczysty, zastępując go jednym z języków słowiańskich, którymi posługiwała się ludność Wielkiego Księstwa Litewskiego. Z racji swego zamieszkania Tatarów tych określał się nieraz litewskimi. Nie oznaczało to jednak, aby identyfikowali się oni z ludnością litewską. Większość mieszkańców Wielkiego Księstwa Litewskiego stanowiła ludność słowiańska, skąd też ulegli oni kulturowej asymilacji otoczenia, pozostając tylko przy swoim wyznaniu. Z czasem zaczęli posługiwać się językiem polskim i białoruskim, przyjmując od tej ludności wszelkie lokalne obyczaje, dlatego też zaczęto nazywać ich Tatarami polskimi.

W drugiej połowie XVII w, w wyniku nadań króla Jana III Sobieskiego, nowe kolonie tatarskie powstały na Podlasiu i w powiecie grodzieńskim. W XVIII stuleciu Tatarzy tworzyli nadal swoje pułki, w których służyli także Polacy. U schyłku tego wieku walczyli w obronie Rzeczypospolitej, biorąc udział w wojnie polsko-rosyjskiej 1792 r i w powstaniu kościuszkowskim 1794 r.

W okresie niewoli narodowej Tatarzy niejednokrotnie dawali wyraz swemu przywiązaniu do tradycji polskich. Walczyli w wojnach napoleońskich, a później przystąpili do powstań polskich lat 1830-1831 i 1863-1864, za co spotkały ich represje ze strony władz rosyjskich.

W czasie pierwszej wojny światowej wielu Tatarów polskich znalazło się w głębi Rosji, gdzie głównie po roku 1917 przyłączyli się do ruchów wyzwoleńczych tamtejszych narodów muzułmańskich. Jednak większość z nich pozostała na swoich ziemiach, których przeważająca część przypadła Polsce po 1918 r. Musieli jeszcze walczyć o nie tworząc swój pułk w wojsku polskim, który brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej.

W latach 1918-1939 Tatarzy polscy w II Rzeczypospolitej posiadali 19 gmin wyznaniowych /dżemiatów/, gdzie znajdowały się meczety i cmentarze muzułmańskie (miary). Nad całością spraw wyznaniowych czuwał Muzułmański Związek Religijny w Rzeczypospolitej Polskiej, który powołano do życia w 1925 roku. Na czele związku stał Mufti dr nauk filozoficznych Jakub Szynkiewicz rezydujący w Wilnie. Obok tego działał Związek Kulturalno-Oświatowy Tatarów Rzeczypospolitej pod przewodnictwem Olgierda Kryczyńskiego. Prowadzono szeroką działalność społeczno-kulturalną wydawano dwa pisma „Rocznik Tatarski” oraz „Życie Tatarskie”. Ukazywał się też „Przegląd Islamski” wydawany w latach trzydziestych przez gminę warszawską.

Od 1936 roku wszyscy poborowi Tatarzy służyli w jednym pułku kawaleryjskim, którym był 13 Pułk Ułanów Wileńskich. Tam gromadzili się w pierwszym szwadronie nazwanym tatarskim.

We wrześniu 1939 r Tatarzy znowu stanęli w obronie Rzeczypospolitej, walcząc z Niemcami jak i nacierającymi ze wschodu wojskami sowieckimi. Odnajdujemy ich też na wszystkich frontach drugiej wojny światowej, wszędzie tam gdzie walczył żołnierz polski.

Po drugiej wojnie światowej większa część ziem zamieszkałych przez Tatarów znalazła się w granicach ZSRR. Wielu z nich nie mogło się z tym faktem pogodzić przeniosła się razem z Polakami z tamtych terenów, na nowe ziemie Polski – na Pomorze i nad Odrę i Nysę.

Muzułmański Związek Religijny w Rzeczypospolitej Polskiej zrzesza 95% polskich muzułmanów pochodzenia tatarskiego, co stanowi około 5000 osób.


Źródło: http://www.tatarzy.pl/historia/tatarzy_polscy.html

Jako, że jestem związany ze wschodem- pozwolę wkleić sobie mapę, gdzie znajdują się wsie i ważne miejsca w ich kulturze.



Do tego polecam zapoznać się z dwoma artykułami poświęconymi miejscom kultu- które można przy odrobinie szczęścia i chęci- odwiedzić:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Meczet_w_Kruszynianach
http://pl.wikipedia.org/wiki/Meczet_w_Bohonikach




Jako, że znam osobiście kilku- mogę stwierdzić, że poza tym- że wierzą w innego- nie różnią się od nas niczym. :-)
Nie postulują o meczet przy każdej ulicy, ani o osobistego muezina napieprzającego skoro świt, nie chcą zapieprzać w burkach, ani zakazywać nam zjadania schabowego.

Plus w ramach ciekawostki:
1) Pochodzenia tatarskiego był Henryk Sienkiewicz.

2) TVP Białystok nadaje raz w miesiącu program, o tematyce związanej z mniejszością tatarską zamieszkującą Podlasie pt. Podlaski Orient (dawniej w programie wszystkich mniejszości narodowych i etnicznych na Podlasiu pt. Sami o sobie). Edusat nadaje program poświęcony polskim Tatarom rozsianym po całej Polsce pt. Tatarskie ślady. - można poszukać na YT i pooglądać.

Mariusz Trynkiewicz

Asiulka_ai • 2013-02-02, 17:54
10
Mariusz Trynkiewicz (ur. 10 kwietnia 1962 roku) - polski seryjny morderca.
Był nauczycielem z Piotrkowa Trybunalskiego, który latem 1988 roku zabił w swoim mieszkaniu przy ulicy Działkowej trzech chłopców: 11-letniego Tomasza Łojka oraz 12-letnich Artura Kawczyńskiego i Krzysztofa Kaczmarka. Trynkiewicz miał wtedy 26 lat. W śledztwie ujawniono, że wcześniej dopuścił się jeszcze jednego podobnego morderstwa na 13-letnim Wojciechu Pryczku. Ponadto był już karany za wykorzystywanie seksualne dzieci, a ostatnich zbrodni dokonał podczas przerwy w odbywaniu kary udzielonej w związku z chorobą matki.
W dniu 29 września 1989 roku został czterokrotnie skazany na karę śmierci (za każde zabójstwo z osobna). W wyniku późniejszego moratorium odsiaduje karę 25 lat pozbawienia wolności. Kara kończy się 11 lutego 2014 roku[1].
W trakcie odbywania kary złożył wniosek o zmianę nazwiska na Komornicki (rodowe nazwisko swojej matki) argumentując to tym, że "zależy mu na dobrym funkcjonowaniu w społeczeństwie po opuszczeniu zakładu karnego, a posiadanie w dalszym ciągu nazwiska kojarzonego z przestępstwem nagłośnionym przez media, z góry go dyskryminuje". We wniosku prosił także o "danie mu szansy normalnego funkcjonowania, bez narażania na szykany czy życie w ciągłym zagrożeniu i niepewności". Urząd Stanu Cywilnego w Piotrkowie, Sąd Okręgowy w Opolu oraz wojewoda nie przychylili się do wniosku ze względu na "brak podstaw ustawowych na wyrażenie takiej zgody"[2][3].
Wydział penitencjarny Sądu Okręgowego w Opolu zarządził poddanie go przymusowej terapii zaburzeń preferencji seksualnych[4]. Wbrew pierwszym doniesieniom morderca nie zostanie poddany chemicznej kastracji. Podczas przymusowej terapii będzie uczony empatii[5].
Na temat śledztwa i procesu w sprawie Mariusza Trynkiewicza powstała książka o nazwie "Proces Szatana?" autorstwa Eugeniusza Iwanickiego, wydana w roku 1990[potrzebne źródło].
Obecnie Mariusz Trynkiewicz przebywa w zakładzie karnym w Rzeszowie, wychodzi za 1.5 roku.
Wszyscy jednak pamiętają jego słowa z procesu, podczas którego powiedział: - Po wyjściu z więzienia nadal będę zabijał chłopców. To silniejsze ode mnie.





Cmentarz Orląt Lwowskich

Hauer88 • 2013-02-02, 10:20
17


Cmentarz Orląt Lwowskich nie jest tak naprawdę oficjalną nazwą szczególnej części wydzielonej z łyczakowskiej nekropolii, będącej miejscem spoczynku młodych ochotników i żołnierzy, którzy zginęli w latach 1918-1920 w walkach we Lwowie i w okolicznych miejscowościach. „Orlęta Lwowskie” to literackie, a może nawet poetyckie określenie lwowskiej młodzieży, która ochotniczo szła do walki o swoje miasto. Jest to określenie powstałe w czasach, gdy nie było jeszcze wątpliwości, o co Orlęta walczyły i dlaczego ginęły.



De iure nazwa cmentarza to: Cmentarz Obrońców Lwowa, ale ponieważ nikomu – i tyczy się to również ówczesnej opinii międzynarodowej będącej pod wrażeniem heroizmu młodych Polaków – nie trzeba było wówczas wykazywać, że lwowskie dzieci i młodzież Lwowa broniły, to na fali patriotycznego zachwytu ich czynem nazywano je też zdrobniale i w nawiązaniu do polskiego godła „Orlętami”, sam zaś cmentarz w potocznym odbiorze był nekropolią Orląt – Cmentarzem Orląt Lwowskich. Przepięknie położony na wzniesieniu chylącemu się ku Pohulance został zaprojektowany przez studenta Politechniki Lwowskiej, Rudolfa Indr*cha, który sam w Obronie Lwowa walczył. Mający promienisty kształt cmentarz schodził od znajdującej się na szczycie kaplicy ku zboczu, gdzie u jego podstawy znajdowała się brama z Łukiem Chwały – robiącą wrażenie swymi rozmiarami kolumnadą, którą ozdobiono łacińskim napisem tłumaczonym jako „Umarli, abyśmy żyli wolni” („Mortui sunt ut liberi vivamus”). W dalszych zaś planach rozwoju cmentarza na szczycie kolumnady miał znaleźć się posąg orlicy tulącej pisklę.

Mimo końca zimnej wojny i upadku ładu międzynarodowego, który stanowił o zniszczeniu wysiłków Obrońców Lwowa, nigdy ich cmentarz się nie odrodził do stanu sprzed wprowadzenia ładu zwanego jałtańskim. W roku 1971 rozjechano cmentarz czołgami i zniszczono Łuk Chwały, ostała się tylko centralna jego część, ta właśnie, na której znajduje się prosty, choć wiele mówiący napis. W katakumbach pod cmentarną kaplicą urządzono warsztat samochodowy, ukradziono cmentarzowi dwa lwy, które trzymały w łapach tarcze z niewygodnymi dla władzy sowieckiej napisami: „Zawsze Wierny” i „Tobie Polsko”. Skala przedsięwzięcia, do którego zaangażowano nawet będące na wyposażeniu Armii Czerwonej tanki, była naprawdę godna „lepszej sprawy”.

W radzieckim Lwowie w tych ponurych czasach mogła przecież działać archikatedra łacińska, nie zamknięto jej nawet w latach powojennego stalinizmu. Zadziwiające jest więc, że to właśnie cmentarz, z którego wydobyto zwłoki Nieznanego Żołnierza spoczywającego dziś na placu Piłsudskiego w Warszawie, mógł być aż tak dla władzy niewygodny. Na całym obszarze ogromnego Imperium Zła nie było chyba miejsca, któremu próbowano by tak radykalnie obniżyć status z Campo Santo (Świętego Miejsca) do roli warsztatu samochodowego, pastwiska dla krów, fragmentu drogi dla samochodów (tak, tak..), które – choć było tylko niemym świadkiem powojennych dziejów swojego miasta – zostało uznane za wroga mogącego być unicestwionym jedynie czołgami, niczym przeciwnik na froncie. Orlęta, choć milczały, to nadal mówiły. Obrona Lwowa wciąż była opowiadana z zaświatów, co więcej – czekała na swój dalszy ciąg, aż orlica będzie mogła w końcu przytulić swe pisklę.

Ta wizja musiała bardzo uwierać władców atomowego supermocarstwa rozciągającego się od Europy centralnej po Ocean Spokojny. Obrońcy Lwowa nieustannie przypominali sowietom samą obecnością w swoim mieście, że tylko łapska trzymane przez nich na guzikach atomowych i dziesiątki dywizji pozwalają im władać miastem. Miastem, którego mieszkańcy zawsze uznawali sowietów za intruzów i okupantów, a które w 1920 broniło się przed bolszewią tak zawzięcie, że bitwę pod Zadwórzem nieopodal Lwowa nazwano „polskimi Termopilami”.

Spójrz zresztą sam, Drogi Przyjacielu czytający ten skromny tekst, na przebieg frontu polsko-bolszewickiego w 1920. Bitwa Warszawska, Cud nad Wisłą – Warszawa ostatecznie się broni. A Lwów? Lwów aż do samego końca objęty jest przez wąski przesmyk połączony bezpośrednio z terytorium kontrolowanym przez Wojsko Polskie. Upadku miasta Zawsze Wiernego – Tobie Polsko wróg mógł oczekiwać lada chwila. Szykowano nawet odpowiednie instytucje czerwonego aparatu władzy (analogiczne do białostockiego rządu polskiej republiki rad), do przejęcia obowiązków komisarza politycznego szykował się Josef Dżugaszwili. Plany te nie zostały wcielone w życie, lecz ziemia cmentarza po raz kolejny musiała przyjąć szczątki tych, którzy umarli, byśmy żyli wolni.
W 1939 stolicą sowieckiej Zachodniej Białorusi został Białystok, per analogiam Lwów stał się stolicą Zachodniej Ukrainy.

Testament leninowskiego państwa z 1920 zrealizował 19 lat później jego kolejny lider, Józef Stalin, który jako młody Dżugaszwili zapragnął Lwowa. Był blisko, ale poniósł fiasko. Miał jednocześnie szczęście, że uniknął polskiej niewoli, w której zapewne pomarłby na tyfus albo inną chorobę. Jednak przeżył i cierpliwie zaczekał. Udało się. Lwowa nie oddał już nigdy.
Nawet powojenna sowiecka atrapa państwowości polskiej, czyli „Polska Ludowa”, nie objęła Lwowa swym zasięgiem. I choć jako twór całkowicie z zewnątrz kontrolowany nie mogła zagrozić w niczym sowieckiemu stanowi posiadania, to komunistyczne władze postanowiły podjąć bezprecedensową wojną z lwowskim cmentarzem, jakby chciały tym bardziej zatwierdzić zmiany polityczne nastałe po wrześniu 1939, a uznane przez mającą krótką pamięć opinię międzynarodową w 1945. Jałta to też koniec Polskiego Lwowa. I póki ta Jałta trwała, o Polskim Lwowie mogli świadczyć zza grobów tylko jego Obrońcy.

W roku 1991 nastąpił długo wyczekiwany przez mieszkańców ziem od Łaby po Kamczatkę koniec istnienia Związku Socjalistycznych Republik Rad. Wraz z nim skończył się ustanowiony przez Jałtę powojenny ład międzynarodowy. Komunizm na szczęście okazał się w praktyce gospodarczą katastrofą i nie uratował go nawet sowiecki arsenał nuklearny. Reformy zapoczątkowane pod nazwą pierestrojki przez kolejnego następcę Lenina i Stalina, Michaiła Gorbaczowa, spowodowały rysy na monolicie, które ostatecznie rozsadziły go od środka. Poszczęściło się i Polakom, którzy zaczęli żyć w teoretycznie Wolnej – miast „Ludowej” – Polsce, co bez upadku komunizmu nigdy by nie nastąpiło.

Zauważ, Drogi Czytelniku, że do tej pory w żadnym punkcie nie było mowy o pierwszej Obronie Lwowa – tej z roku 1918. Był to wówczas okres, w którym bolszewicy nie mogli dojść do Lwowa ani zbliżyć się do niego na jakąkolwiek bliższą odległość, gdyż Rosja przegrała na froncie wschodnim wojnę z państwami centralnymi i pogrążona była w chaosie wojny domowej. Jeszcze nie było wiadomo nawet, z jaką Rosją świat będzie miał do czynienia. Rozgrywającymi były państwa centralne, które jednak również rozsadziła implozja i mimo wygranej wojny na wschodzie nie były tam w stanie zaprowadzić na dłuższą metę swoich porządków. Pozostało im zejść ze sceny dziejów dokończając co najwyżej dzieło swojej wieloletniej polityki, której oblicze poznali Polacy pod zaborami w szczególny sposób.

Divide et impera pozostanie testamentem cesarskiej Austrii – o ile kiedykolwiek ktoś podejmie się jego zrealizowania – choć było to państwo rzekomo liberalne wobec Polaków. W 1918 ostatnie oznaki życia zaborczego imperium zdołały pobudzić jeszcze sterowany przeciwko Polakom ruch ukraiński do militarnego zajęcia Lwowa. Nie będący z początku traktowany poważnie zamach (takie określenie wówczas stosowano) zaskoczył Polaków. Nie mogli oni liczyć, w przeciwieństwie do Ukraińców, na pomoc Austriaków, więc chwycili za jakąkolwiek broń i wykorzystali jedyny atut, jaki wówczas posiadali – znajomość własnego miasta. Zorganizowano naprędce profesjonalne dowodzenie obroną (płk Mączyński – to on pisał później o „zamachu ukraińskim”), a dzieci i młodzież – choć ponosiły ofiarę życia – nie ginęły na marne.

To właśnie dla nich początkowo zorganizowano pochówki na wydzielonej części Cmentarza Łyczakowskiego, które miały zastąpić prowizoryczne tymczasowe groby rozsiane po mieście w pobliżu miejsc walki. Póki nie nadeszło z Krakowa Wojsko Polskie, Lwów musiał bronić się sam. Ostatecznie Ukraińcy nie zdołali utrzymać się w nieznanym sobie mieście, niejednokrotnie naganiani przez Austriaków do walki bagnetem nie byli w stanie przeciwstawić się patriotycznemu wysiłkowi zbrojnemu młodych Orląt. Natomiast przybyłe z odsieczą po 21 dniach Wojsko Polskie honorowo traktowało walczących po stronie ukraińskiej jako żołnierzy, stosując wobec nich prawo wojenne i konwencje międzynarodowe, natomiast weterani ukraińscy żyli w Polskim Lwowie również po ustaniu wszystkich działań wojennych.

Oczywiście nikt nie spodziewał się w 1918, że w wyzwolonym Polskim Lwowie pojawią się kiedykolwiek bolszewicy z Rosji sowieckiej, ostatecznie okazało się, że Cmentarz Obrońców Lwowa będzie miejscem wiecznego spoczynku także i tych walczących z bolszewikami. Nawała ta, powstrzymana w 1920, wróciła do Lwowa w 1939, a ostatecznie zadomowiła się w nim w 1945, choć przez cały ten sześcioletni okres żaden Polak nie był w stanie się z taką perspektywą pogodzić. Żaden Polak nie miał też w tej kwestii nic do powiedzenia, począwszy od 1945, kiedy to „sojusznicy” Polski uznali sowiecki protektorat za jedyne legalne państwo polskie, zaś Lwów za Zachodnią Ukrainę, zgodnie ze zmianami politycznymi przeprowadzonymi we wrześniu 1939.

Nieoczekiwany upadek systemu komunistycznego spowodował, że Lwów nagle stał się – zamiast miastem sowieckim, jak postanowiono w 1945 – miastem ukraińskim. Powstało nowe państwo – Republika Ukrainy – co było korzystne z prostej choćby przyczyny, że przyczyniało się do skrócenia egzystencji systemu komunistycznego i organizmu odgrywającego w nim kierowniczą rolę. W granicach tego państwa znalazł się Lwów, który mimo ogłoszonego upadku Jałty, nie został objęty anulowaniem jej postanowień. Przeszedł on pod bezpośrednią władzę spadkobiercy podmiotu, do którego został przyłączony jako „Zachodnia Ukraina” we wrześniu 1939, gdyż Republika Ukrainy odziedziczyła terytorium po sowieckiej republice w odpowiadających jej granicach.

Niepodległość państwa ukraińskiego potrzebowała legitymizacji historycznej i prawnej. Na opisywanym obszarze nie można było odżegnać się od koncepcji „Zachodniej Ukrainy”, gdyż i samo państwo było ukraińskie, zaś czerpanie bezpośrednio z sowieckich zdobyczy terytorialnych kłóciłoby się z pojęciem Ukrainy jako państwa – w przeciwieństwie do Ukraińskiej SRS – wolnego. Stworzono więc narrację, w której zarówno przed ustanowieniem porządku jałtańskiego, jak i jeszcze przed wejściem Armii Czerwonej, we Lwowie i okolicznych terytoriach również panowała okupacja. Przynależność Lwowa do Polski – wywalczona przecież przez miejscową ludność i wyrażająca jej wolę – była więc okupacją sensu stricte.

Obecnie Cmentarz Obrońców Lwowa nie może zostać odtworzony w stanie sprzed 1939. Z Łuku Chwały zostały kikuty kolumnady i jedyna zachowana część. Lwy z tarczami nie wróciły na swoje miejsce, zaś główne wejście od Pohulanki jest nie tylko nieczynne, ale zamurowane, w ogóle nie istnieje. Na cmentarz wchodzi się przez wejście boczne, mijając po drodze monument i memoriał poświęcony… obrońcom Lwowa, tyle że ukraińskim.

Ile ma to wszystko wspólnego z prawdą, domyśli się każdy, kto dotarł w to miejsce tekstu lub po prostu ma elementarną wiedzę na tematy historyczne. Od tej pory dowiadujemy się, że byliśmy we Lwowie „okupantami”, że to my atakowaliśmy Lwów (od wewnątrz?) i że istnienie cmentarza w takim kształcie już jest dowodem na wyrozumiałość ze strony (zachodnio)ukraińskiej. To tak, jakby ten cmentarz również przed wojną istniał jako nekropolia intruzów – na równi z sowietami, co samo w sobie obraża Rzeczpospolitą i przyzwalanie na co stawia pod znakiem zapytania naszą postulowaną ciągłość prawno-międzynarodową z II RP. Skoro nasz sąsiad potrzebuje legitymizacji swojej państwowości, niech robi to – ale czemu kosztem Polski?

Kosztem Polski przecież nabył po nieoczekiwanym upadku komunizmu niemały kawałek terytorium, z miastem, które w historii Polski odegrało niebagatelną rolę, a w którym nie ma już Polaków tylko i wyłącznie dzięki stalinowskim czystkom etnicznym (tzw. „repatriacja”). Poza garstką (w stosunku do liczebności Ukraińców) Polaków we Lwowie zostali już tylko ci, których na zawsze pochłonęła ziemia cmentarza, więc przynajmniej w stosunku do nich mamy prawo wymagać elementarnego szacunku, tym bardziej, że chcemy traktować Ukrainę jako państwo cywilizowane, które szanuje zmarłych – a zmarli ci umierali nie godząc się na żadne kompromisy, więc i nekropolia ich upamiętniająca powinna być odtworzona w dokładnie takim samym stanie, jak w momencie ich pochówku.

Sprawa ta jest zaniedbywana, gdyż Polacy pozwalają robić z siebie okupantów na ziemiach, na których byli gospodarzami. Cmentarz Obrońców Lwowa jest tak naprawdę tylko kwestią symboliczną, bo i tylko symbolicznie możemy być we Lwowie – nie ma tam już prawie Polaków i nie będzie Lwów częścią Polski, póki sami jego mieszkańcy nie będą tego chcieli. A to może przecież nigdy nie nastąpić.

Czemu jednak dziwimy się wysypowi pomników Bandery i innych zbrodniarzy na dzisiejszej Ukrainie Zachodniej, skoro byli to w zasadzie jedyni ludzie walczący z „okupantem” – czyli z prawowitą władzą polską? Nigdy jako państwo nie ucięliśmy tego tematu, a Ukraińcy – poszukujący tam źródeł tożsamości – chcąc odciąć się od ponurej spuścizny komunizmu, sięgają nie do pozostawionych tam dobrodziejstw kultury polskiej, a do tradycji równie ponurych co komunizm formacji OUN i UPA. Nie pozostawiliśmy Ukraińcom wyboru – nie pokazaliśmy, że byliśmy u siebie, nie pokazaliśmy też – dlaczego? – że OUN i UPA mordowało Ukraińców, dziesiątki tysięcy przecież.

Zgadzam się z argumentem, że większość Ukraińców (tych zachodnich) nie wie, że UPA była formacją zbrodniczą i że była przede wszystkim antypolska. Nie wiedzą tego, bo nie mają prawa wiedzieć. Polska, godząca się na „okupacyjną” rolę w historii dzisiejszej Zachodniej Ukrainy, sama przyzwoliła na to, by bohaterami Ukraińców byli ci, którzy z ową „okupacją” walczyli.

Wątki antypolskie są jednak przykrywane w tej mitologizacji OUN-UPA wątkami antysowieckimi, sami Ukraińcy nie zrobili chociażby problemu z reaktywowaniem pomnika Polaków poległych w walce z bolszewikami w bitwie pod Zadwórzem, powiewają nad nim (i słusznie) flagi Polski i Ukrainy. Jednak to samo nie jest możliwe przy Cmentarzu Obrońców Lwowa, którego nazwa samym swoim autentyzmem obala mit o „polskich okupantach”, więc i o jego pełnym odtworzeniu nie ma mowy.

Można oczywiście w imię „realizmu” zrezygnować z postulatów dotyczących miejsc pamięci i historii. Możemy, rzecz jasna, skupiać się np. gospodarce, kształtując nasz poraniony komunizmem naród bez podnoszenia kwestii związanych z historią (co może wg niektórych się ze sobą nie kłóci), byle nie drażnić potencjalnych sojuszników. Rozwijanie nacjonalizmu polskiego na sposób autonomiczny (gdzie granicami autonomii są Odra z jednej, a Bug z drugiej strony) może i tego wymaga. Ciężko jednak nadal poczuwać się do ciągłości z tradycją suwerennego Państwa Polskiego, a odcinać od „Polski Ludowej”, gdy w kwestiach kształtujących tożsamość idziemy drogą tej drugiej – pseudo-Polski.

Przez dziesiątki lat Polacy oczekiwali sprawiedliwości w sprawie Cmentarza Obrońców Lwowa, latami profanowanego przez sowiecką swołocz. Dzisiaj przywrócenie tej sprawiedliwości Polakom ma rzekomo urażać Ukraińców, tymczasem nikt nie chce oglądać się na krzywdę samych Polaków. Dzisiaj wielu z nich w ogóle nie traktuje kwestii tożsamości poważnie, co jest bezpośrednim efektem komunizmu – a zwalczenie jego skutków wymaga sięgania do źródeł, do ciągłości państwowości polskiej sprzed okresu „Polski Ludowej”. Cmentarz Obrońców Lwowa jest więc zamknięty nie tylko w wyniku narastania zachodnioukraińskiej mitologii o „okupacji polskiej”, ale także w wyniku kroczenia przez Polskę drogą braku pełnej suwerenności w stosunku do sąsiada (a w efekcie suwerenności jako takiej). Coś, co ma rzekomo drażnić Ukrainę Zachodnią, ma być bezkrytycznie przyjęte przez Polaków, którzy przez lata nie mieli nic do powiedzenia w stosunku do barbarzyństwa sowietów na terenie nekropolii. To właśnie za Gorbaczowa zaczęły się pierwsze – półoficjalne remonty. Trudno sobie wyobrazić, co by było, gdyby Polacy nie zdążyli zacząć remontu i prac porządkowych na cmentarzu przed ogłoszeniem przez Ukrainę niepodległości.

Chociaż nawet wtedy Ukraińcy byli gotowi przyjąć polskie warunki w tej kwestii, co jednak nie zrobiło wrażenia na elitach Wolnej – rzekomo – Polski. W ten sposób nasza bezmyślność została ukarana kosztem Obrońców Lwowa i kosztem własnej pozycji w społeczeństwie – jeśli nie całej – to przynajmniej obecnej Zachodniej Ukrainy, która nie ma przeciwwagi dla obrazu „polskiego okupanta”, jeśli chodzi o przynależność Lwowa do Polski; choć przecież cały niemal dorobek cywilizacyjny w tym mieście to dzieło Polaków.

Marginalny w skali całej Ukrainy Lwów nie byłby problemem dla Kijowa, gdyby Polskę i Ukrainę naprawdę łączyły strategiczne stosunki, jakie niektórzy postulują. Przy całej słuszności koncepcji takiego sojuszu i jego potencjalnego znaczenia sprawa reaktywowania symbolicznego dla Polski miejsca powinna być rozwiązana w całkowicie satysfakcjonujący dla Polaków sposób, aby nie była to przeszkoda w rozwijaniu dalszych wzajemnych stosunków. W ten sposób można też mieć ogląd na to, czy nie próbuje się w razie odmowy dowartościować nacjonalistycznej ideologii zachodnioukraińskiej, która bez mitu „polskiej okupacji” nie ma w zasadzie racji bytu. Korzystnie jest też wiedzieć, jak postrzegana jest polska obecność na danym terytorium wchodzącym dziś w skład Republiki Ukrainy, a kwestia cmentarza – tak naprawdę czysto symboliczna, choć nie bez znaczenia – ma tu praktyczne zastosowanie, bo stosunek władz ukraińskich do jej pełnego rozwiązania jest probierzem stosunku do Polski jako państwa o pewnej ciągłości, mającej swój początek co najmniej w 1918 roku. My zaś bez tej niezaburzonej ciągłości nie możemy istnieć jako świadomy naród – stąd odcinamy się przecież od komunizmu, stąd też konieczność przywrócenia miejscom takim jak Lwów symbolicznego statusu miasta przed laty bezdyskusyjnie polskiego, przyjmując jednocześnie do wiadomości fakt, że dziś większość jego mieszkańców stanowią Ukraińcy.

Przy okazji Ukraińcy mają w takich okolicznościach pozytywny obraz naszego kraju jako tego, który przynosił na zamieszkane przez nich tereny wysoką kulturę. Obecnie takie przekonanie mają tylko Ukraińcy pamiętający „polskie czasy” i mający porównanie z okresem sowieckim oraz ci wyjeżdżający do Polski za pracą, bo ci porównują z kolei Polskę ze swoim krajem – a tu Ukraina mimo wszystko prezentuje się mniej korzystnie. Cała reszta ludności nie ma – choć mogłaby mieć – pozytywny obraz Polski, nie wyjeżdżając ze swojego kraju, bo historyczny dorobek „okupantów” ma przecież pod ręką na co dzień.

I dlatego właśnie powinniśmy przez takie symboliczne kwestie jak Cmentarz Obrońców Lwowa podnosić swój status na Ukrainie – państwie, w granicach którego Lwów się obecnie znajduje.

Marcin Skalski


I jako ciekawostka, współcześni polscy i ukraińscy nacjonaliści na Cmentarzu Orląt Lwowskich:

Bombardowanie w Bari 1943

Vercetti77 • 2013-02-01, 21:20
19
Cytat:

Niewygodna historia - Bari 1943
Data publikacji: 2009-03-09 20:07:34, autor: Getos
Niewygodna historia
BARI – 1943.12.02

Pod koniec 1943 roku Alianci stali twardo na ziemi włoskiej zepchnąwszy wcześniej Niemców na północ. W kwaterach dowódczych opracowywano plany operacji lądowania pod Anizo, które to lądowanie miało przyspieszyć kapitulację Niemiec we Włoszech. Niemcy nie byli jednak jeszcze „chłopcem do bicia” i już wkrótce ich lotnictwo miało pokazać przysłowiowy „pazur”.

Późnym popołudniem 02 grudnia 1943 roku z lotnisk Villaorba i Aniano znajdujących się niedaleko Mediolanu podniosło się do lotu 96 niemieckich bombowców Junkers Ju-88A należących do pułków lotnictwa bombowego KG54 i KG76. Czteromiejscowe średnie bombowce niemieckie dźwigały na swoich pokładach po 3,5 t bomb każdy, a ich celem było zbombardowanie portu w Bari. Miasto Bari liczące 250 000 mieszkańców i znajdujące się na samym południu Włoch było dla Aliantów ważnym portem przeładunkowym. Codziennie docierały tutaj tysiące ton zaopatrzenia dla 8. Armii brytyjskiej.

Kilkanaście minut po 19:00 bombowce niemieckie nadleciały nad port od strony Adriatyku. Dolatując do celu bombowce wypuściły setki sztuk pasków folii aluminiowej nazywanej przez Anglików „Windows”, a przez Niemców „Düppel”, nad którymi to paskami szerokie badania prowadził dla Niemców inż. Roosenstein. Paski zdały egzamin, gdyż zakłóciły pracę radarów Aliantów czyniąc blisko setkę bombowców niewidzialnymi. Zupełnie nie niepokojone przez obronę przeciwlotniczą i myśliwce wroga, bombowce nadleciały nad port. Szczęście sprzyjało bombardierom. Ich oczom ukazał się w pełni oświetlony port, a w nim blisko 30 statków głównie transportowych. Niemcy byli ogromnie zdziwieni faktem, że w tak późnych godzinach wieczornych światła portowe były zapalone idealnie wskazując cel bombardowania. Jak się miało później okazać, Alianci chcąc przyspieszyć i zakończyć rozładunek okrętów tego dnia zaryzykowali zapalenie świateł w porcie. Gdy o 19:30 pierwsze bomby spadły na port zaskoczeni Alianci zareagowali ur*chamiając obronę przeciwlotniczą. Było już jednak za późno. Bombardowanie trwające jedynie 20 minut przyniosło Aliantom jak to określił w swoich wspomnieniach D. Eisenhower „największe straty, jakich dane nam było doznać w jednej akcji lotniczej podczas całej kampanii nad M. Śródziemnym i w Europie”.

Dziwnym jest fakt, że na temat tego bombardowania istnieje bardzo mało opracowań, a śmiało jego sukces można porównać do sukcesu nalotu na Pearl Harbour. Spadające na port bomby dokonały ogromnego spustoszenia. Trafione zostały 2 statki amunicyjne których wybuch spowodował rozlanie się w basenie portu wielkiej plamy ropy i jej zapłon. W ogniu zaczęły stawać kolejne statki. W wodzie ginęły dziesiątki ludzi na skutek utonięcia, bądź poparzonych zapaloną ropą. Obraz był przerażający. Dla 1 000 ludzi port Bari okazał się grobem. Obok dwóch statków amunicyjnych zniszczeniu uległo 14 innych jednostek, a kolejnych 7 zostało uszkodzonych. Ogółem Alianci stracili okręty o łącznej wyporności ponad 70 000 BRT, na pokładach których znajdowało się 39 000 t ładunku. Sam port na kilka tygodni został wyłączony z użytku wprowadzając w szeregach Aliantów dodatkowe kłopoty logistyczne.

Historia ta ma jednak jeszcze drugi, ponury i mało znany epizod. Otóż wielu rannych, którzy po bombardowaniu trafiali do szpitali uskarżało się na palenie oczu i skóry. Na powierzchni ich ciał zaczęły powstawać dziwne pęcherze. Medycy uważali, że jest to efekt zetknięcia się z zapaloną ropą i postępowali jak w przypadku poparzeń. Już po 12 godzinach od nalotu stan rannych stawał się opłakany, a w 18-tej godzinie od nalotu pierwszy ranny umarł w konwulsjach tracą wcześniej wzrok. Dopiero w tym momencie z dowództwa przyszedł do szpitali komunikat, że może to być efekt zetknięcia się z gazem bojowym zwanym iperytem (gaz musztardowy). Wówczas wielu rannych rzeczywiście przyznawało że będąc w wodzie wyczuwało zapach zbliżony do czosnku, czy musztardy. Medycy i żołnierze byli ogromnie zdziwieni. Pojawiało się wszędzie pytanie skąd wzięła się w porcie broń zakazana przez konwencje międzynarodowe? Czyżby użyły jej w czasie bombardowania niemieckie bombowce? Odpowiedź okazała się zaskakująca.

Gaz musztardowy trafił do portu na pokładzie amerykańskiego frachtowca S/S „John Harvey”. Amerykanie przywieźli ten gaz dla zabezpieczenia się, gdyż jak to powiedział D. Eisenhower „nie mieli pewności czy Niemcy nie zechcą użyć tej broni”. Ciężki gaz musztardowy znajdował się w 45,5 kg bombach pod pokładem frachtowca. Łącznie ładunek trujących bomb ważył 100 t. Na nieszczęście dla Aliantów okręt z niebezpiecznym ładunkiem został trafiony bombą już na samym początku nalotu. Okręt zabierając całą załogę poszedł na dno, a bomby uległy pęknięciu wypuszczając do wody trującą substancję. Na powierzchni zaczął tworzyć się trujący kożuch, który wsiąkał w ubrania ludzi dryfujących w wodach portu. Nawet dla tych co ratowali rozbitków gaz i nasiąknięte trucizną ubrania były niebezpieczne, czego przykładem jest historia statku „Bistera”. Podjął on z wody w Bari 30 rozbitków i ruszył z nimi do Tarentu, gdzie ranni mieli trafić do szpitala. Po kilkunastu godzinach od nalotu, docierając do Tarentu stan rannych był równie ciężki jak i załogi, która oślepiona oparami iperytu niemalże „po omacku” weszła do portu. Być może gdyby dowództwo nie zwlekało z ujawnieniem tajemnicy, straty na skutek zatrucia gazem musztardowym byłyby mniejsze. Tymczasem zatruciu uległo 617 osób, z czego 83 zmarły w ogromnym cierpieniu. Ostatnia ofiara iperytu umarła w miesiąc po bombardowaniu.

Historia nalotu na Bari jest historią przemilczaną i nawet W. Churchill pisząc o tym wydarzeniu poświęcił mu jedynie dwie linijki w swoim noblowskim dziele pt. „Druga wojna światowa”. Napisał on, że Niemcy dokonali „całkowicie zaskakującego ataku na nasze zatłoczone nabrzeże w Bari, gdzie przypadkowy pocisk trafił w statek z amunicją, której wybuch spowodował zatonięcie 16 innych jednostek i stratę 30 000 t ładunku”.
Czy nie jest to jednak za mało jak na takie wydarzenie? Czy Alianci pisząc historię jako zwycięzcy nie chcieli przypadkiem przemilczeć prawdy o tym nalocie? Dlaczego W. Churchill nie wspomniał o gazie, a D. Eisenhower skłamał pisząc, że „na szczęście wiatr wiał w kierunku morza i uchodzący gaz nie spowodował żadnych strat”. Wydarzenia z 02 grudnia 1943 roku powinny pozostać w naszej pamięci z dwóch powodów. Po pierwsze aby uczcić pamięć wszystkich ofiar tego nalotu i związanego z nim zatrucia iperytem. Drugim powodem jest fakt, że był to bez wątpienia jeden z większych sukcesów Niemców w tego typu operacjach bombowych.



https://prawda2.info/viewtopic.php?t=9855

Zbrodnia w Nalibokach

Hauer88 • 2013-02-01, 17:26
17


Swego czasu kontrowersje wzbudził film “Opór” (Defiance), oparty na książce Nechamy Tec “Defiance. The Bielski Partisans” (“Opór. Partyzanci Bielskiego”).

W filmie nie zobaczymy rzeczy najważniejszej. “Partyzanci” Tewje Bielskiego i Simchy Zorina są bowiem oskarżani o współudział w pacyfikacji Naliboków, dokonanej 8 maja 1943 r. przez zgrupowania sowieckie. Na ten temat dysponujemy już dość sporą literaturą (dokumentami, wspomnieniami, relacjami). Od lat toczy się też śledztwo w Instytucie Pamięci Narodowej. Twórcy filmu nie są tym jednak zainteresowani, więc największej “operacji wojskowej” nie zobaczymy, a szkoda, ponieważ przestaje to być historią, a jest tworzeniem szkodliwych mitów.



Banda Tuwii Bielskiego


Od 2001 r. Instytut Pamięci Narodowej – Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi prowadzi (na wniosek Kongresu Polonii Kanadyjskiej) śledztwo w sprawie zbrodni popełnionej przez partyzantkę sowiecką w Nalibokach. Pomimo że KPK załączył obszerną, bogatą dokumentację źródłową, śledztwo toczy się bardzo niemrawo. Według komunikatu IPN z 15 maja 2003 r., zbrodnię tę, jak też inne, popełnione na tym terenie “zakwalifikowano jako zbrodnie komunistyczne, będące jednocześnie zbrodniami przeciwko ludzkości, których karalność nie ulega przedawnieniu. Wskazać przy tym należy, iż są to jedynie najbardziej tragicznie przykłady. Wiele bowiem innych wsi i osad na terenie woj. nowogródzkiego było atakowanych przez partyzantów radzieckich”.

Warto zwrócić uwagę, że w corocznym sprawozdaniu prezesa IPN dla Sejmu (był nim wówczas prof. Leon Kieres) usunięto wszelkie informacje o udziale w tej zbrodni osób pochodzenia żydowskiego (zob. “Informacja o działalności Instytutu Pamięci Narodowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w okresie 1 lipca 2001 r. – 30 czerwca 2002 r. Warszawa, wrzesień 2002″ – www.ipn.gov.pl).

Wobec szybkiego wymierania bezpośrednich świadków (a także uczestników pacyfikacji) można założyć, że sprawa nigdy nie zakończy się wyjaśnieniem najważniejszych okoliczności, ustaleniem sprawców, a już z pewnością ich ukaraniem, choćby symbolicznym. Zostanie nam tylko film, którego bohater – jak James Bond – będzie dokonywać cudów w ekranowej walce z Niemcami.


Nieustanne pasmo zbrodni

Kresy Północno-Wschodnie, a szczególnie tereny, gdzie podczas okupacji niemieckiej operowała grupa braci Bielskich, czyli Puszcza Nalibocka, znajdowały się pod faktyczną okupacją partyzantki sowieckiej. Ludność polska tych ziem przechodziła niewyobrażalną gehennę. We wrześniu 1939 r. tereny te zajęli Sowieci w wyniku porozumienia z hitlerowskimi Niemcami.

Pierwsze represje i pacyfikacje ludności miały miejsce już od 17 września 1939 r., gdy komunistyczne bojówki (złożone głównie z mniejszości narodowych) atakowały i mordowały grupki polskich żołnierzy, ziemian, księży i urzędników. Był to proceder, który ogarnął całe Kresy. Zamordowano wówczas około 10 tys. ludzi, często w niezwykle okrutny sposób. Następnie była okupacja sowiecka. Do czerwca 1941 r. sowieccy komuniści (przy pomocy miejscowych kolaborantów, wśród których wymienia się także komunistów żydowskich) w kilku operacjach “deportowali” setki tysięcy ludzi na Sybir. Niezwykle dramatyczny był też początek wojny niemiecko-sowieckiej. NKWD pośpiesznie ewakuowało swe przeludnione więzienia i areszty, zabijając przy tym dziesiątki tysięcy więźniów.

Niemcy, jako nowy okupant, niejednokrotnie witani byli jako wybawcy, albowiem wydawało się, że już gorzej być nie może. A jednak było. Lata 1941-1944 to nie tylko okupacja niemiecka, z krwawymi pacyfikacjami, wywożeniem ludzi “na roboty” i rozstrzeliwaniem za każde nieposłuszeństwo wobec nowej władzy. Na to przecież nakładała się jeszcze “druga okupacja”, czyli działalność partyzantki sowieckiej oraz licznych, szczególnie w pierwszym okresie, pospolitych band rabunkowych.


Banda żydów operująca głównie w Nalibokach


Między Niemcami a Sowietami

W niezwykle trudnych warunkach rozwijała się na tych terenach polska konspiracja, głównie ZWZ-AK. W Puszczy Nalibockiej stacjonowało do 10 tys. sowieckich “partyzantów” (byli to głównie żołnierze sowieccy, którzy zostali za frontem w rozbitych jednostkach i nie poszli do niewoli). Sowieci szybko opanowali te masy, tworząc odgórnie struktury dowódcze i partyjne, zasilane politrukami zrzucanymi z samolotów. Ich celem głównym miała być partyzancka walka z Niemcami na zapleczu frontu. Jednostki te pozbawione były jednak większej wartości bojowej i w bezpośrednich starciach z doborowymi oddziałami niemieckimi nie miały szans. Stanowiły jednak śmiertelne zagrożenie dla partyzantki polskiej, którą zwalczały wszelkimi środkami (również drogą denuncjacji do Niemców). Tereny te bowiem traktowano już jako terytorium Związku Sowieckiego, na których “bandy białopolskie” były wrogiem numer jeden.

Na to wszystko nakładały się jeszcze grupy i grupki ludności żydowskiej, zbiegłej do lasów i puszcz, ukrywające się przed Niemcami. Nastawione były przede wszystkim na przetrwanie, tworząc tzw. obozy siemiejnyje, czyli rodzinne. I właśnie jedną z takich grup (zwaną “Jerozolimą”) zorganizowali w Puszczy Nalibockiej i dowodzili nią bracia Bielscy. Jej fenomen – liczebność i przetrwanie całej okupacji niemieckiej – opisała Nechama Tec i stało się to kanwą wspomnianego filmu.

Naliboki były w II RP uroczym kresowym miasteczkiem o wielowiekowej historii. Położone w powiecie stołpeckim, na skraju wielkiej i dzikiej Puszczy Nalibockiej, w pobliżu granicy II RP z Sowietami, żyło z dala od głównych wydarzeń. W 1939 r. liczyło ok. 3 tys. mieszkańców, wśród których ponad 90 procent było katolikami. W miasteczku żyło też 25 rodzin żydowskich. Okupacja sowiecka w latach 1939-1941 była wielkim dramatem. W ramach rugowania polskości Sowieci wywieźli z terenu powiatu stołpeckiego ponad 2 tys. ludzi, w tym część mieszkańców Naliboków.

Na terenie pobliskiej puszczy gromadzili się rozbitkowie z Czerwonej Armii, tam też chroniła się ludność żydowska. Żydzi utworzyli dwa duże “obozy rodzinne”. Pierwszym zawiadywali bracia Bielscy (Tewje, Asael, Zus i Aron). Schronili się w nim uciekinierzy z Naliboków i pobliskich miejscowości. W 1944 r. liczył on 941 osób, w tym sporo kobiet i dzieci. Tylko 162 osoby były uzbrojone. Obóz drugi, pod dowództwem Simchy Zorina, gromadził uciekinierów z gett. Liczył 562 osoby (w tym 73 uzbrojone).


Zbrodniarz Tuwia Bielski, przywódca najbardziej okrutnej bandy żydowskiej.



“Życie ludzkie straciło wszelką cenę”

Ich celu nie stanowiła bezpośrednia walka z Niemcami, najważniejsze było bowiem przeżycie wojny. Obozy były jednak podporządkowane sowieckiemu dowództwu i na jego żądanie musiały każdorazowo wydzielać kontyngent uzbrojonych mężczyzn “na akcje”. Sowieci nie tolerowali na tym terytorium żadnych “obcych” sił, o czym świadczy bezwzględne zwalczanie polskiej partyzantki. Żydom pozostawili jednak ogromną autonomię, pozwalając im utrzymywać w obozie nawet synagogę.
Dla polskiego podziemia sprawą najważniejszą było zapewnienie względnego bezpieczeństwa w terenie i ochrona ludności stale gnębionej przez pacyfikacje niemieckie, sowieckie oraz najazdy żydowskich i sowieckich “grup zaopatrzeniowych”.


Zbrodniarz żydowski Abba Kowner


Raporty Delegatury Rządu z tego okresu są wstrząsające:

“Zagadnienie bezpieczeństwa w ogóle nie istnieje a teren objęty partyzantką robi wrażenie “dzikich pól”. Życie ludzkie straciło wszelką cenę a doraźne egzekucje są powszechne na całym terenie. (…)
Teren, gdzie Niemcy nie docierają, a zwłaszcza Puszcza Nalibocka, jest siedliskiem przeważnie sowieckich oddziałów dywersyjnych. Są one dobrze uzbrojone w broń ręczną i maszynową, dowodzone przez oficerów sowieckich specjalnie wyszkolonych do walki partyzanckiej i podobno liczą ok. 10.000 ludzi. (…) Ludność miejscowa jest zmęczona i znękana ciągłymi rekwizycjami a często i rabunkiem odzieży, żywności i inwentarza.
Najbardziej dają się we znaki, zwłaszcza w odniesieniu do ludności polskiej tzw. oddziały rodzinne (siemiejnyje), składające się wyłącznie z Żydów i Żydówek w sile 2-ch batalionów”

(Raport Delegatury Rządu, AAN, 202/III-193, k. 131, 160).


Zbrodniarz żydowski Izrael Azenman


Konflikty rodziły się przede wszystkim na tle osławionych “akcji zaopatrzeniowych”. Strona polska uznawała istniejące status quo, usiłując doprowadzić do jakichś porozumień z Sowietami, aby uniknąć gehenny ludności cywilnej. Stawiała jednak zdecydowane warunki, wśród nich podkreślała zaś wybitnie negatywną rolę grup żydowskich, działających z niezwykłym okrucieństwem. Odbyło się więc kilka spotkań oficerów Okręgu Nowogródzkiego AK z dowódcami sowieckimi.

Już podczas pierwszego z nich, 8 czerwca 1943 r., strona polska zażądała, aby na akcje rekwizycyjne Sowieci nie wysyłali grup żydowskich:

“(…) nie wysyłanie Żydów na rekwizycje (ludność się skarży) samorzutnie chwyta za broń w swej obronie, bo ci się znęcają, gwałcą kobiety i małe dzieci (…), obrażają ludność, straszą późniejszą zemstą sowietów, nie mają miary w swej nieuzasadnionej złości i w rabunku”
(“Protokół spisany dn. 8 czerwca 43 r. przez Delegata Sztabu Głównego partyzantów polskich – Wschód – oraz Komendy Lenińskiej partyzanckiej brygady sowieckiej”. Archiwum WIH, III/32/10, k. 1).


Jedli, pili, gwałcili

Grupy żydowskie przeprowadzały bowiem te rekwizycje (zwane operacjami gospodarczymi) najbardziej bezwzględnie. Według jednego z raportów, obóz Bielskiego “zgromadził” “200 t ziemniaków, 3 t kapusty, 5 t buraków, 5 t zboża, 3 t mięsa i 1 t kiełbasy”. Z raportów sowieckiej partyzantki wynika, że nie było problemu z wyżywieniem, co więcej, rabunki prowadzono na tak wielką skalę, że istniał wprost nadmiar żywności, a “partyzanci” mogli dowolnie wybierać rodzaj jadła:

“Wyżywienie partyzantów jest bardzo dobre (…). Zawsze mają tłuszcze, mięso, mleko, jajka, kury itd. Odżywiają się jak żadne wojsko w czasie pokoju. Zapasów nie robią, ale jedzą cały czas bez końca”. Z kroniki jednej z brygad wynika, że “we wszelkich warunkach partyzant jadł bez ograniczeń. Duże spożycie mięsa źle odbijało się na zdrowiu niektórych partyzantów”.

Jeszcze długo po wojnie sowieccy partyzanci wspominali te czasy jak raj na ziemi:

“Po partyzancku mówiliśmy, jedz, ile się zmieści. To samo dotyczy mięsa. Do 1944 roku mięsem pogardzaliśmy. U nas była wyłącznie wieprzowina, cielęcina, baranina. (…) Wiele osób wzdycha teraz do tamtej kuchni”.

W powojennych wspomnieniach żydowscy “partyzanci” z tych obozów podkreślali męstwo i niezwykłe zasługi obozu Bielskiego. Na przykład Anatol Wertheim pisał:

“Na jego czele stało czterech braci Bielskich, synów młynarza spod Nowogródka. (…) Z czasem znalazło się w ich szeregach trzystu bojowników, których brawura stała się legendarna w całej Puszczy. Partyzanci z podziwem powtarzali opowieści o ich pomysłowych zasadzkach na Niemców, odważnych akcjach i o karach, jakie bracia Bielscy wymierzali kolaborantom”.

Niestety, żaden z nich nie podaje konkretów, nie można więc zweryfikować owej potężnej akcji antyniemieckiej…
O codziennym życiu i obyczajach panujących w tym obozie wiemy nie tylko z opowieści Nechamy Tec. Opisał je również czasowy zastępca Tewje Bielskiego, polski przedwojenny komunista Józef Marchwiński (który był żonaty z Żydówką o imieniu Ester i z tej racji został dołączony do obozu przez dowództwo sowieckie).

“Bielskich było czterech braci, chłopów rosłych i dorodnych i nic też dziwnego, że mieli powodzenie u niewiast w obozie. Byli to mołojcy do wypitki i miłości, nie mieli jednak ciągotek do wojaczki. Najstarszy z nich (dowódca obozu) Tewie Bielski zarządzał nie tylko wszystkimi Żydami w obozie, lecz dowodził również dość licznym i ślicznym “haremem” – niby król Saud w Arabii Saudyjskiej. W obozie, gdzie rodziny żydowskie kładły się często na spoczynek z pustymi żołądkami, gdzie matki przytulały do wyschniętych piersi głodne swoje dzieci, gdzie błagały o dodatkową łyżkę ciepłej strawy dla swoich maleństw – w tymże obozie kwitło inne życie, był też inny, bogaty świat!
Bielski i jego świta nie narzekali na złe warunki, na okupację. Posiadając złoto i kosztowności swoich ziomków, mogli prowadzić wystawny tryb życia. W ziemiankach braci Bielskich i najbliższego ich otoczenia, stoły uginały się od wytrawnych potraw i napojów, a liczne grono pięknych kobiet stale otaczało Tewie Bielskiego i jego trzech budrysów. Piękności te nie znały głodu i niedostatku. Były zawsze ślicznie ubrane a na ich rękach i szyjach lśniły blaskiem drogie klejnoty i kamienie, nie zbrukały też zbożną pracą swych białych rączek”.


Z racji zgromadzonych na prywatny użytek bogactw Tewje był surowo oceniany w raportach sowieckich:

“Bielski nie zajmował się pracą bojową, a spekulował w oddziałach. Brał od swoich partyzantów złoto na zakup broni i przywłaszczał je, a broni nie dawał”. On sam w swych powojennych wspomnieniach (wydanych w Palestynie w 1947 r.) podkreślał, że jego “Jerozolima” – “nigdy nie weszła do akcji z okupantem”.


Bandy prowadziły wesołe życie


U Simchy Zorina było bardzo… wesoło

Podobnie było w sąsiednim obozie Simchy Zorina. Wspomniany Wertheim opisywał to z wyraźną nostalgią:

“jedzenia było pod dostatkiem, a nawet gromadziły się zapasy. Jeszcze w dniu połączenia się z Armią Czerwoną wyciągnęliśmy z jeziora kilkaset zatopionych worków z mąką (…). Nadwyżki jedzenia posyłaliśmy nawet do Moskwy. Raz w tygodniu lądował na polowym lotnisku w puszczy samolot: przywoził gazety i materiały propagandowe, a zabierał z powrotem samogon, słoninę i kiełbasy naszego własnego wyrobu”.

Wystawne uczty i alkoholowe libacje zajmowały czas “partyzantom”. W ocenie Wertheima – “Z powodu pijaństwa wydarzały się w oddziałach nieodwracalne tragedie – zbrojne konflikty, strzelaniny…”. Jednak to było dla nich nieistotne:

“Najweselsze wizyty spędzałem z Zorinem. Nasz komendant był bardzo kochliwy, za moich czasów miał już drugą czy trzecią żonę w oddziale, ale uważał, że to wcale nie dosyć. Codziennie rano zasiadał do stołu w towarzystwie aktualnej żony Geni. Pod stołem stała przygotowana zawczasu kadź z samogonem, który Zorin czerpał filiżanką: wtedy pojawiała się kucharka sztabu Ethel i, głęboko patrząc szefowi w oczy, pytała go z przejęciem, czego sobie życzy na śniadanie. Zorin przesuwał czapkę w tył, drapał się przez chwilę w głowę i zamawiał zawsze takie samo “menu”: twarożek ze śmietanką na zakąskę, kawałeczek śledzia i kiełbasę naszego własnego wyrobu”.


Zbrodniarz żydowski Szolem Zorin


Broń służyła tym “partyzantom” nie tylko do przeprowadzania “operacji gospodarczych”. Gdy już dobrze pojedli i popili, korzystali jeszcze z innych uciech. Broń potrzebna im była przede wszystkim do terroryzowania okolicy, w poszukiwaniu nowych kobiet. To też bezwiednie ujawnił wspomniany Wertheim:

“[Zorin] po śniadaniu, jeżeli był w dobrym humorze i nie miał akurat nic lepszego do roboty, wzywał mnie do siebie i proponował: “Nu dawaj, naczalnik sztaba, pajedziom żenitsia!”.

Na “ożenek” jechaliśmy zazwyczaj do jakiejś odległej wsi, gdzie Zorin miał z góry upatrzoną dziewuchę. Zajeżdżaliśmy z fasonem – pod eskortą przynajmniej trzydziestu konnych. Nasz watażka zwracał się wprost do ojca wybranki, oznajmiając mu, że właśnie ma zamiar ożenić się z jego córką. Partyzantom w ogóle trudno było odmówić, a co dopiero takiemu komendantowi jak Zorin! Dla większego efektu wyciągał z kieszeni skórzany woreczek, wysypywał z niego na stół “świnki”, czyli złote carskie ruble, i bawił się nimi niby od niechcenia, dając do zrozumienia, że nie tylko z niego potężny komendant, ale też nie byle jaki bogacz! Ślub ciągnął się przez dwa, trzy dni, aż Zorin decydował, że pora wracać do oddziału i Geni – przynajmniej do czasu następnego ożenku”.

Podobne “normy moralne” obowiązywały też w “Jerozolimie” Bielskiego, który przecież też miał swój harem.
Trudno więc wymagać, aby taka “partyzantka” cieszyła się jakimkolwiek szacunkiem okolicznej ludności. Czy to zobaczymy w hollywoodzkim filmie? Ależ skąd, zarówno Bielscy, jak i Zorin są wielkimi bohaterami, którzy w ten sposób – dodatkowo uwiecznieni przez X muzę – wejdą do komiksowego panteonu II wojny światowej.


Pacyfikacja Naliboków 8 maja 1943 r.

Jak doszło do ludobójczej pacyfikacji? Kto brał w tym udział? Niemcy nakazywali tworzenie w miasteczkach i wsiach, nękanych przez grupy sowiecko-żydowskie, tzw. samoochowy (samoobrony). To ona miała odpowiadać za bezpieczeństwo mieszkańców i bezproblemowe oddawanie kontyngentów żywności. W Nalibokach samoobrona powstała w połowie 1942 r. i była faktycznie przykrywką dla miejscowej placówki Armii Krajowej. Dla Sowietów “samoochowa” była solą w oku, traktowano ją jak jednostkę kolaboracyjną i starano się ją podporządkować swoim interesom. W końcu doszło do bezpośredniego spotkania dowódców polskiej samoobrony z przedstawicielami sowieckich partyzantów. W kwietniu 1943 r. Sowieci postawili ostre warunki: wyrażenie zgody na “rozbicie” samoobrony (która miała na stanie zaledwie 2 rkm i 26 starych kb), wcielenie jej do szeregów partyzantki sowieckiej i złożenie przysięgi na wierność Stalinowi. Polacy, ze zrozumiałych względów, przyjęli jednak tylko pierwszy warunek, uzgadniając datę przeprowadzenia pozorowanej akcji na 3 maja 1943 roku. Tego terminu Sowieci jednak nie dotrzymali. Ale rankiem 8 maja Naliboki zostały otoczone przez kolumny sowieckich i żydowskich “partyzantów” z Puszczy Nalibockiej.

Pech chciał, że w miasteczku (w którym nigdy nie było żadnej placówki niemieckiej) akurat tego dnia nocował u swej ciotki policjant białoruski z Iwieńca, który na widok Sowietów wystrzelił i zabił jednego z ich dowódców. Dalej wypadki potoczyły się bardzo szybko i drastycznie. Wacław Nowicki, który był naocznym świadkiem, tak to opisał:

“Godzina 5 rano, 8 maja 1943 roku. Długa seria z kaemu rozpruła poniżej okien frontową ścianę naszego domu, stojącą pod nią kanapę, przeleciała przez pokój i ugrzęzła w przeciwległej ścianie zaledwie kilka centymetrów nad naszymi głowami. (…) Mama dopadła okna.
– Wieś płonie! – krzyczy. (…)
O godzinie 7.00 strzały i jęki ucichły. Zewsząd wiało grozą śmierci i zniszczenia. Ocaleni od pogromu mogli teraz zobaczyć tragedię swego miasteczka i dokonanego w nim ludobójstwa. W niespełna 2 godziny zginęło 128 niewinnych ludzi. Większość z nich, jak stwierdzili potem naoczni świadkowie, z rąk siepaczy Bielskiego i “Pobiedy”. Mordercy obojga płci wpadali do mieszkań i seriami z automatów unicestwiali we śnie całe rodziny, a obrabowane w pośpiechu (nawet z zegarków) domostwa palili i pijani od krwi, z okrzykiem “hura!” szli dalej mordować. Wielu zbudzonych nagłą strzelaniną i jękiem sąsiadów wylatywało na podwórko. Tych rozstrzeliwano z dziećmi pod ścianami chat. Jedni i drudzy wraz z domostwem obracali się w popiół. Daleko słychać było ryk bydła i rżenie zagrabianych koni. Podczas dantejskiego pogrzebu trudno było zidentyfikować pozostałe czasem tylko kończyny dzieci, rodziców, dziadków z rodów Karniewiczów, Łojków, Chmarów i wielu innych”

(W. Nowicki, Żywe echa, Warszawa 1993, s. 99-100).

Według współczesnych ustaleń, ofiar było 128-132, w tym kobiety i dzieci. Z niektórych rodzin zginęło nawet po 7-8 osób. Wśród napastników mieszkańcy rozpoznali niektórych (znanych im już wcześniej) “partyzantów” sowieckich oraz tych Żydów, którzy byli mieszkańcami Naliboków.


Grupa Keslera

Sąsiadów z Naliboków w obozie Bielskiego nie było wielu, ale ta grupa była akurat bardzo charakterystyczna. Przewodził jej Izrael Kesler, przedwojenny zawodowy złodziej (za ten proceder miał być nawet karany więzieniem). Do grupy należeli również bracia Borys i Icek Rubieżewscy. Po wejściu Niemców Kesler dowodził kilkunastoosobową bandą rabunkową, która szybko powiększała swe szeregi, przyjmując grupy Żydów ukrywających się w okolicznych lasach. Według różnych danych, powiększyła się do kilkudziesięciu (a nawet do ponad stu) osób i z czasem weszła w skład obozu Bielskiego. Keslerowcy uzyskali w zamian pewną autonomię w ramach “Jerozolimy”, ale nawet tam uchodzili za grupę bezwzględnych rabusiów.

W 1980 r. ukazała się w Izraelu książka Sulii Wolozhinski Rubin – żony Borysa Rubieżewskiego (“Against the Tide. The Story of an Unknown Partisan”, Jerusalem 1980). Opisała ona napad na Naliboki (w ramach grupy Izraela Keslera), choć nie wymieniła tej nazwy:

“Nieopodal [dworzeckiego] getta znajdowała się wioska. Żydzi musieli przez nią przechodzić po drodze do lasu, a partyzanci [sowieccy] w drodze z lasu. Ci wieśniacy ostrzegali biciem w dzwony i waleniem w miedziane garnki o przemarszu takich osób, aby ostrzec pobliskie wioski. Chłopi wybiegali z siekierami, sierpami – czymkolwiek, co może służyć do zabijania – i rżnęli każdego, a potem rozdzielali między siebie cokolwiek ci nieszczęśliwi mieli. Grupa Borysa [Rubieżewskiego] zdecydowała, aby położyć raz na zawsze kres takiej działalności. Wysłali kilku ludzi do tej wioski, a sami zaczaili się w zasadzce. Wkrótce rozległy się sygnały alarmowe i uzbrojeni chłopi wybiegli, aby zabić “przeklętych Żydów”. No, ale rozległy się salwy i skoszono ich ze wszystkich stron. Trzy dni zajęło, aby zbić trumny [dla poległych chłopów] i ponad 130 osób pochowano. Nigdy już więcej żaden Żyd czy partyzant nie zginął na tych drogach”
(S. Wolozhinski Rubin, Against the Tide. The Story of an Unknown Partisan, Jerusalem 1980, s. 126-127).

Jest to oczywiście opis skrajnie fałszywy, dokonany został niewątpliwie na użytek czytelnika anglojęzycznego, nieznającego w ogóle wojennych i okupacyjnych realiów w Polsce.


Jest już jeden film

Na podstawie książki Sulii Wolozhinski Rubin powstał w 1993 r. film dokumentalny “The Bielsky Brothers: The Unkown Partisans” (Soma Productions, 1993) wykorzystywany jako materiał pomocniczy w nauczaniu o holokauście. W filmie Sulia dodała nowe, drastyczne szczegóły o ojcu swego męża, którego Polacy mieli jakoby zamęczyć w okrutny sposób, co miało jeszcze mocniej uzasadniać pacyfikację Naliboków:

“Jego ojca Szlomka (…) ukrzyżowano na drzewie. (…) Borys się o tym dowiedział. Wioska już nie istnieje. (…) Tego dnia pochowano 130 osób”. Zapomniała już natomiast o tym, co napisała we wcześniejszych wspomnieniach, opublikowanych w 1980 r., że rok przed tymi wydarzeniami Szlomo Rubieżewski zginął w getcie zabity przez Niemców.

W tym samym filmie przyznano jednak, że grupy żydowskie dokonywały rabunków okolicznej ludności: “Największym kłopotem było (…) wyżywienie tylu ludzi. Grupy 10 do 12 partyzantów wymaszerowywały na odległość 80 do 90 kilometrów, aby rabować wioski i przynieść żywność dla partyzantów”. Sulia chwaliła też spryt przyszłego męża, który po tej pacyfikacji obdarował ją futrem, ubraniami i butami. Brat Borysa – Icek, wymieniany był nawet w raportach sowieckich jako notoryczny rabuś, za co groziło mu rozstrzelanie.

Dalsze losy Keslera potoczyły się zgodnie z ówczesnymi regułami. Usiłował on jakoby przejąć kontrolę nad całą “Jerozolimą” Tewje Bielskiego, więc został przez niego zamordowany.

Naliboki nie były jedyną polską miejscowością, okrutnie spacyfikowaną przez sowieckich “partyzantów”. Kilka miesięcy później, 26 sierpnia 1943 r., inna grupa Sowietów podstępnie wymordowała ok. 50 partyzantów AK wraz z ich dowódcą por. Antonim Burzyńskim “Kmicicem”. Według ustaleń Nechamy Tec, w tym również brała udział wydzielona grupa pomocników z obozu Bielskiego.

Kolejne rocznice haniebnej pacyfikacji Naliboków są całkowicie przemilczane i ignorowane przez polskie władze. Czy można jeszcze ustalić choćby niektórych sprawców? Niewątpliwie tak. Praktycznie wszyscy “partyzanci” Bielskiego, którzy przeżyli wojnę, pozostawili swe relacje w Związku Sowieckim. Pokaźne zbiory takiej dokumentacji zgromadził również Izrael. Czy ktoś pokusił się o takie badania?

Pięć lat temu powstała w USA książka Petera Duffy’ego pt. “The Bielski Brothers. The True Story of Three Men Who Defied the Nazis, Saved 1,200 Jews, and Built a Village in the Forest” (New York 2003). O Nalibokach nie ma w niej w ogóle mowy.

Bielscy są jednak nagłaśniani i w Polsce. W 2003 r. napisał o nich w “Polityce” Marian Turski, podkreślając, że było to zgrupowanie o… wysokiej etyce, w którym wszelkie konfiskaty (poza żywnością), były jakoby surowo karane śmiercią:

“Nieformalny kodeks etyczny, narzucony przez Bielskiego i jego braci, najsurowiej tego zakazywał… A konfiskata żywności i bydła? Trzeba powiedzieć otwarcie, że ludzie ze zgrupowania Bielskiego – podobnie jak wszystkie inne oddziały partyzanckie! – czynili to bez zahamowań”
(M. Turski, Republika braci Bielskich, “Polityka” nr 30, 26 VII 2003).

Turski sprawę Naliboków całkowicie zbagatelizował:

“Przed dwoma laty IPN zwrócił się do organów ścigania Białorusi o wszczęcie własnego śledztwa w sprawie zbrodni w Nalibokach, dokonanej przez partyzantów radzieckich w 1943 r. Śledztwo w tej sprawie prowadzi oddział IPN w Łodzi. Jak można było przeczytać w komunikacie PAP, “Informacji o udziale Żydów w zbrodni w Nalibokach polskie organa ścigania na razie nie zweryfikowały”. (…) Za życia Tewje Bielski nie zaznał zbyt wiele glorii. Ale po śmierci jego ciało zostało sprowadzone do Izraela i pochowane na Cmentarzu Bohaterów”.

Po upływie trzech miesięcy od pacyfikacji sowiecko-żydowskiej, Naliboki przeżyły kolejną tragedię. Tym razem Niemcy, w ramach operacji “Hermann”, 6 sierpnia 1943 r. zrównali miasteczko z ziemią, a ludność częściowo wymordowali, częściowo wywieźli na roboty. Odbudowano je już po wojnie, ale pozostało w nim niewielu dawnych mieszkańców. Dziś nieliczni już nalibocczanie i ich potomkowie mieszkają w USA, Kanadzie, Australii, są również rozproszeni po Polsce.

Jest jeszcze jeden polski wątek, który wiąże się z historią braci Bielskich, całkiem współczesny. Oto kilka miesięcy temu media doniosły, że amerykańskie małżeństwo – Aron i Henryka Bell – porwało 93-letnią Janinę Zaniewską z Florydy i umieściło ją w domu opieki Hospes Hospiti w Pobiedziskach pod Poznaniem. Miały to być jej “wakacje” w dawno niewidzianej Polsce. Przy okazji małżonkowie wyłudzili od niej pełnomocnictwo i ogołocili jej konto z sumy 250 tys. dolarów życiowych oszczędności. Sprawa wyszła na jaw i Aron oraz Henryka Bell zostali w USA aresztowani pod zarzutem porwania i oszustwa.

Aron Bell do 1951 r. nazywał się Bielski. Jest najmłodszym bratem Tewjego. Wyłudzenie 250 tys. dolarów od Janiny Zaniewskiej było zapewne jego ostatnią już “operacją gospodarczą”, których tyle przeprowadził w latach okupacji wraz ze swymi braćmi (uwaga red.: Wspomniane tu zdarzenia zostały opisane w anglojęzycznym tekście Jewish hero who rescued Jews from Nazis charged with conning Holocaust survivor.


Leszek Żebrowski

Alkohol - utrata zdolności twórczych

Bakkermman • 2013-01-31, 21:45
7
Jako nowy uczestnik operacji sadistic, zwróciłem uwagę na tak zwany system punktowy PIWO/BROWAR/GAZOWANE GEJOSTWO (gazowane gejostwo? - spytacie splunąwszy. Na to niestety wygląda, jako że alkohol etylowy niszczy testosteron, to raz, a dwa chmiel wytwarza żeńskie hormony). Także dodaję krótki 11 minutowy film, a pod nim cały wykład w lepszej jakości, żeby każdy sadol wiedział co w siebie wlewa, gdyż sadyzm i masochizm nie polega na przypadku :X
Jeżeli idzie o wiarygodność informacji, dzisiej tutej jest były prezes (zmarły już) http://en.wikipedia.org/wiki/Fyodor_Uglov o którym mówi wykładowca prof. Żdanow, pozdrawiam


Zemsta za rzeź Ochoty

sebekmlody • 2013-01-31, 13:33
31
Składająca się z rosyjskich i białoruskich kolaborantów Brygada Szturmowa SS "RONA", która w latach 1941-1944 wsławiła się na Wschodzie bezprzykładnym okrucieństwem, w sierpniu 1944 roku (w sile pułku szturmowego - około 1,7 tysiąca ludzi) została skierowana do tłumienia powstania warszawskiego. Podczas gdy stacjonowała na Ochocie, dopuściła się niewyobrażalnych wręcz zbrodni na cywilnych mieszkańcach tej części miasta. Dorównała pod tym względem brygadzie SS "Dirlewanger"

Krwawa noc

Makabryczne działania esesmanów z brygady "RONA" określane jako rzeź Ochoty. Między 4 a 25 sierpnia wymordowali oni ponad 10 tys. jej mieszkańców - mężczyzn, kobiet i dzieci.
Oto fragment wspomnień Lidii Ujazdowskiej: "Zapadła noc, rozświetlona przez pożary domów w pobliżu Zieleniaka. Było czerwono i krwawo. Zaczęło się piekło. Pijane grupy rozwydrzonych mołojców deptały po ludziach, szukając młodych kobiet i dziewczyn. Potem wlekli je pod mur i tam, przy nieludzkim wrzasku, śmiechu i wyciu, gwałcono je (nawet po jedenastu na jedną dziewczynę). Po tym, półnagie, leżały, nieraz z nogami opartymi o mur, zastrzelone przeważnie strzałem w brzuch lub piersi".
Powyższa relacja, opisująca tylko jeden z tysięcy straszliwych aktów barbarzyństwa bandytów z "RONA", pomaga wyobrazić sobie gniew i żądze zemsty, które odczuwali żołnierze AK. Znali oni doskonale metody działania ronowców. Formacja ta nie przedstawiała większej wartości bojowej, a jej członkowie byli nieustannie pijani. W walce z dobrze wyszkolonym wojskiem nie mieli szans. Dobitnie pokazuje to statystyka: w czasie całego powstania pułk "RONA" stracił ponad 800 żołnierzy, czyli około 50% stanu wyjściowego.

Przed bitwą

Zdziesiątkowana w walce z Polakami formacja została pod koniec sierpnia przeniesiona do Puszczy Kampinowskiej z zadaniem odcięcia drogi do Warszawy powstańczym posiłkom. W tym rejonie stacjonowali żołnierze AK grupy "Kampinos" (około 2,6 tys. ludzi), dowodzeni przez majora Alfonsa Kotowskiego, pseudonim "Okoń". Ich obecność stanowiła dla Niemców duży problem z uwagi na zagrożenie szlaków komunikacyjnych i zaplecza frontu. Dwa bataliony "RONA" wraz z baterią armat polowych, z których systematycznie ostrzeliwano tereny zajmowane przez partyzantów, rozlokowały się we wsi Truskaw (po uprzednim ograbieniu i wygnaniu mieszkańców). Dowództwo zgrupowania "Kampinos" podjęło decyzję o likwidacji oddziałów wroga. W tym celu wyselekcjonowano oddział 80 ochotników, których podzielono na trzy grupy uderzeniowe. Całością dowodził porucznik Adolf Pilch, pseudonim "Dolina".
W nocy z 2 na 3 września 1944 roku uzbrojeni w broń maszynową i granaty Polacy podkradli się do wsi, omijając posterunki esesmanów. Większość wartowników spała zamroczona alkoholem. Jedynie co jakiś czas któryś z nich budził się i puszczał na ślepo serię z karabinu maszynowego. W końcu akowcom udało się niepostrzeżenie wejść do wsi. Żaden wartownik "RONA" niczego nie zauważył
Około godziny pierwszej w nocy rozpoczął się szturm. Większość wartowników zlikwidowano wcześniej bagnetami, bez żadnego wystrzału, toteż zaskoczenie było całkowite. Polacy wpadali do pomieszczeń, w których spali pijani bandyci, i otwierali ogień z broni maszynowej, zanim esesmani zdążyli podnieść się z łóżek. Do innych budynków wrzucano wiązki granatów. Większość drewnianych zabudowań stanęła w płomieniach. Ronowcy, nadal zamroczeni alkoholem, zaspani i półprzytomni ze strachu, nie byli w stanie się bronić. Niektórzy w panice wybiegali z chałup i natychmiast ginęli od broni maszynowej. W tym nocnym piekle żołnierze rozpoznawali się po haśle "sobota".
Nie było litości dla zbrodniarzy - zginęli wszyscy, którym nie udało się jakimś cudem uciec. Wielu członków zaatakowanego oddziału miało na rękach po kilka zegarków - prawdopodobnie zrabowanych pomordowanym mieszkańcom Warszawy. Gdy ronowcy zorientowali się, że nie mają szans w walce, w panicznym strachu zaczęli się chować do stodół i ziemianek. Na niewiele im się to zdało, gdyż stodoły zostały podpalone, a do ziemianek wrzucano granaty.
Kolejnym celem było zdobycie armat. Po brawurowym natarciu ich załogi zlikwidowano. Nasi żołnierze zabrali jedną armatę, a pozostałe zniszczyli, wrzucając do luf granaty.

Wspaniałe zwycięstwo

Zwycięstwo było całkowite. Polacy praktycznie unicestwili dwa bataliony "RONA" liczące około 500 ludzi, zdobywając przy tym duże ilości broni i amunicji. Zginęło 250 esesmanów, a stu zostało rannych. Po stronie polskiej było dziesięciu poległych.
Co ciekawe, przed sprowadzeniem na te tereny oddziałów "RONA" Niemcy rozmieścili tu wojska węgierskie. Zorientowali się jednak, że Madziarzy sprzyjają Polakom, szybko zastąpili ich więc rosyjskimi i białoruskimi esesmanami. Dziś w Truskawiu stoi pomnik przypominający o bohaterstwie polskich żołnierzy z AK, którzy odnieśli zwycięstwo w starciu z wielokrotnie silniejszym przeciwnikiem. Tą bitwą Wojsko Polskie chociaż częściowo pomściło ofiary bestialstwa zbrodniarzy z "RONA".

Emblemat dywizji



"RONA" w Warszwie 1944 rok



Oddział AK w Puszczy Kampinoskiej

Generał Franciszek Kleeberg

nuker92 • 2013-01-31, 12:25
16
1 lutego 1888 r. w Tarnopolu urodził się gen. Franciszek Kleeberg, bohaterski dowódca Grupy Operacyjnej "Polesie" walczącej z wojskami niemieckimi i sowieckimi w czasie kampanii polskiej w 1939 r. Po bitwie pod Kockiem jako ostatni polski generał złożył broń.



„Gen. Kleeberg okazał się dowódcą wysokiej klasy. Błysnął talentem operacyjnym, gdy w toku improwizowanych działań, także wbrew wcześniejszym planom naczelnego dowództwa, musiał sam podejmować decyzje. Zapisał jedną z najpiękniejszych kart w dziejach kampanii polskiej 1939 r.” – powiedział w rozmowie z PAP dr Marek Deszczyński z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego.


Franciszek Kleeberg urodził się 1 lutego 1888 r. w Tarnopolu, był synem Emila, powstańca styczniowego, późniejszego oficera kawalerii austriackiej. Po ukończeniu wojskowej szkoły realnej w Hranicach i uzyskaniu cywilnej matury w Wiedniu studiował w Akademii Wojskowo-Technicznej w Moedling na wydziale artylerii (1905-1908).


W 1908 r. został przydzielony do stacjonującego w Wiedniu pułku haubic polowych. Pięć lat później rozpoczął studia w Wyższej Szkole Wojennej w Wiedniu, których nie ukończył z powodu wybuchu I wojny światowej.


Po rozpoczęciu działań wojennych w 1914 r. przydzielony został do sztabu 5 Brygady Górskiej i walczył na froncie serbskim. W styczniu 1915 r. przeniesiono go do VIII Korpusu na front galicyjski. Od marca w składzie XXV Brygady Piechoty brał udział w walkach w Karpatach.


W maju 1915 r. dzięki podjętym staraniom otrzymał przydział do Legionów Polskich. Początkowo był oficerem sztabu II Brygady, a od czerwca 1915 r. do maja 1916 r. oficerem sztabu i zastępcą szefa sztabu Komendy Legionów. W czerwcu 1916 r. został szefem Sztabu III Brygady Legionów. Od lutego 1917 r. był zastępcą dowódcy 1 pułku artylerii w Górze Kalwarii.


W lipcu 1917 r. w czasie tzw. kryzysu przysięgowego, dotyczącego składania ślubowania na "wierne braterstwo broni z Niemcami i Austro-Węgrami", przeciwstawiał się akcji antyprzysięgowej.


Następnie służył w Inspektoracie Wyszkolenia Polskiej Siły Zbrojnej (Polnische Wehrmacht), później zaś pełnił funkcję komendanta Kursu Wyszkolenia Artylerii w Garwolinie.


„Gen. Kleeberg okazał się dowódcą wysokiej klasy. Błysnął talentem operacyjnym, gdy w toku improwizowanych działań, także wbrew wcześniejszym planom naczelnego dowództwa, musiał sam podejmować decyzje. Zapisał jedną z najpiękniejszych kart w dziejach kampanii polskiej 1939 r.” – powiedział w rozmowie z PAP dr Marek Deszczyński z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego.


W związku z prośbą o zmianę obywatelstwa austriackiego na polskie, w czerwcu 1918 r. został postawiony przed sądem i karnie przeniesiony na front włoski.


Do Wojska Polskiego wstąpił w listopadzie 1918 r., otrzymując przydział do Sztabu Generalnego. Do marca 1919 r. był szefem Sztabu Dowództwa "Wschód", na czele którego stał gen. Tadeusz Rozwadowski.


Od kwietnia 1919 r. rozpoczął pracę w Ministerstwie Spraw Wojskowych, gdzie pełnił m.in. funkcję zastępcy szefa Departamentu Mobilizacyjno-Organizacyjnego.


Gen. Kazimierz Sosnkowski, jego przełożony w ministerstwie, oceniał go w następujący sposób: " (…) zdolny, pracowity i sumienny oficer. Posiada duże wykształcenie teoretyczne (…)".


W lipcu 1920 r. płk Kleeberg został szefem Sztabu 1 Armii. 15 sierpnia tego roku otrzymał nominację na szefa Sztabu Grupy Operacyjnej gen. Kazimierza Raszewskiego.


Po zakończeniu działań wojennych w październiku 1920 r. objął stanowisko szefa Sztabu Okręgu Generalnego Poznań, które zajmował do 1922 r. Następnie pełnił obowiązki dowódcy 14 Dywizji Piechoty. W tym okresie ukończył kurs informacyjny dla wyższych dowódców.


Od czerwca 1924 do października 1925 r. przebywał we Francji, gdzie studiował w Ecole Superieure de Guerre, Centrum Wyszkolenia Piechoty w Wersalu oraz w Centrum Wyszkolenia Artylerii w Metzu. Po powrocie do Polski został dyrektorem nauk w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie.


W 1927 r. powrócił do służby liniowej, obejmując dowodzenie nad 29 Dywizją Piechoty stacjonującą w Grodnie i w Suwałkach. W 1928 r. uzyskał awans na generała brygady.


W 1936 r. mianowany został dowódcą Okręgu Korpusu nr III w Grodnie. Dwa lata później objął funkcję dowódcy Okręgu Korpusu nr IX w Brześciu nad Bugiem. Po wybuchu wojny rozkazem Naczelnego Wodza gen. Kleeberg został 9 września 1939 r. mianowany dowódcą Grupy Operacyjnej "Polesie" (od 27 IX SGO "Polesie) z zadaniem obrony Polesia od Brześcia do granicy polsko-sowieckiej.


„Kampania polska 1939 r. dała gen. Kleebergowi szansę pokazania swoich zdolności. SGO była improwizowanym związkiem operacyjnym, dość słabo uzbrojonym, a mimo to zdołała wytrwać w walce i przemarszach prawie cztery tygodnie. Dość sprawnie broniła Polesia przed uderzeniem niemieckim z północy, choć nie udało się jej utrzymać łączności z Armią „Modlin”, wycofującą się pomiędzy Bugiem i Wieprzem spiesznie na południe” – mówił w rozmowie z PAP dr Deszczyński.


Po agresji ZSRS na Polskę oraz przekroczeniu granicy rumuńskiej przez Naczelnego Wodza i rząd RP gen. Kleeberg wydał
rozkaz marszu w kierunku oblężonej Warszawy. Pod Jabłonią (19 września) i Milanowem (30 września) dowodzone przez niego jednostki pobiły wysunięte kolumny oddziałów Armii Czerwonej.


„Po kapitulacji Warszawy dowódca SGO "Polesie" zamierzał dotrzeć w rejon opuszczonej twierdzy w Dęblinie, by uzupełnić zapasy przed przejściem do partyzantki. Pod Kockiem zamknęły mu jednak drogę oddziały niemieckie. Doszło do bitwy, która toczyła się pomyślnie dla strony polskiej, ale została przez generała przerwana z uwagi na brak amunicji i troskę o los rannych” – powiedział dr Deszczyński.



5 października 1939 r., po pięciodniowych walkach z Wehrmachtem pod Kockiem, gen. Kleeberg podjął decyzję o kapitulacji. W pożegnalnym rozkazie do swoich żołnierzy pisał: "(…) Wykazaliście hart i odwagę w czasie zwątpień i dochowaliście wierności Ojczyźnie do końca. Dziś jesteśmy otoczeni, a amunicja i żywność na wyczerpaniu. Dalsza walka nie rokuje nadziei, a tylko rozleje krew żołnierską, która jeszcze przydać się może. Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność za siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili - każąc zaprzestać dalszej bezcelowej walki, by nie przelewać krwi żołnierskiej nadaremnie. Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą karność, wiem, że staniecie, gdy będziecie potrzebni. Jeszcze Polska nie zginęła".


ostatni rozkaz z 5. października 1939roku




Po zakończonej bitwie gen. Kleeberg dostał się do niewoli niemieckiej. Przetrzymywany był w Oflagu IVB w twierdzy Koenigstein koło Drezna. Ciężko chorował na serce.


Zmarł 5 kwietnia 1941 r. w szpitalu wojskowym w Weisser Hirsch. Pochowany został na cmentarzu w Neustadt w Dreźnie. W trzydziestą rocznicę bitwy pod Kockiem szczątki gen. Kleeberga przewiezione zostały do Polski i złożone na cmentarzu wojennym w Kocku.


Gen. Franciszek Kleeberg odznaczony był m.in.: Orderem Virtuti Militari kl. III i V, Orderem Polonia Restituta kl. IV oraz czterokrotnie Krzyżem Walecznych.

Sensacje XX W Katyń

ddobry10 • 2013-01-30, 18:12
13
Zauważyłem że dużo tematów o II WŚ jest na temat Niemiec itp. Zapominając o największym sk***ysyństwie podczas II WŚ i w sumie chyba największej tajemnicy do tej pory.

CZ I
1/3

2/3

3/3

CZ II
1/3

2/3

3/3

Może ta historia niżej będzie nie na miejscu do filmików wyżej ale przypomniała mi się po obejrzeniu wyżej zamieszczonego materiuału.

Przypomniało mi się że kiedyś zapytałem się mojej babci kto był gorszy, niemieccy żołnierze czy rosyjscy? I czy pamięta czasy II WŚ. Powiedziała że nie za bardzo bo była młoda ale opowiedziała mi jednak jedną historię bo sobie coś tam przypomniała. Jak to na wsi hodowali świnie, mieli konia i takie tam. Kiedy przyjechali niemieccy żołnierze byli schludnie ubrani zjedli po pili i szli dalej i nie zabierali wszystkiego zostawili coś na przetrwanie żeby nie umarli z głodu przynajmniej z 3 świnie i parę kur trochę ziarna . Gdy przyjechali rosyjscy mówiła że gorzej wyglądali i zachowywali się jak świnie, zabierali wszystko świnie, konie, bili gwałcili podpalali. Kiedy zabierali ostatnią świnie mama mojej babci wstawiła się i nie chciała jej oddać szarpała się z nimi, wtedy to "stado chamów" jak powiedziała moja babcia. Wzięło mamę babci pod stodołę i chcieli ją rozstrzelać a dokładnie ten ich dowódca, moja babcia była mała i wstawiła się przed nią złapała tego dowódcę za rękaw i zaczęła płakać wrzeszczeć jak to dzieci żeby jej nie zabijali itp odepchnął ją że się wywróciła i nic tym nie zdziałała bo rusek wyciągnoł broń i strzelił. Jej mama przeżyła tylko dlatego że zaciął się "bydlakowi" pistolet i powiedział że ma szczęście i odeszli . Mam nadzieje że nie zepsułem tym wyżej wstawionego tematu.
X