Znalezionych wyników: 21

Posty z miesiąca:
Autor Wiadomość
  Temat: Naga dziewucha i wal Białucha
Byczys

Odpowiedzi: 25
Wyświetleń:

PostForum: Czarne filmiki   Wysłany: 2015-06-16, 01:50   Temat: Naga dziewucha i wal Białucha
Naga dziewczyna i wal kapucyna.
  Temat: białe zawsze w cenie
maxiq

Odpowiedzi: 9
Wyświetleń:

PostForum: Suchary   Wysłany: 2015-04-20, 15:28   Temat: białe zawsze w cenie
witam was sadole, chciałbym się z wami podzielić informacją bardzo podnoszącą morale jasnoskórego człowieka :mrgreen: , po przeczytaniu poniższego artykułu na pewno zrobi się wam lepiej [ no chyba że czytać będzie to specjalny tęczowy agent dostający kase od judaizmu za zgłaszania was na te strony : http://www.zglosnienawisc.otwarta.org/
Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych ]
.
tekst całkowicie skopiowany z : http://wiadomosci.wp.pl/k...l?ticaid=114b8f
.

.
Mimo prawie siedmiu dekad wolności Indie ciągle zmagają się z kolonializmem. Najwięcej jest go w głowach ich mieszkańców.
Żeby przekonać się o sile kolonialnych uprzedzeń w kraju świętych krów wystarczy być zaproszonym na wesele w Radżastanie, posłuchać radia w Madrasie albo otworzyć gazetę w Kalkucie. Na niektórych przedstawieniach w bombajskich teatrach poczujemy się zupełnie jak w Londynie, a z ulicznych bilbordów będą na nas patrzyły europejskie twarze. Mieszkańcy Indii są przekonani, że wszystko co białe, a zwłaszcza wszystko, co brytyjskie, jest najlepsze na świecie. Z tego przekonania wynika chęć naśladowania zachodnich trendów, ale również traktowanie z wyższością ludzi, którzy źle mówią po angielsku i tych o ciemniejszej karnacji.
O panujących tu uprzedzeniach dobrze wiedzą zarówno turyści, jak i mieszkańcy sąsiadujących z Chinami północno-wschodnich stanów Indii i afrykańscy imigranci, którzy w takich miastach jak Delhi nie mogą liczyć na równe traktowanie. Mieszkańcy kraju, który przez ponad czterysta lat był przedmiotem kolonialnych wpływów do dziś często czują się gorsi od dawnych kolonistów i starają się do nich upodobnić. Nawet poprzez zmianę koloru skóry.
W latach 70. ubiegłego wieku Unilever wypuścił na indyjski rynek pierwszy krem wybielający. Dziś środki rozjaśniające skórę, często reklamowane przez znanych aktorów, można znaleźć na półkach w każdym większym sklepie. Na ulicznych billbordach, w telewizyjnych reklamach i filmach bardzo rzadko widuje się osoby o ciemnej karnacji. Rozjaśnianie fotografii gwiazd jest standardową praktyką w największych gazetach i portalach internetowych. Nic dziwnego, że wielu odbiorców tych mediów jest przekonanych, że żeby odnieść życiowy sukces, trzeba mieć twarz o tak jasnym odcieniu, jak to tylko możliwe. To przekonanie znajduje odbicie nie tylko w wyborach konsumenckich, ale także na rynku pracy, a nawet w rodzinach.
Do zalet, którymi musi się odznaczać przyszły małżonek lub małżonka, oprócz dobrego wykształcenia, braku nałogów i religijności, należy posiadanie jasnej skóry. Doskonale widać to w prasowych ogłoszeniach matrymonialnych, w których zapewnia się, że młody chłopak albo młoda dziewczyna taką właśnie mają. Przyszli dziadkowie chcą mieć piękne, białe wnuki i niechętnie przyjmują do rodziny kogoś z genami, które by tego nie gwarantowały. Wśród pracowników instytucji, które mają się kojarzyć z elegancją i luksusem, próżno szukać ciemnoskórych. Nie ma ich w bankach, galeriach handlowych, a nawet na pokładach samolotów.

Indyjska obsesja na tym punkcie stała się tak dużym problemem, że doczekała się piętnujących ją akcji. Organizatorzy kampanii "Ciemne jest piękne" zwalczają przekonanie, że wartość człowieka należy mierzyć odcieniem jego skóry. Kampanię wsparła aktorka Nandita Das, która przyznała, że makijażyści na planie rozjaśniali jej twarz za każdym razem, kiedy miała grać wykształconą kobietę z wyższych sfer. - Przemysł filmowy przez bardzo długi czas wręcz gloryfikował jasną skórę. Ale to tylko odbicie uprzedzeń obecnych w społeczeństwie - powiedziała telewizji Al-Dżazira. Hauz Khas Village to osiedle w południowej części Delhi. Chociaż indyjska stolica, podobnie jak większość południowoazjatyckich miast, nie jest wymarzonym miejscem dla imprezowiczów, to właśnie tutaj ściąga ich najwięcej. Są tu eleganckie butiki, puby i restauracje o zachodnim szyku i warszawskich cenach. W weekendy wąskie uliczki wypełniają się tłumem rozmawiających "hingliszem" dwudziestoparolatków i rodzin z dziećmi. Białych twarzy jak na lekarstwo, a jeśli gdzieś można je zobaczyć z całą pewnością, to za... barami.

Melanie pochodzi z Francji i w jednej z uliczek rozdaje ulotki, kusząc napływające tłumy specjalnymi ofertami. Wiele osób odwiedzi knajpę, w której pracuje tylko dlatego, że jest Europejką. W tym czasie jej chłopak zaczyna przygotowywać drinki. Oboje zarobią więcej, niż lokalni pracownicy i więcej, niż zapłacono by im w Paryżu.

- Obcokrajowcy przyciągają klientów, więc opłaca się ich zatrudniać - uważa Sajan Singh Chawla, właściciel firmy organizującej imprezy i bywalec Hauz Khas Village. Biali tancerze, barmani i kelnerzy pojawiają się więc nie tylko w pubach, ale także na prywatnych imprezach dla dzieci i dorosłych oraz na weselach. Na tych ostatnich zatrudnia się ich po to, żeby zaimponować gościom. Do standardowego weselnego repertuaru, oprócz tańczących europejskich artystów i lokajów witających wchodzących gości, należą tzw. żywe stoły. To białe kobiety ubrane w krynoliny, do których przyczepia się elastyczne półki, a następnie ustawia na nich napoje i przekąski.

Organizatorzy miewają i bardziej ekstrawaganckie fantazje. Pewien fotograf wspomina o weselu, na którym blondynka w czarnej baletowej sukience wisiała głową w dół nad barem na specjalnej uprzęży i nalewała gościom szampana. - Inna kobieta, prawie naga, stała w sztucznym basenie z systemem rurek przywiązanych do rąk i zmieniała pozy. Nazywali ją żywą fontanną - opowiada. Uczestnicy wesel bogaczy mówią też o wynajmowaniu dziewczyn o zachodnim wyglądzie, które udają przyjaciółki panny młodej. - Matka pęka z dumy mogąc powiedzieć, że jej córka ma białą przyjaciółkę z dzieciństwa - mówi znająca takie rodziny przedsiębiorczyni.
Symbolem wysokiego statusu może być także język. Trzydzieści lat temu po angielsku mówili tylko najlepiej wykształceni mieszkańcy kraju. Chetan Bhagat, indyjski autor bestsellerów, wspominał niedawno, że już sama znajomość tego języka świadczyła wtedy o przynależności do elity. To dla tych kilku procent społeczeństwa były zarezerwowane najlepsze stanowiska, a przywileje automatycznie dziedziczyły ich dzieci.

Ale kiedy lata 80. minęły, w Indiach rozwinęły się sieci telewizji kablowych, pojawiły się telefony komórkowe, internet, a liczba szkół z wykładowym angielskim wzrosła. Prości ludzie wiedzieli, że znajomość języka jest biletem do lepszego życia, więc zaczęli się go uczyć. Policjanci, kierowcy, pracownicy stacji benzynowych, kelnerzy w małych restauracjach i pracownicy call centers rozumieją dziś język Szekspira, choć trzy dekady temu było to nie do pomyślenia. "Jak to? Wszyscy nie tylko rozumieją ale i rozmawiają po angielsku? Jak śmią?" - drwił pisarz w jednym ze swych felietonów.

Popularne prywatne stacje radiowe we wszystkich największych miastach nadają dziś po angielsku. Do dobrego tonu, nawet wśród niższej klasy średniej, należy kupowanie anglojęzycznych gazet. Choć w Bollywood filmy powstają w języku hindi, mało prawdopodobne, żeby pracę dostał tam aktor, który umie się dogadać tylko w tym języku. Po angielsku rozmawiają najważniejsi politycy, celebryci i biznesmeni. Czasami dzieje się to z konieczności, bo mieszkańcy Indii posługują się kilkudziesięcioma językami i często ci z północy nie rozumieją tych z południa. Ciągle jednak ludzie są oceniani na podstawie poziomu swojej znajomości angielskiego i akcentu. Im mniej przypomina indyjski, tym lepiej.
Europejscy turyści, których miejscowi proszą o pozowanie do wspólnych zdjęć, rzadko zdają sobie sprawę z powodów tych próśb. Takie podejście do białych jest połączone z silnym, choć nie zawsze w pełni uświadomionym, kompleksem niższości. Powszechne jest przekonanie, że wszyscy biali są bogaci, a stąd tylko krok do naciągania i kradzieży.

Imigranci z Afryki traktowani są z kolei z pogardą, posądzani o prowadzenie agencji towarzyskich i handel narkotykami. W rzeczywistości większość Afrykanów przyjeżdża do Indii na studia z powodu przystępnych cen i ułatwień wizowych. Co pewien czas głośno jednak o atakach na nich, a zabójstwo w Delhi pochodzącego z jednego z północno-wschodnich stanów mężczyzny spowodowało protesty przeciwko patrzeniu na ludzi przez pryzmat ich skóry.

Niestety mentalność ludzi niełatwo zmienić. Na całym subkontynencie rocznie kupuje się setki ton produktów rozjaśniających, reklamy z jasnoskórymi modelami można zobaczyć wszędzie, a drwiny z czarnych zdarzają się nawet w dobrym towarzystwie. Niewykluczone, że Indie będą potrzebowały jeszcze wielu dziesięcioleci, żeby oswoić się z własnym kolorem.
.
  Temat: Zapłakana prostytutka
hajen

Odpowiedzi: 17
Wyświetleń:

PostForum: Czarne kawały   Wysłany: 2014-02-26, 14:45   Temat: Zapłakana prostytutka
Stwierdziłem, że Sadistic potrzebuje więcej adekwatnego dla tej strony humoru. Dowcip przeczytałem w języku angielskim. Przepisałem historię po swojemu. Więc jak było, to nie szukałem.

_______________________________________________________


Bohater naszej opowieści to Józek, 50 letni pryk, który całe swoje życie spędził na chlaniu, podróżowaniu, jebaniu i innych przyjemnościach. Dzień, który nastąpił w dniu jego urodzin był taki sam jak wszystkie poprzednie. Józek spacerował po mieście w jedynym celu - najebać się gdziekolwiek, najlepiej za darmo z uwagi na owe urodziny. Tyle słowem wstępu.

Po 5 godzinach tułactwa po Sosnowcu Józek najebał się totalnie. W pewnym momencie Józek zatrzymał się i powiedział sam do siebie "Poruchałbym". W tym momencie oczom Józka ukazał się neon agencji towarzyskiej. Nie zastanawiając się poszedł do końca ulicy, wszedł do przybytku i zagaja do Burdel Mamy:

- Wie pani, mam taki problem, że mam w kieszeni tylko 20zł, a mam dzisiaj urodziny i chciałbym nieco zaszaleć.

Mamuśka po kilku minutach zbywania najebanego Józka w końcu się zgodziła:

- Dobrze, zapraszam na drugie piętro, drugie drzwi po lewej.

Józek podekscytowany poleciał na pięterko, otwiera drzwi, patrzy - na łóżku leży całkiem naga, młodziutka, czarnowłosa dziewczyna. Dobna postura, ładne cycki, nogi złączone w kolanach. Patrzy się w ścianę. Nie odezwała się ani słowem, nie wykonała nawet najmniejszego ruchu. "Może jest nieśmiała" - pomyślał Józek. "aaa jebać..." - powiedział do siebie rozgrzeszając się. W końcu zapłacił to mu się należy.

Zdjął spodnie do kolan i zaczął działać. Jak to z seksem po pijaku, długo to nie trwało, Józek skończył, wstał i podciągnął spodnie. W tym momencie zobaczył na twarzy dziewczyny wielkie rzęsiste łzy... Poczuł się głupio. Pomyślał: "Może ona jest tu wbrew swojej woli? Taka młoda dziewczyna? Tak nie może być". W Józku odezwał się instynkt bohatera.

Zbiegł na dół i leci z krzykiem prosto do Burdel Mamy:
- Ta dziewczyna na górze popłakała się po seksie! Nie odezwała się do mnie ani słowem! Czy to moralne, żeby wykorzystywać do nierządu takie dziewczyny?

Burdel Mama tylko ciężko westchnęła, po czym krzyknęła do ochroniarza:
- Zenek, ta martwa prostytutka spod czwórki znów jest pełna!




:amused:
  Temat: Czytajcie
Sawatari

Odpowiedzi: 24
Wyświetleń:

PostForum: Czarne kawały   Wysłany: 2014-01-15, 18:34   Temat: Czytajcie
Radzimierz napisał/a:
Agnes
Twoim imieniem się pieszczę,
Gdyby tak tobą jeszcze?

Reszta:
spoiler


chuju. oddajesz mi za myszkę. rozwinąłem to i przez Ciebie spaliłem scrolla
  Temat: Czytajcie
Radzimierz

Odpowiedzi: 24
Wyświetleń:

PostForum: Czarne kawały   Wysłany: 2014-01-14, 19:41   Temat: Czytajcie
Agnes
Twoim imieniem się pieszczę,
Gdyby tak tobą jeszcze?

Reszta:
spoiler
  Temat: Męczennica z Lebanon
Kasienkaa

Odpowiedzi: 8
Wyświetleń:

PostForum: Historia i dokument   Wysłany: 2013-12-29, 20:33   Temat: Męczennica z Lebanon



Sylvia Likens przyszła na świat 10 stycznia 1949 roku w niewielkim, amerykańskim miasteczku Lebanon w stanie Indiana.
...
26 października 1965 roku bardzo zdenerwowany chłopiec powiadomił posterunek policji w Indianapolis o śmierci młodej dziewczyny. Dzwonił z budki telefonicznej na stacji Shell, znajdującej się w biednej dzielnicy miasta. Powiedział, że w domu przy 3850 East New York Street policja znajdzie ciało młodej kobiety.

Gdy policjanci dotarli pod wskazany adres, ich oczom ukazał się obskurny, zaniedbany dom. W piwnicy znaleźli wychudzone zwłoki 16-letniej dziewczyny, Sylvii Marii Likens. Jej cialo pokrywała duża ilość siniaków i ponad 100 małych ran, które później zidentyfikowano jako ślady po przypalaniu papierosem. Funkcjonariusze zauważyli też miejsca zupełnie pozbawione skóry. Sylvia miała wyciętą na piersi dużą liczbę 3, jednak bardziej wstrząsający okazał się napis na brzuchu, wypalony drukowanymi literami:

JESTEM PROSTYTUTKĄ I JESTEM Z TEGO DUMNA!



Tego niebywale brutalnego morderstwa dokonały dzieci w wieku 11-12 lat. Przewodziła im 37-letnia Gertrude Baniszewski, która opiekowała się Sylvią i jej 15-letnią niepełnosprawną siostrą Jenny Fay od początku lipca 1965 roku. Jenny Fay była lekko sparaliżowana i nosiła na nodze wspomagającą klamrę. Rodzice dziewczynek oddali je pod opiekę pani Baniszewski, by móc spokojnie podróżować po kraju z grupą cyrkowców.


Gertrude van Fossan była doświadczoną przez los kobietą. Odwieczny konflikt z matką oraz problemy w szkole zakończyła w wieku 16 lat poślubiając 18-letniego Johna Baniszewski. Szybko zaszła w ciąże, co do momentu poznania Sylvii zdarzyło jej się aż trzynastokrotnie - z czego tylko siedmiorgu dzieci udało się przeżyć. Gertrude rozstała się z nadużywającym alkoholu i przemocy Johnem, który był policjantem. Ostatecznie wróciła do niego po drugim nieudanym związku aby po kilku latach ponownie się z nim rozwieść. Kolejny związek, tym razem z młodszym mężczyzną, był następną porażką która ostatecznie zakończyła kontakty Gertrude z mężczyznami. Samotna kobieta opiekująca się siódemką dzieci nie miała stałego zajęcia. Na domowy budżet składały się sporadyczne alimenty, niewielka pomoc społeczna oraz prace dorywcze.


Kiedy Paula (córka Gertrude) przyprowadziła do zaniedbanego domu dwie nowo poznane koleżanki, Gertrude jeszcze nie zdawała sobie sprawy z tego jak bardzo ta wizyta odmieni jej życie. Zaniepokojony zniknięciem córek Lester Likens, odnalazł w końcu dziewczynki w domu pani Baniszewski. 37-letnia kobieta odbyła z ojcem dziewczynek kurtuazyjną rozmowę. Para wzajemnie oszukiwała się i przeinaczała fakty ze swojego życia, co pozwoliło na nawiązanie nici porozumienia. W pewnym momencie rozmowy Lester, sugerując się gromadką dzieci Gertrude, zaproponował kobiecie rolę opiekunki nad jego najmłodszymi córkami. Baniszewski miała zapewnić Sylvii oraz Jenny dach nad głową oraz wyżywienie za opłatę 20 dolarów tygodniowo. Kobieta ochoczo przystała na taką propozycję przyrzekając sprawować należytą opiekę nad jego córkami. Na odchodnym Lester Likens miał powiedzieć do Gertrude, że dziewczynki muszą być trzymane krótko. Baniszewski gorliwie zapewniła go że tak właśnie będzie...

Pierwszy tydzień spędzony w domu pani Baniszewski upłynął dziewczynom spokojnie. Poznały resztę dzieci i nową szkołę. W drugim tygodniu zaczęły pojawiać się problemy. Gertrude nie dostała w terminie obiecanych 20 $ za opiekę nad dziewczynkami. Nie omieszkała się im o tym powiedzieć w typowy dla siebie sposób: Zajmuję się wami, wy dwie suki i nic z tego nie mam! Siostry zostały za to ukarane - leżały na łóżku i dostawały klapsy na gołe pośladki. Zapłata przyszła następnego dnia.

Kilka dni później Betty i Lester mieli kilka dni wolnych od pracy i przyjechali odwiedzić córki. Ani podczas tych, ani w czasie kolejnych spotkań z rodzicami dziewczynki nie powiedziały słowa o tym, jak są traktowane w tym domu.

Następny tydzień przyniósł kolejną awanturę i karę. Pani Baniszewski uznała, że Sylvia namawia inne dzieci do drobnych kradzieży. Przy okazji oskarżyła ją o trzy inne rzeczy - nieuczciwość, brak dbałości o czystość i - wreszcie - rozwiązłość.

Na ile te oskarżenia były spójne z rzeczywistością? Betty oskarżono kiedyś o kradzież ze sklepu, ale to Sylvia przyznała się do tego. Gertrude uważała jednak, że podopieczna nadal kradnie i trzeba ją za to karać. Nie była to prawda. Czasami cała rodzina Sylvii zajmowała się zbieraniem butelek, by oddać je do skupu. Jednak pani Baniszewski uparcie twierdziła, że dziewczyna kradła te butelki. Kwestia dbania o higienę również wydawała się sporna. Sylvia dbała o siebie, a jeśli nie zawsze była czysta i pachnąca, wynikało to raczej z warunków, w jakich przebywała. Prawdopodobnie była też dziewicą, co nie znaczyło, że nie flirtowała z chłopcami, ale trudno określać ją jako rozwiązłą. Gertrude Baniszewski prawdopodobnie oskarżała dziewczynę o to, czego sama najbardziej się obawiała i co potępiała. Nie ma żadnych dowodów na to, by cokolwiek ukradła, ale z pewnością myślała o tym bardzo często. Jej higiena osobista, jak i całego jej domu, była na niskim poziomie. Ciągle chora, musiała radzić sobie sama z gromadką dzieci. Bardzo obawiała się również o reputację swoją i córek. Dwa razy zaszła w ciążę, będąc w związku pozamałżeńskim. Natomiast jedna z jej córek, 17-letnia Paula, "wpadła" z żonatym mężczyzną.

Na początku swojego pobytu u pani Baniszewski Sylvia co niedzielę chodziła do kościoła razem z dziećmi Gertrude. Pewnego razu Paula naskarżyła na Sylvię matce. Nastolatka rzekomo strasznie obżerała się podczas posiłków podawanych w kościele. Pani Baniszewski razem z dziećmi wymyśliła za to specjalną karę, która - tak jak i wszystkie inne - miała ścisły związek z rodzajem przewinienia. Podczas kolacji kiełbaska Sylvii powędrowała z rąk do rąk dookoła stołu i została nafaszerowana różnymi przyprawami. Gdy wróciła do dziewczyny, ta oczywiście musiała ją zjeść. Kiełbaska była tak okropna, że Sylvia natychmiast wszystko zwymiotowała.Zmuszono ją więc do zjedzenia własnych wymiocin.

Gdy przerażająca zbrodnia z października 1965 roku wyszła na jaw, prawie we wszystkich gazetach zadawano pytanie: dlaczego Sylvia nie uciekła z tego domu? Może była masochistką?
Postawę dziewczyny może wyjaśnić przyglądając się jej rodzinie. Sylvia nie widziała w niej zbyt wielu przykładów odpowiedniego zachowania. W pewnym sensie została wychowana w przyzwyczajeniu do ciągłego ponoszenia kar. Pierwsze nie były może sprawiedliwe, ale też trudno nazwać je drastycznymi. Młodość ma swoje prawa, robi się różne rzeczy i ponoszenie za to konsekwencji jest, według dorosłych, normalne i akceptowane. Jednak ten rodzaj myślenie boleśnie odbił się na Sylvii. W 1965 roku w sąsiedztwie pani Baniszewski zamieszkali państwo Vermillion. Phyllis Vermillion pracowała na nocna zmianę i potrzebowała opiekunki do swoich dzieci. Wpadła na pomysł, by zatrudnić do tego panią Baniszewski. Zauważyła, że kobieta zajmuje się gromadką swoich dziećmi i dwiema obcymi dziewczynami. Mogłaby zatem zająć się i dzieciakami Phyllis. Postanowiła odwiedzić sąsiadkę wraz z mężem.

Państwo Vermillion usiedli przy stole i pili kawę, gdy naglę dzieci Gertrude zaczęły się sprzeczać. Mały Dennis wybuchnął płaczem. Phyllis zauważyła młodą, ładną, nieco nieśmiałą dziewczynę z podbitym okiem.. Gertrude przedstawiła ją jako Sylvię, a Paula dodała, że to ona podbiła jej oko. Chwilę wcześniej Paula nalała do szklanki gorącej wody i rzuciła nią w dziewczynę. Po tej wizycie Phyllis postanowiła znaleźć inną opiekunkę. Jednocześnie kobieta nie widziała w postępowaniu Gertrude i Pauli niczego, o czym mogłaby powiadomić policję.

Na początku października pani Vermillion po raz kolejny spotkała się z rodziną Baniszewskich. Widziała też Sylvię. Dziewczyna nadal wyglądała okropnie. Tym razem miała podbite drugie oko i rozcięte usta. Obok niej stała Paula, która od razu pochwaliła się, że to ona tak urządziła koleżankę. Po tych słowach znów zaczęła bić bezbronną dziewczynę pasem. A Phyllis po raz kolejny nie zareagowała.

Sylvia prawdopodobnie w ogóle nie myślała o ucieczce. Bo niby dokąd? Uciec, by spać na ulicy? Równie dobrze mogła zostać w tym domu, nawet związana i zamknięta w piwnicy, co nastąpiło w niedalekiej przyszłości. Był też moment, w którym Sylvia i jej siostra skarżyły się na swój los. Jednak nikt nie wziął ich słów poważnie. Wtedy zamilkły. Warto wspomnieć również o częstym pytaniu, jakie zadawała sobie Sylvia - czemu ludzie jej nie lubią? Nie znała odpowiedzi. Wiedziała natomiast, że gdyby się poskarżyła, to - o ile ktoś by jej wreszcie uwierzył - musiałby opowiedzieć przez co przeszła. Traktowano ją coraz gorzej, a wstyd i strach powstrzymywały ją coraz silniej przed wyjawieniem prawdy. Siostry panicznie bały się gniewu Gertrude. Doszła do tego również obawa Sylvii, że jeśli piśnie komuś choć słowo, pani Baniszewski zemści się na jej młodszej niepełnosprawnej siostrze.

Trzeba pamiętać, że na początku Sylvia nie była bita i karana w okrutny sposób. W lipcu zdarzało się to okazjonalne, pewną regularność osiągnęło na przełomie sierpnia i września, by w końcu powtarzać się codziennie przez długie godziny pod koniec października.

Pierwsze tygodnie pobytu u Gertrude mijały w miarę spokojnie - podopieczna chodziła z dziećmi do kościoła, słuchała z nimi muzyki, oglądała telewizję. Spotykała się ze znajomymi. Chodziła też do tej samej szkoły, co Stephanie i Paula. Razem z całą rodziną jadła posiłki - przeważnie krakersy lub kanapki. Czasem Gertrude przygotowała zupę, a wówczas każdy musiał czekać na swoją kolej (w domu był tylko trzy łyżki, później jedna). Wyglądało to tak, że kiedy jedna osoba skończyła posiłek, myła łyżkę i wręczała ją kolejnej osobie.

Prawdopodobnie pod koniec sierpnia pani Baniszewski nakryła Sylvię śpiącą w jednym łóżku z chłopcem. Wybuchła awantura, że nastolatka będzie w ciąży. Żeby temu zapobiec, Gertrude kilkakrotnie kopnęła dziewczynę w krocze. Późniejsza autopsja ujawniła przerażające okaleczenia organów płciowych Sylvii.

Informacja o rzekomej ciąży koleżanki bardzo zdenerwowała Paulę - przewróciła ją na podłogę i zabroniła kiedykolwiek siadać na krześle. W ramach rewanżu Sylvia rozpowiedziała w szkole, że Stephanie i Paula są prostytutkami. Kiedy dowiedział się o tym chłopak Stephanie, pobił Sylvię. 15-letni Coy Hubbard, ładny chłopiec o ciemnych kręconych włosach, był nad wiek rozwinięty i często miał problemy w szkole. Po odpłaceniu dziewczynie za „krzywdę” Stephanie, później często trenował na niej chwyty judo. Rzucał nią o ściany, a Gertrude karała za to...Sylvię.

Pani Baniszewski opowiadała dzieciom sąsiadów, że jej podopieczna jest zła i namawiała je do zemsty. Wynikiem tych działań było wiele bójek, jak choćby ta z 13-letnią Annie Siscoe, jedną z niewielu koleżanek Sylvii. Gertrude doniosła, jakoby dziewczyna źle wyrażała się o pani Siscoe, nazywając ją dziwką itp. Anna uwierzyła i w złości zaatakowała starszą koleżankę. Podczas szamotaniny Sylvia chwyciła się za brzuch i krzyknęła: "Och, moje dziecko!" Mimo że nadal była dziewicą, uwierzyła, że jest w ciąży. Jak widać, nie miała zbyt dużego pojęcia o tym, skąd się biorą dzieci.

Nastolatka czuła się napiętnowana krążącymi na jej temat plotkami, zwłaszcza tymi dotyczącymi rozwiązłości. Żeby odreagować, mogła rozsiewać podobne plotki o innych dziewczynach, choć z drugiej strony bardziej prawdopodobne jest to, że stała za tym Gertrude, która chciała jak najbardziej zniechęcić ludzi do Sylvii.

W tym samym czasie Paula znalazła sobie nową zabawę. Wielką przyjemność sprawiało jej wciskanie czym popadnie w głowę współlokatorki - nożami, talerzami, puszkami... Wszystkim, co było pod ręką. Pani Baniszewski zmuszała również Jenny, siostrę Sylvii, do zadawania jej ciosów. Gdy za pierwszym razem dziewczynka odmówiła, Gertrude z całej siły uderzyła ją w twarz. Później praworęczna Jenny "biła" siostrę lewą ręką, żeby nie zrobić jej krzywdy.

Na początku października Sylvia przestała chodzić do szkoły. Nie miała stroju na zajęcia w-f, a Gertrude nie chciała jej dać na niego pieniędzy. Pewnego dnia nastolatka wróciła ze szkoły, przynosząc ze sobą strój gimnastyczny. Powiedziała, że go znalazła, ale opiekunka uznała, że dziewczyna kłamie i go ukradła. Prawdopodobnie miała rację. W czasie awantury Sylvia przyznała się do kradzieży. Pani Baniszewski uderzyła ją, a gdy Sylvia upadła na podłogę, zaczęła kopać i bić pasem. Po chwili zmieniła rodzaj kary. Przypomniała sobie o rozwiązłości dziewczyny, więc kolejne ciosy spadły na jej krocze. Później Gertrude wróciła pamięcią do kradzieży, co zaowocowało przypalaniem "lepkich palców" dziewczyny. Na koniec po raz kolejny wychłostała ją pasem.

Przypalanie i używanie ognia stało się ulubionym sposobem karania dziewczyny. Gertrude i jej dzieci zaczęli przypalać Sylvię papierosami i zapałkami. Paula tak mocno biła dziewczynę, że w końcu złamała sobie rękę - później biła więc ręką w gipsie. Torturowanie Sylvii - bicie, przypalanie, kopanie, trenowanie ciosów - upowszechniło się jako najlepszy sposób spędzania czasu dla dzieciaków z okolicy. Wkrótce dziewczyna miała połamane wszystkie paznokcie, a także prawie odgryzła sobie dolną wargę.

Zastanawiające, że Gertrude i dzieci robili z tą dziewczyną wszystko, co tylko przychodziło im do głowy, ale powstrzymywali się przed wykorzystywaniem seksualnym. Choć pani Baniszewski kopała dziewczynę w kroczę, nie dotykała Sylvii w sposób sugerujący, że jest lesbijką. Żaden z chłopców, jakkolwiek podnieconych torturowaniem dziewczyny, nigdy jej nie zgwałcił ani nie zmuszał do seksu oralnego. Autopsja ujawniła rany narządów płciowych ofiary, ale spowodowały je uderzenia, a nie gwałt. W jej ciele nie znaleziono śladów nasienia. Być może odpowiedzią na to jest autentyczna wiara oprawców w rozwiązłość Sylwii, a co za tym idzie - obawa przed chorobami, jakimi mogłaby ich zarazić.

Pewnego dnia pani Baniszewski bardzo zdenerwowała się na Sylwię, ponieważ dowiedziała się, że dziewczyna ma przy sobie większą sumę pieniędzy. Założyła, że pieniądze pochodzą z kradzieży lub prostytucji, bo przecież Sylvia nie mogła ich zdobyć dzięki oddaniu do skupu uzbieranych butelek. Gdy w domu zebrała się grupka dzieci, Gertrude zmusiła podopieczną do zdjęcia wszystkich ubrań. Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie i naga stanęła przed rodziną.Wtedy pani domu brutalnie wsadziła jej pustą butelkę do pochwy. W tym momencie do domu weszła Stephanie. Kiedy zobaczyła rozebraną Sylvię z wystającą spomiędzy nóg butelką, podbiegła do niej i zaczęła bić. Nie wiedziała, że to przedstawienie zaaranżowała matka.

Pewnej październikowej nocy Sylvia zmoczyła łóżko, prawdopodobnie z powodu ciągłego strachu, w jakim żyła albo jej podbrzusze było już tak zmasakrowane, że nie była w stanie utrzymać moczu. Tak czy inaczej, od tej pory Sylvia miała mieszkać w piwnicy, ponieważ nie nadawała się do życia z ludźmi. Paula zakazała jej też korzystać z łazienki.

W tym samym czasie oprawcy wymyślili nową zabawę. Wiązali dziewczynę, napełniali starą wannę wrzątkiem i wrzucali do niej brudasa. Często uczestniczył w tym 14-letni Richard "Ricky" Hobbs. Gertrude i Paula czasem wrzucały związaną Sylvię do pustej wanny, gdzie rówieśniczka wcierała sól w jej ciągle otwarte rany.



Od tej pory ofiara prawie ciągle była naga. Dzieci wymyśliły kolejną torturę. Oprócz rutynowego już bicia, kopania, podpalania i kłucia nagiej dziewczyny zaczęły jeszcze spychać ją ze schodów. Gdy Sylvia spadła, musiała wejść na górę i ponownie ją spychano.



Od czasu do czasu nastolatka mogła wyjść z piwnicy i dostać coś do jedzenia, najczęściej zupę, którą musiała jeść rękoma. Gdy tylko zaczynała posiłek, John zabierał jej talerz.Z jedzeniem łączy się tez kolejna zabawa - John i Gertrude zmuszali Sylwię, by zjadała odchody i piła mocz.

Weekend rozpoczął się dla Sylvii mniej okrutnie niż zazwyczaj. Gertrude pozwoliła jej spać na górze, w "normalnym łóżku", ale pod warunkiem, że John, Coy i Stephanie przywiążą ją do niego. Dziewczyna nie mogła więc wyjść do łazienki.



- Nie pójdziesz do łazienki dopóki nie oduczysz się sikania do łóżka - powiedziała na dobranoc Gertrude. Groźba nie poskutkowała - w nocy Sylvia zmoczyła łóżko.

Sobotni poranek rozpoczął przymusowy striptiz. Nastolatka musiała znów wsadzać sobie do pochwy butelkę. Opiekunka postanowiła zemścić się na dziewczynie za to, że szkalowała jej dzieci w szkole. - Oczerniałaś moje dzieci, teraz ja napiętnuję ciebie - powiedziała.

Kazała Ricky'emu zrobić Sylvii "tatuaż". Chłopiec chętnie wykonał zadanie. Rozebrali, związali i zakneblowali ofiarę. Potem Gertrude rozgrzała igłę i wypaliła na skórze dziewczyny litery "I'm" (jestem). Oddała igłę Ricky'emu, by dokończył dzieła. Chłopiec z wielkim przejęciem zaczął wypalać kolejne litery na brzuchu Sylvii. W pewnym momencie przerwał i spytał pani Baniszewski, jak się pisze "prostitute" (prostytutka). Gospodyni napisała ten wyraz na kartce i Ricky wrócił do pracy. Kilka minut później Ricky, Paula i dziesięcioletnia Shirley postanowili wypalić jeszcze jedną literę na ciele Sylwii - "S". Nie do końca wiadomo, co miała ona oznaczać - S jak Sylvia lub S jak slave (niewolnik). Chłopiec wypalił połowę litery na piersi ofiary. Zawołali Jenny, by dokończyła. Siostra Sylvii była przerażona. Gdy próbowała odmówić, została uderzona. Dzieci straszyły ją, że jeśli tego nie zrobi, sama też zostanie przypalona. Mimo to odmówiła. Literę "S" dokończyła Shirley. Zrobiła to jednak tak niefortunnie, że zamiast "S" wyszło "3".


(Igła, którą tatuowano Sylvie)

Gertrude zawołała resztę dzieci i zaczęła szydzić z Sylvii.

- I co teraz zrobisz? Nie wyjdziesz za mąż, nigdy się nie rozbierzesz. Co teraz zrobisz? - pytała złośliwie.

- Teraz już nic nie mogę zrobić. To już tam jest - odpowiedziała Sylvia płacząc i dławiąc się. Wieczorem wróciła do piwnicy. Tam Coy Hubbard znów trenował na niej karate. Później przyszła Jenny. Sylvia powiedziała jej, że umiera i jest tego pewna.

Tej nocy zmaltretowana nastolatka również spała na górze. Następnego dnia, po południu, Gertrude i Stephanie wykąpały dziewczynę. Tym razem woda była ciepła, nie wrząca.

Po kąpieli pani Baniszewski zmusiła Sylvię by napisała list do rodziców. Dziewczyna chciała zacząć jak zwykle słowami "Kochana Mamo i Tato", ale Gertrude kazała jej napisać bardziej oficjalnie: "Do Pana i Pani Likens". Po śmierci Sylvii opiekunka przekazała ten list policji. Zeznała też, że dziewczyna zniknęła kilka dni wcześniej, a na podwórku znaleźli tylko ten list.
Brzmiał on mniej więcej tak:

Do Pana i Pani Likens,
W środku nocy byłam z grupą chłopców. Powiedzieli, że mi zapłacą, jeśli przyniosę rzeczy, które miałam w samochodzie. Dostali to, co chcieli... i pobili mnie, zostawiając na twarzy i całym ciele blizny.
Na brzuchu wycieli mi napis: Jestem prostytutką i jestem z tego dumna.
Zrobiłam wszystko, co mogłam zrobić, by Gertrude była na mnie wściekła i wydała więcej pieniędzy niż miała. Zniszczyłam nowy materac. Gertrude musiała też zapłacić za lekarza, na którego nie było jej stać. Przyprawiłam ją i jej dzieci o chorobę nerwową...

Kobieta wpadła na pomysł, by wywieźć dziewczynę na wysypisko. Mieli to zrobić John i Jenny. Ale wcześniej Sylvia spróbowała uciec z domu. Osłabiona i przeraźliwie okaleczona zaczęła biec w stronę drzwi wejściowych. Pani Baniszewski złapała ją, gdy dziewczyna już miała wybiec na ganek.
Zaciągnęła ją do kuchni i zaproponowała tosta. Sylvia odmówiła, nie mogła nic przełknąć. Rozwścieczona Gertrude zaczęła ją bić po twarzy metalowym prętem.

Sylvia znów trafiła do piwnicy. Została związana, a opiekunka przyniosła jej paczkę krakersów. Być może nie chciała by dziewczyna umarła, przynajmniej nie w domu. Sylvia powiedziała, żeby Gertrude dała to psu, który jest bardziej głodny niż ona. Prawdopodobnie ofiara wiedziała, że nie ma już nic do stracenia i dlatego odważyła się na bunt. W odpowiedzi kobieta kilka razu uderzyła ją w brzuch. Następny dzień, niedziela 24 października, zaczął się od bicia. Pani Baniszewski bujała się na krześle, siedząc nad Sylvią. Krzesło złamało się zanim dosięgnęło dziewczyny. Zdenerwowana kobieta chciała uderzyć Sylvię łopatą, jednak biorąc zamach trafiła w siebie, fundując sobie potężnego siniaka pod okiem. Wtedy do piwnicy zszedł Coy Hubbard i uderzył nastolatkę w głowę kijem od szczotki. Dziewczyna straciła przytomność. Oprawcy stracili nią zainteresowanie i wyszli z piwnicy. W nocy Sylvia robiła dużo hałasu. Uderzała szuflą od węgla o podłogę. Sąsiedzi się obudzili, narzekali na hałasy, jednak nie wezwali policji.

Następnego dnia zabrano dziewczynę na górę. Wzięła kolejną normalną kąpiel. Gdy Stephanie i Ricky wyciągnęli ją z wody, zauważyli, że nie oddycha. Stephanie próbowała ratować nastolatkę metodą usta-usta. Na próżno. Sylvia nie żyła.



Gertrude kazała Ricky'emu wezwać policję. Gdy policjanci przybyli na miejsce, pani Baniszewski wręczyła im list, który wcześniej napisała Sylvia. Kobieta miała nadzieję, że to oczyści ją z jakichkolwiek podejrzeń. Zanim funkcjonaiusze spojrzeli na kartkę papieru, podbiegła do nich wystraszona i przerażona Jenny i wyszeptała: Zabierzcie mnie stąd, to opowiem wam o wszystkim.
  Temat: Wizyta u ginekologa
Fiszu92

Odpowiedzi: 5
Wyświetleń:

PostForum: Czarne kawały   Wysłany: 2013-12-04, 22:52   Temat: Wizyta u ginekologa
Do ginekologa przychodzi piękna dziewczyna. Jest tak piękna, że lekarz całkiem zapomina o swoim profesjonaliźmie i nie zadając ani jednego pytania każe się jej rozebrać. Kiedy dziewczyna staje przed nim naga, podniecony lekarz zaczyna dotykać wewnętrznej strony jej ud i cichym, lekko drżącym głosem pyta:
- Czy wie pani co robię?
- Tak - odpowiada dziewczyna. - Sprawdza pan czy nie mam żadnych podrażnień naskórka lub zmian dermatologicznych...
- Słusznie - odpowiada lekarz, zaczynając pieścić jej piersi. - A teraz? Wie pani co robię?
- Tak. Sprawdza pan czy nie mam wewnętrznych zgrubień lub guzków.
- Ma pani rację - odpowiada podniecony do granic ginekolog i rozpoczyna z dziewczyną regularny stosunek.
- A czy wie pani, co teraz robię? – pyta.
- Tak - odpowiada niespeszona dziewczyna - łapie pan rzeżączkę.
  Temat: jebut niech brzdeknie
Janóż

Odpowiedzi: 108
Wyświetleń:

PostForum: Czarne filmiki   Wysłany: 2013-10-26, 15:54   Temat: jebut niech brzdeknie
ahahaha jakiś atak gimbazy dzisiaj co na sadola trafili przypadkowo. Fakt koleś jechał pewnie z 80 i powinien przyhamować przed pasami i skrzyżowaniem, no ale kurwa. Kto z nas od czasu do czasu nie zapierdala w zabudowanym? Czasem jest się gdzieś spóźnionym, wkurwionym, albo po prostu naga dziewczyna czeka na nas w łóżku, a ty wracasz z roboty i wtedy się nie jeździ 50 ( no chyba że jest się lewakiem ruchającym kolegów)
  Temat: Lolita Slave Toys
achujciwcycki

Odpowiedzi: 64
Wyświetleń:

PostForum: Inne czarności   Wysłany: 2013-04-07, 14:59   Temat: Lolita Slave Toys
gdzieś po ciemnej stronie internetu kiedyś ktoś napisał coś takiego:

zoom

Tłumaczenie (nie sprawdzałem za mocno bo trochę tego tekstu było):

Lolity-niewolnice-zabawki
Tworzę Lolita Slave Toys. Jeśli zastanawiacie się, co mam na myśli; to bardzo proste: Przeistaczam młode dziewczynki w łatwe w utrzymaniu seks-zabawki. Dziewczynki nie mogą odejść, oprzeć się, nie mogą nic powiedzieć; są tu tylko by zaspokoić Twojege sadystyczne potrzeby.

Jestem chirurgiem mieszkającym w jednym z tych państw na peryferiach wschodniej europy. To wciąż szorstkie społeczeństwo, bieda jest olbrzymia i masz przejebane dopóki nie masz pieniędzy i kontaktów. Nie warto wspominać, mam i te i te. Poza tym mamy tu piękne dziewczyny, kraje wschodniej europy są z tego dobrze znane. Na szczęście (dla mnie), niektóre z tych dziewczyn nie mają już rodziców czy krewnych i mieszkają w sierocińcach. Choć nie nazwałbym tego życiem, to niewiarygodne co je tam spotyka. Niektóre bardzo młode dziewczyny mają szansę zostać adoptowane , ale w wieku 8 czy 9 lat są już za stare. Niektóre z nich są sprzedawane aby stać się prostytutkami i to też możnaby uznać za szczęście dla nich; zamiast powolnego konania w brudzie i biedzie. Niektóre kupuję ja. Z reguły wybieram atrakcyjne dziewczynki w wieku 9 lub 10 lat, zanim zaczną dojrzewać. Sierociniec współpracuje, są szczęśliwi że mają jedną twarz mniej do wykarmienia, jedno puste miejsce, które można znowu zapełnić. Ponadto chętnie akceptują moje datki na dziewczynki.
Nigdy nie pytają i nigdy nic nie mówią. Wiedzą że jestem chirurgiem; pewnie myślą że przeprowadzam na dziewczynkach jakieś eksperymenty albo wycinam i sprzedaję ich organy. Ale nie, znalazłem dużo bardziej dochodowy biznes; przekształcam dziewczynki w seks-zabawki.
Możesz zamówić swoją Lolita Slave Toy jeśli chcesz. Nie są tanie; kasuję między 30.000 a 40.000 dolarów za zabawkę. Bez kosztów transportu. Ale: będziesz miał Lolita Slave Sex Toy która da Ci satysfakcję na wiele lat, jest jak lalka, za to żywa lalka!

Pozwólcie że opowiem wam jak przekształcam dziewczynkę z sierocińca w żyjącą lalkę. Kiedy znajduję nową, odpowiadającą mi dziewczynę, proszę sierociniec o dostarczenie jej do mojej willi. Przyjedzie naga, związana a jej oczy będą przewiązane. Po ogólnej inspekcji i krótkim badaniu biorę ją do specjalnej kliniki w mojej willi. Po pierwsze dokładnie ją umyję. Naprawdę śmierdzą i są brudne; nie widziały kąpieli od wieków i są bardzo zaniedbane. Kiedy jest już czysta kładę ją na łóżko szpitalne i daję jej zastrzyk który ją uśpi.

Stworzę jej nową tożsamość i dam jej nowe imię - nie znam prawdziwych imion tych dziewczynek, znam tylko wiek; to wszystko co potrzebuję wiedzieć. W sierocińcu wszyskie akta dziewczynki zostaną zniszczone. Nigdy nie istniała. Od teraz istnieje tylko jako zabawka. Sam mam ich kilka; Dashę która ma 11 lat i jest w końcowym stadium transformacji, Tanyę która ma 12 lat; przed dwoma laty stworzyłem ją i Ludę, która ma teraz 14 lat i jest w 4 miesiącu ciąży.

Nadchodzący poranek jest dniem ważnej operacji. Dziewczynka będzie spała po wczorajszej narkozie. Kładę ją na stole i podaję narkozę pod nadchodzącą operację. Więc jeśli zastanawialiście się dlaczego moja niewolnicza zabawka nie może uciec; to bardzo proste: amputuję jej ręce i nogi! Amputuję jej ręce zaraz nad łokciami a nogi tuż nad kolanami. Proste, prawda? Nigdy nie uciekną...

Dla dziewczynek to bardzo ciężka operacja i jest to prawdopodobnie najbardziej krytyczny krok w procesie transformacji. Ale w większości przypadków przeżywają.
Nie zostawiam ich jednak z takimi kikutami zamiast rąk i nóg. Przymocuję pięciocentymetrowe pręty do rąk i nóg zanim zszyję rany. Wystający kawałek metalu ma gwint, do którego mogę przymocować o-rings (no takie kurwa kółka żeby ją można było do czegoś przypiąć). Kiedy będzie gotowa możesz ją łatwo zaparkować ją przy użyciu łańcucha bądź kłódki. Moje Tanya i Luda zazwyczaj mają łańcuch przyczepiony do obu rąk za plecami. W ten sposób jej ręce ułożą się zgrabnie wzdłuż ciała.
Na początku musisz naprawdę dobrze zajmować się ranami i kikutami by zapobiec infekcjom. Kiedy rana się już w pełni zagoi, założę na nią sikilonową nakładką. Z zewnątrz nakładka jest z białego jedwabiu, więc wygląda to nawet całkiem słodko, w przeciwieństwie do raczej okrutnych zaczepów (o-rings) na końcu tego co zostało jej z rąk i nóg. Po kilku miesiącach, kiedy jej ręce i nogi będą całkiem zdrowe, możesz zwiększyć obciążenie zaczepów (o-rings). Ja rok temu zacząłem wieszać Tanyę i Ludę za nogi i ręce pod sufitem. To bardzo interesująca forma dekoracji twojego pokoju, kiedy masz nagą lolitę zwisającą z sufitu. Bardzo miło jest też kiedy korzystasz z jej cipki czy ust kiedy tak wisi.

Ale przed tym czeka ją jeszcze długa droga. Operacja nie skończyła się na odcinaniu jej rąk i nóg. Później podetnę jej struny głosowe, aby nie mogła więcej mówić czy w ogóle wydawać odgłosów i wyjmuję jej zęby z dziąseł. Kiedy już pozbawię ją zębów, zamontuję jej na szczękach miękkie silikonowe wkładki. Wciąż będzie mogła ssać, ale nie będzie cię już mogła ugryźć. To całkiem miłe kiedy tak mniej więcej żuje trochę twojego kutasa; miękka nakładka jakby cię masuje.
Silikonowy implant jest jednak absolutnie obowiązkowy; gdyby nie on, jej twarz wyglądałaby jak bezzębnej babci. To pomoże jej zachować urodę. Żeby dodatkowo zadbać o dobrą formę jej otworu gębowego, będzie nosiła kulkę (taką jak Willis z murzynem mieli w Pulp Fiction) przez większość czasu. Brzmi to może trochę niepotrzebnie bo przecież podciąłem jej struny głosowe i tak czy siak nie może mówić, ale robię to tylko ze względów estetycznych. Zakneblowana dziewczyna wygląda po prostu lepiej i poza karmieniem, jedzeniem i ruchaniem nie potrzebuje więcej używać twarzy.

Kiedy operacja się kończy, dam jej tydzień albo dwa na pozbieranie się i gojenie ran. Później zaczyna się trening.

Nie jest już zwykłą dziewczyną a lalką, jest wiele rzeczy których musi się nauczyć. Od kiedy nie ma zębów, nie może jeść. Musi być znów karmiona jak dziecko. Karmię ją raz dziennie butelką z żarciem dla dzieci, bo zawiera wszystkie minerały i witaminy. Nie daję jej więcej; nie chcę żeby zrobiła się gruba, bo później nie będzie się ruszać. Trzeba z tym uważać.
Dostaje dziecięcą butelkę z wodą, herbatą bądź lemoniadą trzy bądź cztery razy dziennie, więc dostaje co najmniej 2 litry płynów dziennie. To wystarczy żeby była zdrowa. Na początku to ja będę wkładał jej butelkę do ust, ale wkrótce będę już tylko kładł butelkę obok niej tak, że musi sama włożyć ją sobie do ust. Musi trochę poćwiczyć zanim uda jej się wetknąć butelkę do ust bez rąk, ale w końcu udaje jej się złapać butelkę ustami, przewrócić się na plecy i napić się. Kiedy już nauczy się tego, zawiążę jej oczy zanim dostanie butelkę; zanim trening dobiegnie końca, musi potrafić znaleźć butelkę i pić nie będąc w stanie widzieć.
Jedzenie i picie muszą się też wydostać, więc trzeba posadzić ją na kiblu kilka razy dziennie. Od kiedy nie może się ruszać, trzeba ją podnieść i zanieść do ubikacji. Kiedy wyjeżdżam w interesach wtykam jej cewnik. Nie je zbyt wiele, więc srać też dużo nie będzie.

Mimo tego że nie potrafi mówić, wciąż komunikuję się z nią by nauczyć ją podstawowych rzeczy. Nauczę ją robić porządnie loda, nauczę ją jak lubić seks kiedy jej łechtaczka w srom będzie stymulowany przez wibrator. Nauczę ją także, jak to jest być niewolnikiem. Codziennie wychłostam jej cipę, zazwyczaj w połączeniu z wibratorem, żeby w pewnym momencie nie mogła już odróżnić bólu i przyjemności. Założę klamry i zaciski na sutki, rozciągnę wargi sromowe. Zintensyfikuję trening traktując jej cipę coraz to większą ilością igieł. Jej cipa zostanie potraktowana gorącym woskiem, łechtaczka będzie torturowana igłami, popieszczona prądem i zaszyta. Będzie musiała przetrwać wszelkie możliwe formy tortur zanim dotrze do następnego stadium swojej transformacji. W tej fazie zazwyczaj będzie miała zawiązane oczy, ale zajmę się tym żeby właściwie widziała jak ją torturuję. Przez większość czasu będę miał włączoną kamerę i będzie musiała oglądać tortury na samej sobie plus naprawdę hardkorowe filmy z torturami co najmniej godzinę dziennie.

Po jakimś czasie nie jest już niewolnikiem tylko fizycznie, a i psychicznie. Jej umysł nie stawia oporu i staje się całkowicie poddana. Wtedy dokonuję ostatnich modyfikacji by przekształcić ją w niewolniczą zabawkę. Jest już unieruchomiona i nie potrafi się komunikować, bo nie potrafi już mówić. Do tego momentu potrafiła jeszcze widzieć i słyszeć, nie była kompletnie pozbawiona zmysłów. Prawdziwy niewolnik nie może się już ruszać, mówić, widzieć i słyszeć, tylko czuć.
Zanim pozbawię ją ostatnich zmysłów podam jej lekkie znieczulenie. Później zakładam jej słuchawki i przez kilka godzin puszczam ekstremalnie głośne dźwięki. To wystarczy aby poważnie uszkodzić jej słuch, nie będzie już w stanie słyszeć. Ostatni sznyt będzie potraktowanie jej oczu laserem. Nie będzie kompletnie ślepa. Moje Tanya i Luda wciąż reagują na mocne światło i domyślam się że widzą jakieś nieostre cienie, ale nie potrafią niczego rozpoznać i są prawie głuche. Pomimo tego zazwyczaj przewiązuję im oczy bo lubię dziewczyny z przewiązanymi oczami. Są kompletnie nieczułe, nie wydają nawet dźwięków kiedy je torturuję. To że cierpią wnioskuję tylko po reakcjach ich ciał, przyspieszonym oddechu i wyrazie twarzy.

Kiedy się z tego wyliże będzie zmieniona w małą zabawkę gotową do sprzedaży. Są łatwe w utrzymaniu; z niewielką ilością jedzenia, wymagają mało opieki (codzienne mycie). Są unieruchomione, możesz przyczepić je do czegokolwiek czy choćby zrobić z nich dekorację. Nie mówią, nie słyszą, nie widzą. Są kompletnie pozbawione zmysłów. Zabawki które są na sprzedaż to wciąż dziewice zaczynające dojrzewanie. Mimo tego są dobrze wyszkolone w seksie oralnym, były ciężko torturowane i wykorzystywane. Mogą zajść w ciążę, więc antykoncepcja jest wskazana, no chyba, że lubisz takie ciężarne małe zabawki. Daj znać jeśli chciałbyś taką zamówić.

Jak było to chuj mi w dupę i na imię bo poświęciłem na to trochę czasu
  Temat: Szpagaty
WhiteAngel

Odpowiedzi: 26
Wyświetleń:

PostForum: Czarne fotki   Wysłany: 2012-11-12, 15:14   Temat: Szpagaty
eee moja dziewczyna jest blondynką :D a tu ekstra dowcip:

Małżeństwo, nowy dom... piękna łazienka z wieloma lustrami.
On poszedł zaprosić na parapetówkę, a ona naga zaczęła tańczyć w łazience patrząc na swoje piękne ciało. Zrobiła szpagat i się przyssała!
Mąż wraca, patrzy, łapie pod pachy, próbuje podnieść.... nic!
Dzwoni po majstra. Ten przyjechał, patrzy i mówi:
- Panie, trzeba kuć!
- Co Pan, kurwa? Gres z Włoch za 4 tys. euro!
- Jest inna metoda, ale może się nie spodobać...
- Panie, wszystko ale nie gres...
Majster ślini palce, łapie ją za sutki i zaczyna delikatnie kręcić...
- Co Pan, kurwa odpierdalasz? - pyta mąż
- Panie...podnieci się, puści soki, przesuniemy do kuchni i oderwie się z gumoleum.
  Temat: Najlepsze cytaty z Radia Maryja II
Maderfakermen

Odpowiedzi: 32
Wyświetleń:

PostForum: Inne czarności   Wysłany: 2012-03-11, 16:22   Temat: Najlepsze cytaty z Radia Maryja II
Zasłyszane na antenie Radia Maryja:

ekspert RM: - Masoni są narzędziem szatana, a ich znakiem jest słońce. Zwróćcie uwagę, że ten znak starają się umieścić wszędzie. Na przykład w Polsacie się ono pojawia i na butelkach wody "Bonaqua", i jako logo partii Unia Wolności. Żebyśmy mieli kilkuset takich ojców Rydzyków w Polsce, to nie musielibyśmy się bać masonerii.

telefon do RM: - Postuluję wyrzucenie z nazwy telewizji Polsat liter: pol. Bo to nie polskie. I co wtedy zostanie? Sat zostanie. I jak dodamy do tego skrót od anteny, zobaczymy całą prawdę Sat-an!

ekspert na antenie RM: - Weźmy słowo "komputer". Wszystkie litery w tym słowie przyporządkujmy kolejnym liczbom w alfabecie, potem dodajmy je do siebie i pomnóżmy przez 6. Co otrzymamy? Otrzymamy 666.A więc i komputer i Internet to narzędzia diabła.

telefon do RM: - Poszłam do księdza i żalę się, że już nie mam siły, bo piętnaście lat żyję pod jednym dachem z pijakiem,
a ksiądz westchnął i powiedział:
- Ty masz jednego pijaka, a ja mam ich całą parafię.

o. Rydzyk: - Polska stała się terenem misyjnym dla pogan. Ich wysłannikami są prostytutki przy drogach. Siać... trzeba siać, siać, siać...

telefon do RM: - Ja sobie taką modlitwę wymyśliłam sama. Mogę powiedzieć?
- Prosimy...
"Jak to dobrze, że jesteś, ojcze Rydzyku, jak to dobrze, że ciebie ta mama urodziła, niepokalana...

ekspert RM: - To tylko ateiści szukają wszędzie spisków, że wszędzie jest spisek, węszą, że wszystko przez ten spisek. A my, katolicy, wiemy, że to nieprawda. Wiemy, że jest tylko jeden spisek, na czele którego stoi szatan. I on upodobał sobie atak na Polskę, bo Polska jest monarchią, bo mamy swoją królową, bo oddaliśmy się w niewolę Matce Bożej.

ekspert RM: - Jest taka książka dla dzieci pod tytułem "Doktor Dolitle". To jest straszna książka i jeszcze na dodatek lektura. Ona równa zwierzęta z człowiekiem, czyli równa człowieka ze zwierzęciem. To jest doktryna masońska: świnia jest taka sama jak i ja.

o. Rydzyk: - Trzeba pić zioła, bo to nie chemia. Ale jak się je pije na przykład o północy, stojąc na jednej nodze, to już wtedy zaczynasię okultyzm i diabeł.

słuchacz RM: - Chciałem pozdrowić moją zmarłą siostrę. Żeby zawsze była zdrowa.

o. Rydzyk: - Popatrzcie na te kobiety na ulicach. Tak chodzą i się ubierają, jak gdyby były prostytutkami. Popatrzcie, ile mamy w Polsce prostytutek. Ulice pełne prostytutek... na każdym kroku...

ekspertka RM: - Telewizja i gry komputerowe mogą być przyczyną masturbacji,która będzie później przeszkadzała w tworzeniu więzi rodzinnych. Badania na całym świecie wskazują, że masturbacja jest główną przyczyną rozwodów na całym świecie.

rozmowa na antenie RM: - Tu Radio Maryja, katolicki głos w twoim domu. Słuchamy, kto się do nas dodzwonił?
- Tu... tu... Włodź...dź... dzi... mieeerz z No... oooo...weg...g...g... Sącz...cz...cza...
- O widzę, że z Panem sobie nie porozmawiamy...

modlitwy na antenie RM: - Słuchamy, Radio Maryja... w czyjej intencji modlitwa?
- Ja bym chciała się pomodlić za wszystkich oszustów, kłamców i złodziei... no i za ojca dyrektora oczywiście.

słuchaczka: - Pojechałam na pielgrzymkę na Węgry i widziałam, że księża, co byli z nami, kupowali w dużych ilościach winiaki...
o. Jacek: - Mówi pani nie na temat dzisiejszej katechezy.

rozmowa na antenie RM: - Jak to jest ojcze? Znajoma chodzila po domach i zbierala pieniądze na RM i wpadła do piwnicy głową w dół i teraz ma wstrząs mózgu i cała poraniona jest... - Może źle zbierała...

Ojciec Rydzyk: Ja już nie mogę się na to wychowanie seksualne patrzeć. I popatrzcie, jak ono jest wprowadzane w Polsce. Rękami katolików jest wprowadzane. To jest normalny instruktaż. Dzieci się instruuje, jak robić samogwałt, jak sobie robić dobrze... bez Boga.

telefon do RM: - Ojciec mówi o pornografii, a może zaczęlibyśmy jej zwalczanie od kościołów, od tych kobiet, które przystępują do komunii w spódniczkach tak krótkich, że im cały interes widać, a kapłan, zamiast to przez mikrofon zganić, to tylko się oblizuje

Ojciec Rydzyk: - Byłem w Białymstoku i widziałem taki perfidny plakat. Taki wielki... niby był przeciwko AIDS. Pisało na nim: Wszyscy to robicie, ale róbcie to z głową - Jakież to wstrętne... wszyscy robicie, a przecież ja tego nie robię.

Słuchacz: - W Oświęcimiu nigdy nie było komór gazowych. Ta propaganda głoszona jest przez lobby homoseksualistów amerykańskich. Ojciec Piotr: - Chyba przez lobby żydowskie. Słuchacz - A to nie na jedno wychodzi?

Słuchaczka RM: - Idę sobie ulicą, patrzę, a tu takie szesnastoletnie ku... wkładają za wycieraczki samochodów ulotki agencji towarzyskich. Patrzę za chwilę, a jedną taką ulotkę wyciąga nasz ksiądz proboszcz. No to pytam się jego, po co mu ona. A ksiądz odpowiedział, że przyda się jako zakładka do książki. Już nie wiem, co o tym myśleć.

Słuchaczka: - Słuchałam pana wypowiedzi i muszę przyznać, że była ona na bardzo niskim poziomie, wręcz na poziomie żenującym. Ojciec Rydzyk - Widzicie... to telefonował do Radia Maryja szatan, choć o niewieścim głosie. A jeśli to nie sam szatan dzwonił, to jego niewolnik o imieniu Urszula.

Słuchaczka: - Papierosy, chłopcy, trochę alkoholu... no puszczam się i jestem szczęśliwa, i jest mi dobrze. Ojciec Piotr - Dziecko... czy ty wykręciłaś właściwy numer telefonu?

Rozmowa na antenie RM: - Wy tak ciągle mówicie, że ona była zawsze dziewica. - Tak, proszę pana. - To ja jej strasznie współczuję

Gość RM: - A co robisz, ojcze Jacku, gdy widzisz, teraz w lecie, piękną, skąpo ubraną dziewczynę? Ojciec Jacek - To rzeczywiście trudne pytanie, ale tylko trudne na oko. Bo ja wtedy natychmiast myślę o wielkości Stwórcy, który był w stanie coś tak doskonałego stworzyć. I jestem dla niego pełen wdzięczności

Słuchaczka: - Ja mieszkam w żarach i poszłam zobaczyć ten Przystanek tego Owsiaka. To jest, proszę ojca, diabelstwo... mówię ojcu: diabelstwo. Tam piwo leje się strumieniami i wszyscy ze wszystkimi się... no nie wiem, jak to powiedzieć, żeby ojca nie obrazić... no, pieprzą się. o. Jacek: - No, teraz to dopiero pani obraziła i mnie, i Pana Boga. Trzeba było powiedzieć: uprawiają deprawację.

Fragmenty bezpośredniej relacji z Przystanku Woodstock: Jest nas tu na Przystanku Jezus bardzo dużo... bardzo dużo katolickiej, pięknej, wspaniałej młodzieży. Rozglądam się i widzę coś około pięćset osób. A dookoła tłum... ze dwieście tysięcy młodych ludzi w rękach szatana. Widziałem dziewczyny, nagie dziewczyny z kartkami: "Oddam się za pięć złotych". Mój Boże... Jak one siebie cenią... za pięć złotych... To jest chyba jakaś gorsza kategoria ludzi. Tu są tysiące smutnej, bardzo smutnej młodzieży. I oni wszyscy się śmieją.

Telefon do RM: - Od trzech miesięcy słucham wyłącznie Radia Maryja. Wyrzuciłem telewizor na śmietnik, a w radiu urwałem gałkę, tak aby nikt z rodziny nie mógł zmienić stacji i teraz jest tylko wasze radio u mnie w domu. I jestem naprawdę wolnym człowiekiem.

Słuchacz: - Polaków to powinno się rozróżniać po nazwiskach. Np. Płotka, Kąkol, Krawiec, Hebel... od razu widać, że to prawdziwi Polacy z dziada pradziada... o. Jacek: - Tak, ma pan rację... Tylko z tym Heblem to ja bym dyskutował...

Ekspert RM: - Muzyka techno w takim samym, a może nawet większym stopniu co narkotyki, uzależnia. Wywołuje bowiem w organizmie podobne reakcje chemiczne. Prowadzi też do rozwiązłości seksualnej.

o. Rydzyk: - Każdy liberał jest durniem, a każdy dureń - liberałem.

Słuchaczka: - Pół emerytury będę oddawać dla mojego ukochanego Radia Maryja. o. Jerzy: - To pięknie. A ile ma pani tej emerytury?

o. Rydzyk w Rozmowach Niedokończonych: - Podchodzi do mnie taka mała dziewczynka... no może miała z dziesięć lat i opowiada, że na początku wakacji przyszli do niej do domu koledzy i koleżanki i zaproponowali: założymy bandę. I założyli... podwórkowe kółko różańcowe. Takie wspaniałe dziecko...

telefon do RM: - Od kilku lat postanowiłam walczyć z tymi wstrętnymi wulgaryzmami w języku polskim. Na przykład idę przez park i słyszę, jak młodzi ludzie - tacy po trzynaście, czternaście lat - co drugie słowo tylko kurwa i kurwa. No to podchodzę do nich i mówię: "Ja wam, gówniarze jedni, zaraz nogi z dupy powyrywam". I wie ksiądz, że to skutkuje...

o. Rydzyk: - Jest takie przysłowie: "Jedno jabłko zjedz dziennie, a lekarz będzie z daleka od ciebie". Żydzi to jabłko zamienili na czosnek i teraz wszyscy porządni ludzie są z daleka od nich.

Słuchaczka: - Skąd się w Polsce bierze ten antysemityzm? Ja jestem właśnie takiego pochodzenia... o. Jacek: - Współczujemy pani wszyscy...

Transmisja mszy z udziałem ojca Rydzyka: - Ile tu dzieci koło mnie! A tu taka mała dziewczynka... Ile masz lat? No co, nie umiesz mówić? Ile masz lat? Nie powiesz księdzu? No, ile masz lat? Głupie jakieś to dziecko, czy co?

Słuchacz: - Jak się do was dzwoni, to trzeba pochwalić Maryję zawsze dziewicę... prawda? o. Jerzy: - Tak jest przyjęte. Słuchacz: - Ale to przecież było dwa tysiące lat temu, to skąd wiadomo, że ona jest nadal dziewicą? o. Jerzy: - No... pan sobie musiał dzisiaj nieźle golnąć.

Słuchacz: - Jedziemy właśnie z pielgrzymką rowerową dookoła Polski, a na koniec do Częstochowy i co pięć kilometrów stajemy i odmawiamy różaniec. o. Rydzyk: - To pięknie, tylko czy w ten sposób dojedziecie do Częstochowy w tym roku?

Słuchacz: - Postanowiłem w następnych wyborach głosować na Platformę Obywatelską. o. Rydzyk: - No to pan cierpi na schizofrenię. Trzeba się przebadać, a ja pana na razie wyłączam.

o. Rydzyk w Rozmowach Niedokończonych: - Ludzie pokazują palcami, jakim ja samochodem jeżdżę. że mercedesem klasy S. A niby czym mam jeździć? Na krowie mam jeździć? Głupoty takie gadają... mogę na krowie, ale gdzie ja bym tę krowę trzymał w Radiu Maryja?

Słuchaczka: - Ja już z nerwów to nie mogę słuchać tych głupot, które wy wygadujecie. Gdybym miała jakąś spluwę, to bym wam wszystkim w łeb wypaliła. o. Rydzyk: - No i widzicie państwo to komunistyczne miłosierdzie, które czasem do nas telefonuje, te esbeckie metody "w łeb bym wam wypaliła". Ech... sam czasem żałuję, że nie mam - jak to ta pani powiedziała? - że nie mam spluwy! Trzeba siać...

Słuchacz: - Ja już pięć godzin do was dzwonię i dopiero teraz się dodzwoniłem. Chciałbym zaprotestować przeciwko temu, że wy tak bez przerwy na tych żydów nadajecie... o. Rydzyk: - No to niech pan sobie następne pięć godzin jeszcze do nas podzwoni.

o. Rydzyk w Rozmowach Niedokończonych: - W Koszalinie podszedł do mnie taki jeden i prosi o pięćdziesiąt groszy, a ja musiałem nos zatykać i uciekać... taki był niemyty. Dlaczego oni się nie myją? Kochani, trzeba się myć i siać, siać, siać... bo tylko jak będziemy siać, to zgasimy płomień nienawiści.

Ekspert RM: - Miłość do Boga można wyrażać w rozmaity sposób. Na przykład można postanowić sobie: dziś nie nażrę się czekolady jak świnia.

Słuchaczka: - Ja się tego nie wstydzę. Mam siedemdziesiąt lat i wszystkim mówię, że jestem dzieckiem Radia Maryja i ojca Rydzyka. o. Jacek: - No, wie pani... To ostatnie stwierdzenie może być ryzykowne...

o. Jerzy: - Ekonomia to jest coś takiego: mam w domu odkurzacz i muszę się zastanowić, czy odkurzać codziennie, czy też sprzedać ten odkurzacz i za te pieniądze wynająć sobie firmę, która będzie mi odkurzała. Słuchacz: - Wie ksiądz co? Ja myślałem, że my rozmawiamy poważnie, a ksiądz tu jakieś brednie opowiada. A ten odkurzacz to niech sobie ksiądz w dupę wsadzi. Szczęść Boże!

o. Rydzyk w Rozmowach Niedokończonych: - Jest taka gazeta "Fakty i Mity" i wszyscy tam pracujący przedtem pracowali w departamencie czwartym UB. A ten ksiądz, który porzucił kapłaństwo... Ja się modlę za niego i to nic nie daje, bo on jest coraz bardziej jakiś pokaleczony. Na niego to już nawet sierpa i młota szkoda używać...

Młoda słuchaczka RM: - Odmawialiśmy koronkę do Najświętszego Serca, a do domu przyszedł pijany tatuś i zaczął kląć. Potem usnął... No to mamusia położyła na nim obrazek z Panem Jezusem. Od tego czasu już nigdy nie widziałam pijanego tatusia. o. Jacek: - Przestał pić? Młoda słuchaczka RM: - Nie wiem, bo w ogóle gdzieś zniknął.

Słuchacz: - Wychowanie do życia w rodzinie. Ja wiem, co to jest... To jest wychowanie w polskich szkołach do życia w burdelach. Niech mi ksiądz nie przerywa. Ja mam osiemdziesiąt lat i już przed wojną bardzo często widziałem takie młode, zdeprawowane dziewczynki w burdelach we Lwowie.

o. Rydzyk w Rozmowach Niedokończonych: - Mam właśnie w ręku program SLD. Nie wiem, czy ja te ręce potem domyję...

Dobranocka w RM: - Masz na imię Wojtuś? Jak pięknie i bardzo ładnie zaśpiewałeś piosenkę, więc mamy dla ciebie nagrodę. Mam w ręku kasetę o podwórkowych kółkach różańcowych. Chcesz taką kasetę? - Nie!

Rozmowa na antenie RM: - Proszę powiedzieć słuchaczom, dlaczego zdecydował się pan kandydować w przyszłych wyborach do Sejmu. - Bo Polska jest sprzedawana i tylko Radio Maryja o tym głośno mówi. Jak będę posłem, to w każdym urzędzie, na ulicach i nawet w restauracjach będą wisieć głośniki nadające tylko audycję ojca dyrektora. Bo jak Polacy nie mają żadnych wartości, to niech chociaż mają wartości chrześcijańskie. Jestem też przeciwko eutanazji nienarodzonych dzieci.

Słuchaczka: - Mąż sprzedał dosłownie wszystko z domu na wódkę. Ale jak chciał już sprzedać radio, na którym słucham Radia Maryja, to się zdenerwowałam.

o. dyrektor: - Pani Agnieszka? Jak miło... Prosimy o pani świadectwo... Słuchaczka: - Trzeba siać, siać, siać, siać, siać... Siać... o. dyrektor: - Zamurowało panią z tym sianiem, czy co?

Ojciec dyrektor w pogadance: - Pojawiły się billboardy reklamujące miesięcznik... tak zwany dla mężczyzn. A na nich była naga kobieta. Wyuzdana, wstrętna, brzydka. Idę i widzę tych wszystkich młodych mężczyzn, którym na jej widok ślina z gąb cieknie. Szatan, mówię wam, szatan.

Słuchaczka: - Tadeusz? Dzień dobry. To ja - Maria... o. Rydzyk: - Dlaczego mi pani mówi po imieniu? Ja nie znam żadnej Marii... To znaczy jedną znam... ale ona by raczej do mnie nie zadzwoniła...

o. Rydzyk: - Rozmawiam kiedys z taka; dziewczyna;. Niby sukienka do ziemii... dobrze, ale patrzę, a tu taki dekolt... rozpruty niemal do pępka. Biedne dziecko... myslę sobie... potem dziwisz się, że mężczyzni patrza na ciebie jak na zwierzę. Kochani, trzeba siać, siać i zbierać ziarno. Jakos dzisiaj nie kontaktuję tak... dobrze.

o. Rydzyk: - Patrzę... leży na ziemi nieprzytomna staruszka. Podchodzę i pytam ja, co się stało? A ona: - A co to pana obchodzi.

telefon do RM: - Człowiek, który nie modli się i nie słucha Radia Maryja, jest jak to bydlę.

telefon do RM: - Ja jestem już babka mam 75 lat. Tyle lat żyłam z alkoholikiem - już zaczynam płakać - i urodziłam z tym alkoholikiem córkę, która wyszła za maż też za alkoholika. Urodzili dziecko, też alkoholika...

słuchaczka RM: - Jak byłam mała, to przychodził do nas taki wysoki ksiądz. Brał mnie na ręce i tak gładził po pupce. Teraz jestem duża, ale czasem tak bardzo chcę, aby tamten ksiądz znów mnie przytulał i głaskał po pupie.

rozmowa na antenie RM: - Niech będzie pochwalona Maryja zawsze dziewica. Czy będę na antenie?
- Już pan jest na antenie.
- A co mi ksiadz za pierdoły opowiada, kiedy mam właczone Radio Maryja i tam teraz słyszę ojca dyrektora!
- Bo jeszcze fale radiowe do pana nie zdażyły dolecieć. I proszę się kulturalnie wysławiać.
- Aha...

rozmowa na antenie RM: Boję się potępienia, boję się diabła, boję się wszystkiego. Wszędzie jest diabeł i mówi do mnie. Już mnie nawet księża nie chcą spowiadać...
No nic. Życie jest piękne, ale trzeba się pchać do przodu. Kulturalnie, ale pchać. Alleluja.

ekspert RM: Byłem na audiencji u ukochanego Ojca Świętego. Patrzę, Polacy, nawet duża grupa. Siedzą sobie na chodniku i czekają na papieża. Patrzę, a oni chleją wódę i cieszą się, że ich nikt nie zaczepia. Prosto z butelek pili. Albo matki katoliczki... jeżdżą do Niemiec na truskawki i zamiast zbierać, to się tam sprzedają, bo to łatwiejszy zarobek. Potem w domu mąż się dziwi: ale ty ciężko pracowałaś, że tyle pieniędzy przywiozłaś. A ona nie truskawki zbierała. Potem do kościoła idzie i się modli... No... wzór do naśladowania. Z dziećmi za rączkę do komunii. Obrzydliwość... Te dzieci są przykrywką dla bydlęcia.

o. Rydzyk: Niektórzy ludzie nie myślą. Tzn. mówią że myślą, myślą że myślą, ale nie myślą!

Ogłoszenie RM: Uwaga, wszyscy chcący wesprzeć Radio Maryja!
1. W urzędach pocztowych znajdują się specjalne druki o następującej treści:
Cel Radio Maryja Dar dla Radia Maryja w Toruniu Bank pocztowy SA pierwszy oddział w Toruniu 131263-61580-27006-100-0/0
My, katolicy, bierzemy taki druk do ręki!
2. Wypełniamy druk i wysyłamy na rzecz Radia Maryja 1 grosz.
W urzędzie mogą nie chcieć przyjąć jednego grosza, ale wtedy trzeba się kłócić, bo pocztowcy nie mają prawa odmówić przyjęcia naszego wsparcia na rzecz naszej ulubionej stacji.
3. Za nami staje nasz kolega i też wpłaca 1 grosz. Uwaga: nie płacimy nic za przekaz, ponieważ płaci za niego odbiorca - taka jest umowa radia z pocztą.
4. Za nim staje nasz trzeci kolega i również wpłaca grosz.
5. Następnie znowu my wpłacamy 1 grosz i tak w kółko.
6. Wysyłamy w sumie 120 groszy, trzy razy (w sumie 360 groszy, czyli 3,6 PLN).
7. Operacja ma sens.
Za każdy z przekazów Radio Maryja płaci poczcie opłatę pocztową (ok. 3,6 zł). 3,6 x 360 to 1296 zł opłaty pocztowej zapłaconej przez radio.
8. 1296 zł odjąć wpłacone przez nas 3,6 zł daje niecałe 1293 zł ujemnego 'wsparcia' dla rozgłośni.
9. UWAGA! Wpłacać pieniądze na rzecz radia mogą również niewierzący."

o. Rydzyk: - Alleluja i do przodu!


Ciemny lud, a nie chce kupić...
  Temat: Jeżyk
xgalx

Odpowiedzi: 15
Wyświetleń:

PostForum: Czarne kawały   Wysłany: 2012-01-16, 08:09   Temat: Jeżyk
Naga dziewczyna opala się na trawce. Nagle między jej nogami wykopuje się krecik, rozgląda się, patrzy w wiadome miejsce i pyta:
Jeżyk...?
Cisza, więc podchodzi bliżej i powtarza: Jeżyk?!
Brak odpowiedzi.
Podchodzi więc jeszcze bliżej, wącha i pyta: Jeżyk, żyjesz???
:badyl:
  Temat: Moja książka
regal

Odpowiedzi: 49
Wyświetleń:

PostForum: Inne czarności   Wysłany: 2011-06-28, 21:54   Temat: Moja książka
Opowiadanie całkiem niezłe. Pomysł ok. Opis dziewczyny też spoko. Związana, naga otumaniona narkotykami ale nie za bardzo. Niech wie co się z nią wyprawia.

Nie wiem tylko za bardzo jak można scyzorykiem wybić zęby. I to przecięcie tętnicy było by ciekawsze gdyby dziewczyna była jeszcze żywa bo jak pozbawił ją wcześniej wszystkich organów to powinno chyba ustąpić krążenie krwi.

"Jakby tego było mało, rozwarł najszerzej jak się da jej p*zdę i zesrał się w jej sam środek"- nie wiem dlaczego ale to zdanie brzmi dla mnie idiotycznie. Po prostu wydaje mi się to niemożliwe. Lepiej jakby się zesrał do ryja. To by brzmiało bardziej wiarygodnie i było równie zabawne.

A fabułę trudno ocenić na podstawie tak krótkiego fragmentu. Zupełnie nie wiadomo kim jest Phil i to całe bractwo.
  Temat: najfajniejsiejsze wesele ;)
dupaCyckDupa

Odpowiedzi: 24
Wyświetleń:

PostForum: Absurdy dnia codziennego   Wysłany: 2010-10-03, 18:29   Temat: najfajniejsiejsze wesele ;)
Dzisiaj miał być drugi dzień wesela. Historia prawdziwa.

Wczoraj 02-10-2010. Sobota.



Pojechałem do swojej znajomej jako osoba towarzysząca dla mojej koleżanki na ślub i wesele.

Zaczęło się o godzinie 9.00 rano. Wszyscy goście pani młodej już stoją przy jej domu. Czekają na przyjazd pana młodego i starosty. Bo jak nakazuje tradycja śląska (nie wiem czy wszędzie), pan młody musi wykupić panią młodą za pomocą starostów, którzy są licytatorami w tej zabawnie przedstawionej aukcji.

bla bla bla,,, koniec.

Pani młoda sprzedana za buta, garść miedziaków, platynową kolię, 10 par kluczyków samochodowych i wino marki wino. Błogosławieństwo rodziców bla bla bla.. (tak mi sie już w głowie kotłuje o rosole). Jedziemy do kościoła. Ślub, ksiądz: "Czy Ty[..]? - tak " razy dwa. Ciągle myślę o rosole i roladzie na obiad już mi burczy w brzuchu. Wychodzi piękna para młoda szczęśliwa sypią miedziakami i ryżem WOOOOOOOOW. Standard.



Przyjechaliśmy na sale. Uroczyste przywitanie. Szampan trzaskanie kieliszków. Pan młody sprząta. Tylko powiększa dziurę w brzuchu a na rosół czekamy. Orkiestra na przywitanie jeszcze sto lat. Życzenia i prezenety. I w końcu siadamy do stołu uffff.....

Obrałem strategiczne miejsce z koleżanką, ale wszyscy jeszcze nie siedzą. Talerze na stołach.



I TERAZ NAJWAŻNIEJSZE.

Pan młody bierze mikrofon i prosi grzecznie w pełnej powadze, aby wszyscy zajęli miejsca. Dziadkowie, babcie, ciocie, wujaszki, koledzy, koleżanki, ksiądz proboszcz, orkiestra, kelnerkim, kucharze i pozostali goście z rodziny Pana młodego i Pani młodej zasiedli przy stołach (około 120 osób). Gdy krzątanina się skończyła padły słowa młodego do mikrofonu:

"Dziekuję wszystkim za przybycie życzenia i prezenty. Mam dla Was małą niespodziankę schowaną pod każdym talerzem. Proszę o sprawdzenie kopert pod talerzami."

Głęboka cisza. I wszyscy podnoszą talerze. Ja też. Wyciągam koperty, a tam dziewczyna naga siedząca na nagim młodzieńcu. 3 zdjęcia. Rózni goscie mieli inne pozy. Pan młody konczy:

"Dowiedziałem się miesiąc temu, że moja XXXXXX mnie zdradza z tym panem na zdjeciu. Postanowilem w dowód zawodu milosnego to sfotografować i pokazać Wam wszystkim. Nie chciałem odwoływać przyjecia bo i tak jest zaplacone. Inaczej byscie mi nie uwierzyli i byłbym najgorszy gdybym nagle zerwał zwiazek tuz przed weselem. Ksiadz proboszcz mam nadzieje, unieważni małżenstwo, skoro jest jeszcze nie skonsumowane. Dziekuje wszystkim. Wy zostancie i bawcie się. Zdjęcia zachowajcie na pamiątkę."

Wszytkim kopara opadła! Pani młoda się popłakała i jak to baba musiała strzelić młodego w twarz. Takich wyuzdanych zdjęć to bym sie nie spodziewal. Drugim szokiem było to, że PANEM ZDRAJCĄ był kuzyn pana młodego. Rosół zjadłem. Flaszkę dostałem. o 22.00 "impreza" sie zakonczyla. Dzisiaj mial byc drugi dzien wesela, ale nie ma.



* nie podaję nazwisk, miejscowości, prawdziwej daty itp.

** sytuacja w 100% prawdziwa

*** stało się to nie dalej niż w poprzednim kwartale

**** może i ktos z Was był na tym weselu

źródło : http://www.wykop.pl/ramka...oria-prawdziwa/
  Temat: Albert Fish
Cyklop

Odpowiedzi: 39
Wyświetleń:

PostForum: Inne czarności   Wysłany: 2010-03-14, 17:27   Temat: Albert Fish
Dość interesująca histeria pewnego hamerykańskiego ekscentryka. Miłej lektury.

Cytat:
Gracie
Edward Budd był przedsiębiorczym osiemnastolatkiem. Był zdecydowany zrobić coś ze sobą i uciec od rozpaczliwego ubóstwa swoich rodziców. 25 maja, 1928 roku, zamieścił następujące ogłoszenie w niedzielnej edycji New York World: 'Młody, 18-letni mężczyzna, szuka posady na wsi. Edward Budd, 406 West 15th Street.' Był on wysokim, dobrze zbudowanym młodzieńcem, chętnym do pracy i poprawy sytuacji życiowej własnej rodziny. Uwięziony w tym brudnym, cuchnącym i przeludnionym mieście w nędznym domu czynszowym ze swym ojcem, matką i czwórką młodszego rodzeństwa, pragnął pracować na wsi, gdzie powietrze jest czyste i świeże.
Następnego poniedziałku, 28 maja, matka Edwarda - Delia, kobieta potężnej tuszy, otworzyła drzwi starszemu mężczyźnie. Przedstawił się jako Frank Howard, farmer z Farmingdale na Long Island, który chciał porozmawiać z Edwardem w sprawie pracy.
Delia powiedziała swojej pięcioletniej córce Beatrice, aby ta przyprowadziła brata z mieszkania jego kolegi. Starszy mężczyzna uśmiechnął się do niej i dał jej pięciocentówkę.
Podczas gdy czekali na Edwarda, Delia miała okazję lepiej przyjrzeć się staremu mężczyźnie. Miał on bardzo dobrotliwy wyraz twarzy, okolonej siwymi włosami i podkreślonej wielkimi, opadającymi, siwymi wąsami. Wyjaśnił pani Budd, że przez kilkadziesiąt lat zarabiał w mieście na życie jako dekorator wnętrz, a potem, już jako emeryt na farmie, którą kupił za swe oszczędności. Powiedział, że ma sześcioro dzieci, które wychowywał od czasu, gdy żona opuściła ich ponad dziesięć lat temu.
Z pomocą dzieci, pięciu parobków i szwedzkiego kucharza, doprowadził farmę do sukcesu - z kilkoma setkami kurcząt i pół tuzinem mlecznych krów. Obecnie, jeden z parobków wyniósł się, więc potrzebował kogoś, kto by go zastąpił.
W tym czasie wszedł Edward i przywitał się z panem Howardem, który pozwolił sobie zrobić uwagę na temat wzrostu i siły chłopca. Ten zaś upewnił starszego mężczyznę, że jest zdolny do ciężkiej pracy. Pan Howard zaoferował mu piętnaście dolarów za tydzień, na co Edward przystał z radością. Howard zgodził się nawet zatrudnić Williego, najbliższego przyjaciela Edwarda.
Pan Howard musiał wyjść, gdyż był umówiony na spotkanie, ale obiecał wrócić po młodzieńców w sobotę. Chłopcy byli bardzo podekscytowani, a państwo Budd szczęśliwi, że taka dobra posada u tak miłego starszego dżentelmena pojawiła się tak szybko na skromne ogłoszenie Edwarda.
Sobota, 2 czerwca, miała być tym wielkim dniem, ale pan Howard się nie pojawił. Zamiast tego rodzina otrzymała pisaną ręcznie wiadomość od niego, w której informował, że nastąpiło pewne opóźnienie i skontaktuje się z nimi w przyszłym dniu, przed południem.
Następnego ranka, około godziny jedenastej, do mieszkania państwa Budd przyszedł Frank Howard, przynosząc podarunek, składający się z truskawek i świeżego kremowego sera. 'Te produkty pochodzą prosto z mojej farmy', powiedział.
Delia namówiła starego mężczyznę, aby został na lunch. Po raz pierwszy, Albert Budd, Senior, miał okazję do rozmowy z nowym pracodawcą jego syna. Był to ten rodzaj pogawędki, który czyni ojca bardzo szczęśliwym. Oto miał przed sobą uprzejmego, miłego starszego dżentelmena, opisującego z wielkim entuzjazmem tę jego dwudziesto akrową farmę, przyjazną gromadę parobków i proste, szczere wiejskie życie. Wiedział, że było to właśnie to, czego pragnął jego syn.
Albert, Senior, był portierem w Equitable Life Assurance Company - firmie ubezpieczeniowej i wyglądał na wiecznie uległego człowieka. Nie zrobił więc na nim wielkiego wrażenia wygląd tego Franka Howarda w jego wymiętym, niebieskim garniturze, jednak starszy człowiek był wiarygodny i miał dobre maniery.
Gdy tylko zasiedli do lunchu, drzwi otworzyły się i zjawiła się w nich śliczna dziesięcioletnia dziewczynka. Gracie nuciła piosenkę. Jej wielkie brązowe oczy i ciemno brązowe włosy kontrastowały z bardzo jasną cerą i różowymi ustami. Mogłaby kiedyś zostać prawdziwą pogromczynią serc.
Idąc prosto z kościoła, wciąż miała na sobie swoje niedzielne ubranie: białą, jedwabną sukienkę z bierzmowania, białe, jedwabne pończochy i sznur kremowych pereł, które sprawiały, że wyglądała jakby miała więcej niż dziesięć lat.
Frank Howard, jak większość mężczyzn, którzy stanęli twarzą w twarz z promienną Gracie, nie mógł oderwać wzroku od tej pięknej dziewczynki. 'Zobaczmy, jak dobrze umiesz liczyć', powiedział podając jej spory rulon monet. Zubożała rodzina Buddów, była zdumiona sumą pieniędzy, jakie starszy mężczyzna nosił przy sobie.
'Dziewięćdziesiąt dwa dolary i pięćdziesiąt centów', powiedziała wkrótce Gracie.
'Cóż za bystra mała dziewczynka', stwierdził pan Howard, dając jej pięćdziesiąt centów, aby kupiła słodycze dla siebie i swojej małej siostrzyczki Beatrice.
Howard powiedział, że przyjdzie wieczorem, aby zabrać Edwarda i Williego, ale najpierw musi pójść na przyjęcie urodzinowe, które dla jednego ze swych dzieci wydaje jego siostra. Dał chłopcom dziesięć dolarów, aby poszli do kina.
Wychodząc, zaprosił Gracie aby poszła z nim na przyjęcie urodzinowe jego siostrzenicy. Obiecał dobrze się nią zaopiekować i dopilnować, aby wróciła do domu przed dwudziestą pierwszą.
Delia zapytała gdzie mieszka siostra pana Howarda, a on odparł, że mieszka w kamienicy czynszowej przy Columbus i 137th Street.
Delia nie była pewna czy powinna pozwolić małej iść, ale Albert, Senior przekonał ją, że tak będzie lepiej dla Gracie. 'Pozwól temu biednemu dziecku iść. Nie ma tu zbyt wielu radości.'
Tak więc Delia pomogła włożyć Gracie jej najlepszy płaszczyk i szary kapelusz ze wstążkami. Odprowadziła Gracie i pana Howarda do wyjścia i patrzyła, jak znikają w dole ulicy.
Tego wieczora nie otrzymali żadnej wiadomości od pana Howarda, ani też nie ujrzeli Gracie. Okropna, bezsenna noc bez jakiegokolwiek sygnału od ich ślicznej córeczki. Następnego ranka, wysłano młodego Edwarda na posterunek policji, aby zgłosił zaginięcie swojej siostry.

Siwy człowiek
Najgorszą rzeczą, o której powiedział państwu Budd porucznik policji Samuel Dribben, było to, że adres mieszkania siostry, który podał im 'Frank Howard', był fikcyjny. Ten uprzejmy starszy człowiek był oszustem. Nie istniał żaden Frank Howard, ani żadna farma w Farmingdale na Long Island. Nic z tego nie było prawdą.
Policja zaczęła tradycyjne czynności dochodzeniowe. Sprawdzili wszystko, o czym 'Frank Howard' opowiadał Buddom. Ponadto państwo Budd musieli także przebrnąć przez policyjną fotograficzną 'galerię rzezimieszków', a także wszystkich znanych policji pedofilów, pacjentów szpitali psychiatrycznych itp. Nie doprowadziło to do niczego. Ani śladu Gracie.

7 czerwca, policja Nowego Yorku rozesłała 1000 ulotek ze zdjęciem Gracie i rysopisem pana 'Howarda' do komisariatów policji w całym kraju. Akcja ta, podchwycona także przez lokalną prasę, wywołała istną epidemię doniesień i listów z głupimi żartami od rzekomych świadków porwania dziewczynki. Każda z tych informacji musiała być starannie sprawdzona przez dwudziestu detektywów, których przydzielono do sprawy.
Istniało kilka śladów. Policja odnalazła biuro Western Union na Manhatanie, z którego 'Frank Howard' wysłał wiadomość do państwa Budd, oraz jej oryginalny rękopis. Pismo i gramatyka wyraźnie wskazywały, że 'Howard' odebrał jako takie wykształcenie i ogładę. Policja także zlokalizowała sklep samoobsługowy, w którym nabył on ser, który podarował państwu Budd. Oba te adresy znajdowały się w East Harlem, która to dzielnica stała się później punktem ogniskowym intensywnego śledztwa i poszukiwań.
Nowojorskiej policji nie obce były porwania dzieci. W rzeczywistości, zaledwie rok wcześniej prowadzono analogiczną sprawę. Otóż 11 lutego, 1927 roku, 11-letni Billy Gaffney bawił się w korytarzu prowadzącym do jego mieszkania ze swoim trzyletnim sąsiadem, także Billym. 12-letni chłopiec, który mieszkał tuż obok i który tego dnia opiekował się małą siostrzyczką, wyszedł do kolegów, ale szybko wrócił do mieszkania gdy usłyszał płacz dziecka.
Kilka minut później, starszy chłopiec zauważył, że dwaj malcy zniknęli i opowiedział o tym ojcu młodszego z nich. Po rozpaczliwych poszukiwaniach, mężczyzna znalazł swojego trzyletniego synka na najwyższym piętrze budynku. Wszystko wskazywało na to, ze chłopiec przebywał na dachu.
- 'Gdzie jest Billy Gaffney?' - zapytał syna mężczyzna.
- 'Zabrało go straszydło' - odpowiedział chłopczyk.
Kiedy następnego dnia pluton detektywów rozpoczął śledztwo w sprawie zniknięcia synka państwa Gaffney, zupełnie zignorowano trzyletniego świadka, którego zeznania sprowadzały się do tego prostego zdania. Na początku policja myślała, że chłopiec zabłądził w którymś z sąsiednich budynków fabrycznych, albo, co gorsze wpadł do kanału Gowanus znajdującego się kilka przecznic dalej. Lokalna społeczność zorganizowała poszukiwania, a kanał przeczesano za pomocą sieci, jednak nie znaleziono ani śladu Billy'ego.
W końcu ktoś wysłuchał trzyletniego świadka zdarzenia, który podał opis 'straszydła'. Był to szczupły, starszy mężczyzna o siwych włosach i wąsach. Policja nie przywiązywała wagi do rysopisu i nie powiązała go z przestępstwem, jakie popełnił 'Siwy Człowiek' kilka lat wcześniej.
W lipcu 1924 roku, ośmioletni Francis McDonnell bawił się na werandzie swojego domu w wiejskim Charlton Woods, części Staten Island. Jego matka siedziała w pobliżu, opiekując się malutką córeczką, kiedy nagle dostrzegła na środku ulicy wychudzonego, podstarzałego mężczyznę o siwych włosach i wąsach. Wpatrywała się w tego dziwnego, zaniedbanego starca, który przez cały czas zaciskał i otwierał pięści i mamrotał do siebie. Mężczyzna ukłonił się w jej stronę trącając palcami rondo zakurzonego kapelusza i zniknął na końcu ulicy.
Później, tego samego popołudnia, widziano ponownie owego starszego człowieka, jak przyglądał się Francisowi i czterem innym chłopcom grającym w piłkę. Mężczyzna zawołał Francisa do siebie, podczas gdy inni malcy kontynuowali zabawę. Kilka minut później starzec i chłopiec zniknęli. Jeden z sąsiadów zauważył tego popołudnia dziecko, które wyglądało jak Francis, spacerujące po zalesionym obszarze z podstarzałym, siwowłosym włóczęgą.
Zniknięcia Francisa nie zanotowano do czasu, kiedy ten nie zjawił się w domu na obiedzie. Jego ojciec, policjant, zorganizował poszukiwania. Znaleziono chłopca w lesie pod stertą gałęzi. Został potwornie poturbowany. Jego ubranie zdarto z ciała, a chłopiec był duszony przy pomocy szelek. Francisa pobito tak dotkliwie, że policja powątpiewała, czy rzeczywiście 'stary' włóczęga mógł być tak stary i drobny jak go opisywano. Ślady pobicia były tak poważne, że podejrzewano, iż stary miał wspólnika, który był na tyle silny, aby tak pokaleczyć i posiniaczyć dziecko.
W krótkim okresie czasu, eksperci z Manhatanu w dziedzinie daktyloskopii i policyjni fotografowie zostali przydzieleni do sprawy, podobnie jak i około dwustu pięćdziesięciu policjantów w cywilu. Wielkie łowy zaowocowały określeniem kilku obiecujących podejrzanych, za wyjątkiem tego, że żaden z nich nie wyglądał jak siwowłosy, wąsaty włóczęga. Jego twarz na zawsze odcisnęła swoje piętno w pamięci Anny McDonnell: 'Zjawił się na ulicy, powłócząc nogami, mamrocząc do siebie, wykonując dziwne gesty rękami. Nigdy nie zapomnę tych dłoni. Drżałam, gdy patrzyłam na nie... jak się otwierały i zamykały, otwierały i zamykały, otwierały i zamykały. Widziałam jak patrzył na Francisa i innych. Widziałam jego gęste, siwe włosy, jego obwisłe siwe wąsy. Wszystko w nim wydawało się być wyblakłe i szare.'
Pomimo ogromnych starań policji i lokalnej społeczności, 'Siwy Człowiek' rozwiał się jak dym.

Pojmanie
W listopadzie 1934 roku, sprawa Budd była wciąż oficjalnie otwarta, chociaż nikt tak naprawdę nie spodziewał się, że zostanie rozwiązana pomyślnie. Tylko jeden człowiek, William F. King, kontynuował dochodzenie. Kilkakrotnie King podawał reporterowi Walterowi Winchellowi fałszywą informację na temat przerwy w sprawie. 2 listopada 1934 roku Winchell zaryzykował raz jeszcze:
'Sprawdziłem co dzieje się w sprawie Grace Budd', pisał w swojej kolumnie. 'Miała osiem lat w chwili porwania, około sześć lat temu. Można z całą pewnością powiedzieć, że Wydział do Spraw Zaginięć zamierza przerwać dochodzenie w ciągu najbliższych czterech tygodni.'
Dziesięć dni później, Delia Budd otrzymała list, którego przeczytanie na szczęście uniemożliwiły jej braki w edukacji. Zamiast tego, odczytał go jej syn Edward, po czym natychmiast pobiegł do detektywa Kinga. List był po prostu barbarzyński:

'Moi drodzy Państwo Budd,

W 1894 roku mój przyjaciel zaokrętował się jako majtek na Parowcu Tacoma, pod dowództwem kapitana Johna Davisa. Pływali z San Francisco do Hong Kongu w Chinach. Dobiwszy do brzegu, on i dwóch innych zeszli na ląd i upili się. Kiedy wrócili, łódź zniknęła.
W tym czasie panował w Chinach głód. Mięso dowolnego rodzaju kosztowało od 1$ do 3 za funt. Cierpienie najbiedniejszych było tak wielkie, że wszystkie dzieci poniżej 12 roku życia były sprzedawane na żywność w celu oszczędzenia innych przed śmiercią głodową. Chłopiec lub dziewczynka przed 14 rokiem życia nie były bezpieczne na ulicach. Mogłeś pójść do jakiegokolwiek sklepu i poprosić o stek - kotlet - lub duszone mięso. Przyniesiono by ci część nagiego ciała chłopca lub dziewczynki i odcięto to, o co prosiłeś. Zadki chłopca lub dziewczynek, które są najsłodszą partią ciała i sprzedaje się je jako cielęcinę, osiągały najwyższe ceny.
John został tam tak długo, że rozsmakował się w ludzkim mięsie. Po powrocie do N. Y. ukradł dwóch chłopców, jednego siedmio i jednego 11-letniego. Zabrał ich do swojego domu, rozebrał do naga, związał w szafie. Potem spalił wszystko, co mieli na sobie. Kilka razy każdego dnia i nocy bił ich - torturował ich - aby uczynić ich mięso dobrym i delikatnym.
Najpierw zabił 11-letniego chłopca, ponieważ ten miał najgrubszą dupę i oczywiście najwięcej w niej mięsa. Każda część jego ciała została ugotowana i zjedzona poza głową, kośćmi i wnętrznościami. Został upieczony w piecu (cała jego dupa), ugotowany, upieczony na ruszcie, usmażony i uduszony. Mały chłopiec był następny, przeszedł tą samą drogę. W tym czasie ja mieszkałem na ulicy 409 E 100 st., w pobliżu - po prawej. Opowiadał mi on tak często, jak dobre jest ludzkie mięso, że zdecydowałem się spróbować go.
W niedzielę, 3 czerwca 1928 roku wpadłem do was na 406 W 15 St. Przyniosłem wam ser i truskawki. Zjedliśmy lunch. Grace usiadła mi na kolanach i pocałowała mnie. Zdecydowałem się ją zjeść.
Wyprowadziłem ją z domu pod pozorem zabrania na przyjęcie. Powiedziała pani Tak może iść. Zabrałem ją do pustego domu w Westchester, który uprzednio wybrałem. Kiedy już tam dotarliśmy, powiedziałem jej aby pozostała na zewnątrz. Zerwała kwiatki. Ja wszedłem na górę i zdjąłem z siebie całe ubranie. Wiedziałem, że gdybym tego nie zrobił, to całe byłoby w jej krwi.
Kiedy byłem gotowy, podszedłem do okna i zawołałem ją. Potem schowałem się w szafie i siedziałem tam dopóki nie weszła do pokoju. Kiedy mnie zobaczyła, całego nagiego, zaczęła płakać i próbowała zbiec po schodach. Złapałem ją, a ona powiedziała, że poskarży się mamie.
Najpierw rozebrałem ją do naga. Jakże ona kopała, gryzła i drapała. Udusiłem ją, potem pociąłem na małe kawałki tak, abym mógł zabrać mięso do mieszkania. Ugotować i zjeść je. Jakże słodka i delikatna była jej mała dupcia upieczona w piekarniku. 9 dni zabrało mi zjedzenie jej całego ciała. Nie wypieprzyłem jej chociażem mógł i chciał. Umarła jako dziewica.'

Nikt nie chciał wierzyć, że list ten był prawdziwy. To przecież musiały być majaki jakiegoś zboczonego, sadystycznego dziwaka. Ale detektyw King zdawał sobie sprawę z tego, że szczegóły jego spotkania z państwem Budd i Gracie były identyczne. Także charakter pisma na tym potwornym liście był taki sam jak na liście, który podstarzały porywacz wysłał przez posłańca Western Union, sześć lat temu.
Koperta nosiła ważny ślad: mały heksagonalny emblemat oznaczony literami N.Y.P.C.B.A., które oznaczały New York Private Chauffeur's Benevolent Association. Przy współpracy prezesa związku zwołano natychmiastowe zebranie jego członków. W międzyczasie, policja sprawdzała ręcznie pisane formularze członkowskie, w poszukiwaniu charakteru pisma podobnego do charakteru 'Franka Howarda'. Detektyw King następnie przepytał pracowników - spośród których wszyscy zostali wyeliminowani z grona podejrzanych na podstawie pisma - w celu zdobycia informacji dotyczących osoby, która odbierała materiały pisemne związku.
Z grupy wystąpił młody dozorca, przyznając, że wziął kilka arkuszy papieru i kopert. Zostawił te dokumenty w starym pensjonacie na ulicy 200 East 52nd Street. Właścicielka budynku była wstrząśnięta gdy podano jej opis 'Franka Howarda'. Wyglądał on zupełnie tak samo, jak starszy mężczyzna, który mieszkał tam przez dwa miesiące...
...mężczyzna, który wyprowadził się z pensjonatu dosłownie kilka dni wcześniej.
Człowiek ten, który wynajmował wcześniej pokój przedstawił się jako Albert H. Fish. Właścicielka posesji wspominała, że Fish powiedział jej, aby zatrzymała list, którego oczekiwał od swojego syna, pracującego w Cywilnym Korpusie Konserwacyjnym w Północnej Karolinie. Syn regularnie wysyłał pieniądze swemu staremu ojcu.
Ostatecznie na poczcie powiedziano detektywowi Kingowi, że przechwycono list do Alberta Fisha. King zaczął się martwić, że Fish nie skontaktuje się z właścicielką pensjonatu. Policja natomiast obawiała się, że coś mogło go wystraszyć.
13 grudnia 1934 roku, właścicielka pensjonatu zawiadomiła detektywa Kinga. Albert Fish przebywał na terenie jej posesji, oczekując na swój list. Starzec siedział właśnie z filiżanką herbaty w dłoni, gdy King otworzył drzwi. Kiedy detektyw zapytał czy nazywa się on Albert Fish, ten wstał i przytaknął skinieniem głowy.
Nagle Fish sięgnął do kieszeni i wyjął brzytwę, którą trzymał w wyciągniętej przed siebie dłoni. Rozwścieczony King złapał starca za rękę i gwałtownie ją wykręcił. 'Teraz cię mam', powiedział triumfalnie.

Zeznanie
Zeznanie Alberta Fisha miało być usłyszane przez wielu przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości i psychiatrów. Jego kilkakrotnie wydawane wersje pojawiały się w gazetach. Była to odyseja perwersji i niewypowiedzianego zdeprawowania, która wydawała się być niewiarygodna, dopóki szczegół po szczególe nie została potwierdzona. Było to tym bardziej zadziwiające, jeśli wzięło się pod uwagę fakt, jaki wynędzniały i nieszkodliwy był wygląd Fisha. Był on zgarbionym, wątle wyglądającym starym mężczyzną o wadze około 130 funtów oraz 5 stopach i 5 calach wzrostu.
Detektyw King odebrał wstępne zeznanie. Fish powiedział mu, że w lecie 1928 roku był on opętany przez, jak sam to określił 'pragnienie krwi' - potrzebę zabijania. Kiedy odpowiedział na ogłoszenie o gotowości do podjęcia pracy Edwarda Budd, to właśnie tego młodego człowieka, a nie jego siostrę zamierzał zwabić w odosobnione miejsce, obezwładnić i odciąć mu penisa, a potem zostawić aby się wykrwawił.
Po tym jak po raz pierwszy opuścił dom państwa Budd, Fish nabył narzędzia, których potrzebował do zamordowania i okaleczenia chłopców: topór rzeźniczy, piłę i rzeźnicki nóż. Zawinął te przybory destrukcji w tobołek, który zostawił kiosku, zanim wszedł do domu państwa Budd po raz drugi i ostatni.
Kiedy Fish zobaczył dobrze zbudowanego, młodego Edwarda, wzrostu dorosłego mężczyzny, oraz jego przyjaciela Williego, przekonał samego siebie, że mógłby pokonać ich obydwu. Ale wtedy Fish miał pod tym względem duże doświadczenie.
Zmienił jednak zdanie i plany, jak tylko ujrzał Gracie. To ją desperacko chciał zabić.
Z niczego nie podejrzewającą dziewczynką prowadzoną za rękę, zatrzymali się przy kiosku, gdzie odebrał swój tobołek, po czym wsiedli do pociągu do Bronxu, a następnie do wsi Worthington w Westchester. Dla Gracie kupił bilet tylko w jedną stronę.
Dziewczynka była oczarowana czterdziestominutową podróżą przez wiejską okolicę. Tylko dwa razy w życiu była poza miastem.
To była dla niej wielka przyjemność.
Na stacji w Worthington, Fish był tak zaabsorbowany swym potwornym planem, że zostawił tobołek z narzędziami w pociągu. Jak na ironię, to właśnie Gracie zauważyła ten fakt i przypomniała mu, aby zabrał paczkę.
Spacerowali wzdłuż odosobnionej drogi aż dotarli do opuszczonego, dwupiętrowego budynku zwanego Wisteria Cottage, stojącego pośrodku zadrzewionego obszaru. Podczas gdy Gracie zachwycała się na zewnątrz różnego rodzaju dziko rosnącymi kwiatami, Fish wszedł do sypialni na drugim piętrze, otworzył swój tobołek z narzędziami i zdjął z siebie ubranie.
Potem zawołał Gracie, aby weszła do niego na górę.
Z dzikich kwiatków, które zerwała, dziewczynka zrobiła bukiet i weszła do domu, a potem do sypialni na piętrze. Kiedy zobaczyła nagiego starca, zawołała matkę i próbowała uciekać. Ale Fish złapał ją za gardło i udusił. To podnieciło go seksualnie.
Podparł jej głowę starą puszką po farbie i odciął ją, starając się złapać większość krwi do pojemnika. Następnie wylał wiadro krwi na podwórko. Rozebrał bezgłowe dziecko, potem wrócił do jej ciała i rozciął je na dwoje rzeźnickim nożem i toporem.
Części ciała zabrał ze sobą zawinięte w gazetę. Resztę zostawił, aż do swojego powrotu kilka dni później, kiedy to wyrzucił ją za kamienną ścianę z tyłu domu. W ten sam sposób pozbył się swoich narzędzi. Po jego przyznaniu się, detektyw King zadał ostatnie pytanie: co skłoniło go do popełnienia tak okropnych czynów?
'No wiesz', powiedział Fish 'nigdy nie potrafiłem tego wyjaśnić.'
Kapitan John Stein zapytał go dlaczego napisał list do państwa Budd, a Fish odparł, że nie wie dlaczego. 'Po prostu wpadłem w manię pisania.'
Tego samego dnia, policja weszła do Wisteria Cottage i odkryła szczątki Gracie. Albert Fish stał nieopodal, nie okazując jakichkolwiek emocji.
Tamtej nocy o godzinie 22, Fish był przesłuchiwany przez zastępcę prokuratora okręgowego P. Francisa Marro. Kiedy Marro zapytał go dlaczego zamordował Gracie, ten wyjaśnił to 'pewnego rodzaju żądzą krwi', która nim zawładnęła. Kiedy już to zrobił, opanował go smutek. 'Oddałbym życie już w pół godziny po tym jak to zrobiłem, aby je jej przywrócić.'
Marro zapytał czy Fish zgwałcił Gracie, ale ten był niewzruszony: 'Nigdy mi to nie przyszło do głowy.'
Nie zapytano wtedy, ani też nie zgłoszono niczego, co dotyczyłoby kanibalizmu wspomnianego w liście Fisha do państwa Budd. Policja mogła uznać, że było to zbyt szalone, aby okazało się prawdą. Albo też, już wtedy myśleli, że włączenie do sprawy okropnych szczegółów na temat kanibalizmu obrona wykorzystałaby do dowiedzenia choroby psychicznej sprawcy.
Tamtej nocy, informacja o pojmaniu Alberta Fisha dotarła do gazet, a dziennikarze zaatakowali mieszkanie państwa Budd. Wkrótce potem, detektyw King zawiózł pana Budd i jego syna Edwarda na komisariat policji, w celu zidentyfikowania Fisha.

Edward nie tylko rozpoznał mężczyznę, ale rzucił się na niego, krzycząc: 'Ty stary draniu! Parszywy sukinsynu!'
Pan Budd był zdziwiony całkowitym brakiem emocji u Fisha. 'Poznałeś mnie?' zapytał starca.
'Tak', odparł uprzejmie Fish. 'Pan jest panem Budd.'
'A ty jesteś człowiekiem, który przyszedł do mego domu jako gość i zabrał mi moją małą córeczkę', rzekł Budd płacząc.

Nie jest zaskakującym fakt, że Albert Fish nie był obcy policji. Po raz pierwszy był zatrzymany i notowany w 1903 roku za kradzież. Od tego czasu, aresztowano go sześć razy za różnego rodzaju drobne przestępstwa, jak na przykład wysyłanie obscenicznych listów i drobne kradzieże. Połowa z tych spraw miała miejsce mniej więcej w czasie uprowadzenia Gracie. Za każdym razem oskarżenia oddalano. Ponadto niejeden raz przebywał w zakładzie psychiatrycznym.
Zapytany o pochodzenie, Fish powiedział:
'Urodziłem się 19 maja 1870 roku w Waszyngtonie. Mieszkaliśmy na B Street, N.E., pomiędzy ulicami Drugą i Trzecią. Moim ojcem był kapitan Randall Fish, Mason 32 stopnia, który jest pochowany na terenach należących do Wielkiej Loży na cmentarzu kongresowym. Był kapitanem łodzi pływającej po rzece Potomac z Dystryktu do Marshall Hall w Virginii.
Mój ojciec zmarł 15 października 1875 roku, na starej stacji Pennsylvania, gdzie zastrzelono prezydenta Garfielda, natomiast ja zostałem umieszczony w Sierocińcu Świętego Jana w Waszyngtonie. Przebywałem tam prawie do dziewiątych urodzin, i to właśnie tam zacząłem schodzić na złą drogę. Chłostano nas niemiłosiernie. Widywałem chłopców, którzy robili wiele rzeczy, których robić nie powinni. U Świętego Jana śpiewałem w chórze od 1880 do 1884 - w sekcji sopranów. Przybyłem do Nowego Yorku. Byłem dobrym malarzem - wnętrz lub czegokolwiek.
Dostałem mieszkanie i sprowadziłem matkę z Waszyngtonu. Mieszkaliśmy na 76 West 101st Street, i to właśnie tam poznałem moją żonę. Po tym jak urodziło się nam sześcioro dzieci, opuściła mnie. Zabrała wszystkie meble i nie zostawiła dzieciakom nawet materaca, na którym mogłyby spać.'
'Wciąż martwię się o moje dzieci', zaszlochał Fish. Wiek jego szóstki wahał się od 21 do 35 lat. 'Myśli pan, że pewnie przyszły odwiedzić swojego staruszka w więzieniu, ale one tego nie zrobiły.'
Alberta Fisha postawiono w stan oskarżenia w Manhattanie i Westchester County. Najpierw Westchester County zarzuciło mu morderstwo pierwszego stopnia, podczas gdy Manhattan przygotowywał się do oskarżenia o porwanie.
W międzyczasie policja dokonała prawdziwie wielkiego przełomu. Motorniczy brooklińskiej kolejki ujrzał w gazecie zdjęcie Fisha i pośpieszył w celu jego identyfikacji jako nerwowego starca, którego widział 11 lutego 1927 roku, gdy ten próbował uciszyć małego chłopca siedzącego z nim w wagonie. Joseph Meehan, emerytowany motorniczy, uważnie obserwował tę dwójkę. Mały chłopiec, który nie miał ani kurtki, ani płaszcza, ciągle płakał za swoją matką i starzec musiał go na siłę wciągać do wagonu i wyciągać z niego. Tym malcem, jak się okazało, był porwany Billy Gaffney.
Ostatecznie, Fish przyznał się do wszystkich potwornych rzeczy, które zrobił Billy'emu:

'Zaprowadziłem go na wysypisko na Riker Ave. Jest tam oddzielnie stojący dom, niedaleko miejsca, w którym go zabrałem... Zaprowadziłem tam chłopca. Rozebrałem go do naga i związałem jego ręce i stopy i zakneblowałem go kawałkiem brudnej szmaty, którą przyniosłem z wysypiska. Potem spaliłem jego ubrania. Buty wyrzuciłem na wysypisko. Potem wróciłem i złapałem kolejkę na 59 St. o godzinie 2 w nocy i poszedłem stamtąd do domu.
Następnego dnia o godzinie 14, wziąłem narzędzia, dobry, ciężki bicz o dziewięciu rzemieniach. Własnej roboty. Z krótką rękojęścią. Przeciąłem jeden ze swoich pasków na dwoje, pociąłem te połówki na sześć paseczków około ośmiocalowej długości. Wychłostałem jego goły tyłek, aż krew popłynęła mu po nogach. Odciąłem mu uszy - nos - rozciąłem usta od ucha do ucha. Wyłupiłem mu oczy. Był już wtedy martwy. Potem wbiłem nóż w jego brzuszek i przytknąwszy usta do jego ciała piłem krew.
Wziąłem cztery stare torby na pomidory i zebrałem kupę kamieni. Potem go pociąłem. Miałem ze sobą walizeczkę. Włożyłem jego nos, uszy i kilka pasków z jego brzucha do walizeczki. Potem rozciąłem go przez środek ciała. Tuż poniżej pępka. Potem nogi, około dwóch cali poniżej tyłka. Włożyłem to do mojej walizeczki z mnóstwem papieru. Odciąłem głowę, stopy, ręce, dłonie i nogi poniżej kolan. Włożyłem to do toreb obciążonych kamieniami, związałem końce i wrzuciłem je do zbiorników z mętną wodą, które zobaczycie wzdłuż drogi prowadzącej do North Beach.
Wróciłem z mięsem do domu. Miałem ze sobą przód jego ciała, który najbardziej lubiłem. Jego ptaszka i śliczny, mały, tłusty tyłek upiec w piecu i zjeść. Z jego uszu, nosa, kawałków twarzy i brzucha zrobiłem gulasz. Dodałem cebule, marchewki, rzepy, seler, sól i pieprz. To było pyszne.
Potem rozciąłem pośladki, odciąłem ptaszka i umyłem je najpierw. Położyłem na każdym paski boczku i włożyłem do pieca. Potem wziąłem cztery cebule i kiedy mięso piekło się około godziny, polałem je około pół kwartą wody na sos i obłożyłem cebulą. W krótkich odstępach czasu dźgałem jego tyłek drewnianą łyżką. W ten sposób mięso miało stać się delikatne i soczyste.
W ciągu 2 godzin było ładnie zabrązowione i gotowe. Nigdy nie jadłem pieczonego indyka, który smakowałby choć w połowie tak wspaniale jak ten słodki, tłusty tyłek. Zjadłem mięso co do kęsa w ciągu około czterech dni. Jego mały ptaszek był słodki jak orzeszek, ale jego jąder nie mogłem przeżuć. Wyrzuciłem je do klozetu.'

Po kilku dniach, przyszedł mężczyzna ze Staten Island, aby zidentyfikować Fisha, jako człowieka, który próbował zwabić jego ośmioletnią córkę do lasu nieopodal miejsca, gdzie w trzy dni później, w roku 1924, zamordowano Francisa O'Donnella. Dziewczyna, będąc teraz nastolatką, zobaczyła go w celi i rozpoznała. Wreszcie odnaleziono 'Siwego Człowieka'.
Fisha powiązano także z morderstwem 15-letniej dziewczyny, Mary O'Connor, które miało miejsce w Far Rockaway w 1932 roku. Zmaltretowane ciało znaleziono w zalesionym terenie niedaleko domu, którego wnętrze malował Fish.
Przy wszystkich tych zarzutach w różnych okręgach, istniała bardzo nikła szansa, że Albert Fish mógłby zostać uniewinniony. Jedyną możliwością oddalenia wniosku prokuratora o zasądzenie kary śmierci, mogło być tylko oświadczenie psychologów lub psychiatrów sądowych o tym, że oskarżony jest niepoczytalny.

Alieniści
W swojej książce 'The Show of Violence' dr Frederic Wertham opisuje swoje pierwsze spotkanie z Albertem Fishem w więziennej celi. Był on zaszokowany tym, jak 'łagodnie, delikatnie, życzliwie i uprzejmie' zachowywał się aresztowany. 'Jeśli szukalibyście kogoś, komu chcielibyście powierzyć opiekę nad swymi dziećmi, to on byłby tym, kogo byście wybrali.'
Postawa Fisha do sytuacji w jakiej się znajdował, stanowiła jedno wielkie oderwanie od rzeczywistości. 'Nie mam szczególnego pragnienia by żyć. Nie mam szczególnego pragnienia by być zabitym. Jest to w pewnym sensie bez różnicy dla mnie. Sądzę, że ze mną nie jest wszystko w porządku.'
Kiedy dr Wertham zapytał, czy ma przez to rozumieć, że Fish uważa się za chorego psychicznie, ten odparł: 'Niezupełnie... Nigdy nie mogłem zrozumieć samego siebie.'
Historia rodziny Fisha obfitowała w przypadki psychoz, co dr Wertham mógł wywnioskować z następujących wyznań:
'Jeden wuj ze strony ojca cierpiał na psychozę religijną i zmarł w szpitalu stanowym. Przyrodni brat również zmarł w szpitalu stanowym. Młodszy brat był ograniczony umysłowo i zmarł w wyniku wodogłowia. Jego matkę uważano za 'bardzo dziwną' i mówiono, że słyszała i widziała różne rzeczy. Ciotkę ze strony ojca uznano za 'kompletną wariatkę'. Brat cierpiał z powodu chronicznego alkoholizmu. Siostra miała pewnego rodzaju 'schorzenie umysłowe'.'
Oskarżony twierdził, że jego prawdziwe nazwisko to Hamilton Fish, a imię to dostał po odległym krewnym, który był Sekretarzem Stanu przy prezydencie Grancie. Jednak zmęczony częstymi docinkami z powodu owego imienia, zmienił je na Albert.
Kiedy miał 26 lat, poślubił młodą, 19-letnią kobietę, z którą miał sześcioro dzieci. Kiedy najmłodsze z nich miało trzy lata, żona Fisha uciekła z innym mężczyzną, zostawiając mu wychowanie dzieci. Następnie 'ożenił się' jeszcze trzy razy, jednak nie były to legalne związki, gdyż nigdy nie rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną.
Dr Wertham uznał niespotykane zboczenie Fisha, rzadko opisywane w kronikach psychiatrycznych i literaturze kryminologicznej za: 'Sado-masochizm skierowany przeciwko dzieciom, a zwłaszcza chłopcom, który wywodził się z regresji seksualnej.'
Fish powiedział mu: 'Ja zawsze pragnąłem zadawać ból innym, oraz tego, aby inni zadawali ból mnie. Zdaje mi się, że zawsze lubiłem wszystko to, co powodowało ból.'
Wertham mówił, że: 'wszelkiego rodzaju doświadczenia Fisha z ekskrementami, jakie tylko mógł sobie wyobrazić, były praktykowane przez niego w sposób bierny i aktywny. Brał on kawałki bawełny, nasączał je alkoholem, wkładał sobie w odbyt i podpalał. Robił to także swoim nieletnim ofiarom.'
Fish zdradził dr Werthamowi długą historię swojego polowania na dzieci - 'co najmniej na setkę'. Przekupywał je słodyczami lub pieniędzmi. Zazwyczaj wybierał dzieci Afro-amerykanów ponieważ wierzył, że policja nie będzie przywiązywała zbytniej wagi gdyby je skrzywdzono, lub też gdyby zaginęły.
Nigdy nie wracał do tej samej okolicy. Powiedział, że mieszkał w przynajmniej 23 stanach, i że w każdym zamordował co najmniej jedno dziecko. Czasami tracił pracę jako malarz pokojowy, ponieważ podejrzewano, że miał związek z tymi morderstwami lub molestowaniem dzieci.
Fish miał kompulsyjny nawyk pisania obscenicznych listów i robił to wielokrotnie. Według dr Werthama, 'nie były to typowe obsceniczne listy bazujące na fantazjach i marzeniach w celu dostarczenia sobie zastępczych bodźców. Były to natomiast obrazowe oferty praktykowania jego skłonności, skierowane do osób, do których pisał.'

Początkowo, dr Wertham zastanawiał się, czy Fish nie kłamie, zwłaszcza, gdy opowiadał psychiatrom, jak to przez lata wbijał sobie igły w ciało w okolicy pomiędzy odbytem a moszną: 'Mówił także, że robił to również innym ludziom, a zwłaszcza dzieciom. Na początku, jak twierdził, tylko wbijał te igły i wyciągał je z powrotem. Potem wbijał inne tak głęboko, że nie był w stanie ich wyjąć i tak już zostały.' Doktor poddał go prześwietleniu, które udowodniło ponad wszelką wątpliwość, że w ciele Fisha w okolicach miednicy było co najmniej dwadzieścia dziewięć igieł.
W wieku pięćdziesięciu pięciu lat, Fish zaczął doświadczać halucynacji i urojeń. 'Miał wizje Chrystusa i Jego aniołów... stał się pochłonięty religijnymi spekulacjami na temat oczyszczenia się z niegodziwości i grzechów, pokuty poprzez fizyczne cierpienie i samoudręczenie, ofiar z ludzi... Mógł w nieskończoność cytować wersety z Biblii, przemieszane z jego własnymi zdaniami, takimi jak: 'Szczęśliwy ten, który bierze Twe dzieci i ciska ich głową o kamień'.'
Fish wierzył, że to Bóg rozkazał mu torturować i kastrować chłopców. Więc robił tak wiele razy.
Wertham był wstrząśnięty, gdy Fish opisał potworny akt kanibalizmu na ciele Billy'ego Gaffney'a. 'Stan jego umysłu podczas opisywania tych rzeczy z dokładnością co do minuty, stanowił osobliwą mieszankę. Mówił beznamiętnie, tak jak gospodyni domowa podająca swoje ulubione przepisy... Ale w pewnych momentach jego głos i wyraz twarzy wskazywały na pewien rodzaj satysfakcji i ekstatycznego doznania. Pomyślałem sobie wtedy: 'Jakkolwiek zdefiniowano by medyczne i prawne granice poczytalności, to on jest z pewnością poza nimi'.'
To, że Fish cierpiał na pewien rodzaj psychozy religijnej, było według dr Werthama faktem. Dzieci Fisha widywały go 'jak bił się po nagim ciele nabitą gwoździami kijanką do bielizny, aż cały pokryty był krwią.' Widziały go także, jak stawał samotnie na wzgórzu ze wzniesionymi rękoma, krzycząc: 'Jestem Chrystusem.'
Fish mówił im wtedy: 'To co robiłem musiało być właściwe, bo inaczej anioł powstrzymałby mnie, tak jak anioł powstrzymał Abrahama w Biblii [od poświęcenia własnego syna w ofierze].'
Dr Wertham, psychiatra z ramienia obrony, wierzył, że Fish był niepoczytalny w prawnym rozumieniu tego terminu: 'Scharakteryzowałem jego osobowość jako introwertyczną i skrajnie infantylną... Nakreśliłem jego nienormalny psychologiczny portret, oraz jego chorobę psychiczną, którą zdiagnozowałem jako psychozę paranoidalną... Ponieważ Fish cierpiał na urojenia i najwyraźniej był tak zaprzątnięty pytaniami dotyczącymi kary, grzechu, pokuty, religii, tortur, samoudręczenia, miał też zboczone, wypaczone - jeśli wolicie, szalone - pojęcie na temat dobra i zła. Jego sprawdzianem był fakt, że jeśliby robił coś złego, to tak jak Abraham, zostałby powstrzymany przez anioła.'
Wertham wierzył, że Fish tak naprawdę zamordował piętnaścioro dzieci, a okaleczył około setki innych. 'To przypuszczenie było wielokrotnie udowodnione w późniejszych latach przez policyjnych urzędników.'
Dwóch innych psychiatrów obrony zeznało, że Fish był niepoczytalny. Czterech alienistów powołanych przez oskarżenie stwierdziło, że był poczytalny. Jednym z nich był szef szpitala psychiatrycznego, w którym Fish poddany był obserwacji na kilka lat po morderstwie Budd i kilku innych, i w którym też orzeczono, że jest on 'zarówno nieszkodliwy jak i zdrowy psychicznie.'

Proces
Proces Alberta Fisha za popełnienie morderstwa z premedytacją na Grace Budd, rozpoczął się w poniedziałek, 11 marca, 1935 roku w White Plains, N.Y. w Sądzie Fredericka P. Close'a. Oskarżycielem był Główny Zastępca Prokuratora Okręgowego - Elbert F. Gallagher, natomiast obrońcą - James Dempsey.
Dempsey planował zaatakować kompetencje psychiatrów ze Szpitala Bellevue, którzy obserwowali Fisha w 1930 roku i zdiagnozowali go jako człowieka zdrowego. Miał zamiar także dowieść, że Fish cierpiał na 'kolkę ołowiową', otępienie często spotykane u malarzy pokojowych.
Kluczowa strategia Gallaghera określona została już na początku procesu: 'W tej sprawie, istnieje założenie poczytalności. Dowodem, w skrócie, będzie, że oskarżony ten jest poczytalny w świetle prawa i że zna różnicę pomiędzy dobrem a złem, oraz naturę i jakość swych czynów, że nie jest umysłowo dysfunkcjonalny, że miał doskonałą pamięć jak na człowieka w jego wieku, że ma dokładną orientację w obecnym otoczeniu, że nie ma zaburzeń psychicznych, natomiast jest nienormalny seksualnie, że z medycznego punktu widzenia jest on seksualnym zboczeńcem lub też seksualnym psychopatą, że jego czyny były nienormalne, ale mimo to, kiedy zabierał tamtą dziewczynkę z jej domu trzeciego dnia czerwca 1928 roku, to dokonując tego, jak i zdobywając narzędzia, przy pomocy których zamordował ją, przyprowadzając ją tutaj do Westchester County i zabierając ją do tego pustego domu otoczonego lasem, on wiedział, że czynił źle, i że jest on z prawnego punktu widzenia poczytalny i powinien odpowiedzieć za to czego się dopuścił.'
Adwokat obrony - Dempsey, skupił się na dziwnym życiu Fisha i samobiczowaniu się nabijaną gwoździami kijanką do bielizny, oraz wbijaniu w siebie przez oskarżonego igieł. Następnie przywołał zdolność Fisha do pełnienia roli ojca i jego miłość do własnych dzieci: 'Pomimo wszystkich tych brutalnych, zbrodniczych i zdeprawowanych skłonności, mamy tu do czynienia z inną stroną oskarżonego. Był on bardzo udanym ojcem. Ani razu w swym życiu nie podniósł ręki na własne dziecko. Odmawiał modlitwę dziękczynną przy każdym posiłku w jego domu. W 1917 roku, kiedy jego najmłodsze dziecko miało trzy lata, opuściła go żona. Od tamtego czasu, aż do momentu na krótko przed zamordowaniem Grace Budd w 1928 roku, był dla nich zarówno matką jak i ojcem.' Swoje rozważania zakończył przypomnieniem sędziom przysięgłym, że to oskarżyciel stara się udowodnić, że człowiek, który zabija i zjada dzieci jest poczytalny.
Zeznawali rodzice Grace, oraz jej brat Albert Jr. Dempsey wydawał się być zdeterminowany dążeniem by ustalić, że zarówno Delia jak i Albert Sr., dali Grace swe pozwolenie na to, aby poszła z Fishem na przyjęcie urodzinowe. Kiedy nadszedł czas na zeznania ojca Grace, ten był tak przepełniony rozpaczą, że zaczął głośno płakać.
Trzeciego dnia procesu, pomimo zaciekłego sprzeciwu ze strony obrońców, do sali sądowej przyniesiono jako dowód pudło ze szczątkami Grace Budd, podczas gdy detektyw King odtworzył zeznanie Fisha, dotyczące zabójstwa dziewczynki. Potem Gallagher sięgnął do pudła i wyjął małą czaszkę martwego dziecka. Był to bardzo dramatyczny moment. Dempsey doszukiwał się błędów w procedurze.
Obrońca skupił się na motywie kanibalizmu jako na głównej podstawie obrony opartej na uznaniu niepoczytalności oskarżonego. Było jasne, że starał się on ustalić, że Fish zjadł część ciała dziewczynki - a więc zrobił coś, czego nie dopuściła się osoba zdrowa psychicznie. Jednak w próbie dowiedzenia, że Fish rzeczywiście zrobił z jej ciałem to, do czego się przyznawał, nie odniósł powodzenia.
Sam Fish wydawał się być kompletnie nieporuszony przebiegiem procesu. Chociaż, w pewnym momencie, powiedział, że chciałby żyć, ponieważ 'Bóg ma wciąż dla mnie robotę do wykonania.'
Dempsey postawił przed ławą przysięgłych kilkoro dzieci Fisha, aby zeznawały o jego dziwacznym zachowaniu - samobiczowaniu i wbijaniu igieł we własne ciało, oraz o urojeniach religijnych. Zeznały one także, że był to dobry ojciec, który zawsze je utrzymywał i nigdy nie znęcał się nad nimi fizycznie.
Aby w bardziej wyraźny sposób zademonstrować dziwne zachowanie Alberta Fisha, Dempsey powołał na świadka kobietę, która otrzymała od oskarżonego kilka obscenicznych listów. Z sali rozpraw wyproszono wszystkie kobiety na czas odczytania przez obrońcę korespondencji o wulgarnej treści.
Innym świadkiem obrony była Mary Nicholas, siedemnastoletnia pasierbica Fisha. Opisała ona jak ojczym uczył ją, jej braci i siostry pewnej zabawy. 'Wchodził do swego pokoju, a miał tam kąpielówki, brązowe kąpielówki, które zakładał. Tak więc, ubierał się w nie i przychodził do pierwszego pomieszczenia, i stawał na czworaka i miał patyk, którym mieszał farbę. Dawał ten patyk jednemu z nas, a wtedy stawał na czworaka, a my siadaliśmy mu na plecach, po jednym na raz, tyłem do jego głowy, a potem mieliśmy wyprostować kilka palców, a on miał zgadnąć ile palców pokazaliśmy, jeśliby zgadł, co nigdy się nie stało, mieliśmy go nie bić. Czasami nawet mówił, że pokazaliśmy więcej palców, niż sami mieliśmy. A jeśli nigdy nie odgadywał właściwie, my mieliśmy uderzyć go tyle razy, ile palców tak naprawdę pokazywaliśmy.'
Czasami zamiast patyka używano szczotki do włosów. Fish także wbijał sobie szpilki pod paznokcie na oczach dzieci.
Ostatecznie Dempsey miał okazję zaatakować psychiatrów oskarżenia. Dr Charles Lambert, po trzygodzinnym wywiadzie z Fishem, określił go jako 'osobowość psychopatyczną bez psychozy.'
Dempsey zapytał Lamberta, 'Przypuśćmy, że ten mężczyzna nie tylko zabił tą dziewczynkę, ale zabrał jej ciało aby je zjeść. Czy będzie pan utrzymywał, że ten człowiek mógł przez dziewięć dni jeść to ciało i nie mieć choroby psychicznej?'
Lambert odpowiedział, 'Cóż, panie Dempsey, są gusta i guściki.'
Dempsey naciskał, 'Niech pan mi powie, ile, w trakcie swojej praktyki, widział pan przypadków osób zjadających ludzkie odchody?'
'Oh, znam osobników wyróżniających się na tle społeczeństwa... w szczególności jednego, którego wszyscy znamy, który używał ich jako przystawkę do sałatek', stwierdził niedbale Lambert.
Demsey miał więcej szczęścia z jednym z psychiatrów obrony, który dostrzegał symptomy psychozy w zachowaniu Fisha.
Cały proces trwał dziesięć dni, a przysięgłym podjęcie werdyktu zajęło mniej niż godzinę.
'Uznajemy oskarżonego winnym zarzucanych mu czynów' - odczytał przewodniczący.
Fish nie był zadowolony z wyroku, ale perspektywa stracenia na krześle elektrycznym przypadła mu do gustu. Dziennikarz gazety Daily News napisał, 'jego wodniste oczy zabłysły na samą myśl o byciu palonym w temperaturze wyższej aniżeli płomienie, którymi przypalał swe ciało by dać upust własnym żądzom.'
Fish podziękował sędziemu za wyrok śmierci przez stracenie na krześle elektrycznym.

Egzekucja Alberta Fisha odbyła się 16 stycznia 1936 roku.
 
   Popularne tagi
rozmowa telefoniczna  kochanie  podrzucić  chad matt and rob  wypadł z balona  chińscy  filary  chuligani  napadł  chiński rowerzysta  napad na bank  wysrać  car crash  kościuł  will the farther  samodzielność  project manager  skłonności samobójcze  most grunwaldzki
[ KWEJK ] [ JEB Z DZIDY ] [ WĄCHAM KSIĄŻKI ]