Kamuflaż wojskowy - wz. 93 ''Pantera''(PL)

Ranger • 2013-01-10, 14:29
171
Witam.
Jako, że tematy militarne są dość dobrze przyjmowane na tym forum to wrzucę coś od siebie.
Jeżeli temat się spodoba to zrobię opracowania innych popularnych kamuflaży.

Na początek - żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie będę używał terminu ''moro'' ponieważ jest on błędny. ''Moro'' to nazwa kamuflażu, który funkcjonował w Polskich Siłach Zbrojnych oraz w siłach MSWiA(Policja, Straż Pożarna, Straż Więzienna) w latach '70-tych. Obecnie korzysta z niego już tylko Straż Więzienna.

Kamuflaż ''Moro wz. 68'' LWP:


Historia kamuflażu wz. 93 ''Pantera''.
Kamuflaż ten powstał specjalnie dla powstającej wtedy jednostki GROM na początku lat '90-tych. Wdrożenie wzoru maskującego poszło sprawnie i uznano go za wielki sukces, więc Ministerstwo Obrony Narodowej postanowiło uznać ''Panterę'' za obowiązujący wzór maskujący we wszystkich rodzajach sił zbrojnych RP, co nastąpiło w roku 1993.
Wz. 93 wyparł dopiero, co wdrożony w siłach zbrojnych kamuflaż wz. 89 ''Żaba'', który okazał się niewypałem ze względu na kiepskie właściwości kamuflujące(z kilku metrów mundur w tym kamuflażu wydawał się być w pełni zielony).

wz. 89 ''Żaba''


wz. 93 ''Pantera''


Opis kamuflażu
''Pantera'' należy do wzorów leśnych oraz pustynnych ponieważ w czasie jej powstawania nikt nie myślał jeszcze o tzw. kamuflażach uniwersalnych. Wzór ten zaprojektowano specjalnie dla naszej strefy klimatycznej, a jego zadaniem jest rozbicie sylwetki żołnierza w warunkach wykonywania działań z zakresu taktyki zielonej. Rozbicie sylwetki na tle środowiska utrudnia wykrycie swojej obecności za pomocą oka nieuzbrojonego oraz uzbrojonego(noktowizory, lunety, kolimatory) pod warunkiem zastosowania odpowiednich barwników, które pochłaniają światło podczerwone(w przeciwnym wypadku mundur i oporządzenie charakterystycznie świecą w noktowizji).

Kamuflaż ''Pantera'' składa się z 4 podstawowych barw - czarnej, brązowej, jasnozielonej i ciemnozielonej. Podstawową wadą tego kamuflażu jest brak widocznego ''mikrowzoru'' i powtarzalność plam, co ok. 12,5 cm. Wady te powodują problemy z rozbiciem sylwetki na małych oraz dużych odległościach.
Wadą jest również obecność barwy czarnej, która nie występuje zbyt często w naturalnym środowisku więc oko podświadomie rejestruje ''jaskrawość'' tej barwy na tle środowiska.

Na początku XXI wieku opracowano pustynną wersję kamuflażu, specjalnie na potrzeby zbliżającej się interwencji w Iraku. Poza odwróceniem poszczególnych kolorów na kolory pustynne i nadrukowaniem go na materiale o splocie rip-stop, nic w tym wzorze nie zmieniono. Sam kamuflaż pustynny istnieje w trzech generacjach ponieważ dostosowywano go, aby coraz lepiej sprawdzał się w warunkach pustynnych. Niestety do dzisiaj okazuje się, że leśna wersja spisuje się w zapiaszczonym środowisku lepiej od wersji pustynnej, więc często można spotkać żołnierzy w ''zielonej panterze''.

wz. 93 ''Pantera Pustynna''


Żołnierz GROM w Iraku


Zalety i wady wzoru:
+Dobre maskowanie na średnich dystansach
+Dopasowanie do polskiej strefy klimatycznej
+Jest to całkowicie polski projekt zastrzeżony dla sił zbrojnych RP

-Powtarzalność wzoru, co ok 12,5 cm
-Kiepsko dobrana kolorystka
-Brak mikrowzoru

Użytkownicy kamuflażu:
-Siły Zbrojne RP(wojska lądowe, marynarka wojenna, siły powietrzne, siły specjalne)
-Straż Graniczna
-Policja(SPAP na potrzeby realizacji działań z zakresu taktyki zielonej)

Ciekawostki:
Polska firma odzieżowa ''Arlen'' specjalizująca się w produkcji umundurowania opracowała ''cyfrową'' wersję kamuflażu ''Pantera'' w wersji leśnej i pustynnej. Nie wszedł on jednak do masowej produkcji ponieważ nieregularne kształty plam przy zachowanej kolorystyce oryginału pogarszały już i tak niezbyt dobre właściwości kamuflujące tego wzoru. Jedyną firmą odzieżową, która zdecydowała się wykorzystać ''Cyfrową Panterę'' była firma MIWO. Mundur w zdigitalizowanym wz. 93 można było sporadycznie spotkać wśród żołnierzy PKW Afganistan.

W mundurze wz. 2012, który ma zastąpić przestarzały krój mundurów wz. 127/a i 124/z pamiętający jeszcze lata '70-te zdecydowano pozostać przy kamuflażu wz. 93. Decyzję tą argumentowano ''przywiązaniem'' polskich żołnierzy do tego kamuflażu, cięciami budżetowymi podczas projektowania munduru wz. 2012 oraz łatwą identyfikacją ponieważ ''Pantera'' stała się naszą wizytówką podczas wykonywanych misji międzynarodowych. W przyszłości może go zastąpić kamuflaż ''Mapa'', który jest obecnie w fazie testów.

wz. 93 ''Pantera Cyfrowa''


''Pantera Cyfrowa'' w wersji pustynnej w Afganistanie:


Porównanie z innymi kamuflażami:
Na przedstawionym poniżej zdjęciu możemy porównać właściwości kamuflujące kilku kamuflaży leśnych. Na pierwszy rzut oka widać, że wz. 89 ''Żaba''(ostatni z prawej) oraz francuski CCE(pierwszy z lewej) zupełnie nie radzą sobie w polskich warunkach klimatycznych. Właściwości kamuflujące wz. 93(drugi z lewej) są całkiem niezłe.
Ranger • 2013-01-10, 15:22  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (17 piw)
Krówka napisał/a:

Nie wiem czemu, interesują mnie militarne tematy, ale ten temat jest za przeproszeniem denny... historia kamuflażu...



Jak na kogoś kto potrafi tylko przekleić zdjęcie albo filmik to masz zajebiście dużo do powiedzenia :amused:

Generał Władysław Anders

Pater patriae • 2013-01-09, 22:11
126


Ostatnio "wrzuciłem" na sadistic postać niestety dość zapomnianą, mianowicie generała Stanisława Sosabowskiego.

Wydaję mi się, że tematyka się niektórym spodobała, więc dzisiaj trochę o człowieku, o którym chyba każdy coś tam słyszał, jest to generał Władysław Anders.


Władysław Anders był prawdziwym żołnierzem z krwi i kości. Udowodnił to już podczas służby w wojsku rosyjskim, a następnie w nowo odrodzonym Wojsku Polskim. Sławę jednak zyskał jako twórca oraz dowódca Polskiej Armii utworzonej w ZSRR w 1941 r., a także zdobywca wzgórza Monte Cassino w maju 1944 r. Po wojnie nazywany był przez władze PRL jednym z przywódców "reakcyjnej emigracji" i mitycznym wyzwolicielem na białym koniu.



Władysław Anders urodził 11 sierpnia 1892 r. w Błoniu koło Kutna w rodzinie agronoma i administratora majątków ziemskich. Jego ojciec, Albert Anders, oraz matka Elżbieta z domu Tauchert byli z pochodzenia Niemcami wyznania ewangelickiego. Władysław miał trzech braci: Tadeusza, Karola i Jerzego oraz siostrę Irenę. Wszyscy trzej bracia w okresie międzywojennym byli oficerami Wojska Polskiego, zasłużonymi podczas wojny polsko-bolszewickiej (dwóch zostało odznaczonych Orderem Virtiti Militari). Siostra natomiast została wydziedziczona z powodu małżeństwa z ubogim mężczyzną.

Młody Władysław edukację podstawową ukończył w warszawskim gimnazjum realnym. We wrześniu 1910 r. zgłosił się na ochotnika na roczną służbę w armii rosyjskiej, którą ukończył w stopniu chorążego. Następnie podjął studia na Wydziale Mechanicznym Politechniki w Rydze, gdzie również zaangażował się w działalność Korporacji Akademickiej Arkonia. Studia przerwał mu wybuch I wojny światowej, gdy jako oficer rezerwy został powołany do armii carskiej i przydzielony do 3. Noworosyjskiego Pułku Dragonów Jej Cesarskiej Mości Wielkiej Księżny Heleny Władimirowny, gdzie w stopniu porucznika dowodził jednym ze szwadronów i został trzykrotnie ranny. W 1917 r. otrzymał dyplom ukończenia kursów carskiej Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu. Po ukończeniu kursów brał udział w formowaniu I Korpusu Polskiego, tworzonego w Rosji przez gen. Dowbor-Muśnickiego. Kiedy oddziały te rozwiązano, wrócił do Warszawy w stopniu podpułkownika i brał udział w rozbrajaniu Niemców w Polsce.

Kiedy Polska tworzyła swe wojsko, Władysław Anders został szefem sztabu Dowództwa Głównego Sił Zbrojnych w byłym zaborze pruskim. Na przełomie 1918, a 1919 r. walczył w powstaniu wielkopolskim jako szef sztabu Armii Wielkopolska. W okresie wojny polsko-bolszewickiej był dowódcą 15. pułku ułanów poznańskich, z którym przeszedł trudny szlak wiodący m.in. przez Mińsk, Bobrujsk oraz Iwachnowicze, gdzie 29 lipca został ranny. Po zakończeniu wojny udał się do Paryża, by ukończyć studia Ecole Superieure de Guerre i praktyki w szkole kawalerii w Saumur. Powrócił do Polski w 1924 r., gdzie otrzymał awans do stopnia pułkownika. Następnie został nominowany na dyrektora nauk na kursie dla wyższych dowódców, potem zaś pracował w sztabie Generalnego Inspektora Kawalerii.

W czasie przewrotu majowego opowiedział się przeciwko Piłsudskiemu i był szefem sztabu dowódcy wojsk rządowych. W okresie od 1928 do 1937 r. dowodził początkowo 5. Brygadą Kawalerii „Brody”, potem Wołyńską Brygadą Kawalerii. W 1934 r. awansował do stopnia generała brygady. W 1937 r. mianowany został dowódcą Nowogrodzkiej Brygady Kawalerii. Przez cały okres II Rzeczpospolitej Władysław Anders kilkakrotnie brał również udział wielu międzynarodowych zawodach jeździeckich, m. in. w Nicei w 1925 r. ekipa jeździecka, którą kierował zdobyła Puchar Narodów.


Święto 15 pułku ułanów poznańskich w Poznaniu, gen. Anders pierwszy z prawej w pierwszym rzędzie


Wielka Rewia Kawalerii w Krakowie w 1933 r., płk Władysław Anders pierwszy z prawej.


Wojna obronna z września 1939 r. zastała gen. Władysława Andersa na stanowisku dowódcy Nowogórdzkiej Brygady Kawalerii, która była podporządkowana Armii "Modlin". W ramach tej armii prowadziła walki na południe od Prus Wschodnich, w rejonie Płocka i Warszawy. W czasie odwrotu spod Mławy nie wykonał rozkazu osłony ruchu 20. Dywizji Piechoty, co stało się jedną z przyczyn jej rozbicia. Następnie gen. Tadeusz Kutrzeba wydaje gen. Andersowi rozkaz obrony fragmentu Puszczy Kampinoskiej, ten jednak odmawia wykonania rozkazu motywując to przewidywanymi zbyt dużymi stratami swojej brygady.

12 września 1939 r. zostaje dowódcą Grupy Operacyjnej Kawalerii swojego imienia, w skład której wchodziły trzy brygady: Nowogródzka Brygada Kawalerii, Wołyńska Brygada Kawalerii oraz Kresowa Brygada Kawalerii. Wycofując się na południe stoczył ciężkie walki przeciwko Niemcom w okolicach Mińska Mazowieckiego oraz Tomaszowa Lubelskiego, w tzw. drugiej bitwie tomaszowskiej. Gdzie po lokalnych sukcesach – zdobyciu Krasnobrodu, samowolnie wycofał się, nie informując dowództwa Frontu Północnego, do Lwowa, w wyniku czego udało mu się przebić na południe. Wobec zajęcia terenów wschodniej Polski przez ZSRR otrzymał rozkaz przebicia się na Węgry lub do Rumunii. Po ciężkich walkach, podczas których został dwukrotnie ranny, 29 września w okolicach Sambora dostał się do niewoli radzieckiej.

Początkowo więziony we Lwowie, a następnie przewieziony przez NKWD do Moskwy i osadzony na Łubiance oraz w Butyrkach. Podczas 22-miesięcznego pobytu w więzieniu był wielokrotnie przesłuchiwany oraz, ze względu za zasługi z I wojny światowej, bezskutecznie namawiany do wstąpienia do Armii Czerwonej. Po ataku III Rzeszy na ZSRR i zawarciu układu Sikorski-Majski w 1941 r. zwolniony z więzienia, żeby objąć dowództwo powstającej tam Armii Polskiej. Tym samym 11 sierpnia 1941 r. został awansowany do stopnia generała dywizji.


Gen. Władysław Anders dokonuje inspekcji oddziałów Armii Polskiej w ZSRR

Gen. Władysław Anders - dowódca Armii Polskiej w ZSRR i płk. dypl. Leopold Okulicki


Pierwszy rozkaz gen. Andersa o formowaniu polskich sił zbrojnych i apel do obywateli polskich o wstępowanie do wojska wydany został 22 sierpnia 1941 r. Po nim do Armii Polskiej, formującej się okręg Buzułuku, zaczęli napływać głównie jeńcy wojenni oraz Polacy deportowani z terenów okupowanych przez ZSRR. Działo się to w niesłychanie trudnych warunkach, przy niesprzyjającej władzy radzieckiej i utrudnionym zapasach przesyłanych przez Brytyjczyków. Łącznie wcielono do Armii 25 115 osób, w tym 960 oficerów, a oprócz tego wraz z żołnierzami do polskich obozów przybywało wiele tysięcy dzieci, najczęściej skrajnie wynędzniałych, wśród których było bardzo wiele sierot. Żołnierze objęli dzieci troskliwą opieką. Zaczęto od razu organizować dla nich szpitale, sierocińce, szkoły.

Wiosną 1942 r. wobec coraz gorszych przydziałów żywnościowych dla Armii Polskiej oraz żądań Stalina o natychmiastowe wysłanie Polaków na front, gen Władysław Anders, po porozumieniu radziecko-brytyjskim rozpoczął wycofywanie Wojska Polskiego do Pahlavi w Iranie. Ogółem ZSRR opuściło 41 tysięcy wojskowych i 74 tysiące cywili – obywateli polskich. Gen. Anders uważał ewakuację za swój sukces, jednak obecnie wielu historyków uważa, że ewakuacja wojsk polskich z ZSRR z punktu widzenia polskiej racji stanu była błędem.

12 września 1942 r. gen. Władysław Anders został nominowany na dowódcę nowo utworzonej Armii Polskiej na Wschodzie, która została przeniesiona do Iraku oraz zreorganizowana według etatów brytyjskich. W lipcu 1943 r. nastąpiła kolejna reorganizacja armii, z której wyłączono 2. Korpus Polski w celu włączenia go do działań wojennych na froncie włoskim. Dowództwo Korpusu objął gen. Anders i przeniósł się do Palestyny, aby następnie w listopadzie tego samego roku przegrupować się w Egipcie przed transportem na kontynent europejski.


Podróż gen. Władysława Sikorskiego do Armii Polskiej na Bliskim Wschodzie

Wizyta gen. Władysława Andersa w oddziałach Pomocniczej Służby Kobiet 2. Korpusu Polskiego


Na przełomie 1943 i 1944 r. do Włoch został przetransportowany 2. Korpus Polski w skład którego zasadniczy trzon stanowiły: 3. Dywizja Strzelców Karpackich, 5. Kresowa Dywizja Piechoty, 2. Samodzielna Brygada Czołgów, pułk samochodów pancernych oraz armijna grupa artylerii i służby. Łącznie Korpus liczył wówczas ponad 52 tysiące żołnierzy. Po wylądowaniu Polacy zostali podporządkowani rozkazom gen. Oliviera Lee – dowódcy brytyjskiej VIII Armii.

W maju 1944 r. 2. Korpus rozpoczął swój szlak bojowy. 11 maja ruszyło pierwsze polskie natarcie na silnie umocniony masyw Monte Cassino. Drugie natarcie (17 i 18 maja) doprowadziło do zdobycia wzgórza oraz klasztoru Monte Cassino. Polskie walki pod Monte Cassino były niezwykle krwawe, w natarciu zginęło 924 żołnierzy, 2930 zostało rannych, a za zaginionych uznano 345. Poprzez zwycięstwo okupione polską krwią droga na Rzym została otwarta, który został zajęty przez amerykanów 4 czerwca, a więc w dwa tygodnie po bitwie. Warto wspomnieć że wcześniej pod Monte Cassino siły niemieckie wiązały aliantów przez ponad cztery miesiące.

Następnie, w czerwcu, 2. Korpus Polski ponownie wkroczył do akcji, odznaczając się w bitwie o Ankonę, której zdobycie było jedyną operacją Wojska Polskiego na froncie zachodnim, która była czysto polską operacją, a nie jedynie udziałem naszych żołnierzy w alianckiej operacji. Tu dowodzili Polacy. Plan natarcia na Ankonę opracował gen. Władysław Anders i jego sztab, któremu podporządkowane zostały jednostki brytyjskie i Włoski Korpus Wyzwolenia. Po zdobyciu Ankony 2. Korpus walczył o przełamanie linii Gotów, w Apeninach Emiliańskich, aby zakończyć swój szlak bojowy zdobyciem Bolonii w lutym 1945 r.

W czasie gdy 2. Korpus Polski walczył we Włoszech gen. Anders zaczął coraz bardziej interesować się wydarzeniami politycznymi. Staje się zdecydowanym przeciwnikiem polityki lansowanej przez Stanisława Mikołajczyka oraz powstania warszawskiego. Szczególne emocje wzbudza u niego fakt przegrywania sprawy Kresów Wschodnich przez polskich dyplomatów. Zmianę na stanowisku premiera przyjął z zadowoleniem i od tej pory jego krytyka przeniosła się na sojuszników zachodnich. W 1945 roku, po konferencji jałtańskiej, doszło do dramatycznego spotkania między gen. Andersem, a premierem brytyjskim Winstonem Churchillem. Polak ostro skrytykował ustalenia konferencji i wyraził myśl, iż lepiej by było, gdyby w formowanym Rządzie Tymczasowym znaleźli się sami komuniści, ponieważ wtedy świat dowiedziałby się o ich intencjach. Churchill z kolei zaatakował go za jego nieprzejednaną postawę i stwierdził, iż żołnierze 2. Korpusu Polskiego nie są mu już potrzebni. Od 26 lutego do 21 czerwca 1945 roku Anders pełni obowiązki Naczelnego Wodza i Generalnego Inspektora Polskich Sił Zbrojnych.

Gen. Anders oraz gen. Bronisław Duch pod Monte Cassino

Narada gen. Oliviera Leese i gen. Władysława Andersa w rejonie rzeki Sangro we Włoszech


Po zakończeniu II wojny światowej większość żołnierzy 2. Korpusu Polskiego, z powodu swych przeżyć w Związku Radzieckim, zdecydowała się nie wracać do Polski. Również gen. Władysław Anders pozostał na emigracji. 26 września 1946 r. uchwałą rady Ministrów PRL pozbawiony został obywatelskiego polskiego. Pozostając na emigracji kontynuował działalność polityczną, ukierunkowaną na zachowaniu ciągłości konstytucyjnej Rządu Emigracyjnego w Londynie. W listopadzie 1946 r. został mianowały Naczelnym Wodzem i Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych, chociaż w tym czasie funkcja ta miała już głównie tytularny charakter. Funkcję tę pełnił do demobilizacji Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Od 1949 roku był przewodniczącym Skarbu Narodowego, a w 1954 roku został członkiem Rady Trzech. 16 maja 1954 r. otrzymał awans do stopnia generała broni. Zmarł 12 maja 1970 r. w Londynie. Zgodnie z ostatnią wolą, został pochowany na Polskim Cmentarzu Wojennym pod Monte Cassino, wśród swoich żołnierzy.

Grób gen. Władysława Andersa na cmentarzu zołnierzy polskich pod Monte Cassino

ps. Jeżeli ktoś ma zamiar narzekać "gdzie tu hard", polecam najpierw zajrzeć do regulaminu.

Getto w Łodzi

Vof • 2013-01-05, 10:29
168
Kolorowe zdjęcia z Getta w Łodzi oraz samo miasto Łódź:




Reszta w Komentarzach
Jerkov • 2013-01-05, 12:15  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (45 piw)

gen. Tokarzewski-Karaszewicz

Hauer88 • 2013-01-05, 08:57
80
5 stycznia 1893 r. we Lwowie urodził się Michał Tadeusz Karaszewicz-Tokarzewski herbu Trąby późniejszy generał broni Wojska Polskiego, wolnomularz, teozof, duchowny Kościoła liberalnokatolickiego. Twórca i dowódca organizacji wojskowej -- Służby Zwycięstwu Polski, która była pierwszą organizacją konspiracyjną w okupowanej Polsce...


Bismarck

Krówka • 2013-01-04, 16:05
37
BISMARCK






Okręt pancerny z II wojny światowej należący do armii niemieckiej. Była to największa jej jednostka. Właściwie pod względem wielkości... ale od początku...


W listopadzie 1937 roku wódz III Rzeszy Adolf Hitler ujawnił szefom swoich służb wojskowych, że ma zamiar w przyszłości rozpocząć wojnę z Wielką Brytanią. Zdawał sobie sprawę, że choć Wehrmacht posiadał ogromną przewagę na lądzie nad armią brytyjską, to bardzo słaba niemiecka marynarka wojenna nie miałaby żadnych szans w starciu z potężną Royal Navy.

Hitler potrzebował potężnej marynarki złożonej z potężnych okrętów. Tak powstał tzw. „plan Z” - plan znacznej rozbudowy marynarki i położenie nacisku na budowę potężnych pancerników i krążowników. Do chwili wybuchu wojny, ledwie rozpoczęto realizację tego nader ambitnego planu. Z zakładanych 10 pancerników, 3 pancerników kieszonkowych, 16 krążowników, 2 lotniskowców i 190 U-bootów niewiele udało się wybudować. Wystarczy przytoczyć, że Wielka Brytania w drugiej połowie 1939 r. miała przewagę nad Niemcami w samych pancernikach w stosunku 7:1.





Budowę okrętu rozpoczęto 1 lipca 1936 roku w stoczni Blohm und Voss w Hamburgu (budowa rozpoczeła się wcześniej niż ujawnienie planu "Z"). Okręt zwodowano w dniu 14 lutego 1939 roku. Pancernik „Bismarck” wszedł do służby w Kriegsmarine 24 sierpnia 1940 roku.

Ponieważ otwarta konfrontacja z okrętami floty brytyjskiej nie wchodziła w grę, naczelne dowództwo Kriegsmarine postawiło na przechwytywanie i niszczenie konwojów alianckich z pomocą dla zagrożonej Wielkiej Brytanii. Logiczne było, że im więcej statków handlowych z zaopatrzeniem niezbędnym dla kontynuowani wojny pójdzie na dno, tym trudniejsza stanie się sytuacja Wysp Brytyjskich. Niszczenie i dezorganizowanie dostaw – to był główny cel, jaki wyznaczono krążownikom, u-bootom i przede wszystkim pancernikom floty niemieckiej. Okazało się to bardzo skutecznym rozwiązaniem. Niemcy byli zachwyceni takim obotem spraw, że postanowili użyć swego asa atutowego. Zdecydowali wypuścić w morze prawdziwego kolosa, który miałby siać zniszczenie na wodach Oceanu Atlantyckiego, niszcząc konwój za konwojem i osłabiać w ten sposób gospodarkę Wielkiej Brytanii. Mowa oczywiście o Bismarcku.





18 maja 1941 r. Bismarck wypłynął z portu w Gotenhafen (Gdyni), rozpoczynając tym samym Rheinubung - operację ćwiczenia reńskie. W jego zbiornikach, mogących pomieścić ok. 8300 ton paliwa, w wyniku pęknięcia węża do tankowania znalazło się o ok. 200 ton paliwa mniej, co bardzo poważnie zaważyło na dalszych losach okrętu...
Następnego dnia Bismarck spotkał się koło Rugii z Prinz Eugenem i niszczycielami eskortowymi. Zespół skierował się ku Cieśninie Duńskiej. Okazało się to błędem, ponieważ na tym obszarze panował ożywiony ruch wielu statków i przejście dużego zespołu okrętów niemieckich zostało łatwo dostrzeżone. Załoga neutralnego statku szwedzkiego poinformowała o r*chach wrogich okrętów brytyjskiego attache morskiego w Sztokholmie, który szybko skontaktował się z admiralicją w Londynie. 21 maja rano 4 brytyjskie samoloty dostrzegły Bismarcka i Prinz Eugena, a w południe dokładne zdjęcia obu jednostek cumujących w norweskich fiordach koło Bergen wykonał pilot Spitfire’a Michael Suckling. Niemieckie rajdery utraciły istotny element zaskoczenia.

Brytyjczycy nie czekali. Do zniszczenia niemieckiej grupy dowódca Home Fleet admirał sir John Tovey wyznaczył armadę w skład, której wchodziły jednostki : HMS „Prince of Wales”, „King George V”, „Hood”, „Repulse” i „Victorious”.

23 maja wieczorem, Bismarck i Prinz Eugen płynące już bez eskorty niszczycieli, w najwęższym miejscu Cieśniny Duńskiej nawiązały po raz pierwszy walkę. Brytyjski ciężki krążownik Norfolk, od pewnego czasu tropiący oba okręty w wyniku błędu nawigacyjnego i złej pogody podpłynął zbyt blisko obu rajderów i został ostrzelany, na szczęście nie przyjmując żadnego bezpośredniego trafienia. Sam Norfolk jednak nie stanowił zagrożenia dla Bismarcka a co dopiero dla dwóch okrętów niemieckich razem. Bismarck był naprawdę potężnym okrętem, który mógł podejmować równą walkę z każdym nawet najsilniejszym pancernikiem Royal Navy. Na nieszczęście marynarki niemieckiej strzały oddane w kierunku Norfolka nie były zbyt popisowe-nie dość że były niecelne to jeszcze siła wstrząsu podczas oddawania salw uszkodziła dziobową stację radiolokacyjną, co w praktyce oślepiło od przodu Bismarcka i zmusiło Prinz Eugena do wysunięcia się na czoło zespołu.





O godzinie 5.47 rano 24 maja marynarze niemieccy z pokładu Bismarcka dostrzegli dwa wielkie okręty brytyjskie. Byly to statki „Hood” i „Prince of Wales”.

Dwa potężne okręty brytyjskie zaczęły tytaniczną bitwę, jedną z najbardziej znanych w historii bitew morskich II wojny. Ich potężne działa rozpoczęły ogień z 23 kilometrów koncentrując go na... Prinz Eugenie, który z dalekiej odległości był łudząco wręcz podobny do Bismarcka( ten sam profil, układ kominów itp.). Był to bardzo poważny w skutkach błąd, bowiem podczas gwałtownej wymiany ognia między wielkimi jednostkami liczyły się skuteczne i szybko uzyskane trafienia i koncentracja ognia na silniejszym przeciwniku. Żadnego z tych warunków nie udało się w już od początku potyczki uzyskać okrętom brytyjskim. Na domiar złego żadna salwa ich dział nie wyrządziła żadnej krzywdy mniejszemu krążkownikowi niemieckiemu, który wkrótce przyłączył się do wspierania ogniem Bismarcka, skupiającego już ostrzał na groźniejszym Hoodzie. Już trzecia jego salwa celnie nakryła największy okręt Royal Navy. Prinz Eugen także trafił Hooda, wywołując na jego pokładzie pożar. 4 minuty później Potężny pocisk wystrzelony z dział Bismarcka przebił cienko opancerzony pokład okrętu, wpadł do umieszczonego pod pokładem magazynu amunicji przeciwlotniczej kal. 102 mm i rozerwał się tam powodując gigantyczną eksplozję! W jednej chwili wybuchło 100 ton kordytu, a ogień błyskawicznie ogarnął rufę statku. Wybuch był tak potężny, że wręcz rozerwał Hooda na kawałki. Kula ognia –olbrzymi słup dymu i płomieni wzniosła się na 300 metrów wysokości! Siła eksplozji wyrzuciła w górę dwa rufowe 15 calowe działa umierającego krążownika, a dwa przednie działa oddały nagle samoistnie salwę, spowodowaną zapewne zwarciem w obwodach elektrycznych w wieży. W ciągu zaledwie dwóch minut, Hood wraz z 1420 członkami załogi i wiceadmirałem Hollandem zatonął w głębinach. Później udało się uratować tylko 3 osoby...
Teraz na celu był "Prince of Wales". Nie miał szans. Uszkodzony pancernik brytyjski postawił zasłonę dymną i zaczął uciekać, jednak admirał Lutjens bojąc się, że Prince of Wales mógłby naprowadzić jego zespół na pancerniki brytyjskie i ponadto mając mało paliwa pozwolił mu odpłynąć. To posunięcie zostało skrytykowane przez samego Hitlera. Mimo wszystko było to zwycięstwo 2 niemieckich statków. Bismarck jednak ucierpiał w tej bitwie.

24 maja wieczorem osamotniony Bismarck (Prinz Eugen oderwał się i zawrócił do portu w Breście) wziął kurs na port w St. Nazaire. Był to poważny błąd taktyczny Lutjensa-niejedyny zresztą, ale fatalny w skutkach, jak się później okazało. Brytyjczycy zmobilizowali przeciwko niemu ogromne siły, zdecydowani wymazać hańbę, jaką był zatopienie Hooda i unicestwić największy okręt Kriegsmarine. Rozpoczął się największy pościg w historii wojen na morzu.





Mimo tak licznego pościgu 25 maja udało się Bismarckowi wymanewrować okręty brytyjskie i zerwać kontakt z pościgiem. Przez 31 godzin Bismarck płynął niezauważony w kierunku francuskich portów. Dopiero 26 maja o 10:30, kiedy to wysłany z pokładu „Bismarcka” długi sygnał radiowy został namierzony przez załogę latającej łodzi Catalina, a „Sheffield” nawiązał kontakt wzrokowy z niemieckim pancernikiem o godz. 17:40. Admirał Tovey rozkazał samolotom z Ark Royal wykonanie ataku torpedowego. Atak samolotów torpedowych Swordfish okazał się skuteczny; jedna z torped trafiła w stery Bismarcka, który stracił zdolność do manewrowania. Na pomoc Bismarckowi wysłano U-Booty operujące w Zatoce Biskajskiej. Około 22:30 najpierw polski niszczyciel ORP „Piorun”, a potem angielski „Zulu” odkryły Bismarcka. 27 maja o godzinie 08:43 dowódcy „King George V” i „Rodneya” zobaczyli uszkodzony okręt. Do tych okrętów dołączyły jeszcze „Norfolk” i ciężki krążownik HMS „Dorsetshire”. Wywiązała się zażarta bitwa. O godzinie 09:31 ciężka artyleria na Bismarcku zamilkła. Anglicy wstrzymali ogień o 10:16. O godzinie 10:25 ciężki krążownik „Dorsetshire” odpalił w stronę pancernika 2 torpedy, a w chwilę potem trzecią. Dziesięć minut później „Bismarck” zaczął pogrążać się w morzu, po czym przewrócił się do góry stępką i zatonął.

Bismarck, mimo tego iż był już skazany w obliczu tak wielkiej przewagi, walczył i umierał długo. Na dnie wciąż leży wrak.









DANE


Pancernik Bismarck: dane taktyczno - techniczneGłówne parametryWyporność standardowa: 41 700 ton
Wyporność pełna: 50 900 ton
Długość: 251 metrów
Szerokość: 36,2 metra
Maksymalne zanurzenie: 10,2 metra
Prędkość maksymalna: 30,8 węzłaOpancerzenieGłówny pas burtowy: 320 mm
Opancerzenie wież artylerii głównej: 13-360mm
Górny pokład: 50-80 mm
Wieża dowodzenia: 220-350mm
Przedział torpedowy: 45mmUzbrojenieArtyleria główna: 8 dział kal.381 mm (2 działa w 4 wieżach) (960 pocisków o zasięgu do 36,2 km)
Artyleria średnia: 12 dział kal.150 mm (2 działa w 6 wieżach)
Ciężka artyleria przeciwlotnicza: 16 działek kal.105mm (2 działa w 8 wieżach)
Średnia artyleria przeciwlotnicza: 16 działek kal.37 mm (2 działa w 8 wieżach)
Lekka artyleria przeciwlotnicza: 18 działek kal. 20mm (1 działko w 1o wieżach i 4 działka w dwóch wieżach)Załoga2200 osób


Źródła :
wikipedia.pl
konfilkty.pl
historycy.org
"Okręty Drugiej Wojny Światowej"
grafika google

Stalag Luft III-Wielka Ucieczka

orzeszwmorde • 2013-01-03, 17:12
176
W nocy 24 marca 1944 roku, 76 alianckich lotników ucieka z North Compound w Stalag Luft III, obozu jenieckiego znajdującego się na terenie obecnie należącym do zachodniej Polski. Ich Wielka ucieczka to jedna z najbardziej znanych i ekscytujących opowieści wojennych, która została uwieczniona w hollywoodzkiej superprodukcji pod tym samym tytułem w której wystąpił m.in. Steve McQueen. Przez prawie 70 lat tunel, którym alianccy lotnicy wydostali się z niewoli pozostał nienaruszony. Teraz znakomity zespół inżynierów, archeologów i historyków uzyskując pozwolenie na przeprowadzenie wykopalisk archeologicznych w Stalag Luft III i tunelu Harrego opracowują niezwykle ambitny plan, który ma im pozwolić odkryć tajemnice tej niezwykłej ucieczki...

I małe promo.


Może temat mało sadystyczny ale zamieściłem ze względu na to iż położenie historycznego Stalagu Luft III znajduje się w Polsce, niedaleko Żagania.

Źródło.

Katastrofa USS Indianapolis (uczta rekinów)

kufel01 • 2013-01-02, 22:07
208
Witam, II wojna światowa była pełna różnego rodzaju katastrof, wypadków oraz błędnych decyzji. Marynarze USS Indianapolis mieli sporego pecha..... ale reszta jest szczegółowo opisana niżej miłej lektury.


Sądzę, że postępowanie w sprawie zatopienia, a zwłaszcza działania sądu były i są czarną plamą na honorze marynarki wojennej, a nie dowódcy”.
Lyle M. Pasket – członek załogi USS „Indianapolis"



Nie zastawialiście się nigdy, o ile niższy byłby tragiczny bilans poległych w II wojnie światowej, gdyby nie bezmyślne decyzje, podejmowane – o zgrozo! – przez tych, którzy piastowali najbardziej odpowiedzialne stanowiska? Człowiek jest istotą słabą i popełnia błędy – są jednak przypadki, które rażą zwykłą głupotą. A najstraszniejsze, że efekty takich działań odbijają się, z tragicznym zwykle skutkiem, na osobach trzecich.


Niniejszy artykuł dedykuję wszystkim pełniącym obecnie i w przyszłości wysokie stanowiska dowódcze, aby zawsze byli świadomi odpowiedzialności, która wraz z rangą idzie w górę. I aby w przypadku oczywistego błędu potrafili wziąć na siebie trud odpowiedzialności.


„Dziwnie tajna misja”
USS „Indianapolis”, ciężki krążownik US Navy, po paśmie sukcesów odczuł na własnym pancerzu nową rozpaczliwą broń Cesarstwa Japonii – pilotów kamikadze. Teraz stoi od trzech i pół miesiąca w doku stoczni w Mare Island w San Francisco, gdzie przechodzi gruntowny remont.
Mamy połowę lipca 1945 roku. Wojna w Europie została wygrana, a na Pacyfiku niepodzielnie panuje flota sprzymierzonych. Wściekli Japończycy, wciąż kąsają, gdzie i jak tylko mogą, mimo że siekacze i kły dawno zostały im wybite.




Służba podczas prac remontowych ograniczała się jedynie do zajęć czysto szkoleniowych oraz wartowniczych. Cała załoga korzystała towarzysko z wyłączenia z wojny ich jednostki i zwolnienia z części obowiązków. Jednak już w pierwszych dniach lipca sielankowa atmosfera zaczęła się oddalać, a świeży marynarski narybek z poboru zostawał stopniowo włączany w życie okrętu wojennego przez starych wilków morskich.

Spokój wokół stoczni Mare Island zakłócony zostaje tuż po północy 16 lipca, gdy wokół pojawia się mrowie żandarmerii tworzące nieprzejezdny kordon otaczający z każdej strony zabudowania. Okręt już nieco wcześniej postawiono w stan gotowości, lecz załoga spodziewała się jedynie rozkazu wyjścia w morze.



Dowódca – komandor Charles Butler McVay – otrzymuje kopertę oznaczoną sygnaturą „Top Secret”, z której dowiaduje się o decyzjach Naczelnego Dowództwa, przydzielającego właśnie jego jednostkę do transportu ładunku specjalnego przeznaczenia. Niby nic wielkiego, ale dalej komandor zostaje poinformowany, że rejs na wyspę Tinian ma być przeprowadzony w sposób błyskawiczny, a do tego wbrew morskiej sztuce, gdyż USS „Indianapolis” wyruszy samotnie, bez eskorty mniejszych jednostek. Dowództwo oczekuje wykonania rozkazu bez względu na straty czy niewygodę, a sam McVay osobiście ma mieć pieczę nad bezpieczeństwem ładunku.

Teraz wydarzenia zgodnie z oczekiwaniami Dowództwa toczą się ekspresowo – około godziny czwartej nad ranem na nabrzeżu doku ustawiają się dwie wojskowe ciężarówki. Na pierwszej znajduje się czteroipółmetrowa skrzynia, rychło przeniesiona na pokład przenosi przez dźwig portowy i zabezpieczona grubymi łańcuchami przez marynarzy. Zaraz potem na pokład wkraczają się Marines, którzy otrzymali rozkaz całodobowego pilnowania „przesyłki”, do której zwykłemu marynarzowi nie wolno się nawet zbliżyć.

Znacznie dziwniejszy widok przedstawia druga z ciężarówek, transportująca… niedużych rozmiarów wiadro z ołowianą pokrywką. Nie jest to jednak zwykłe wiadro – potrzeba siły dwóch marynarzy, by przenieść je wraz z tajemniczą zawartością wprost do… reprezentacyjnej, acz pustej kajuty admiralskiej, gdzie niewiele wcześniej przygotowano dlań specjalne „siedzonko”: przyspawane do podłoża stalowe pierścienie, do których z kolei dołączono płytki z uchwytami. Zainstalowane w miejscu przeznaczenia wiadro dodatkowo obwiązane zostaje linami przeciągniętymi przez uchwyty. Wreszcie opiekun przesyłki, major Robert Furman z Korpusu Inżynieryjnego Armii, spina liny kłódką, klucz do której zawisa na jego szyi. Na samym końcu do admiralskiej kabiny trafia tratwa ratunkowa – tak na wszelki wypadek.

Nikt z załogi, z komandorem McVayem włącznie, nie ma pojęcia, co przewozić będzie ich okręt. Jedynie cel wyprawy – wyspa Tinian, baza amerykańskich Superfortec niszczących miasta japońskie – pozwala przypuszczać, iż tajemnicze ładunki są przeznaczone dla lotnictwa strategicznego. I faktycznie, w skrzyni znajduje się cały mechanizm detonacyjny (tzw. "armata”) bomby atomowej „Little Boy”, zaś pod ołowianą przykrywą – promieniotwórczy ładunek uranu.

Załadunek, instalacja oraz kontrola zabezpieczeń zajmują niecałe półtorej godziny, po czym załoga dokonuje ostatnich przygotowań do wyprawy. O godzinie 8:00 USS „Indianapolis” wyrusza w dziwnie tajną misję.
Samotność na oceanie
USS „Indianapolis” brawurowo rozpoczyna powrót do czynnej służby – ustanawiając nowy rekord prędkości przybycia do Pearl Harbor: trzy doby. Po opuszczeniu Hawajów podróż z maksymalną prędkością zajmuje kolejne siedem dni. Po odstawieniu „przesyłek” na Tinian „Indianapolis” kieruje się na wyspę Guam. Co ciekawe, cały czas pozostaje pod klauzulą tajności rejsu jednostki.

Po zawinięciu na Guam komandor McVay otrzymuje rozkaz udania się na Filipiny – do zatoki wyspy Leyte, gdzie US Navy intensywnie przygotowuje się do planowanej na listopad inwazji na Wyspy Japońskie. Komandor, zgodnie ze sztuką swej profesji, prosi o przydzielenie eskorty niszczyciela. Mimo zakończenia tajnej misji dowództwo odmawia, gdyż „oficjalnie” wody między Guam a Filipinami są całkowicie bezpieczne, a wobec tego eskorta – zbędna.

Celowo nie zostaje mu przedstawiona informacja o zatopieniu kilka dni wcześniej na tamtych wodach amerykańskiego niszczyciela USS „Underhill”, co ewidentnie wskazuje na obecność cesarskiej floty podwodnej. Fakt ten ujawniony zostanie dopiero w latach 90., po udostępnieniu archiwów US Navy z tego okresu. Reasumując: wbrew podstawowym zasadom sztuki walki na morzu wydany zostaje rozkaz samotnego rejsu potężnego okrętu bez jakiejkolwiek ochrony. Skutki tego rozkazu okażą się proporcjonalne do głupoty dowództwa.

29 lipca – jeszcze na około tysiąc kilometrów przed Filipinami – pogoda na oceanie znacznie się pogarsza, powodując drastyczny spadek widoczności. Wobec niesprzyjających warunków atmosferycznych wieczorem komandor podejmuje niefortunną decyzję o zaprzestaniu standardowego w wypadku samotnej podróży rejsu zygzakowego. Następnie, po zakończeniu odbioru meldunków wieczornej wachty, idzie na spoczynek.

Nieoczekiwana niespodzianka
Japończycy nie poddawali się na morzu, choć ich sytuacja była nie do pozazdroszczenia. Cesarska Marynarka Wojenna miała nawet własną odmianę kamikadze – pilotów „żywych torped” kaiten. Okręt I-58, którym dowodził komandor podporucznik Mochitsuno Hashimoto, miał iść przyczepionych do okrętu sześć. Komandor słyszał o zatopieniu „kaitenami” niszczyciela USS „Underhill”, lecz sam był przeciwny misjom samobójczym i dlatego chciał w konwencjonalny sposób dorównać wyczynowi bliźniaczej jednostki.

O godzinie 23.30, gdy USS „Indianapolis” mozolnie przebija się przez fale Pacyfiku, a na służbie pozostaje tylko nocna wachta, jakieś siedem mil morskich przed nimi, poniżej głębokości peryskopowej spoczywa i czeka na okazję I-58. Właśnie w tym czasie dowódca jednostki zostaje obudzony przez jednego z podoficerów wachtowych.

Po krótkiej toalecie udaje się na modlitwę do pokładowej kaplicy shinto, a następnie się na mostek kapitański. Przez peryskop uważnie obserwuje okolicę, a pewny, że nie ma zagrożeń, nakazuje wynurzenie. Na powierzchni wychodzi na świeże powietrze grupa marynarzy, którym w odległości około dziesięciu kilometrów ukazuje się oświetlana blaskiem księżyca plama unosząca się ponad fale oceanu. Reakcja dowódcy jest natychmiastowa – okręt błyskawicznie wraca na głębokość peryskopową, gdzie na rozkaz Hashimoto do odpalenia przygotowywane są świeżo zamontowane, najnowsze superszybkie torpedy.

Dwie minuty po północy pada komenda „Pal!” i z japońskiego okrętu wystrzelone zostają cztery konwencjonalne torpedy. Do pokonania 1400 metrów wystarcza ledwie minuta. Komandor Hashimoto przez wizjer peryskopu widzi rozbłyski pod wieżami numer dwa („wyższą”
dziobową) i trzy (rufową).

Po krótkim przypływie radości japoński dowódca szybko nakazuje zanurzenie okrętu na bezpieczną głębokość. Cały czas nie może oswoić się z myślą o tak kardynalnym błędzie przeciwnika. Warto wspomnieć, iż załoga I-58 uczci sukces „ucztą” z ryżu i fasoli, gotowanego węgorza oraz wołowiny – rzecz jasna wszystko z przydziałowych puszek.

Zgodnie z procedurami, ale i z chęci pochwalenia się przed całą marynarką, komandor wysyła meldunek o zatopieniu „pancernika klasy Idaho”, podając dokładną lokalizację. Radiogram przechwytują i bez trudu odczytują Amerykanie i rankiem tego samego dnia wysyłają notatkę wraz z kopią radiogramu do kwatery US Navy na wyspie Guam oraz do dowództwa 7. Floty. Przez znaną japońską skłonność do przeceniania własnych osiągnięć rozszyfrowane „rewelacje” są całkowicie ignorowane, mimo iż „Indianapolis” nie daje oznak życia.

Jak w 12 minut przejść do historii…
Siła eksplozji zwala z nóg pełniących nocną wachtę marynarzy. Śmiertelny cios zadaje torpeda numer dwa, wyrywając w śródokręciu wielką dziurę, przez którą błyskawicznie wdzierają się do wewnątrz masy wody, zalewające maszynownie i unier*chamiające dwie z czterech turbin. W wyniku ataku uszkodzona zostaje radiostacja i radar, a okrętowy system łączności wobec zniszczeń przewodów staje się bezużyteczny.

Komandor McVay, wyrwany ze snu, pospiesznie ubiera się i wybiega z kabiny. Przed oczami ma biegających w nieładzie, zdezorientowanych marynarzy oraz szalejący na dziobie ogień. Mimo to wierzy w uratowanie okrętu. Wraz z kadrą oficerską stara się przejąć kontrolę nad załogą, jednakże wobec błyskawicznie następujących po sobie wypadków niemożliwe staje się nie tylko ratowanie jednostki, ale i sprawna ewakuacja. Jedynie kilka tratew ratunkowych zostaje zwodowanych.

Okręt od chwili wybuchów stale traci prędkość, przechylając się na prawą burtę i zanurzając dziób. Część załogi z założonymi kamizelkami ratunkowymi samowolnie skacze do wody, zaś większość, około pół tysiąca, udaje się na rufę. Ci już w wodzie widzą, zaś ci jeszcze na okręcie dodatkowo czują, jak przód jednostki ginie w wodzie, zaś rufa niezmiernie się podnosi. Gdy i ci drudzy, a wśród nich McVay, trafiają za burtę, ponad głowami widzą obracające się śruby. Spodziewając się nieuchronnego końca, żegnają się z życiem, lecz ku ich zdziwieniu okręt „staje dęba” i w idealnym pionie, majestatycznie, przy całkowitej ciszy schodzi w otchłań, zabierając ze sobą trzystu członków załogi, którzy zginęli bezpośrednio w wyniku eksplozji lub nie udało im się ewakuować. Na szczęście dla pozostałych tonący okręt nie wzbudza śmiertelnie groźnych wirów, nierzadko wciągających nieszczęsnych rozbitków pod wodę.USS „Indianapolis” w ciągu zaledwie dwunastu minut staje się historią, choć nadal żywą, gdyż ze 1196 osób ratunku oczekuje dziewięciuset nieszczęsnych marynarzy. Nie ma większych oznak paniki, oficerom udaje się zapanować nad podwładnymi. Rozbitkowie gromadzą się w większe skupiska, a z pływających szczątków budują prowizoryczne tratwy. Silniejsi mają opiekować się rannymi oraz słabszymi, co chętnie czynią. Wszystkich łączy silna nadzieja na rychłą pomoc.

Pozostaje czekać – przecież w ostatniej chwili udało się wysłać sygnał SOS…

Minuta po minucie, godzina po godzinie, dzień po dniu…

Pojedynczy sygnał rzeczywiście dotarł do kilku mieszczących się na Filipinach stacji nasłuchowych, lecz został zignorowany przez oficerów dyżurnych.

Do rana liczba rozbitków maleje o setkę – przegrywają z chłodem, bólem, zmęczeniem, a przede wszystkim z czterometrowymi falami. Nieszczęśnicy desperacko trwają w olbrzymiej, prawie dwukilometrowej plamie oleju napędowego. Gdy nastaje dzień, słońce wypala zanurzoną w słonej wodzie skórę, którą pokrywają ropiejące pęcherze. Olej powoduje wymioty i omdlenia, zalepiał oczy, noc i uszy. Każdy cierpi z pragnienia, potęgowanego jeszcze żarem z nieba. Najbardziej zdesperowani zaczynają łykać słoną wodę.

Po południu dramat sięga zenitu – pojawiają się rekiny. Od pierwszych dni wojny na Pacyfiku ich populacja gwałtownie wzrastała ze względu na stałe „dokarmianie” poległymi. Zapach krwi ściąga całe stada krwiożerczych bestii. Pod wieczór życie traci pierwsza ofiara żarłacza ludojada – jego los podzieli jeszcze ponad czterystu marynarzy. Mimo dramatycznych krzyków, mimo rozbijania nogami i rękoma tafli wody nie udaje się odpędzić drapieżników. O zmroku wokół ściśle skupionych grup marynarzy spokojnie krążą pewne łatwej zdobyczy dziesiątki, a następnie setki rekinów. Zapach świeżej krwi ściąga je z dalekich rejonów oceanu. Widok charakterystycznych trójkątnych płetw wystających ponad wodę całkowicie demoralizuje rozbitków.

Komandor oraz oficerowie nie są już w stanie zapanować nad rozhisteryzowanymi marynarzami. Zanika żołnierska solidarność – każdy zaczyna własną walkę o przeżycie. Mają miejsce iście dantejskie sceny – dochodzi do śmiertelnych pojedynków o miejsce na nielicznych tratwach. Wielu nie wytrzymuje i rozpina kamizelki ratunkowe jedynie po to, aby uciec od śmierci w paszczy ludojada. W tych skrajnie ciężkich warunkach nietrudno o postradanie zmysłów – mnożą się halucynacje i urojenia. Same rekiny, nie zważając ani na lament rozbitków, ani na porę dnia, kontynuują ucztę. Średnio co godzinę życie traci pięć osób.









Nadal nikt nie dostrzega spóźnienia ciężkiego krążownika, który miał już 31 lipca pojawić się na Filipinach…

2 sierpnia porucznik Wilbur Gwinn wracał z patrolu, gdy nawigator jego bombowca Ventura zakomunikował usterkę systemu nawigacyjnego. Pilot postanowił osobiście naprawić antenę.

Po skończeniu pracy spogląda w dół, gdzie widzi rozległą plamę, której postanawia się przyjrzeć z bliska. Gdy maszyna schodzi niżej, załoga dostrzega setki rozbitków dryfujących w czarnej mazi. Załoga natychmiast wzywa przez radio pomoc. Hydroplan Catalina porucznika Adriana Marksa trafia na miejsce katastrofy około 15.30. Udaje mu się wylądować w pobliżu największej grupki marynarzy. Po odstraszeniu ogniem z broni ręcznej najbliżej znajdujących się ludojadów zaczyna się wciąganie na pokład pierwszych uratowanych z opresji. Tego dnia pod wieczór z misją ratowniczą przybywa niszczyciel USS „Cecil Doyle”, który zdoła wyłowić przeszło setkę marynarzy. Przez kolejne pięć dni okręty będą przeczesywać morze w poszukiwaniu żywych.



Ogółem uda się uratować 317 członków załogi USS „Indianapolis”. Ocaleni najczęściej skarżą się na pragnienie oraz owrzodzenia skóry i problemy z zatokami.

Epilog
Zatopienie ciężkiego krążownika trzymano przez pewien czas w ścisłej tajemnicy. Dopiero 13 sierpnia admirał Chester Nimitz nakazał wszcząć śledztwo w sprawie katastrofy USS „Indianapolis”. O losie krążownika opinia publiczna otrzymała informacje dopiero 14 sierpnia

Cudem uratowany komandor McVaya musi stanąć przed sądem. Jest idealnym kandydatem na kozła ofiarnego, którego Marynarka Wojenna potrzebowała, aby odsunąć wszelkie podejrzenia o nieudolność wyższego dowództwa. Zrezygnował bowiem z rejsu zygzakowatego – standardowego w sytuacji samotnego rejsu, zwłaszcza większych jednostek.

Fakt ten uniemożliwia obronę – sąd podważa wszelkie wyjaśnienia oskarżonego, a nawet zeznania specjalnie sprowadzonego z Japonii komandora porucznika Hashimoto, który wyraźnie wskazuje na bezbronność okrętu w chwili ataku i niewinność McVaya. Ostatecznie, w listopadzie 1945 roku, oskarżony zostaje uznanym winnym zaniedbań, które doprowadziły do zatopienia krążownika. Decyzja sądu jest precedensowa – oto pierwszy wyrok uznający dowódcę winnym utraty okrętu. McVay po kilkumiesięcznym, przymusowym urlopie zostaje przywrócony do służby, lecz staje się w US Navy persona non grata i odchodzi na wcześniejszą emeryturę w roku 1949. Przez cały czas, aż do śmierci, towarzyszy mu nagonka prowadzona przez niektóre rodziny zabitych marynarzy. W końcu psychika nie wytrzymuje napięcia i 6 listopada 1968 roku Charles Butler McVay w prywatnym gabinecie strzałem ze służbowego pistoletu popełnia samobójstwo, w ręku trzymając ołowianego żołnierzyka. Sprawa przycicha…

… do czasu, gdy 12-letni chłopiec, Hunter Scott, wykonując szkolny projekt, przeprowadza rozmowy z żyjącymi jeszcze członkami załogi nieszczęsnego okrętu. Wyniki intrygują dziennikarzy, którzy przywracają na światło dzienne tą zakurzoną sprawę. Problem zajmuje historyków i kongresmenów, a dzięki nareszcie odtajnionym dokumentom z archiwum Marynarki Wojennej udaje się szybko zweryfikować sprawę rzeczywistych przyczyn zatonięcia USS „Indianapolis”.




W październiku 2000 roku w specjalnej uchwale Kongres USA wraz z prezydentem Billem Clintonem oficjalnie ogłasza unieważnienie wyroku sądu, oczyszczając z zarzutów i zwracając wszystkie honory komandorowi Charlesowi B. McVayowi.


Bibliografia
Mielnik Jakub, „Rekiny wojny” [w:] Focus Historia, nr 4/2008
Encyklopedia uzbrojenia. II wojna światowa, MUZA SA, Warszawa 2000
Gilbert Martin, II wojna światowa, Zysk i S-ka, Poznań

zródło:http://www.konflikty.pl

Wola Ostrowiecka i Ostrówki - okrutne zbrodnie UPA

DarkSlayer • 2013-01-02, 11:38
124
Wpis pochodzi z blogu niejakiego Mohorta (blog to kawał dobrej roboty) , jest wstrząsający, długi ale naprawdę warto przeczytać:


UPA swoimi bohaterskimi czynami wpisała się złotymi zgłoskami do sławnej historii państwa ukraińskiego (Wiktor Juszczenko)




Panu po lewej notkę powyższą dedykuję

30 sierpnia 1943r. oddziały UPA przeprowadziły ludobójczy rajd w powiecie lubomelskim.
Najwcześniej, w nocy, uderzono na wieś Kąty. Miejscowość otoczono a ludność mordowano za pomocą siekier itp. narzędzi, do uciekających strzelano. Zabitych i rannych wrzucano do studni. Z 310 mieszkańców Kąt uratowało się ok. 100 osób.
Następnie oprawcy ruszyli ku sąsiadującym ze sobą wsiom Ostrówki i Wola Ostrowiecka.
Ich mieszkańcy już coś przeczuwali. Poprzedniego dnia doszły ich wieści, że Ukraińcy w sąsiednich wsiach dziwnie się zachowują - piją na umór i wznoszą antypolskie okrzyki. Dzień wcześniej popi w Sztuniu i Połapach święcili podobno siekiery i noże. Na noc wystawiono więc warty. Gdy nic się nie wydarzyło, samoobrona (i tak skromna) uznała, że atak w dzień nie może nastąpić, rozeszła się do domów i pochowała broń.
Nad ranem obie wsie zostały opanowane przez zwarte, umundurowane oddziały UPA. Początkowo jednak nie mordowano:
Zachowanie tych ludzi nie zapowiadało nic złego. Można powiedzieć, że okazywali mieszkańcom wioski dużą życzliwość, nawet dzieci częstowali cukierkami. Pamiętam, podszedł do mnie młody Ukrainiec, pogładził po głowie, zapytał jak się nazywam, ile mam lat, gdzie mieszkam, a wszystko to z życzliwym uśmiechem [1]
Ukrainiec na koniu zbliżył się ku nam, pozdrowił i zawiadomił nas, żeby mężczyźni stawili się na zebranie na placu szkolnym. To jest obowiązek. Cóż było czynić. [Mój mąż] Stanisław przebrał się, coś niecoś się posilił i udał się na to zebranie (...) [2]
Próbujących uciekać zawracano do wsi. W Woli Ostrowieckiej wszystkich zgromadzono na w szkole i na szkolnym placu, jedynie około 40 kobiet i dzieci zamknięto w pobliskiej stodole. W Ostrówkach mężczyzn spędzono do budynku szkoły a kobiety i dzieci do kościoła. Co ciekawe, według świadków upowcy w Ostrówkach mieli wilczury na smyczy, co musiało być nowatorskim wkładem UPA w rozwój partyzantki.
Około godz. 10-tej w Woli Ostrowieckiej upowski oficer wygłosił do zgromadzonych mowę, w której wzywał do wspólnej walki z Niemcami. Mówił to tak porywająco i przekonywująco, jak to czynili politrucy sowieccy, że niektórzy słuchacze uwierzyli w ich zapewnienia. Następnie powiedział, że będą brać po sześciu mężczyzn na badania lekarskie i sprawnościowe, następnie zdrowych i zdolnych umundurują, uzbroją i utworzą polski oddział, obok oddziałów ukraińskich, w celu włączenia się do walki z Niemcami, których koniec jest bliski.[3]
W tym czasie w obu wsiach kopano już doły na zwłoki.
Po przemowie, około południa, zaczęto brać mężczyzn na „badania". Prowadzono ich do stodoły, czekał wykopany dół i rozebranych zabijano uderzeniami ostrych i tępych przedmiotów głowę, m.in. młotkiem do zabijania zwierząt i wrzucano do dołu.
W Ostrówkach po schwytaniu mieszkańców w pułapkę upowcy przestali kryć, jakie są ich zamiary. Wybijem was proklatych lachiw wsich - oznajmiono uwięzionym w szkole. Wówczas kilkuset mężczyzn zaczęło śpiewać „Kto się w opiekę odda Panu swemu". Wyprowadzano ich po kilku i mordowano bez użycia broni palnej miejscach, gdzie były wykopane doły.
Po zamordowaniu mężczyzn z Woli, kobiety, dzieci i starców zamknięto w budynku szkoły. Uwięzieni zaczęli przeczuwać, jaki los ich czeka. I tam zaczęto się modlić oraz wzajemnie wybaczać sobie winy. Kiedy skończyliśmy odmawiać druga bolesną część świętego różańca, mama pobłogosławiła nas i dała nam święte obrazki. Ja dostałem obrazek z Aniołem Stróżem, który przeprowadza przez wąską kładkę położoną nad rwącą rzeką dwoje małych dzieci. Z nim to przeszedłem przez śmierć do życia, bym mógł teraz zdać Światu relację z tych zbrodni. [4]
Także i ich zaczęto wyprowadzać po kilka osób, mordować i wrzucać do dołów.
Metodyczny spokój ludobójców zburzyły strzały z broni maszynowej. To wieś z oddali ostrzeliwali Niemcy, prawdopodobnie zaalarmowani przez Polaków. Rozpętało się piekło, które tak opisywał b. mieszkaniec Woli Ostrowieckiej:
Pilnujący nas Ukraińcy wpadli w popłoch, wybiegli na zewnątrz, drzwi szkoły zamknęli. Zaświtała nam nadzieja, że mordercy w popłochu uciekną. Niestety przyspieszyło to tylko decyzję dokończenia zbrodniczego dzieła. Mordercy zrezygnowali z mordowania pojedynczo każdej osoby z osobna i postanowili załatwić to zbiorowo. Do izb lekcyjnych, w których byliśmy zgromadzeni, zaczęto wrzucać granaty i strzelać z pistoletów maszynowych. Już pierwsze strzały i wybuchy granatów zabiły część osób - innych poraniły. Znaleźliśmy się jak gdyby w kręgu piekielnych czeluści: jęk rannych, płacz dzieci, rozdzierający krzyk matek, huk strzałów, wreszcie dym. Zbrodniarze spod znaku tryzuba podpalili budynek szkolny. W upalny sierpniowy dzień płonął jak pochodnia (...). Nie sposób wyrazić słowami grozy tej sytuacji, język jest tu zbyt ubogi.
Mnie śmierć jakoś omijała. Leżałem na podłodze rozpłaszczony do granic możliwości. Obok leżała sąsiadka Bohniaczka. Rozległ się kolejny huk. Granat ja rozszarpał. Jej krew i poszarpane ciało chlusnęło na mnie. Byłem w szoku, podczołgałem się do mojej siostry Ani. Potrąciłem ją. Już nie żyła. Kula u wylotu z czaszki wyrwała duży otwór. Otępiałem, straciłem poczucie rzeczywistości. Podniosłem głowę i ujrzałem leżącą i krwawiąca matkę. Jeszcze żyła. (...) Mama nie mogła się poruszać, granat rozszarpał jej stopy, krwawiła, spłonęła żywcem. Nie pamiętam, jak znalazłem się w drugiej izbie lekcyjnej. Na podłodze strzępy ludzkich ciał i dużo, bardzo dużo krwi.
Nie miałem już nikogo z najbliższych, zapragnąłem też umrzeć, zacząłem krztusić się dymem, pomyślałem: nałykam się dymu, uduszę i będzie koniec. Ale, gdzie tam, zakrztusiłem się raz i drugi i nic. A tymczasem zaczął płonąć strop budynku, zrobiło się ogromnie gorąco. Przeraziłem się tego ognia, lada chwila ten płonący strop mógł runąć na mnie. W ostatniej chwili wyskoczyłem przez okno. Rozległ się strzał, upadłem, poczułem silny ból, czoło zaczęło krwawić. Żar bijący od płonącego budynku zmuszał mnie do odczołgiwania się od niego. Leżałem w ogrodzie szkolnym pełnym trupów i rannych. Ciężko ranni błagali oprawców, by ich dobili. Ukraińcy z ogromną pasją pastwili się nad rannymi, kiedy na to patrzyłem chciałem wstać i krzyczeć. Strach przykuł mnie do ziemi, bałem się już nie śmierci lecz tych męczarni, jakie oni rannym zadawali. Byłem cały umazany krwią cudzą i własną. Trzykrotnie przewracali mnie i kopali, ale nie zorientowali się, że jeszcze żyję.
Obok mnie leżała kobieta - Maria Jesionek (...) Jej ośmioletni syn został też zastrzelony, ten zaś pięcioletni siedział tuż martwej matce, szarpał ją i wołał „ Mamo wstawaj, chodźmy do domu - płakał". Podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i strzelił. Dzieciak przewrócił się na plecy matki, a przywarłszy do jej pleców swoje plecy, wyciągnął ręce do góry jak w modlitwie.
Był to dla mnie koszmar, który tkwi we mnie po dzień dzisiejszy. Dochodziły mnie też inne głosy z różnych stron wioski. To towarzysząca ukraińskiej „powstańczej armii" tłuszcza wdarła się do opustoszałych domów i zabudowań i rabowała wszystko, co tylko było w obejściu, a kiedy już wszystko zagrabili podpalili domy i zabudowania.
Leżałem nieruchomo we krwi. Z płonącego budynku buchał okropny żar, czułem, że moje nogi są płonącymi głowniami. Czułem, że muszę odczołgać się dalej od buchającego żaru. Poruszyłem się. Padł strzał i poczułem dotkliwy ból w okolicach kręgów lędźwiowych. Pomyślałem, że to już koniec. Dla zlokalizowania źródła bólu lekko się poruszyłem, okazało się ani krzyż, ani brzuch nie były uszkodzone. A więc żyję! Mój Boże!
Leżałem, nadal udawałem martwego, czekałem. Z wolna cichły głosy zwycięskich „żołnierzy" UPA. Słońce chyliło się ku zachodowi. Podniosłem głowę. Nikogo nie było w pobliżu. Tylko ja - żywy pośród zmarłych. Dźwignąłem się z trudem stanąłem na oparzonych stopach. (...) Niczego już nie czułem, prócz bólu stóp i ogromnego pragnienia. Powlokłem się do pobliskiej studni z żurawiem, chciałem zaczerpnąć wody. O zgrozo. Studnia była pełna trupów. [4]
Tymczasem w Ostrówkach, które również zostały ostrzelane przez Niemców, upowcy wyprowadzili uwięzionych z kościoła i zaczęli pędzić w stronę lasu Kokorawiec. Gdy zrównano się z cmentarzem niektórzy starcy, świadomi czekającego ich losu i nie mający sił iść dalej, oświadczyli, że wolą zginąć na poświęconej ziemi. Gdy tylko przekroczyli bramy cmentarza, zostali rozstrzelani.
Ofiary po dotarciu do lasu zgromadzono na polanie otoczonej leszczyną, która stała się ich miejscem kaźni.
...padła komenda, żeby ludzie zrzucili z siebie grubszą odzież. Krzyczeli, by wychodzić z gromady po dziesięć osób na środek polany. Początkowo nikt nie chciał dobrowolnie iść na śmierć, bo każdemu życie miłe. Powstał płacz, lamenty, prośby, błagania, aby nas puścili, bo my nic nikomu złego nie zrobiliśmy. Oni nawet nie słuchali, robili się coraz wściekli. Rzucili się jak dzikie bestie, jak mocno wygłodzone zwierzęta i zaczęli wyciągać z tłumu, kto się pod rękę nawinął. Odprowadzali na środek polany, kazali kłaść się w koło, twarzami do ziemi. Zaczęli strzelać ofiarom w tył głowy, a my żywi musieliśmy na te tragedię patrzeć. Patrzeć jak giną niewinni ludzie i ich najbliżsi: babcie, matki, siostry, bracia, córki, synowie, bo byli wszyscy ze sobą spokrewnieni.
(...) Było im widocznie pilno, bo każdy [upowiec] odrywał z grupy parę osób o rozstrzeliwał. Na środku polany. Ludzie lamentując żegnali się ze sobą na wieczność. Matki brały swe dzieci i kładły obok siebie, obejmując je rękami. Tak odchodzili z tego świata na wieczność. Ja, mama, ciotka i bliżsi znajomi byliśmy razem w grupie, wciąż odciągając moment rozstania się z tym światem. Chcieliśmy jeszcze pożyć choć chwilę dłużej. Widziałem okropne sceny. Rozstrzeliwani w pośpiechu ludzie nieraz byli trafiani niecelnie. Zranieni śmiertelnie podrywali się konwulsyjnie i znów opadali na ziemię. Dobijano ich, ale najczęściej w męczarniach kończyli żywot. Z jednej grupy, popędzonej na miejsce kaźni po serii strzałów poderwała się mała dziewczynka, może sześcioletnia i zaczęła mocno krzyczeć: mamo, ale matka już nie żyła. Widząc to bulbacha podniósł karabin i strzelił w nią. Trafił ale nieśmiertelnie. Dziewczynka upadła, ale natychmiast się poderwała i krzycząc zaczęła iść po trupach, padając i wstając. Bulbowiec znowu w nią strzelił. Tym razem aż trzykrotnie. Dziewczynka wciąż podnosiła się i krzyczała. Zdenerwowany bulbowiec [powinno być: upowiec - przyp. Mohort] podbiegł do niej i dobił ja kolbą karabinu. Ludzie na ten widok odwracali się z płaczem.
I tak grupę po grupie wyciągano i zabijano. Tworzył się duży krąg, gdyż kazano kłaść jeden obok drugiego w nogach pomordowanych. Widać było pośpiech, bo głośniej krzycząc szybko wyciągali ludzi na pobojowisko, nie żałując przy tym razów.
(...) Mama powiedziała, żebyśmy poszli sami, po co mają nas szarpać i tak nas śmierć nie ominie. Przyglądać się tej zbrodni już dłużej nie było można. Wstaliśmy, pożegnaliśmy się ze sobą i najbliższymi. Z płaczem i okropnym żalem, że trzeba pożegnać się z tym światem, oddaliśmy się w ręce oprawców. Popędzono nas na miejsce kaźni. Poszło nas dziesięcioro na pobojowisko. Bulbowcy, jak dzikie bestie, krzyczeli „lachajte lachy chutko" (szybko kładźcie się Polacy). Mama jeszcze raz przycisnęła mnie do siebie, płakała i mówiła jakby do siebie: tyle dzieci wybijają, cóż one są winne. Nie mogłem płakać, zacisnęła mi się krtań i zrobiłem się zupełnie nieswój, obojętny z tego przestrachu. Kładąc się obok siebie, półgłosem odmawialiśmy pacierz. Mama objęła mnie mocno za szyję, ja zakryłem twarz dłońmi i z okropnym strachem wypowiedziałem na koniec „ niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Padły strzały z lewej i z prawej strony. Ja z tej grupy leżałem prawie w samy środku. Strzały zaczęły zbliżać się do mnie. Żal mi się mocno zrobiło, pomyślałem, że mam dopiero 13 lat, sama radość życia, taki piękny świat, a tu za chwilę czeka śmierć i już nigdy nie ujrzysz jasności: czy poczuję ból? Bliziutko padł strzał, bo poczułem podmuch powietrza. To musiało być w ciotkę, słyszałem mocne charczenie. Okropnie przeżywałem ostatnie chwile. Zdawało mi się, że we mnie wszystko ustaje. Następny strzał pada w mamę. Ziemia rozbryzguje się po mojej głowie. Poczułem, że coś ciepłego spływa po moim karku, ku lewemu policzkowi. Słyszę charczenie raptowny skurcz ciała. Poczułem, że mamy ręka przyciska mnie mocniej do siebie, potem ciało zaczęło się rozluźniać, bo ręka mamy zaczęła słabnąć łagodnie i tak pozostała bez ruchu. Nadeszła moja kolej. Oczekiwałem z napięciem, prawie martwy z przerażenia. Usłyszałem koło mnie strzał, szum w uszach i znów piasek posypał się po mojej głowie i rękach. Krótkie charczenie ale to już z prawej strony. Z biciem serca oczekiwałem na następny strzał, strzał we mnie, ale i ten usłyszałem nieco dalej i jeszcze jeden o kilka ciał dalej. Po tej krótkiej scenie mordu zapadła krótka cisza i nagle znów słyszę jak układają się w naszych nogach następne ofiary, płaczące i rozpaczające. Kiedy znów usłyszałem wystrzały z tyłu zacząłem w duchu modlić się i prosić Boga o przeżycie tych potworności.
Krótko to trwało, bo rozstrzeliwali ze zdwojoną szybkością. Spieszyli się bardzo. Leżałem żywy miedzy trupami, słyszałem lamenty, błagania, pisk zabijanych dzieci, myślałem, że nie wytrzymam, że zerwę się i będę uciekał, ale po chwili znów przychodziła myśl, że jeśli to zrobię, zabiją na miejscu.
(...)
Po chwili nastała cisza, [upowcy] zaczęli odchodzić w krzaki w stronę Sokoła. Słyszałem z tej strony odgłosy. [5]
W obu istniejących od XVI-wieku wsiach - Ostrówki i Wola Ostrowiecka - zginęło tego dnia 1150 Polaków. Dziś jest tam tylko Trupie Pole, jak mówią okoliczni Ukraińcy.
Masakry dokonał kureń „Łysoho", który tak meldował wykonanie zadania: „29 sierpnia 1943 r. [powinno być: 30 sierpnia - D.B] przeprowadziłem akcję we wsiach Wola Ostrowiecka i Ostrówki głowniańskiego rejonu. Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, mienie i mienie zabrałem dla potrzeb kurenia." Wśród jego podkomendnych Polacy rozpoznawali byłych policjantów, którzy zdobyli powstańcze doświadczenie „walcząc" z Żydami.



Stos kości długich, ofiar z Woli Ostrowieckiej, zdjęcie z 1992 roku
Aftar2 • 2013-01-03, 11:19  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (35 piw)
ok, możecie sobie mieć w dupie, to co napiszę, ale jako będący na celowniku tego wpisu chciałbym się wypowiedzieć.


UPA było jednostką terrorystyczną. Jednostka ta wcale nie miała poparcia ludzi, którzy żyli na tym terenie (Ukraińców). Była to zgraja bandytów, którzy ucieszyli się, że w imię wolności mogą grabić, palić i zabijać. W mojej rodzinnej wiosce (ukraińskiej) sołtys odmówił pomocy im, gdy przyszli do wioski. Stał się tak jak kilka innych wiosek przykładem dla tych, którzy nie chcą współpracować: został zakatowany, a jego córka powieszona na drzewie w centrum wioski i powiedziano, że jak ktoś ją zdejmie, to spalą całą wioskę. Może to rzuci jako takie światło na to, że wioski "wspierały" ich, bo nie miały innego wyjścia.

Proszę też wziąć pod uwagę też to, że teraz biorą górę w całej europie partie nacjonalistyczne, takie które chcą pokazać, że ich naród jest jedyny i wybrany, wypaczają przeszłość i historię dla swoich potrzeb i dotyka to nawet najwyżej postawionych osób w kraju. Widzimy to w Niemczech, Grecji, czy Węgrzech.

Do tego też proszę brać pod uwagę to na jakich warunkach powstała Polska po I wojnie światowej. Mieliśmy sojusz z Ukraińcami i kilkoma innymi krajami. Dano nam wybór, że albo powstanie wolna polska i zostawiamy tamte państwa na lodzie, albo za nimi też się opowiadamy i nic nie dostaniemy. Ja rozumie taki wybór, a nie inny, ale nie można mieć za złe tego, że to nam zapamiętali. Tylko, że pamięć o tym nie tłumaczy rzeczy jakich dopuścili się ci z UPA. Jedynie chciałbym, żeby ludzie pamiętali, że UPA wcale nie miało większości ukraińców. Po prostu ich zastraszali i tych, którzy nie chcieli pomagać traktowali tak samo jak Polaków. Zastanówcie się, czy mając swoją rodzinę za plecami, gdy do wioski wjeżdża 20 chłopa uzbrojonych po zęby nie dalibyście im jeść, wiedząc co mogą zrobić jeśli się nie zgodzicie. Dla mnie bohaterami są ci, którzy się im sprzeciwili, bo mnie prawdopodobnie nie stać by było na to.

W Polsce też przecież było masa bandytów, którzy lubowali się w takich zachowaniach, ale na szczęście w ostatnim 100-leciu nie powstała żadna taka organizacja, a dalej nie ma sensu patrzeć. Na prawdę czas zaciera prawdę, którą można naginać do własnych potrzeb. UPA nie miała po swojej stronie większości ludzi łączących się z nimi poglądami, a głównie pomagających ze strachu.

Ja wiem, że to sadistic i jakie opinie krążą o innych narodach w koło nas zamieszkujących, ale nie można się żreć ze wszystkimi. Są pomyłki, są rzeczy, które lepiej by się nigdy nie wydarzyły, albo sytuacje w których nie było dobrego wyboru. Mimo wszystko jako Polak i Ukrainiec myślę, że pomimo złych rzeczy mamy więcej powodów do wspólnego działania, niż do walki.


ps co do zdjęcia. Sami wiecie jacy poj***ni są politycy i jak dostrzegą możliwość polepszenia swojej pozycji w kraju, to by zarypali własną matkę. Tych to nie lubię, polskich, ukraińskich populistycznych ścierw chcących się tylko nachapać.

Murzyn, ale nie byle jaki. August Agbola O'Brown

tds1974 • 2013-01-02, 11:10
351
August Agbola O'Brown lub August Agbola Browne (ur. 22 lipca 1895 na terenie dzisiejszej Nigerii, zm. ok. 1976 w Wielkiej Brytanii. Ksywa: "Ali". Muzyk, jedyny czarnoskóry uczestnik powstania warszawskiego. Walczył w Śródmieściu w batalionie "Iwo". Mieszkał w Warszawie przed wojną, ożenił się z Polką i pracował jako dość znany w kręgach artystycznych muzyk jazzowy. Po wojnie przez pewien czas mieszkał jeszcze w Polsce, jednak w połowie lat 50, zniechęcony komunizmem i otaczającą go rzeczywistością wyjechał do Wielkiej Brytanii, gdzie zmarł w 1976 roku.

Z zawodu był muzykiem jazzowym – perkusistą i pracował w warszawskich lokalach rozrywkowych. Ożenił się z Polką. Miał z nią dwoje dzieci.

https://i.sadistic.pl/pics/c1a22b627dd0.jpg

W Powstaniu należał do oddziału dowodzonego przez kaprala Aleksandra Marcińskiego ps. „Łabędź”. Relację tę potwierdza świadectwo powstańca warszawskiego Jana Radeckiego ps. „Czarny”, który wskazał, że widział czarnoskórego mężczyznę w dowództwie batalionu Iwo przy ul. Marszałkowskiej 74. Ale chciał dzielnie działać podczas konspiracji. Niestety, nie chciano go, a na przeszkodzie stanął jego kolor skóry i nie chodziło o rasizm, a o rozpoznawalność. Nie mniej, pomagał. W czasie okupacji był kolporterem prasy podziemnej, Pomagał ukrywającym się, a utrzymywał się, handlując sprzętem elektrycznym.

Życiorys Agboli to historia człowieka, który uznawał Polskę za swoją drugą ojczyznę i czuł się jej pełnoprawnym obywatelem. Jako dowód podam tylko 3 fakty:

- W czasie obrony Warszawy we wrześniu 1939 zgłosił się na ochotnika do wojska polskiego
- Brał czynny udział w Powstaniu Warszawskim
- Pił wódę jak rasowy Polak (są dowody we wspomnieniach jego znajomych).

https://i.sadistic.pl/pics/0b5e09516194.jpg

Szacun, panie "Ali".
Calmwater • 2013-01-02, 11:13  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (45 piw)
Taki znakomity nocny zwiadowca się marnował...
A tak na poważnie, to pewnie wyjątek potwierdzający regułę - niestety. Ciekawy materiał, szczególnie na tym portalu wygląda unikatowo - piwko ;-)

Zapomniany król Polski

Plecionkarz • 2012-12-29, 05:20
153
Bolesław II Zapomniany - ostatni pogański władca Polski

Historia pisana jest przez tych, co wymordowali bohaterów, zaś historia pierwszego wieku chrześcijaństwa w Polsce opisana została w klasztorach i tylko między wierszami powstałych kronik możemy doczytać o tym, co naprawdę wtedy się działo.

Bez względu na to, czy będziemy patrzyli na karty historii, czy też popatrzymy na dzisiejsze społeczeństwo, Polak ma kilka fundamentalnych wartości. Rodzina, ziemia, ojczyzna, wiara, no i wszechobecna niechęć do jakichkolwiek narzuconych praw. „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie” to przecież kwintesencja polskości. Patrząc przez pryzmat tych wartości spróbujmy wcielić się w Polaka przełomu X i XI w. i opowiedzmy historię tych czasów i historię króla Polski, którego „zbrodnie” doprowadziły do tego, że kronikarze wymazali go z kart naszej historii.

Spróbujmy zrozumieć świat X-XI w

Życie naszych przodków podporządkowane było rytmowi przyrody. Mieli swoje święta, świat swoich bogów, duchów, z których jedne były pomocne, drugie psociły niemiłosiernie albo nawet na manowce próbowały sprowadzić. Rok 966 nie był w niczym rokiem szczególnym. Książę przyjął jakąś nową religię, ale kogo to w ostępach mogło interesować. Ostatecznie o bogach różnych słyszeli, o Świętowicie co go na zachodzie sławili, Perkunie którego Bałtowie wysławiali, Welesie, co świata podziemnego strzegł, może być i Chrystus, czemuż by nie. Bogowie Słowian zazdrośni nie byli. Życie religijne było bogate, skupiało się wokół świętych gajów, świętych gór, wszystko było ustatkowane i pewne, potwierdzone tradycją ojców. Jednak Chrystus okazał się strasznym bogiem. Jego wojowie przybywali z siłą, wycinali święte gaje, mieczem karali opornych, kazali płacić daniny nie tylko na księcia, lecz również na kościół. Księciu zapłacić trzeba, takie prawo, ale kościołowi? Wszakże kapłani słowiańscy pracą własnych rąk na swój chleb zarabiali. Godzi się płacić daninę kościołowi? – pytali się nasi ojcowie. A żeby tego było mało, porobiło się różnych panów, których kościół namaszczał, a ci z wolnego kmiecia chcieli niewolnika zrobić. Porywali krowy z pól, odbierali zebrane ziarno. Źle się działo w Polsce pod panowaniem nowego boga. Czyż możemy się zatem dziwić, że w sercach naszych ojców narastał bunt? Póki książę był silny, bunt wyrażał się szeptami wśród najbliższych, pokątnym sławieniem starych bogów i wznoszeniem do nich modłów o przywrócenie dawnego, dobrego porządku. Lecz nastały czasy, gdy książę stał się słaby. Mieszko II Lambert z braćmi się za bary wzięli, przepędzali się z kraju. Bezprym, po przegonieniu Mieszka insygnia królewskie do Niemców posłał, a sam zdawał się wspierać pogan. Nie byłoż ci w Polsce króla, odezwały się dawne tęsknoty. Tak to zaczyna się czas syna Mieszka II - Bolesława II Zapomnianego - i czas wielkiego powstania ludowego. Powstania przeciw możnowładcom i namaszczającemu ich Kościołowi, czas powrotu do wierzeń ojców. Powstania utopionego w krwi wydobytej mieczem Niemców przyprowadzonych przez Kazimierza Odnowiciela i Rusów pod wodzą Jarosława Mądrego.

Bolesław II Zapomniany – dowody istnienia

Dziś historycy nie są skorzy uznawać istnienie tego władcy, który królował w Polsce po Mieszku II, synu Bolesława Chrobrego. Twierdzą, że został on w kronikach pomylony z Bezprymem, pierworodnym synem Chrobrego, zamordowanym wiosną roku 1032 na skutek "okrucieństw", jakich się dopuszczał dzierżąc władzę po wygnaniu brata. Na jakiej jednak podstawie niektórzy polscy historycy twierdzili, że istniał władca, o którym nie wspominają żadne oficjalne księgi?

U Piastów rodzi się tradycja, w której synowie pierworodni otrzymują imię dziada, więc syn Mieszka będzie Bolesławem, zaś syn Bolesława Mieszkiem. W powstałej w XIII w. Kronice Wielkopolskiej czytamy takie słowa „Ten Mieszko (Mieszko II) zrodził z siostry cesarza Ottona dwóch synów, to jest Bolesława i Kazimierza. Gdy umarł w roku Pańskim 1033 nastąpił po nim pierworodny syn jego Bolesław. Skoro ten został ukoronowany na króla, wyrządzał swej matce wiele zniewag. Matka jego, pochodząca ze znakomitego rodu, nie mogąc znieść jego niegodziwości, zabrawszy syna swego Kazimierza (Kazimierz Odnowiciel) [...]”1) . Ale nie jedyny to zapis potwierdzający istnienie tegoż króla. To samo potwierdza Wincenty z Kielczy „Zostało po nim [Mieszku II] dwóch synów, starszy Bolesław i małoletni Kazimierz. Po starszeństwie zasiada na tronie pierworodny Bolesław”2). Ślady również znajdujemy w dokumentach niemieckich, a to zapisek o tym, iż Bolesław II podsyła pomoc na Węgry, a to, że syn Mieszka II okazuje się niewdzięczny dla swojej matki. W rocznikach Kapituły Krakowskiej pod datą 1038 umieszczono zapis o zgonie króla Bolesława. Bolesław Chrobry nie żyje od 1024, zaś Śmiały umiera pół wieku później, więc jaki to Bolesław? Również nie bez znaczenia jest to, że Kazimierz oddany był na nauki do klasztoru3), tak w rodach królewskich postępowano z synami, którzy nie byli planowani na władców. Przyszli władcy wychowywali się przy ojcu, ucząc się w praktyce kunsztu rządzenia. Znaczący jest również fakt, że „Rocznik Małopolski” podaje taką numerację królów: Bolesław III Śmiały, Bolesław IV Krzywousty. Zniknął gdzieś Bolesław II...

Wszystkie zapisy dowodzą jednak, że Bolesław dopuścił się na tyle straszliwej zbrodni, że postanowiono go wykreślić z listy królów. Dosłownie takie określenie znajdujemy w dokumencie z końca XIV w. „Tabula regnum Poloniae” - wiele mówiące zdanie: „Jeden waleczny król wymazany został z rzędu panujących”.

Jaką straszną zbrodnię musiał popełnić Bolesław II?

Ostatecznie królowie do osób potulnych nie należeli. Niejeden z nich i to nie raz popełniał czyn w ocenie Kościoła okropny. Bolesław Krzywousty tak bezwzględnie okaleczył swego brata Zbigniewa, że doprowadził do jego śmierci. Przemysł II pomógł rozstać się z życiem swojej 22-letniej bezpłodnej żonie Ludgardzie. Kazimierz Wielki wychwalany przez historię jako wspaniały gospodarz dopuścił się w młodości gwałtu na opiekującej się nim dziewczynie, a także usankcjonowanej przez Kościół poligamii. Bolesław Śmiały zabił biskupa św. Stanisława za to, że ten go zdradził i z Niemcami paktował. Władcy ci ponosili kary, była to pokuta, obowiązek budowy kościołów, Bolesław Śmiały wprawdzie utracił władzę, lecz z kart historii go nie skreślono. Jaką zbrodnię trzeba popełnić, by zostać wykreślonym z listy królów? Tu właśnie musimy wrócić do powstania ludowego przeciw panom feudalnym i Kościołowi. Tylko bezpośrednie wystąpienie przeciw Kościołowi mogło spowodować wykreślenie króla spośród listy władców chrześcijańskich.

A reakcja pogańska w Polsce była z punktu widzenia Kościoła okrutna. Objęła ona swą mocą Wielkopolskę i Śląsk. Stosunkowo słabo wystąpiła ona w Małopolsce, w której chrześcijaństwo pojawiło się prawie 100 lat wcześniej, jak i Mazowszu, gdzie silną ręką rządził Masław chcący utworzyć na Mazowszu swoje własne państwo. To właśnie na Mazowsze uciekali z objętych rebelią obszarów ci, przeciw którym skierowane było to powstanie. A powstańcy, mimo że było to trzecie pokolenie chrześcijan, byli brutalni. Złapanych księży wieszano, ścinano, przebijano dzidami, kamieniowano... Tak jak wcześniej niszczono święte gaje, chramy, tak teraz niszczono świątynie. W tym okresie w ruinę poszły wszystkie świątynie chrześcijańskie na terenach objętych powstaniem, w tym w Gnieźnie, Poznaniu, Lednicy, Katedra Wrocławska, choć trzeba powiedzieć, że część z tych zniszczeń trzeba przypisać czeskiemu księciu Brzetysławowi. Praktycznie chrześcijaństwo na tych ziemiach przestało istnieć. Bolesław II poparł to powstanie stając się jednym z jego przywódców. Ta właśnie zbrodnia miała spowodować jego wykreślenie z pamięci potomnych.

Powstanie i brak silnego władcy ściągnęło na Polskę wiele klęsk, prowadzących do całkowitego chaosu w kraju. Jednym z cięższych doświadczeń był najazd księcia Czech Brzetysława, który złupił Wielkopolskę niszcząc Gniezno, Poznań, Kruszwicę, zabierając relikwie św. Wojciecha i Gaudentego oraz złoty krzyż, ofiarowany przez Mieszka I, który miał ważyć trzy razy tyle co sam władca, i wiele innych kosztowności, które w tym czasie udało się zgromadzić Kościołowi. To jemu zawdzięczamy m.in. zniszczenie kaplicy w Lednicy. W kraju rzeczywiście trwał chaos, nad którym ciężko było zapanować. Reakcję pogańską zdławił w latach 40 XI w. Kazimierz Odnowiciel, który na czele 500 ciężkozbrojnych rycerzy niemieckich najechał od zachodu oraz Jarosław Mądry, który w tym czasie najechał zbuntowane ziemie od wschodu. Również przy współdziałaniu Jarosława Kazimierz pokonał utworzone przez Masława księstwo mazowieckie (1047). Polska zyskała władcę, władcę chrześcijańskiego.

Czy powstanie to mogło odnieść sukces?

Tak, gdyby wszyscy Słowianie potrafili się zjednoczyć, lecz dziś wiemy, że nie było to możliwe. Na ziemiach dzisiejszej Polski nie mogło istnieć państwo rządzone przez nie chrześcijańskiego władcę. Zbyt znaczące były siły, którym na tym zależało. Zarówno Jarosławowi władcy Rusi, jak i Henrykowi III cesarzowi rzymsko-niemieckiemu zależało na utrzymaniu silnej władzy i spokoju na terenach Polski. Cesarstwo miało przecież poważne problemy. Pozostawienie słowiańskiej, choć chrześcijańskiej Polski było ceną, którą cesarstwo musiało zapłacić za możliwość swobodnego działania na terenach Słowian Zachodnich. Gdyż na zachód od Odry istnieją wtedy i jeszcze długo będą istnieć pogańskie, słowiańskie organizmy państwowe, Wieleci, Obodrzyce, Serbowie. Radogoszcz, świątynia Swarożyca na ziemiach Redarów (należących do plemion Wieleckich) upada pod ciosami niemieckimi w roku 1125, Arkona, świątynia Świętowita na ziemiach Ranów upada pod ciosami duńskimi w roku 1168. Kopanica, gród Szprewian, dziś dzielnica Berlina zdobyta zostaje dopiero w 1200. Silne chrześcijańskie państwo Piastów stanowiło niezbędne zabezpieczenie dla tych poczynań.

Upadek reakcji pogańskiej ściągnął na naszych ojców znaczące kary. Rozpoczęła się siłowa chrystianizacja, bezwzględnie niszczono wszelkie pogańskie ośrodki religijne, w ich miejsce budując chrześcijańskie. Dotknęły ich również sankcje zewnętrzne. Określono je nad wyraz dokładnie w bulli wydanej przez papieża Benedykta VIII: „Corocznie płacić będą Polacy kurii papieskiej zwyczajny pieniądz od każdej głowy, wyłączając głowy szlacheckie, nie będą zapuszczać włosów na głowie i brodzie, zwyczajem barbarzyńskim, ale będą je starannie postrzygać. Wielkiego Postu przestrzegać o trzy tygodnie dłużej niż w innych krajach (...), wiecznie też będą obowiązani, aby w Bogu i w Wierze Chrześcijańskiej wdzięczniejszymi i gorliwszymi byli”.

Czy Bolesław II był osobą historyczną

W XIX w. żaden historyk tego faktu nie kwestionował, dziś jednak przyjmuje się, że postać ta powstała jako powielenie poczynań Bezpryma, pierworodnego syna Bolesława Chrobrego, a Bolesław II był po prostu Bezprymem. Taką teorię udowadnia S. Kętrzyński w Historii Polski pod redakcją H. Łowmiańskiego, Warszawa 1956, a nauka wydaje się to stanowisko ostatecznie przyjąć. Prawdy dziś nie poznamy, dziś pozostaje nam tylko wierzyć lub nie wierzyć, jak kto woli, iż istniał król, prawowity następca tronu z rodu Piastów, który postanowił przywrócić Polsce wiarę ojców i za to określono go okrutnym, i za to go zamordowano. A odpowiedź na pytanie, czy dobrze się stało, że przywrócenie starych bogów mu się nie udało, pozostawiam do oceny czytelnika.



Źródła: Kronika Wielkopolska
Paweł Jasienica, Polska Piastów

1) insygnia królewskie znajdowały się w Cesarstwie, bo odesłał je tam Bezprym.

2) W roku 1034, bo Mieszko II umiera 11 maja 1034 roku, 18 letni wówczas Kazimierz (1016-1058) nie był na warunki średniowieczne małoletnim.

3) Dziś przyjmuje się, że Kazimierz zwany niekiedy Mnichem był oddany do klasztoru w Polsce jeszcze za życia jego ojca Mieszka II.
Plecionkarz • 2012-12-29, 13:24  Najlepszy komentarz Najlepszy komentarz (66 piw)
Arashel napisał/a:


"Prawowity Król Polski"?
Śmieszny jesteś... Król to władca chrześcijański, tytuł nadawany tylko przez papieża. Jakiś rzekomy Bolesław II, przywódca reakcji pogańskiej, to żaden król...


To może jeszcze powiesz, że Henryk VIII też nie był królem tylko jakimś jaskiniowcem który nie zaakceptował zwierzchnictwa papieża i założył nową religię anglikanizm.
Arashel napisał/a:

A ty osobiście nie masz już co używać terminu "naszych przodków" bo z tradycji Słowian na szczęście nic nam prawie nie zostało... Kultura w której żyjesz jest kulturą łacińską, ogarnij się i zaakceptuj to.


Rozumiem, że nie wiesz co to np. choinka. Ciekawe dlaczego nie uczy się Polaków o ich dziedzictwie tylko np. o mitologii greckiej, egipskiej, rzymskiej, mezopotamskiej, itd. Czyżby jeden z zabiegów mających sprawić, że zapomnimy kim jesteśmy?
Arashel napisał/a:

I nie róbmy z reakcji pogańskiej niewinnego wydarzenia. Obi strony z równą pasją zajmowały się mordowaniem drugiej strony.


Jest napisane czarno na białym, że to jedni i drudzy mordowali równie zaciekle. Chyba przeczytałeś tylko tytuł.
Arashel napisał/a:

Tak w ogóle mam nadzieje że na podstawie tych danych nie masz zamiaru czegoś wobec aktualnych chrześcijan domagać się...?


W sumie to niewiele. Chce tylko gwałcić ich kobiety i palić wioski.
X